Fokstrot

Fokstrot to taki dość prosty taniec, którego kroki powodują, że wracasz do punktu wyjścia. Że cokolwiek byś nie zrobił, wracasz do początku. Ale film Samuela Moaza nie jest filmem tanecznym, lecz historią z wojną w tle. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do mieszkania niemłodego małżeństwa – państwa Feldmann, przychodzą żołnierze. Kiedy dowiadujemy się, że ich syn Jonathan służy w armii, wszystko wydaje się jasne. Czyli syn poległ na wojnie, co staje się dość ciężkim doświadczeniem przede wszystkim dla ojca.

foxtrot1

Chciałbym powiedzieć wam trochę więcej o fabule, ale „Fokstrot” opiera się na kilku woltach, które zaskakują i wywracają wiele rzeczy do góry nogami. By jeszcze bardziej wprowadzić mętlik, akcja zostaje przeniesiona na posterunek graniczy, gdzie służy Jonathan (syn). Pozornie opowieść wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa, jednak nie o nią tak naprawdę tu chodzi. Reżyser za pomocą warstwy formalnej zmusza do skupienia, pokazując niemal absurdalność całej sytuacji. Wojskowi na początku sprawiają wrażenie urzędników, mówiących wyuczone na pamięć formułki, mające pomóc przetrwać. Niby wydaje się psychologicznym dramatem, gdzie mamy skrywane traumy, mroczne tajemnice z przeszłości oraz to, jaki wpływ wojna ma na ludzi. I nie chodzi tutaj tylko o tych obecnych wojaków jak Jonathan, gdzie stoją w jakimś wygwizdowie. Tylko, że tej wojny tutaj mamy tyle, co kot napłakał. Cała sytuacja (przechodzący wielbłąd) wydaje się tak absurdalna i niedorzeczna, że aż można się złapać za głowę.

foxtrot2

Dużo jest tutaj niemal groteskowych scen z niezapomnianą sceną tańca na posterunku z karabinem w dłoni (w tle gra odpowiednia do tego muzyka) czy bardzo mocna scena z puszką (nie powiem wam, co tam się dzieje), co tylko podkreśla absurdalność wydarzeń oraz jeden bardzo istotny fakt, o jakim często zapominamy. Że nie na wszystkie wydarzenia mamy wpływ, a przypadek potrafi wyciąć taki numer, jakiego nigdy się nie spodziewaliśmy (ostatnie pół godziny). Jest też nawet animowana wstawka, niemal przypominająca „Walc z Bashirem” w formie komiksu.

Niby pozornie nie dzieje się tu zbyt wiele, ale sama realizacja to coś nieprawdopodobnego. Sama praca kamery jest absolutnie cudowna (zwłaszcza kadry z góry, gdzie widzimy ruch postaci), kompozycja kadrów niemal jest dopieszczona. Ta finezja działa tutaj na zasadzie kontrastu, gdzie słyszymy jedno, a widzimy czasem coś zupełnie innego. Przez co „Fokstrot” działa i jako dramat pokazujący bezsensowność wojny w skali mikro, a także jako polityczną satyrę na armię oraz biurokrację.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

The Happy Prince

Czy mówi wam nazwisko Oscar Wilde? Jeden z bardziej uznanych poetów, dramaturgów XIX wieku, lecz jego kariera załamała się kilka lat przed śmiercią z powodu pewnego procesu. Autor został skazany za sodomię na dwa lata, przez co został wygnany z kraju. „The Happy Prince” pokazuje ten ostatni okres życia autora, zrealizowany przez Ruperta Everetta.

happy_prince1

Aktor nie tylko zagrał Wilde’a, ale też film wyreżyserował oraz napisał scenariusz. Gdy poznajemy Wilde’a, przebywa w Paryżu, niczego już nie pisze, żyjąc w dość hedonistyczny sposób, mimo braku stałego źródła dochodów. Jednak stan jego zdrowia ciągle się pogarsza. Całość jest niemal jedną wielką retrospekcją okresu emigracyjnego: od bardzo drogich hoteli i prób literackiego powrotu aż do nędzy, samotności, żebrania niemal o pieniądze. A jednocześnie widać zwłaszcza na jego rodzinie (zostawił żonę i dwóch synów), jak mocno cała sytuacja się na nich odbiła. Powoli widzimy jak ten niebieski ptak coraz bardziej zaczyna gasnąć, mimo posiadania błyskotliwego umysłu. Reżyser próbuje się skupić na psychice bohatera, co najbardziej widać pod koniec filmu, kiedy Wilde zaczyna mieć zwidy. Problem jednak w tym, ze cała ta opowieść w „Happy Prince” nie należy do zbyt przystępnych, zdarza się wręcz męcząca. Nitka fabularna wydaje się dość wątła, przez co można odnieść wrażenie, jakbyśmy oglądali niemal te same sceny, przez co trudno jest w to wszystko się zaangażować.

happy_prince2

Ale muszę przyznać, że sam film wygląda więcej niż ładnie. Zdjęcia są z jednej strony potrafią zaimponować grą światłocienia, z drugiej bardzo naturalnym oświetleniem, tworząc wrażenie oglądania starych fotografii. Także scenografia (speluny, hotele, knajpy) i kostiumy robią bardzo dobre wrażenie, zaś pod koniec nawet montaż potrafi zaskoczyć.

Ale prawdziwą perła jest tutaj rola Everetta jako Wilde’a. I jest to kreacja absolutnie fenomenalna, gdzie niemal każdy gest, spojrzenie, wypowiadane słowo ma prawdziwą siłę rażenia, pokazując bardzo sprzeczne emocje swojego bohatera, który zmierza ku autodestrukcji. Od rozpaczy, bezradności po niemal porywające występy oraz opowiadanie historii. Aktor kompletnie dominuje nad całością, dając z siebie wszystko. Także drugi plan ma tutaj wiele do roboty z uznanymi nazwiskami (Colin Firth, Emily Watson, Tom Wilkinson), dodając sporo realizmu.

Nie mogę odmówić Everettowi, że jest to bardzo ambitna próba i opowiedzeniu o już dość znanej postaci dla brytyjskiej kultury. Może bywa czasem nużący, męczący oraz dość monotonny, niemniej sama kreacja Brytyjczyka jest bardzo silnym magnesem, który może zachęcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gentleman z rewolwerem

Ten film jest oparty na faktach. Po części. Wyobraźcie sobie pewnego starszego pana, który jest elegancko ubrany, pełen uroku oraz spokoju. Pewnie bylibyście zdziwieni, gdybym powiedział wam, że Forrest Tucker jest… złodziejem, specjalizującym się w napadach na banki. Kiedy go poznajemy ucieka przed policją, w czym (nieświadomie) pomaga popsuty wóz pewnej kobiety o imieniu Jewel. Jednak na mężczyznę coraz bardziej zapętla się pętla na jego szyi.

gentleman_z_rewolwerem1

David Lowery zaskoczył kolejny raz, tworząc komedię kryminalną w bardzo retro stylu. Dlaczego retro? Niby jesteśmy w latach 80. (na początku), jednak duchem czuć bardziej klimat o dekadę czy dwie wstecz. Są tu jakby napady na bank, pościgi czy ucieczki, ale tak naprawdę są tylko dodatkiem, rzucone niejako przy okazji. Tego największego napadu nawet na ekranie nie widzimy, co jest pewnym zaskoczeniem, zaś pozostałe skoki wydają się dość szybko ucięte, jakby sam sposób był ważniejszy niż realizacja. Zamiast tego reżyser skupia się na naszym bohaterze, który wydaje się być wzięty jakby z innego świata. Niby bandyta i z bronią w ręku, ale nie pociągający za spust, nie krzyczący, pełen uroku oraz czerpiący z tego masę frajdy. Bo o tym tak naprawdę jest ten film – o czerpaniu radości z życia. Nawet jeśli wydaje się ono nie zgodne z prawem. Chociaż pojawia się pewna alternatywa dla tego „bandyckiego” życia, tylko czy nasz Tucker będzie chciał z tego skorzystać? Odpowiedź nie jest taka jednoznaczna.

gentleman_z_rewolwerem2

Sama realizacja jest pełna elegancji oraz stylu. Kamera prowadzona jest niespiesznie, dość wiernie odtworzono realia lat 80., chociaż nie ma tutaj muzyki charakterystycznej dla tego okresu. Być może dlatego, że jesteśmy gdzieś na prowincji, zaś nie w dużych miastach. Zamiast elektroniki i disco, mamy elegancki jazz, dodający klimatu retro. Do tego jeszcze dodajmy delikatny humor, bardzo ciepły, troszkę nostalgiczny klimat, przez co tworzy dość ciekawy miks.

gentleman_z_rewolwerem3

Wszystko tak naprawdę w ryzach trzyma Robert Redford, który – jeśli wierzyć wieściom zza Wielkiej Wody – postanowił stanąć przed kamerą po raz ostatni. Jeśli to prawda, jest to pożegnanie godne legendy. Aktor bardzo dobrze sobie radzi jako elegancki złodziej, pochodzący z zupełnie innej bajki. Ma masę uroku, ciepła i charyzmy, skupiając uwagę aż do samego końca. No i jeszcze ma dwójkę świetnych partnerów, czyli zdeterminowanego detektywa Johna Hurta (świetny Casey Affleck) oraz poznaną przypadkiem Jewel (cudowna Sissy Spacek), z którą można byłoby zacząć nowe życie.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, „Gentleman z rewolwerem” to przykład bardzo niedzisiejszego, troszkę refleksyjnego kina, ubranego w szaty kryminalnej komedii. Może nie idącego za współczesnymi trendami, jednak mającego w sobie to słynne coś, czego szukają kinomani.

7/10 

Radosław Ostrowski

Searching

Punkt wyjścia wydaje się dość prosty – mamy ojca samotnie wychowującego córkę po śmierci matki. Jednak pewnego wieczoru, Maggie idzie do koleżanki się uczyć. Ale nie wraca do domu. Niby nic niezwykłego u nastolatka, lecz wydaje się, że ma silną wieź między sobą i nie ma między sobą żadnych tajemnic. Jednak sprawa wydaje się coraz bardziej niejasna, córeczka nie pojawiła się w szkole, ani na lekcji fortepianu, zaś w sprawę angażuje się policja.

searching1

Wydaje się, że będziemy mieli do czynienia z typowym thrillerem opartym na tajemnicy. Zaginęło dziecko, pojawiają się nie pasujące do siebie poszlaki, tworząc niepokojący obraz tajemnicy. Ale reżyser Aneesh Chaganty wpadł na jeden prosty trick tej opowieści: wszystko widzimy z perspektywy… ekranu komputera. Widzimy ojca korzystającego ze współczesnej technologii oraz próbującego rozgryźć tajemnicę za pomocą jej laptopa. Sama koncepcja jest więcej niż intrygująca, zaś oglądana na ekranie laptopa, wywołuje większą immersję. Początek, czyli historię rodziny poznajemy za pomocą prostego montażu, gdzie widzimy zdjęcia, filmiki, maile, dodając sporo świeżości.

searching2

Ta indywidualna perspektywa jest czymś absolutnie świeżym, choć sam przebieg intrygi wydaje się dość oczywistym. Pojawiają się kolejne tropy, podejrzenia, tajemnice, przez które nasz bohater krąży jak dziecko we mgle. Facebook, YouTube, Tumblr, Instagram – te wszystkie narzędzia pokazują kolejne elementy układanki, lecz jednocześnie okazują się kolejnymi pułapkami. Montaż tutaj pomaga potrzymać tempo, przez co byłem w stanie zanurzyć się w tej opowieści. Pojawia się parę wolt, zaskoczeń, wywracając parę rzeczy do góry nogami. Tylko, że samo zakończenie i wyjaśnienie wydaje się dla mnie naciągane oraz troszkę dziwaczne. Ale byłem w stanie uwierzyć w cała tą sytuację – pewnej bezsilności, braku zaufania oraz nieufności. I tego jest tutaj aż tak dużo.

searching3

Aktorstwo tutaj w zasadzie jest bardzo ograniczone, bo postacie (zwłaszcza drugi plan) są bardzo szczątkowo zarysowane. Wyjątkiem jest tutaj ojciec grany przez Johna Cho, skutecznie budując swoją zagubioną postać ze sprzecznymi emocjami, która od razu budzi sympatię. Rozumiałem jego bezradność, podejrzliwość, ból oraz cierpienie. Poza Cho wybija się jedynie Debra Messing w roli prowadzącej śledztwo detektyw. I w zasadzie jeśli chodzi o postacie to tyle.

„Searching” jest niemal klasycznym thrillerem, gdzie największym atutem jest tutaj strona formalna. I to bardzo pomaga wejść w może niezbyt odkrywczą intrygą, lecz parę razy potrafi zaskakiwać. Zgrabnie wykonana, z ciekawym konceptem, dodającym wiele świeżości.

7/10 

Radosław Ostrowski

Feministki: Co sobie myślały?

Wiele osób zna takie słowo na F, które w połowie populacji wywołuje przerażenie. Feminizm u większości mężczyzn wywołuje pewien popłoch, nawet staje się stygmatem z narzuconymi kliszami, stereotypami, wynikającymi z poczucia strachu. Ale czym tak naprawdę jest feminizm? O tym opowiada ten dokument od Netflixa z roku 2018.

Punktem wyjścia dla całej opowieści jest… wystawa fotografii zrobionych przez Cynthię MacAdams w latach 70. Wtedy też zaczęła działać druga fala feminizmu, dotyczący tym razem kwestii bardzo poważnych: równouprawnienie na rynku pracy, kobieca seksualność i prawo do aborcji. A o tym wszystkim opowiadają panie, które na tych zdjęciach zostały uwiecznione. Cel tej opowieści wydaje się bardzo prosty: pokazać, co to znaczy feminizm oraz jakie były przyczyny tego ruchu. Pozornie może się wydawać klasycznym zbiorem gadających głów, jednak to wszystko potrafi złapać. Zwłaszcza, gdy zderzymy archiwalne obrazki z manifestacji oraz tymi samymi marszami po objęciu prezydentury przez Trumpa. I w głowie zadawałem sobie jedno pytanie: czy coś się tak naprawdę zmieniło?

feministki1

Odpowiedź może wydawać się zaskakująca, ale tak. Tylko, że to wszystko jest pokazane z perspektywy Amerykanów, gdzie wiele rzeczy trzeba było wykorzenić. Bo twórcy filmu bardzo szeroko patrzą na ten ruch oraz przypominają, jak do tego czasu patrzono na kobietę. Jakie miała być jej miejsce na świecie (bycie tą „grzeczną, dobrą kobietą – czytaj: żoną, matką, kurą domową), jakie jej miejsce wciskali inni mężczyźni, religia (wspomnienie spowiedzi, gdzie nie doszło do rozgrzeszenie z powodu… stosowania antykoncepcji), wreszcie społeczeństwo, stosując bardzo wielką presję („pozwalaj chłopakowi wygrać”). A jeśli dojdą do tego kwestie rasowe, wtedy dochodzi do prawdziwej iskry.

feministki2

Jednocześnie nie brakuje tutaj wpływu feminizmu na sztukę, gdzie można było przełamywać pewne bariery. Nie ważne, czy mówimy o kwestiach performance’u (historia kobiet za pomocą haftu i porcelany, którą politycy oskarżali o pornografię), tworzeniu filmów, sztuk teatralnych. Dzięki temu można było dotrzeć do szerszego grona odbiorców, pokazując jedno: ŚWIADOMOŚĆ.

Dla mnie ten film miał przede wszystkim wartość edukacyjną, bo zbiera cała wiedzę na temat ruchów feministycznych oraz jego wpływu na całą ludzkość. Ale jednocześnie pokazuje, ile jeszcze zostało do zrobienia. Szczególnie w krajach zdominowanych przez religijny fundamentalizm czy mocno zakorzeniony patriarchat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Plan Maggie

Poznajcie Maggie – młoda dziewczyna, która pracuje na styku sztuki oraz biznesu. Ma za to jeden konkretny plan na życie: chce mieć dziecko, ale niekoniecznie męża. Dlaczego? bo nie jest w stanie się z nikim zakochać na dłużej niż pół roku. Ale jest potencjalny dawca nasienia, czyli biznesmen odpowiedzialny za pikle Guy. Tylko trzeba załatwić spermę i wszystko będzie dobrze. Problem jednak w tym, że plany lubią się sypać. Na drodze pojawia się niejaki John Hardin – wykładowca akademicki, który pracuje nad fabułą. Poza tym ma żonę (też intelektualistka) i dwójkę dzieci. To jednak nie przeszkadza Maggie w zakochaniu się w mężczyźnie, co komplikuje pewne rzeczy.

plan_maggie3

Co wam przychodzi do głowy, kiedy myślicie o komedii romantycznej z intelektualistami oraz Nowym Jorkiem w tle? Na pewno myślicie o Woodym Allenie, lecz „Plan Maggie” to dzieło Rebeki Miller. Niemniej wszystko skupia się na trójkącie miłosnym (Maggie, John i jego żona), próbując znaleźć odpowiedź na niemal odwieczne pytanie dotyczące zakochania, odkochania i poczucia odpowiedzialności. Czy można sobie zaplanować czyjeś życie, co próbuje zrobić nasza bohaterka w drugiej połowie filmu, a może należy wszystko przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza. Duch nowojorskiego okularnika przewija się w muzyce, gdzie nie brakuje ducha jazzu czy portretów części miasta. Nie ma jednak tutaj takiego ironicznego humoru, choć nie brakuje tutaj trafnych obyczajowych obserwacji. Intryga może na początku wydawać się wydumana, jednak z czasem zaczyna nabiera pewnego rozpędu, w czym pomaga pewna drobna wolta. Bo akcja przeskakuje na 3 lata i stan zakochania oraz małżeństwa aż do kryzysu.

plan_maggie1

Wtedy „Plan Maggie” zaczyna niejako się od początku, bo co zrobić, jak się już plan się spełnił? Zaczynają się pojawiać pytania, a jednocześnie dostrzegać pewne niedoskonałości tej drugiej połówki. No i zaczynają się dylematy: zostać, odejść czy może… wymyślić jakiś nowy plan? Robi się troszkę dowcipniej (zwłaszcza postać Tony’ego), ale nie wywołuje to gwałtownego ataku śmiechu. I to dla paru kinomanów może być przeszkodą.

plan_maggie2

Jednak cały ten „Plan” działa, co jest także zasługą wiarygodnych, nieidealnych, lecz sympatycznych postaci. Tytułową Maggie gra Greta Gerwig i jest dość pokręconą, postrzeloną dziewczyną, która całkiem nieźle ogarnia pewne kwestie i ma odrobinę dziewczęcego uroku. Ale z drugiej strony jest naiwna i tak naprawdę nie do końca wie, czego chce. Jednak film tak naprawdę kradną dwa wierzchołki trójkąta, czyli Ethan Hawke oraz Julianne Moore. Ten pierwszy, czyli niespełniony artysta Paul, wydaje się troszkę pierdołowaty, bo zaniedbuje obowiązki ojcowskie i mocno skupiony na sobie. Z drugiej jednak strony jest szczery, może pełen kompleksów (zwłaszcza na polu zawodowym), co czyni tą postać złożoną. Na podobnym tonie błyszczy Moore ze swoim duńskim akcentem, sprawiając wrażenie chłodnej, dystyngowanej kobiety, z błyskotliwą karierą naukową w tle. Humoru troszkę wnosi Bill Hader (Tony) oraz Travis Fimmel (Guy) na drugim planie.

Film może wydaje się niepozornym, sympatycznym filmem obyczajowym, okraszony odrobinką humoru. Miller wydaje się być bardziej lightową wersją Woody’ego Allena, ale jednocześnie udaje się stworzyć swoją własną tożsamość. I nawet Gerwig mnie nie irytowała, co jest rzadkością.

7/10

Radosław Ostrowski

Brexit: Dzika wojna

Chyba żadne inne słowo w 2016 roku nie wywołało takiego spustoszenia na Wyspach Brytyjskich jak Brexit. Referendum mające doprowadzić do najważniejszej decyzji w historii tego kraju zakończyło się zwycięstwem eurosceptyków, co wywołało wielką konsternację. Politycy do tej pory jeszcze tej żaby nie połknęli, ale bardziej interesujące jest jedno pytanie: jakim cudem do tego doszło? O tym opowiada brytyjska produkcja telewizyjna.

brexit1

Całą kampanię zorganizował niejaki Dominic Cummings. Nie znacie go? Ja też o nim nie słyszałem, bo jest to postać mocno działająca w cieniu. I to właśnie do niego przyszedł lobbysta Matthew Elliot oraz poseł Douglas Carswell, by pomógł poprowadzić eurosceptyków do zwycięstwa. Do tej pory kampanie polityczne czy referendalne na Wyspach były raczej prowadzone w sposób spokojny, wręcz elegancki. Jednak reżyser pokazuje działanie kampanii z perspektywy tych, którzy chcieli w końcu doprowadzić do wyjścia Brytanii z Unii. Tutaj dochodzi do zderzenia dwóch sposobów myślenia, czyli konserwatywnej, tradycyjnej formuły z wykorzystywaniem nowoczesnej technologii (algorytmy informatyczne, łączenie Facebooka i Twittera z precyzyjnymi mailami). I to bardzo pięknie pokazuje, jak bardzo łatwo można manipulować faktami, materiałami oraz ograniczeniem wszystkiego do prostych, chwytliwych haseł – jak zresztą przy każdym referendum. Zaś politycy tutaj, nawet jeśli są przekonani o słuszności swoich działań, są pozbawionymi jakiegokolwiek planu kretynami.

brexit2

Reżyser potrafi przykuć uwagę widza, nawet przy korzystaniu skomplikowanych terminów, w czym zdecydowanie pomaga świetny, bardzo rytmicznym montaż. Pod tym względem miałem skojarzenia z „Big Short”, gdzie dialogi, złośliwości, ironii zderzone z kontrastowymi scenami (nie tylko w finale) tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Na dłoni widać, jak bardzo łatwo można manipulować naszymi emocjami, wątpliwościami, lękiem. Cała kampania to niemal starcie serca z rozumem, co dobitnie pokazuje próba przeprowadzenia badania na wybranej grupie ludzi przez reprezentantów społeczeństwa. Nawet napisy końcowe są w stanie doprowadzić do kilku konsternacji, pokazując brudne zagrywki kampanii politycznej.

Pojawiają się znane postaci ze sceny politycznej jak Boris Johnson (burmistrz Londynu), Nigel Farrage (szef UKIP) czy premier David Cameron. Ale tak naprawdę tutaj liczy się Cummings zagrany przez rewelacyjnego Benedicta Cumberbatcha. Lekko łysiejący mężczyzna, będący mieszanką inteligencji, arogancji oraz pewności siebie początkowo może wydawać się kreacją przypominającą poprzednie dokonania aktora. Ale jednocześnie nadal posiada kilogramy charyzmy, przez co nie można (nadal) oderwać od niego oczu, napędzając całą akcję.

Może i widać telewizyjny budżet, jednak „Brexit” wsysa do końca, pokazując kolejny raz, jak bardzo łatwo swoimi wyborcami można manipulować. No i że nie zawsze za każdą dobrą ideą stoi człowiek z planem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Żegnaj Christopher Robin

Każdy, kto był dzieckiem prędzej czy później musiał się spotkać z Kubusiem Puchatkiem. Postać stworzona przez Alana Alexandra Milne’a przyniosła ogromny rozgłos oraz popularność, jakiej nikt nie jest w stanie opisać. A wiecie jak ta postać została stworzona? O tym postanowił opowiedzieć reżyser Simon Curtis. Punktem wyjścia jest wyjazd pisarza, który brał udział podczas I wojny światowej z Londynu na prowincję. Wojenna przeszłość mocno odbija się na jego psychice, zaś narodziny syna (a miała być dziewczynka) też miała na niego wszystko. Wszystko zaczęło się jednak zmieniać, odkąd Alan razem z synem poszli na spacer do lasu. Coraz bardziej zaczyna się tworzyć więź między panami, w czym pomagają też znalezione zabawki.

zegnaj_chr1

Pozornie „Żegnaj Christopher Robin” to w zasadzie dramat obyczajowy i biografia w jednym. Akcja toczy się tutaj spokojnie, bez jakiś efekciarskich sztuczek (może poza scenami „ożywiania” rysunków) czy przeładowania sceny. Curtis bardzo delikatnie prowadzi całą opowieść, gdzie najważniejsze są tutaj dwa wątki. Pierwszy, czyli relację ojca z synem, pokazywana jest tutaj w sposób subtelny, bez poczucia fałszu, troszkę przypominając klasyczny film familijny. Sam las wygląda wręcz bajkowo, jakby rysowany pastelowymi kolorami, ale jednocześnie wydaje się realistyczny. Czuć tutaj silną chemię między postaciami, zaś wiele ze scen zapada w pamięć.

zegnaj_chr2

Drugi wątek dotyczy życia w cieniu literackiej sławy, gdzie wykorzystane zostają elementy z życia chłopczyka. Czytelnicy nie są w stanie rozdzielić prawdę od fikcji literackiej, przez co dojrzewanie Christophera Robina staje się mocno utrudnione. I nie chodzi tylko o naukę w szkole (tutaj akurat pokazano bardzo skrótowo), lecz bardzo wielki szum wokół chłopca (zwanego też Billym Moonem): odpisywanie na listy, zdjęcia, rozmowy z rówieśnikami. Ten cały szum zaczyna się coraz mocniej ciążyć na chłopcu, ale czy rodzice będą w stanie dostrzec to? Te dwa wątki zazębiają się ze sobą, przez co powstaje całkiem angażujące kino, mimo troszkę uproszczonej narracji.

zegnaj_chr3

To by nie zadziałało, gdyby nie dwie bardzo wyraziste role. Po pierwsze, Domhnall Gleason w roli Alana Milne’a znowu błyszczy. Z jednej strony jest to inteligentny, dowcipny literat, niemal zawsze potrafiący każdą sytuację skwitować żartem. Ale z drugiej to człowiek naznaczony przez wojnę, próbujący uciec od swoich demonów (scena, gdzie oślepionym reflektorem zacina się czy moment z przekłuty balonem) i odnaleźć się w nowym świecie. Po drugie, równie świetny Will Tilston jako 8-letni Christopher Robin (dorosłego na chwilę gra solidny Alex Lawther), pokazując, że naprawdę dobrych aktorów dziecięcych nie brakuje. Każda emocja (gniew, radość, zagubienie i samotność) pokazuje w sposób naturalny. Na drugim planie rządzi i dzieli Kelly Macdonald (niania Olive) – pełna ciepła, ale nie przesłodzona opiekunka, a także pokazująca troszkę inne oblicze Margot Robbie (Daphne Milne, żona Alana).

„Żegnaj Christopher Robin” miało być tzw. Oscar baitem, lecz członkowie Akademii nie dali się na to nabrać. Czy to jest zły film? Nie, to kolejna solidna robota z bardzo dobrym aktorstwem, pokazujący sławną postać z zupełnie innej perspektywy i pokazując dość ciemną stronę sławy.

7/10 

Radosław Ostrowski

Solo

Od razu uprzedzę wszelkie pytania – to nie ma nic wspólnego z Hanem Solo czy innymi „Gwiezdnymi wojnami”. Jest to hiszpański dramat o pewnym surferze o imieniu Alvaro. Mężczyzna kocha dwie rzeczy – fale oraz kobietę o imieniu Ona (jak można tak nazwać kogokolwiek). Tylko, że pogodzenie tych dwóch rzeczy jest niezbyt możliwe, choć sam uważa inaczej. Ale jedno zdarzenie zmienia wszystko: wypadek, gdzie mocno ucierpiał.

solo1

Hiszpański film od Netflixa próbuje połączyć dwa pozornie sprzeczne gatunki: film o miłości z elementami survivalu, budząc skojarzenia ze „127 godzin”. Tylko problem w tym, że cała opowieść wydaje się bardzo krótka, płytka oraz mało angażująca. Reżyser wpadł też na pomysł, by opowieść potoczyć na dwóch płaszczyznach czasowych: podczas wypadku i troszkę przed oraz już po wszystkim, gdy Alvaro opowiada o wszystkim swojej dziewczynie. W teorii zamysł wydawał się całkiem niezły, ale w rzeczywistości działało to zwyczajnie usypiająco i pozbawiało film jakiegokolwiek napięcia. Mimo, że jest kilka ciekawych scen jak rozsunięcie się z klifu oraz skok do wody, fabuła mnie kompletnie nudziła, zaś samo przetrwanie zostało pokazanie po łebkach, bez poczucia jakiegokolwiek zagrożenia. I nie jest tego w stanie nawet zilustrować muzyka, która idzie bardzo w stronę retro elektroniki czy pięknie wyglądające sceny fal oraz przyrody.

solo2

O aktorstwie chciałbym powiedzieć coś dobrego, jednak w zasadzie nie ma za bardzo o czym mówić, bo nie ma tutaj zbyt mocno zarysowanych postaci. Nawet nasz Alvaro (Alain Hernandez) wydaje się być antypatycznym dupkiem, by jego los zwyczajnie mnie obchodził, zaś reszta tak naprawdę robi tutaj tylko tłem, wliczając w to nawet dziewczynę (apetyczna Aura Gallido), która chce… no właśnie, nie bardzo wiem czego. Chyba po prostu odpłynąłem w trakcie oglądania.

Chciałbym powiedzieć, że „Solo” to udany film, jednak Netflix znowu zaczyna wraca do realizacji niewypałów. Po obejrzeniu nie zapada specjalnie w pamięć, odpływając niczym fala na morzu przeciętności.

5/10 

Radosław Ostrowski

Król Lear

William Szekspir jest tak ważną postacią dla kultury, że jego wpływ jest nie do przecenienia. A ilości adaptacje jego sztuk na ekranie liczy się w tysiącach (najpopularniejsze są „Hamlet”, „Makbet” oraz „Romeo i Julia”), głównie dokonywanych przez telewizję BBC. Tym razem jednak do gry wszedł Amazon Prime Video, który zatrudnił Richarda Eyre’a do zmierzenia się z „Królem Learem”.

Fabuła tej opowieści wydaje się prosta. Podstarzały król decyduje się podzielić między swoje córki całe królestwo: najstarszą Gonerylę, Regan oraz najmłodszą Kordelię. Kiedy ta ostatnia nie chce wymawiać pochlebstw, zostaje wygnana z domu oraz bierze za męża króla Francji. Jednak dwie siostrzyczki delikatnie mówiąc, kochają swojego ojca, lecz tylko swoimi słowami, nie czynami. Jednocześnie nieślubny syn lorda Gloucester, Edmund planuje intrygę w celu zniszczenia swojego ojca oraz zdobycia jego włości.

krol_lear1

Pierwsze, co robi reżyser to trzyma się mocno tekstu pierwowzoru, jednocześnie uwspółcześniając całe miejsce akcji. Więc zamiast koni i rycerzy, mamy samochody, żołnierzy z karabinami, zaś jedna z potyczek toczy się na gołe pięści i przypomina walki MMA. I choć początkowo taki zabieg wydaje się wywoływać pewien zgrzyt, bo archaiczny tekst zmieszany ze współczesną rzeczywistością wywołuje pewną sztuczność. Ale można się do tego łatwo przyzwyczaić. Mimo, że nie znałem tekstu Szekspira oraz bardzo specyficznego stylu, pełnego ozdobników, nie czułem się zdezorientowany i wydaje mi się, że zrozumiałem przebieg fabuły. Choć całość wygląda niczym teatralny spektakl, to jednak dość dynamiczna praca kamery (pełna zbliżeń oraz niemal w ciągłym ruchu) oraz montaż czynią ten seans o wiele bardziej przystępnym. Nawet sceny monologów zyskują głównie, dzięki realizacji jak choćby przełamując czwartą ścianę (pierwsza wypowiedź Edmunda) czy niemal skupiając się na samych twarzach. I to pozwala wybrzmiewać wielu kwestiom, dotyczącym posłuszeństwa, ciągłemu popadaniu w obłęd, przeznaczeniu czy poczuciu osamotnienia. Wiem, że dla wielu ten język może wydawać się niezrozumiały, nieczytelny, wręcz archaiczny. Niemniej warto dać szansę temu tytułowi.

krol_lear2

Zwłaszcza, że zachętą jest tu naprawdę wspaniałe aktorstwo. Najbardziej zaskakuje tutaj Anthony Hopkins, który jest w kapitalnej dyspozycji, balansując między majestatem, zgrywą, bólem a obłędem. Wszelki rodzaj emocji jest tutaj poprowadzony bezbłędnie, z niesamowitą mową ciała oraz błyskiem w oczu, jakiego nie widziałem u tego aktora od dawna. Równie wyraziste są tutaj te „dobre” siostry poprowadzone przez Emmę Thompson (zimna Goneryla) oraz Emily Watson (bardziej spokojniejsza Regan), tworząc bardzo mroczny duet, symbolizujący wyrachowanie, intryganctwo oraz działanie na własnej korzyści, a także John Macmillan jako żądny zemsty Edmund. Takiego koncertu dawno nie widziałem, zaś nawet postacie poboczne (królewski błazen) mają swoje przysłowiowe pięć minut.

krol_lear3

„Król Lear” kolejny raz przypomina, że Szekspir byłby najlepszym scenarzystą, gdyby żył w dzisiejszych czasach. Może intryga może wydawać się mętna, zaś język jest mocno niedzisiejszy, niemniej pierwszorzędne aktorstwo oraz bardzo mocna realizacja są w stanie zrekompensować te drobne wady.

8/10 

Radosław Ostrowski