Jaki ojciec, taka córka

Znacie taki typ osób, dla których praca jest jedynym sensem życia. Nazywa się ich człowieko-wrakami albo ludźmi Mordoru, albo korposzczurami. Kimś takim jest Rachel – kobieta, która nawet w dzień swojego ślubu trzyma telefon komórkowy. I pewnie dlatego jej przyszły mąż postanowił zostawić ją w dzień małżeństwa. Ale co najdziwniejsze, tego dnia pojawia się ojciec panny młodej, który nie utrzymywał z nią długiego kontaktu. Oboje po wszystkim idą się napić i… budzą się na statku podczas miesiąca miodowego, którego nie było.

like father1

Netflix tym razem mierzy się z już ogranym motywem ojciec-córka nie widzieli się po latach i teraz mają szansę na odkupienie. „Jaki ojciec, taka córka” podąża ścieżkami jakie miało masa komediodramatów. Choć muszę przyznać, że humoru nie ma tutaj zbyt wiele, ale jak się pojawia, jest trafiony w punkt. Wiemy, jak to się skończy, ale cała ta historia potrafi troszkę zaangażować. Intryga powoli serwuje parę tajemnic (ciągle dzwoniący telefon ojca), co dodaje emocji oraz przede wszystkim uroku. A osadzenie akcji na statku wycieczkowy dodaje takiego letniego klimatu, w czym wspiera równie lekka muzyka. Nie jest to jakieś głębokie, poważne dzieło, jednak nie uważam spędzonego czasu za straconego. Niby wiemy jak to się skończy, ale kilka świetnych scen (karaoke, rozmowa przy wodospadzie) troszkę podnosi wartość tytułu.

like father2

Dla mnie największym problemem (poza przewidywalnością) była nasza główna bohaterka, z którą ciężko mi było się identyfikować. Jest to strasznie irytująca osoba, skupiona na sobie, karierze, z telefonem przyspawanym do ciała. Wydaje się być płaska oraz nudna, ale na szczęście grająca ją Kirsten Bell jest w stanie przekazać jej złość, gniew oraz samotność. Jednak dla mnie sercem tego tytułu jest Kelsey Grammer. Bardzo wycofany, skrywający tajemnicę, pragnący pogodzenia, ale nie robi tego nachalnie. Każde wypowiadane przez niego historie są w stanie poruszyć, dając dużo siły. Z drugiego planu najbardziej wybija stonowany niż zwykle Seth Rogen, tworząc sympatyczną postać belfra, zaś reszta robi za tło.

like father3

Nie jest to najlepszy film Netflixa, ale „Jaki ojciec, taka córka” jest jedną z lepszych rzeczy od tej sieci streamingowej. Może i jest to przewidywalne, ale bardzo sympatyczny film, gdzie nie brakuje serducha.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Podły, okrutny, zły

Ted Bundy – na pierwszy rzut oka wydaje się przystojnym, miłym facetem. Taki, co budzi dobre wrażenie, ma dobry kontakt z ludźmi i działa na kobiety. To jakim cudem udało mu się zabić ponad 30 kobiet? Czemu nikt tego nie zauważył? O tym postanowił opowiedzieć Joe Berlinger, tylko poszedł w innym kierunku.

podly okrutny zly1

Chyba każdy mniej więcej słyszał o tym seryjnym mordercy, którego proces był transmitowany w telewizji. Ale reżyser pokazuje całą historię z perspektywy jego dziewczyny, Liz. Poznali się na drinku, a ten dość szybko zadomowił się w jej domu. Dość szybko zbudował więź z dziewczyną oraz jej dzieckiem. Pewnym ryzykownym zabiegiem było nie pokazywanie scen mordu na ekranie. Dla wielu może to być niezrozumiała decyzja, ale rozumiem cel. Było nim zasianie wątpliwości, które mieli wszyscy ci, co oglądali proces w telewizji. Bo czy taki przystojny, inteligentny facet mógł dokonywać takie makabryczne zbrodnie? Zabijać, gwałcić, dusić? Ten myk dodaje sporo świeżości w pokazywaniu seryjnych morderców na ekranie. Bo zazwyczaj mamy albo perspektywę tropiących go śledczych, albo widzimy makabryczne zbrodnie sprawcy. Tu jest zupełnie inaczej, zaś przeskoki między Tedem a Liz dodają bardzo ciekawej perspektywy. Czy to oznacza, że reżyser wybiela postać Bundy’ego? O nie, nie, nie. Same zbrodnie są bardziej opowiedziane (sceny procesu), przez co mogą działać na wyobraźnię bardziej niż pokazanie makabry tuż przed naszymi oczami.

podly okrutny zly2

Reżyser bardzo konsekwentnie prowadzi swój pomysł do końca, pokazując bardzo opanowanego, spokojnego Bundy’ego. Przez co wątpliwości coraz bardziej się nasilają aż do samego finału, gdzie wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. I tu poznajemy prawdziwe oblicze naszego bohatera, co dla nie znających sprawy, będzie bardzo szokujące. Spokojnie prowadzone jest to wszystko, a dla wielu problemem może być brak jakiegoś mocniejszego pazura. Czegoś, żeby bardziej walnęło i uderzyło.

podly okrutny zly4

Na mnie największe wrażenie zrobił jednak Zac Efron w roli głównej, co też było sprytnym zabiegiem. Bo przecież ten chłopaczek z idealnym wyglądem nie może dobrze wypaść jako seryjny morderca. Prawda? Ale to kolejna zmyłka, bo aktor absolutnie zaskakuje. Nie popisuje się wściekłym spojrzeniem, jest bardzo opanowany, choć w oczach i twarzy są takie mikrogesty, zmuszające do weryfikacji naszych przekonań. Równie świetna jest Lily Collins jako Liz, dla której miłość do Teda staje się ciężkim balastem. Relacja ta staje się toksyczna i mimo zakończenia tego etapu, on ciągle wraca jak bumerang. Chemia między tą dwójką jest bardzo silna, co dodaje wiarygodności. Choć na drugim planie przewija się masa znajomych twarzy (Jim Parsons, Haley Joel Osment, Kaya Scodelario czy sam James Hetfield z Metalliki), najbardziej wybija się John Malkovich jako sędzia. Z jednej strony sprawia wrażenie wyluzowanego i obracającego sytuację w żart, ale z drugiej zachowuje powagę sytuacji. Jego monolog (scena ogłaszania wyroku) ma w sobie dużo soczystości.

podly okrutny zly3

„Podły, okrutny, zły” odświeża filmowe portrety seryjnych morderców, dzięki oryginalnemu konceptowi oraz fantastycznemu aktorstwu. Dla wielu ta sztuczka może zadziałać odpychająco oraz być niezrozumiała, ale warto dać szansę temu tytułowi. Bardzo porządna robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Emotki. Film

Rzadko się zdarza, by jakaś animacja została uznana za jeden z najgorszych filmów roku. Ale studio Sony w 2017 roku postanowił podnieść rękawicę i zrobiło film o najbardziej absurdalnym pomyśle od czasu „Battleship” (gra w statki). Bo czy można inaczej opisać film, gdzie bohaterami są emotikony? I jeszcze jedno: to nie jest film dla dzieci, tylko dla bardziej nastolatków, ok? Chociaż po seansie nie jestem tego taki pewny.

emotki2

Witajcie w Tekstopolis – mieście, które znajduje się w smartfonie. Tutaj żyją wszystkie emotki, która mają zostać wykorzystane przez użytkownika. A jest nim uczeń liceum, beznadziejnie zakochany w pewnej koleżance. Ale jak ma do niej zagadać, gdy cały czas gapi się w telefon? Dodatkowy każdy pisany SMS ostatecznie trafia do kosza. Od czego są jednak emotikony. Jedną z tych emotek jest szukający swojego miejsca Minek, czyli mem mający prezentować obojętność jak jego rodzice. Pierwszy dzień w jego nowej pracy (wybór emotek podczas pisania wiadomości) kończy się blamażem i chłopak zostaje uznany za anomalię. Dlaczego? Bo wyraża więcej niż jedną emocję, a to jest niedopuszczalne. Jest to do tego stopnia groźne, że właściciel chce skasować pamięć telefonu. Więc szefowa Tekstopolis, czyli Uśmiech nasyła na Minka antywirusy. Nasz bohater decyduje się odnaleźć hakera, by pomógł mu być takim normalnym meh, jak się da. I wyrusza w drogę razem z hakerem Matrix oraz troszkę zapomnianym Piątką.

emotki1

Film Tony’ego Leonidasa na pierwszy rzut oka wydaje się brzmieć dziwnie znajomo. Oglądaliście może „W głowie się nie mieści”? Koncepcja kina drogi oraz wiele scen (głównie ta w koszu) wyglądają dość znajomo, jednak sama jakość animacji od Sony mocno odstaje produkcji Pixara. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że brakuje świeżości. Jeszcze pomysł przenoszenia się po smartfonie jest niezły czy wizja samego Tekstopolis. Ale po drodze mamy product placement (Candy Crush, Just Dance, YouTube), bardzo przewidywalną fabułę oraz w zasadzie bardzo słabiutki humor. Można jeszcze polubić bohaterów, chociaż Piątka (ruchowa dłoń) jest dość irytujący i ciągle pakuje wszystkich w tarapaty. Za to Minek prezentujący całą paletę emocji oraz zbuntowana Matrix, która nie chce się dostosować do norm społecznych – to zupełnie inna para kaloszy.

emotki3

Także sceny dziejące się w realu, gdzie nastolatkowe gapią się w komórki i nie potrafią do siebie zagadać – ech, szkoda gadać. To jest jeszcze nudniejsze i nie angażujące jak podróż Minka do samoakceptacji. Z takim materiałem nawet polski dubbing nie jest w stanie tego uratować. Bartek Wierzbięta dwoi się i troi ze swoim tłumaczeniem, lecz nawet on z gówna bicza nie wykręci. Podobno zatrudniono gwiazdy polskiego YouTube’a, ale ponieważ nie obserwuje go zbyt dobrze, nie zauważyłem nikogo. Ale za to usłyszałem parę znajomych głosów, z których najbardziej wybijały się trzy. Po pierwsze, Paweł Ciołkosz jako nasz Minek budzi sympatię od razu i zachowuje ją do końca. Po drugie, Monika Pikuła w roli zadziornej, zbuntowanej hakerki Matrix. No i na sam deser Wojciech Paszkowski w roli ojca Minka, który tak swoim głosem czaruje, że każdym słowem rozbawić.

emotki4

Czy „Emotki. Film” to najgorsza animacja w historii? Nie, jest na to zbyt nudny i nijaki. Miewa przebłyski, jednak zbyt rzadko, a charakter praktycznie zniknął na początku produkcji. To tylko produkt, który nie wie dla kogo chce być.

4/10

Radosław Ostrowski

Kursk

Kursk – rosyjski atomowy okręt podwodny, który był niewykrywalny i miał pokazać, że Rosja nadal potrafi być potęgą marynistyczną. Ale w roku 200 na Morzu Barentsa podczas manewrów doszło do katastrofy. Najpierw eksplodowały torpedy, okręt poszedł na dno, zaś cała załoga zginęła. Nie tylko z powodu eksplozji, ale także poparzeń oraz brak tlenu. Rosjanie sami chcieli uratować załogę Kurska, bo nie chcieli, by świat poznał ich tajemnice. W końcu tą historię postanowili opowiedzieć filmowcy, pod wodzą reżysera Thomasa Vinterberga.

kursk1

Sama historia skupia się na kilku wątkach. Z jednej strony mamy załogę Kurska kierowana przez Michaiła Averina (najlepszy z obsady Matthias Schoenaerts), która próbuje przetrwać. Z drugiej strony mamy żony próbujące poznać jakiekolwiek informacje na temat mężów. I jest jeszcze trzecia strona, reprezentowana przez brytyjskiego admirała Davida Russella. Ten szybko orientuje się, co się wydarzyło na morzu i od razu proponuje pomoc. Ale w Rosji nadal panuje mentalność homo sovieticusa oraz ciągle śnią o potędze. Duma nadal nie pozwala przyznać się do słabości oraz posiadania chujowego sprzętu. Reżyser tasuje oraz przeskakuje z tych wątków, by pokazać to wszystko z jak najszerszej perspektywy. Jak ognia unika patosu, zaś sceny w okręcie tworzą klaustrofobiczny klimat. Każda decyzja może doprowadzić do śmierci, a poczucie bezsilności jest wręcz namacalne.

kursk2

Problem dla mnie jest jednak w tym, że te przeskoki osłabiają całość. Sceny w okręcie, gdy załoga walczy o przetrwanie potrafią chwycić za gardło. Ale wszystko inne dookoła (może poza sytuacjami z żonami) nie potrafi zaangażować i wydaje się takie nieciekawe. Sceny z Russellem – jak zawsze dobry Colin Firth – czy reakcje oficerów rosyjskiej marynarki nie jako są potrzebne. Mają one pokazać całe tło oraz poczucie, że zostało bardzo niewiele czasu. A także pokazać zakłamanie rosyjskiej marynarki, symbolizowanej przez admirała Petrenkę (Max von Sydow). Tylko, że to wszystko nie angażuje tak bardzo jak sytuacja załogi okrętu. Drugim poważnym problemem jest w zasadzie brak wyraźnie napisach postaci. Wszystko jest tu szablonowe: wyrazisty lider w postaci Michaiła, oślepiony dumą rosyjski admirał, brytyjski admirał pełen szczerych intencji, wojownicza i uparta żona. Gdyby nie charyzma aktorów, te postacie nie były w stanie być czymś więcej niż tylko świstkiem papieru.

kursk3

„Kursk” wydaje się pewnym kompromisem między ambicjami reżysera a pomysłami producentów. I jak każdy kompromis nie jest w pełni satysfakcjonujący dla nikogo. Mimo paru wad, reżyserowi udało się pokazać dramat marynarzy skazanych na śmierć jeszcze przed wypłynięciem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dzieciak, który został królem

Ostatnimi czasy opowieści arturiańskie stały się znowu popularne w kinie. Zaś wątek ten pojawił się m.in. w „Mrocznej wieży” (nikt nie pamięta), ostatnich Transformersach czy „Królu Arturze: Legendzie miecza”. Ale tym razem ktoś ostro przyćpał i poszedł o jeden krok za daleko. Reżyser Joe Cornish, który wcześniej pokazał starcie osiedlowych ziomali z kosmitami, tym razem uwspółcześnia mit arturiański.

dzieciak, co zostal krolem1

Bohaterem „Dzieciaka…” jest Alex, zwykły uczeń brytyjskiej szkoły. Wychowuje go matka, ojciec zniknął, a jego jedynym przyjacielem jest troszkę niezdarny Beddies. Innymi słowy, dzień jak co dzień. Do tego jeszcze są gnębieni przez duet Lance/Kyra. Szału nie ma, a nadziei na zmianę losu brak. Ale pewnego wieczora znajduje… miecz wbity w kamień na placu budowy. Jak się domyślacie, jest to Excalibur, a to oznacza jedno. Że wybudziła się Morgana, którą uwięziono pod ziemią i to może doprowadzić do końca świata. W tym samym czasie pojawia się odmłodzony Merlin, by pomóc w walce.

dzieciak, co zostal krolem2

Brzmi jak coś szalonego? Reżyser dopiero się rozkręca, a po drodze dzieją się jeszcze bardziej dziwaczne rzeczy. Pościg konny, jazda kradzionym autem, ruchome drzewa, jeźdźcy w kształcie ognistych kościotrupów. No i oczywiście finałowa konfrontacja w szkole, gdzie uczniowie są szkoleni jako… rycerze. W zbroi oraz tarczą w kształcie znaku drogowego. To jest czysty fun, który nie do końca traktuje się poważnie, ale pachnący duchem Kina Nowej Przygody. Sytuację broni sporo humoru, brytyjski klimat oraz naprawdę przyzwoite efekty specjalne. I do tego jeszcze fajny morał o sile przyjaźni, walce przeciwko szeroko rozumianemu złu. A można nawet uczynić z wroga swojego sojusznika.

dzieciak, co zostal krolem3

Podobała mi się także obsada, w dużej części pełne młodych, kompletnie mało znanych aktorów. Z tego grona najbardziej podobał mi się Angus Imrie jako młodsze wcielenie Merlina. Lekko postrzelony, mówiący niedzisiejszą angielszczyzną i nieźle stosującym zaklęcia. A jednocześnie bardzo charyzmatyczny mentor, będący wsparciem dla naszych bohaterów. Sympatię budzi grający główną rolę Louis Serkis (syn Andy’ego Serkisa), który staje się naturalnym liderem drużyny, podobnie pełniący rolę wsparcia Dean Chaumoo. Równie przyjemnie było patrzeć na Patricka Stewarta w roli starszego Merlina (szkoda, że go tak mało) oraz ucharakteryzowaną Rebeccę Fergusson jako demonicznej Morgany.

dzieciak, co zostal krolem4

„Dzieciak, który został królem” w kinach kompletnie poległ, przez co do nas na ekrany nie trafił. Szkoda, bo jest to zaskakująco przyjemna, troszkę wariacka wersja mitu arturiańskiego. Myślę, ze młodzi widzowie będą się świetnie bawić i dostaną sporo frajdy. Mimo paru przegięć, seans był po prostu fajny. I czasami o to chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Mirai

Kun jest 5-letnim chłopcem, mieszkającym z matką, ojcem oraz piesełem. Cały świat wręcz kręci się wokół niego, a wszyscy wręcz tańczą jak on zagra. Wszystko jednak wywraca się do góry nogami, kiedy do domu pojawia się jego młodsza siostra, świeżo urodzony niemowlak. I to jest dla niego koszmar, bo wszyscy zwracają uwagę na nią, na Mirai, przez co chłopak czuje się odrzucony, niekochany. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, kiedy zaczyna przychodzić do ogrodu, gdzie dzieją się dość zaskakujące rzeczy.

mirai1

Kolejna wyprawa do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale tym razem z tematem bardziej uniwersalnym niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. „Mirai” to opowieść o dojrzewaniu, której konstrukcją najbliżej jest do „Boyhood” – epizodyczność wydarzeń, pozornie nie powiązanych ze sobą. Jest jednak rzecz bardzo japońska w duchu, czyli sceny mocno zabarwione fantastyką. To w nich nasz chłopak niejako trafia do przeszłości, a nawet przyszłości, gdzie spotyka m.in. ludzką wersję swojego psa czy dorosłą Mirai. Brzmi wariacko, wręcz surrealistycznie? Ale dla reżysera jest to klucz do pokazania drogi naszego dzieciaka do dojrzewania, choć osadzone jest w zasadzie w jednej przestrzeni domu. Może wydaje się dość przewidywalne i proste, lecz kontekst kulturowy dodaje pewnego specyficznego posmaku.

mirai2

Historia wydaje się prosta, lecz elementy fantastyczne mocno wybijają ją z grona innych opowieści o szybkim dojrzewaniu. Nie działa ona jednak w ten sposób, że dzieje się od razu, po jednym wydarzeniu. To proces, gdzie niemal wszyscy wydają się zdezorientowani oraz zagubieni: bardzo apatyczny ojciec, który stara się pomóc, pracująca matka wracająca do domu zmęczona, a także sam Kun. Cała ta trójka musi na nowo się odnaleźć, ale wszystko widzimy z perspektywy dziecka. Jego wyobraźnia jest miejscami bardzo szalona (chłopak po wyrwaniu oraz wsadzeniu sobie ogona staje się psem), a także pomaga mu łatwiej przejść przez ten dość trudny okres. A jednocześnie gdzieś zasłyszane zdarzenia z przeszłości rodziny stają się istotną częścią układanki (wizyta u pradziadka zakończona jazdą na koniu czy spotkanie z matką w jego wieku), co czyni całość bardziej dojrzałym oraz mądrym spojrzeniem na okres, gdy pojawia się nowy członek rodziny.

mirai3

Żeby jednak nie było słodko, nie brakuje tutaj bardzo mrocznych scen, zwłaszcza w finale dzieła. Mocne wrażenie robi cała sekwencja na dworcu, gdzie wszystko idzie wręcz w stronę rasowego horroru (te krzesła w pociągu na Samotną Wyspę) – dla bardzo młodych widzów może być to zbyt mocny obraz. Sama animacja jest zrobiona w sposób klasyczny, wręcz ręcznie rysowany styl. I wygląda przez to bardzo ładnie, ale pojawiają się pewne trójwymiarowe wstawki czy to podczas finału na dworcu, przeskakiwaniu z miejsca na miejsce (niemal widać takie paski) czy cała sekwencja w jakby akwarium. Nie jest to może aż tak widowiskowe jak poprzednie animacje z Japonii jakie widziałem oraz sporych efektów specjalnych, ale w przypadku tej opowieści działa to zdecydowanie na plus.

mirai4

Muszę przyznać, że „Mirai” po raz kolejny pokazuje, co ciekawego dzieje się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nominacje do Oscara oraz Złotego Globu nie są dziełem przypadku, zaś dorośli i dzieci (bardziej w wieku 10+) znajdą tutaj coś dla siebie. Mądre, zabawne, a jednocześnie bardzo uniwersalne kino trafiające pod każdą szerokość geograficzną.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Majtas: Pierwszy wielki film

Animowane kino superbohaterskie nie jest niczym nowym, co pokazali choćby „Młodzi Tytani”. Ten film jednak przeoczyłem z powodu chłodnego odbioru oraz dość dziwacznego zwiastuna. No i tytuł brzmiący niczym z jakiejś bajki dla bardzo młodego widza. Czyżbym był już za stary na pewne rzeczy? Ale po kolei.

Głównymi bohaterami oraz narratorami są George i Harold – dwaj kumple chodzący do podstawówki. Są pozytywnie zakręconymi kawalarzami, tworzą komiks o tytułowym superbohaterze (jego geneza to w zasadzie parodia „Supermana”). I w zasadzie byłoby dobrze, gdyby nie to, że szkoła do jakiej uczęszczają to połączenie kostnicy z obozem, gdzie cały czas jest stypa. Do tego dyrektor, pan Krapp, jest prawdziwym wrzodem na dupie, zaś każda oznaka radości doprowadza go do szału. Kiedy chłopaki podczas dnia, gdzie są prezentowane nowe wynalazki prymusa, wycinają kawał i za karę mają zostać rozdzieleni. Z desperacji wpadają na szalony pomysł, by… zahipnotyzować dyrektora plastikowym pierścieniem, co udaje się. I tak dyrektor zostaje Kapitanem Majtasem, czyli gościem w majtach z niezbyt rozwiniętym IQ. A heros jest potrzebny, bo w szkole pojawia się zagrożenie w postaci nowego matematyka/szalonego naukowca.

kapitan majtas1

Fabuła animacji od DreamWorks zrobiona przez Davida Sorena (reżyser) oraz Nicholasa Stollera (scenariusz) wydaje się brzmieć bardzo prosto i nieskomplikowanie. Akcja w podstawówce, więc raczej należy się spodziewać humoru skierowanego dla zaczynającego swoją przygodę z kinem dziecka. Mamy pierdy, masę slapsticku (głównie zderzenie Majtasa z rzeczywistością – i to bawi), ale jednocześnie jest to pastisz kina superbohaterskiego. Największą siła tego filmu jest zabawa formą, gdzie mamy zarówno sceny ręcznie rysowane (komiksowy wstęp), łamanie czwartej ściany, stopklatki, mocne i pstrokate kolory (wjazd do szkoły w rytm „Oh Yeah”), podzielony ekran niczym komiksowe kadry czy surrealistyczne wstawki (rozmowa dwóch „mózgów”). A i tak nie wymieniłem wszystkiego.

kapitan majtas2

Sama animacja pozornie wydaje się być bardzo uproszczona, troszkę przypominająca mi kinowe „Fistaszki” (sylwetki ludzi) czy „Bociany” (też od Stollera), ale to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat. Troszkę ocierając się o komiks, z bardzo heroiczną muzyką (bardzo pastiszową) w tle – prawie jak „Superman” czy „Indiana Jones” od Johna Williamsa.

kapitan majtas3

Dzieje się tu sporo, nie ma miejsca na nudę, zaś ilość żartów dla dzieci i dorosłych utrzymuje się na poziomie pół na pół. Nawet jeśli wszystko wydaje się przerysowane, głupawe i niedorzeczne (motywacja głównego złola, zachowanie Kapitana Majtasa), jest to absolutnie świadomy zabieg. Może przeszkadzać pewna powtarzalność gagów (hipnotyzowanie i odczarowywanie dyrektora – pstrykniecie i woda), niemniej to wszystko ma masę uroku oraz nawet niegłupi morał, pokazując siłę przyjaźni i wyobraźni. A także bardzo satyrycznie pokazuje szkołę oraz system edukacji, który zmienia uczniów u pozbawionych radości samotników.

kapitan majtas4

Swoją robotę robi też polski dubbing w reżyserii legendarnego Jarosława Boberka. Tym razem jednak zostali obsadzeni mniej znani aktorzy głosowi, co dodaje pewnej świeżości. Jedyny rozpoznawalny głos należy do Jakuba Szydłowskiego, który zagrał profesora Pofajdanka, będącego demonicznym złolem z absurdalną motywacją. Sympatię budzą nasi postrzeleni protagoniści, grani przez Mateusza Narlocha oraz Mateusza Webera, dodając luzu oraz dystansu. Dla mnie jednak odkryciem był Filip Przybylski: z jednej strony wściekły i nabuzowany dyrektor Krapp, z drugiej nie za mądry, pełen optymizmu Kapitan Majtas. W obydwu rolach pozostaje wiarygodny, zaś przejście z jednej w drugą dzieło się niczym za pomocą magicznego przycisku.

Po „Kapitanie Majtasie” spodziewałem się bajki skierowanej głównie dla najmłodszego widza, ale sam film okazał się zaskakująco zabawną, zakręconą opowieścią o sile wyobraźni. Ale jak z każdą siłą, łączy się wielka odpowiedzialność, więc trzeba uważać. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy, w końcu to pierwszy wielki film tego herosa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grinch

Miasteczko Ktosiowo jest znane z tego, że bardzo hucznie obchodzi Boże Narodzenie. Wiadomo, prezenty, panująca wszędzie radość, kolędy, choinka, dekoracje oraz tego typu pierdoły. Jest jednak ktoś, kto wielkim fanem Świąt nie jest –  zielonkawy stworek zwany Grinchem. Troszkę taki gremlin, trochę skrzat oraz wynalazca a’la doktor Brown. Kiedy dowiaduję się, że tegoroczne Święta mają być trzy razy huczniej obchodzone niż zwykle, postanawia dokonać najbardziej szaloną akcję w całym swoim życiu: ukraść Święta Bożego Narodzenia.

grinch2

Studio Illumination Entertainment wydaje się być ekipą kojarzoną z jedną serią animacji: cyklu o Gru i Minionkach. Poza nim poziom był dość nierówny (świetne „Sing”, ale i mocno średnie „Sekretne życie zwierzaków domowych”), więc do adaptacji książki dra Seussa podchodziłem bardzo sceptycznie. Owszem, czuć iż to film skierowany dla młodego widza, nie jest to jednak bardzo infantylne kino. Jest tu klimat klasycznej bajki z czasów Disneya (obecność narratora, komentującego wierszem – wynika to z charakteru literackiego pierwowzoru), opartego na zderzeniu slapsticku oraz charakteru Grincha ze świątecznym klimatem. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza iż sam Grinch nie jest wrogiem Świąt jako takich, tylko tego bardziej komercyjnego sposobu obchodzenia, skupieniu się na otocznie, prezentach (jego zdaniem niepotrzebnych przedmiotach), blichtrze. Tylko, czy to jest prawdziwy duch Świąt? To pytanie serwuje drugi wątek, związany z małą dziewczynką o imieniu Cindy Lou, która chce troszkę innego prezentu niż wszyscy inni.

grinch1

Może i fabuła jest przewidywalna oraz prosta niczym konstrukcja cepa, jednak muszę przyznać, że sama animacja oraz forma tej opowieści jest bardzo ładna, wręcz szczegółowa (futerko Grincha i jego jaskinia). Nadal jednak czuć rękę oraz styl studia (piesek Grincha wzięty niemal żywcem z „Sekretnego życia…” czy ludzie o wyglądzie z serii o Minionkach), ale poziomem bliżej jest do „Sing”. Sam wygląd miasta, dekoracji świątecznych robi spore wrażenie, akcja też jest dynamiczna (sceny kradzieży prezentów czy przygotowań). W tle gra muza Danny’ego Elfmana, troszkę klimatem przypominająca… „Miasteczko Halloween” (albo mam coś z uszami), będąca sporym plusem. I sam morał też jest trafny, mądry i pokazany w niezbyt nachalny sposób.

grinch3

Polska wersja językowa realizowana przez Bartka Wierzbiętę jak zawsze trzyma fason. Chociaż jest pewien szczegół (choć nie wiem, czy to wina dystrybutora): wszelkie kolędy i piosenki świąteczne są wykonywane w oryginale. Tylko, że w jednej scenie kolęda jest śpiewana po polsku, co wywołuje poczucie pewnej niekonsekwencji. Najbardziej błyszczą dwie role, czyli narrator oraz tytułowy Grinch. Pierwszy przemawia bardzo ciepłym, delikatnym głosem Marka „Gru” Robaczewskiego, zaś drugi (w oryginale sam Benedict Cumberbatch) przemawia wokalem legendarnego Jarosława Boberka, potwierdzającego wielką klasę. Jego pomruki, szorstki głos buduje charakter zgorzkniałego, samotnego, jednak mimo wszystko budzącego sympatię stworka. No i jeszcze jest przesympatyczna Lila Wassermann jako Cindy Lou Ktoś.

grinch4

Ku mojemu zdumieniu „Grinch” okazał się jednym z najlepszych filmów studia Illumination. W każdym razie na pewno najładniejszą animację ze wszystkich oraz sporo serducha (także tego świątecznego), jakiego po nim się nie spodziewałem. No i zobaczenie śniegu w to gorące lato jest czymś orzeźwiającym, czego bardzo potrzeba.

7/10

Radosław Ostrowski

Młodzi Tytani: Akcja! Film

Słyszeliście kiedyś o Młodych Tytanach? To tacy bardzo młodzi, wręcz dziecięcy superbohaterowie, którzy nie do końca zachowują i traktują się poważnie. Frontmanem grupy jest Robin – podopieczny niejakiego Batmana, zaś wszyscy żyją w Tinsel Town. Tam nawet niepoważni złoczyńcy jak Balonowy Człowiek uważają tą grupę za pajaców. Żeby to zmienić kumple postanawiają… zrobić swój własny film. Tylko, że specjalistka od tego kina nie jest nimi zainteresowana. Do czasu, gdy pojawia się tajemniczy Slade i planuje stworzyć maszynę do manipulowania umysłami.

mlodzi tytani1

Kolejna animacja ze świata DC, ale nie powiązana z kinowym uniwersum, które o mały włos by skończyło żywot. „Młodzi Tytani” zaczynali jako serialowa kreskówka Cartoon Network w latach 2003-07 oraz od 2013, czyli czasów, kiedy już nie odbierałem tego kanału. Kinowa wersja jest tak naprawdę pretekstem do zaserwowania kolejnych żartów i gagów, niczym w „Deadpoolu”. Czyli jeśli spodziewacie się mrocznego, poważnego kina, to pomyliliście adres. Choć animacja i kreska wydaje się niezbyt skomplikowana, mało szczegółowa i bardziej przypominająca produkcję dla telewizji, to jednak ogląda się naprawdę nieźle. Sama historia wydaje się poprowadzona prościutko i skupiona przede wszystkim na Robinie – chłopaku pragnącym być szanowanym przez środowisko superherosów, przez co jego przyjaźń z resztą ekipy (Cyborg, Bestia, Raven, Starfire) zostaje wystawiona na ciężką próbę. Nie oznacza to jednak nudy, bo akcja potrafi przyspieszyć i wciągnąć, intryga całkiem nieźle puentuje współczesne trendy oraz schematy kina, nawet jeśli to wszystko wydaje się znajomo. Balans między powagą a zgrywą nie zostaje zachwiany w żaden sposób.

mlodzi tytani2

Jeśli chodzi o poziom żartów, to jest on bardzo różnorodny: od ironicznego (głównie na dalszym planie) przez postmodernistyczne aluzje (opowieści o filmach, wątek podróży w czasie) aż po taki skierowany do zdecydowanie młodego odbiorcy. Na szczęście tego drugiego nie ma aż tak dużo jak się obawiałem. No i jeszcze wielkie litery niczym w komiksowym stylu. Dla mnie pewnym problemem jest jedna rzecz: z Tytanów najbardziej wybija się Robin, jego dylematy i wątpliwości. Reszta ekipy jest tylko i wyłącznie tłem, bardzo skromnie zarysowanym w jednej piosence, co troszkę boli.

mlodzi tytani3

Jeżeli chcecie obejrzeć „Młodych Tytanów”, to tylko w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bo polska – delikatnie mówiąc – kłuje po uszach i same głosy wypadają tak sobie (zwłaszcza, że są strasznie zdesynchronizowane z kłapami). W oryginale najbardziej błyszczy wcielający się w głównego antagonistę Slade’a – a tak naprawdę Deathstroke’a – Will Arnett (świetnie się bawi tą rolą) oraz Scott Menville jako Robin. Po drodze jest parę ciekawych i wyrazistych ról (cudna Kristen Bell jako reżyserka Jade Wilson, prawy Superman w wykonaniu… Nicolasa Cage’a czy śpiewający Michael Bolton w piosence motywującej jako Tygrys), dodając odrobiny koloru oraz błysku.

Ku mojemu zdumieniu „Młodzi Tytani” okazali się zaskakująco fajnym, sympatycznym kinem postmodernistycznym i przyjemną zgrywą z tego gatunku. Może troszkę ugrzecznioną i bardziej skierowaną dla młodego widza, to jednak dorośli też znajdą sporo dla siebie. I jest też furtka na kontynuację, która – mam nadzieję – powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Hotel Transylwania 3

Pamiętacie jeszcze ten hotel prowadzony przez legendarnego hrabiego Draculę? Dwie części animacji od studia Sony oraz reżysera Genndy’ego Tartakovsky’ego były świetną zabawą, stanowiącą dekonstrukcję kina grozy, zmieszana z komedią. Teraz jednak Drakul troszkę męczy się z samotnością – w sensie brakiem partnerki, bo córeczka ma własną rodzinę, hotel też dobrze się trzyma i prowadzi, lecz smutek mu widać na twarzy. Dlatego cała ekipa postanawia wyruszyć na upiorną wycieczkę do… Trójkąta Bermudzkiego. Jednak cały myk polega na tym, że kapitanem całej wyprawy jest prawnuczka Abrahama Van Helsinga, chcącego zatłuc wszystkie monstra.

hotel transylvania3-1

Są pewne serie, które z każdą częścią tracą na jakości i niestety, to tego grona dołącza nowa część „Hotelu Transylwania”. To nadal opowieść o tolerancji wobec inności i przełamywaniu barier, tylko że tutaj brakuje czegoś, co mogłoby utrzymać moją uwagę na dłużej. „Trójka” coraz bardziej próbuje trafić do młodego widza, nie dając starszym zbyt wiele. Slapstickowy humor oparty na prostych i oczywistych gagach typu kamuflowanie zwierzątka, horda siejących spustoszenie dzieci czy – to akurat trafne – hrabia mijający wszystkie świszczące pociski, topory i tym podobne narzędzia zagłady. Cały czas postacie stoją w miejscu: Dracula skrywa i nie mówi niczego wprost, Mavis (córka) martwi się o ojca, zaś jej chłopak wydaje się traktować wszystko na luzie. Pewną świeżością jest nowa lokalizacja, czyli statek oraz Atlantyda czy bardzo pomysłowy pojedynek finałowy z wykorzystaniem broni ostatecznej zagłady. Także linie lotnicze prowadzone przez gremliny potrafią rozbawić, tylko że to wszystko są to bardzo małe drobiażdżki. Dla mnie nie było zbyt wiele, zaś cała historia była strasznie przewidywalna i nudna. Nie bójmy się tego słowa, mimo jakości animacji w stylu znanego dla tego reżysera (ładnie to wygląda) oraz świetnej muzyki troszkę w stylu Danny’ego Elfmana. Czuć tutaj bardzo duże zmęczenie materiału oraz poczucie deja vu, mimo udziału rodziny Van Helsing (nieudane próby neutralizacji to perełki humoru).

hotel transylvania3-2

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing kierowany przez Bartka Wierzbiętę. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza Tomasz Borkowski (Dracula) oraz Agnieszka Mrozińska (Mavis), dodając lekkości oraz masę charakteru. Drugi plan wydaje się tutaj bardziej oddalony i zepchnięty do roli tła. Wyjątkiem od tej reguły są nowi bohaterowie, czyli kapitan Ericka (świetna Izabella Bukowska), starszy Van Helsing (niezawodny Jakub Szydłowski) oraz pełniący rolę służącego Śledź (bardzo chłodny Szymon Majewski).

hotel transylvania3-3

Nie wiem jak wam, ale dla mnie „Hotel Transylvania” powinien zakończyć działalność, zanim ostatecznie stanie się nieoglądalny. Ja nie miałem dla siebie zbyt wielu ciekawych rzeczy, poza śladowym absurdem, bo już nie jestem targetem tego dzieła (8-10-latek już we mnie nie siedzi i potrzebuję czegoś więcej od slapsticku), zaś dubbing nie jest w stanie ukryć mielizn fabuły.

5,5/10

Radosław Ostrowski