LEGO Przygoda 2

Pierwsze spotkanie z Emmetem Klockowskim było dla mnie jedną z najlepszych animacji ostatnich lat. Mega optymistyczny, ciepły i fajny korpoludek uratował swoich kolegów z Klockoburga, ratując przed Lordem Biznesem. Tylko, że czas spokoju zniknął wraz z pojawieniem się Duplo, co doprowadza miasto do wręcz postapokaliptycznego klimatu. Tym razem jednak zabawki Duplo z układu Siostar decydują się porwać liderów grupy: Żyletę, Batmana, Stalowobrody’ego oraz Kicię Rożek, zas Emmet wyrusza odbić grupę.

lego przygoda2-1

Pierwsza część rozpoczęła bum na animacje z klocków LEGO od Warner Bros., gdzie w zasadzie oprócz zmiany reżysera w zasadzie mamy to, co zawsze. Czyli zderzenie dwóch światów (świata klocków oraz świata… ludzkiego, a także świata Lego i Duplo), gdzie dochodzi do poważnego spięcia. Fabuła – niczym w „Deadpoolu” – jest pretekstem do wrzucania masy żartów oraz popkulturowych odniesień z „Mad Maxem” czy „Jurassic World” na czele. Ale tak naprawdę to kolejna opowieść o chwale kreatywności oraz dojrzewaniu, a także jakie mogą być tego konsekwencje. Czy dojrzewanie musi oznaczać rezygnację z dawnego wcielenia, przyjaźni oraz bycia tylko poważnym? Te pytania przewijają się przy okazji fabuły, chociaż to wszystko wydaje się być skierowane dla młodego (tak do 10+) odbiorcy. Aczkolwiek na drugim i trzecim planie jest masa miejscami absurdalnych żartów, godnych tria ZAZ (obecność Marii Skłodowskiej-Curie, przeskok do innego świata niczym w „2001: Odysei kosmicznej” czy piosenka królowej Wisimi o niej samej).

lego przygoda2-2

Ale jednocześnie nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia deja vu. Nie chodzi tylko o powtarzalność gagów, lecz także o przewidywalność, masę schematów (tajemniczy Rex, mający być nowym przyjacielem oraz kumplem) i brak czegoś dającego kopa. Do tego środek zwyczajnie rozsypuje się, co jest spowodowane rozdzieleniem postaci, doprowadzając do chaosu i znużenia.

lego przygoda2-3

Sama animacja wygląda tak jak w poprzednich częściach, czyli niemal imitacja poklatkowego stylu, wszystko jest bardzo klockowate i to dodaje masę uroku. Kolorami wali to po oczach (zwłaszcza w układzie Siostar), muzyka miesza orkiestrę z popem, retro elektroniką oraz bardzo chwytliwymi piosenkami. Nadal lubię tych bohaterów (zwłaszcza narcystycznego Batmana – jego nie da się nie lubić), ogląda się to z przyjemnością, a sceny akcji i sama wizja świata pozostaje kreatywna.

lego przygoda2-4

A jak sobie radzi polski dubbing? Więcej niż nieźle. Nadal nie zawodzi Piotr Bajtlik w roli ciepłego, zaczynającego dojrzewać Emmeta oraz tajemniczego, twardego Rexa, mającego statek kosmiczny z… dinozaurami. Równie cudnie się sprawdza Ewa Andruszkiewicz (twardo stąpająca przy ziemi Żyleta), Adam Bauman (pirat Stalowobrody) oraz Marta Dobecka (Kicia Rożek). Dla mnie jednak film kradł fantastyczny Krzysztof Banaszyk (Batman) i absolutnie zaskakująca… Natalia Sikora w roli absolutnie uroczej, chociaż budzącej nieufność królowej Wisimi, potrafiącej zmienić się w cokolwiek. I to jest prawdziwa petarda.

Druga część już nie ma tej świeżości i w zasadzie powtarza błędy poprzedników (chaotyczny środek, lekkie przeładowanie żartów, schematy, przewidywalność), ale nadal potrafi dostarczyć odrobiny frajdy. Animacja też wygląda ładnie, jednak bardziej skierowana jest dla młodszego widza. Starszy troszkę może się wynudzić. Może nie jest cudownie, ale nadal fajnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix. Tajemnica magicznego wywaru

Czy ja muszę mówić, jak bardzo uwielbiam dwóch Galów, którzy notorycznie spuszczają łomot Rzymianom? Niski Asterix oraz troszkę przypakowany Obelix to dla mnie najbardziej ikoniczny duet superherosów, ale tym razem mają bardzo poważne zadanie: otóż specjalista od magicznego napoju Panoramix… spada z drzewa i uważa, że powinien znaleźć swojego następcę. Trzeba wyruszyć przez całą Galię i jest też niejaki Sulfurix – stosujący czarną magię druid, pragnący zemsty oraz idący na układ z Cezarem.

magiczny napoj1

Parę lat temu pojawiło się „Osiedle Bogów”, czyli pierwsza animacja o Asterixie i Obelixie zrobiona w trójwymiarze. Twórcy tego dzieła, scenarzysta Alexandre Aster oraz reżyser Louis Clichy tym razem postanowili zrobić oryginalną opowieść, bez korzystania z komiksowego tekstu. Czy oznacza to, że nie ma tego klimatu? To nadal starzy znajomi i sprawdzone elementy wracają. Spuszczanie łomotu Rzymianom przy pomocy magicznego napoju? Jest. Kłótnia między kowalem (Automatix) a handlarzem ryb (Ihigienix) o jakość ryb? Jest. Julek Cezar i legioniści dostający wpierdziel? W poprzedniej części było ich o wiele więcej, ale ten fragment nadal bawi. Piraci, których łajba zawsze tonie? Są. Czyli wszystko gra? No, nie do końca.

magiczny napoj2

Sama intryga wydaje się dość niespiesznie poprowadzona, ale w drugim akcie troszkę brakowało mi kopa, zaś nadmiar potencjalnych wątków nie zostanie rozwinięty. Bo jest bardzo młody i uzdolniony druid, który jest troszkę za bardzo skupiony na sobie, bardzo uzdolniona dziewczynka z wioski, co ma potencjał na druida, wreszcie Sulfurix, pragnący zemsty na druidach oraz Panoramixie (swoim dawnym przyjacielu). Tu wszystko w tym metrażu wydaje się dorzucone i takie wręcz ciasne w ciągu tej półtorej godziny, zaś parę wydarzeń sprawia wrażenie niezrozumiałych (odłączenie się Asterixa od grupy, dość szybkie eliminowanie Obelixa z gry czy pozostawienie wioski pod opieką Kakofonixa). Sytuację ratuje za to bardzo satysfakcjonujący oraz widowiskowy finał, dzięki któremu „You Spin Me Round” zespołu Dead or Alive nie będzie już brzmieć tak samo. Plus jeszcze humor, co jest także zasługą polskiego tłumaczenia oraz spotykanych druidów (Selfix, Netflix, nawet Jezus zwany tu Człowiekiem-Piekarnią).

magiczny napoj3

By jeszcze uatrakcyjnić całość wiele scen jest zrobionych w innej formie (ręcznie rysowana kreska podczas historii o Panoramixie oraz Sulferixie czy mapa Galii niczym z Indiany Jonesa), zaś animacja trzyma poziom poprzednika, a nawet miejscami jest lepsza, bardzo szczegółowa. To bardzo ładnie wygląda, a w tle jest bardzo klimatyczna muzyka oraz parę szalonych pomysłów.

magiczny napoj4

Zdecydowanie mocną zaletą jest polski dubbing, choć nie powracają wszyscy aktorzy z „Osiedla bogów” (m.in. nie ma Piotra Fronczewskiego i Arkadiusza Jakubika). Asterixem znowu jest Wojciech Mecwaldowski i coraz lepiej sobie radzi z tą rolą. Nadal jest dość rozsądnym gościem, chociaż łatwo puszczają mu nerwy. Za to do roli Obelixa powrócił Wiktor Zborowski, potwierdzając wielką klasę, tak samo Miłogost Reczek jako Panoramix, choć na początku troszkę gryzł mi się ten głos. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie… Kuba Wojewódzki w roli głównego antagonisty. Sulfurix z jego niskim, głębokim głosem budzi respekt, bez popadania w karykaturę. Zaś drugi plan zdominował duet Automatix/Ihigienix (Piotr Bąk i Jarosław Boberek), docinając sobie i nawet próbując stworzyć własny magiczny napój – szczególnie ten drugi.

„Tajemnica magicznego wywaru” nie zrobiły tak mocnego wrażenia jak „Osiedle bogów” (dzisiaj oceniłbym wyżej niż teraz), ale to nadal ten fajny, zabawny, a jednocześnie mądry film dla młodego widza. Pod płaszczykiem bijatyki i żartów dotyka kwestii dość poważnych (zderzenia tradycji z nowoczesnością, wierności zasadom czy wyrywania się ze schematów), o jakich by się nie podejrzewano dzielnych Galów.

7/10

Radosław Ostrowski

Eskorta

Cała historia wydaje się być prosta niczym konstrukcja cepa. Mamy tutaj elitarną jednostkę paramilitarną zwaną Overwatch, działającą jako komórka CIA składająca się z najbardziej przewidujących, doświadczonych agentów. Takich jak James Silva, którzy na przykład są w stanie zniszczyć komórkę rosyjskich terrorystów. Jednak cała intryga skupia się gdzieś w azjatyckim kraju, gdzie przed ambasadą USA trafia gliniarz Li Noor. Mężczyzna posiada cenne informacje dotyczące skradzionego cezu, ale w zamian chce azylu w USA. z ambasady do samolotu jest dystans 22 mil do pokonania.

eskorta (2018)1

Peter Berg nadal jest w swoim żywiole, czyli kinie akcji oznaczonym patriotyzmem oraz twardymi facetami. Sam punkt wyjścia może wydawać się znajomy, choćby dla tych, co widzieli „16 przecznic” Richarda Donnera, jednak tutaj reżyser próbuje bardzo udynamicznić całą akcję. Nie brakuje strzelanin, eksplozji, poczucia uciekającego czasu czy widoków z drona. Nasi herosi posiadają supernowoczesną technologię niczym z trylogii Bourne’a (widoki ze wszystkich kamer w kompie, zmiany sygnalizacji świetlnej + drony uzbrojone w rakiety) i – niestety – przejmuje od niego także montaż scen akcji. Nawet te najbardziej widowiskowe sceny wyglądają bardzo chaotycznie, nieczytelnie, jakby każdy cios czy strzał musiał być szybko montowany. I to mocno psuje wrażenie immersji, zaś sama intryga zwyczajnie nie wciąga. Samo wyjaśnienie oraz wolta, która stoi za całą intrygą potrafi zaskoczyć, jednak po przemyśleniu wydaje się dość niedorzeczna. No i sama konstrukcja, będąca czymś w rodzaju zeznania Silvy, gdzie opowiada o wszystkim (na szczęście, nie są rzucane od razu wszelkie tajemnice, co buduje odrobinę suspensu).

eskorta (2018)2

Jak wspomniałem, montaż jest największym problemem. Nawet podczas rozmów następuje szybkie przeskakiwanie z postaci na postać, co zwyczajnie drażni, zaś sceny akcji przez to są mocno popsute. Nie ma tutaj nerwowej kamery ADHD, jednak cięć jest zwyczajnie za dużo, przez co bijatyki, strzelaniny i eksplozje wywołują totalną dezorientację. A chyba nie o to tutaj chodzi, zaś Berg lepiej sobie pod tym względem radził sobie w „Dniu patriotów”, zaś tutaj bardzo duży krok do tyłu.

eskorta (2018)3

Aktorzy – jak to zawsze u Berga – po prostu są, mówią i nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, chyba że trzeba kogoś rozwalić, zastrzelić czy użyć pięści. Wtedy potrafią błysnąć. Mark Wahlberg jest typowym Markiem Wahlbergiem, tylko z bardzo nerwowym tikiem, wyszczekaną gadką oraz poczuciem lojalności. Także reszta ekipy (John Malkovich, Lauren Cohan, Ronda Roussey) wydaje się solidna, jednak film kradnie dla mnie Iko Uwais w roli informatora. Opanowany, spokojny, niby szary gość, ALE… ma najbardziej efektowne sceny akcji, niczym mistrz karate. Ręce i nogi latają jak szalone, choreografia jest niesamowicie dzika, podnosząc mocno poziom całości.

eskorta (2018)4

Problem jednak w tym, że „Eskorta” nie prezentuje sobą niczego, czego byśmy nie znali. Ale oprócz klisz, sama akcja zwyczajnie nie daje zbyt wielu satysfakcji (oprócz popisów Uwaisa – muszę bliżej poznać dorobek tego aktora), co jest kardynalnym błędem. Mam nadzieję, że jest to wypadek przy pracy Berga i następny film będzie co najmniej solidnym akcyjniakiem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Perfekcja

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy poznajemy Charlotte. Kiedyś była bardzo cenioną, uzdolnioną wiolonczelistką z prestiżowej prywatnej szkoły. Ale choroba matki (udar) zmusza do przerwania kariery oraz porzucenia muzyki. Po 10 latach kobieta poznaje nową podopieczną szkoły, czyli Elisabeth Wells podczas konkursu w Chinach. Dochodzi między paniami do zbliżenia, co będzie mieć bardzo poważne reperkusje.

perfekcja1

Netflix kolejny raz próbuje zrobić bardzo interesujący film, lecz czy tym razem ma szansę wypalić. „Perfekcja” to dreszczowiec zrealizowany przez Richarda Shepharda, bazujący na tajemnicy oraz wielu woltach, wywracających wszystko do góry nogami. Powiedzenie czegoś więcej powodowałoby, że musiałbym wejść na pole spojlerów, a tego chcę uniknąć. Powiem tylko tyle, że reżyser wielokrotnie pokazuje te same sytuacje z innej perspektywy (stosując przewijanie niczym oglądając film na kasecie video), co ciągle przykuwa uwagę do samego końca. Można powiedzieć, że to taki podrasowany „Czarny łabędź”, czyli znowu pojawiają się pytania o cenę perfekcji w zawodzie artystycznym, jednak to tylko tło dla mrocznego dreszczowca. Tak naprawdę nauka wywołuje jedynie silną traumę, naznaczającą na całe życie, zaś pod płaszczykiem edukacji jest psychiczne (i nie tylko) znęcanie się, a nawet pedofilia. Odkrywanie kolejnych elementów układanki wywołuje jedynie przerażenie oraz strach, zaś sama przemoc jest tutaj bardzo obrazowa, wręcz bezkompromisowa.

perfekcja2

Jednocześnie Shephard nie popada w stronę tandetnego kina klasy B, a realizacja jest więcej niż solidna. Wrażenie na mnie robi bardzo intensywna muzyka grana na wiolonczeli oraz kilka operatorskich tricków jak obracająca się kamera czy pięknie wyglądająca Kaplica. Do tego potrafi bardzo konkretnie budować napięcie jak podczas jazdy autobusem gdzieś na zadupiu. To jest bardzo dobrze poprowadzone i wciągające jak diabli.

perfekcja3

To wszystko by się posypało, gdyby nie bardzo wyraziste trio aktorskie na pierwszym planie. Fantastyczna robotę wykonuje Allison Williams, choć na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo wycofana, skrywająca się za serdecznym uśmiechem oraz mająca pewną mroczną tajemnicę. Kontrastem dla niej jest Logan Browning, będąca bardzo pewną siebie, ambitną, pełną pasji Lizzie. Dla niej akceptacja od Antona (bardzo solidny Steven Weber) jest dla niej kwestią życia i śmierci. Ale ten ostatni okazuje się ukrywającym się pod maską eleganckiego dżentelmena zwyrodnialcem. Niby perfekcja ma być dążeniem do Boga, ale tak naprawdę jest celem do zaspokojenia swoich potrzeb.

„Perfekcja” nie jest idealnym filmem, ale to jedna z największych niespodzianek zaserwowanych przez Netflix w tym roku. Przewrotny (niczym filmy Chan-wook Parka), mroczny, niepokojący, lecz także pociągający. Tego się nie będziecie spodziewać.

8/10

Radosław Ostrowski

The Highwaymen

Bonnie Parker i Clyde Barrow – ta para kochanków-morderców stali się pierwszymi sławnymi bandytami czasów Wielkiego Kryzysu. Ale ta sława spowodowała, że ludzie coraz bardziej zaczęli fascynować się nimi, czcząc ich jak bogów. Doczekali się nawet pokazania swoich losów na dużym i małym ekranie,  ale Netflix postanowił pójść w zupełnie innym kierunku. Całą tą historię prezentuje z perspektywy tropiących ich gliniarzach (a dokładniej byłych Strażnikach Teksasu): Franka Hamera oraz Manny’ego Gaulta.

highwayman1

Reżyser John Lee Hancock zrealizował ten film w taki sposób, jakby to była produkcja skierowana dla telewizji. Bardzo kameralna, spokojnie, wręcz ospale poprowadzona historia, ale zrealizowana w bardzo stylowy sposób. Mamy tutaj bardzo szczegółowo odtworzone realia lat 30., zaś całość (poza kryminalnym wątkiem) jest mieszanką kina drogi i… westernu. Ale zapomnijcie o jakiś widowiskowych strzelaninach (te są pokazywane z oddali) – może poza finałem czy dynamicznych pościgach. W zamian dostajemy zbieranie dowodów i poszlak, piękne krajobrazy oraz zderzenie dwóch weteranów ze współczesnym światem, którego nie rozumieją. Świata nie tylko pełnego dość rozwiniętej technologii (radia w samochodach, podsłuchy, auta, mocniejsze bronie), ale świata coraz bardziej brutalnego, gdzie sławę otrzymują bandyci, stając się współczesnymi bohaterami mass-mediów oraz społeczeństwo. Czyżby ten świat zwariował? I ta konfrontacja ze współczesnym światem jest jednym z ciekawszych wątków tego filmu.

highwayman2

Hancock bardzo sprytnie za to bawi się tym śledztwem. Sami nasi antagoniści nie są pokazywani z przodu, w pełnej sylwetce, tylko albo gdzieś z tyłu, albo z bardzo daleka. Zupełnie jakby Bonnie i Clyde byli nie z tego świata, jakimś nadprzyrodzonym tworem, co bardzo dobrze działa. Ale mimo znajomości finału, reżyserowi udaje się utrzymać uwagę do samego końca i ma kilka naprawdę mocnych scen (rozmowa z ojcem Clyde’a czy wspomnienie ataku na zbiegów i początek przyjaźni Franka z Mannym), które dodają smaczku do całości, podnosząc odrobinę poziom.

highwayman4

No i jeszcze mamy naprawdę świetny dobrany duet w rolach głównych, czyli Kevina Costnera i Woody’ego Harrelsona. Czuć między nimi taką szorstką przyjaźń, scementowaną latami doświadczenia, mimo dość dłuższej przerwy oraz różnie potoczonych losów. Ich wspólne przekomarzania, utarczki oraz zaufanie to najmocniejsza aktorsko karta w dorobku. Na drugim planie przewija się głównie Kathy Bates (gubernator Ma Ferguson) oraz John Carroll Lynch (naczelnik Lee Simmons), który – jak zawsze – trzymają fason, mimo krótkiej obecności na ekranie.

highwayman3

Muszę przyznać z czystym sumieniem, ze „The Highwayman” to jeden z lepszych filmów Netflixa ostatnich miesięcy. Zaskakująco kameralna opowieść zrobiona za skromne pieniądze, ale za to z pewną ręką, mocną obsadą oraz stylową realizacją. Wielu może odstraszyć bardzo wolne, wręcz żółwie tempo, ale ta demitologizacja pary zabójczych kochanków robi dobre wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek, który zabił Hitlera i Wielką Stopę

Tytuł tego filmu rzuca się w oczy, czy się to komuś podoba, czy nie. I wiele osób już sobie wyobrażało (w tym i ja), że będzie to jakieś zwariowane, zakręcone kino klasy B w stylu „Iron Sky” czy jakiegoś innego „Kung Fury”. Tylko, że debiut Roberta Krzykowskiego idzie w zupełnie inną stronę niż można się było tego spodziewać. Ale po kolei.

czlowiek, ktory zabil hitlera1

Poznajcie Calvina Barra – na pozór wydaje się zwyczajnym, starszym panem z wąsami oraz przyprószonymi włosami. Mieszka sam, prowadzi spokojne życie emeryta i w zasadzie na nic już specjalnie nie czeka. Problem w tym, że nasz bohater skrywa głęboko tajemnicę. W czasie wojny dokonał (na zlecenie rządu) zabójstwa Adolfa Hitlera, co zostało utajnione przez obie strony konfliktu. Ale rząd znowu prosi mężczyznę o wykonanie trudnego zadania. W okolicy panoszy się Wielka Stopa, która roznosi śmiertelnie groźną chorobą, zaś Barr – jako nieliczny jest odporny na chorobę – jest jedyną nadzieją na zabicie monstrum.

czlowiek, ktory zabil hitlera2

Może i opis fabuły brzmi jak coś szalonego i niepoważnego, to jednak reżyser idzie w stronę czysto kampowego, niepoważnego kina. Ale „Człowiek, który zabił…” jest przede wszystkim dramatem skupionym na Barrze – zmęczonym, troszkę zgorzkniałym człowiekiem, który nie jest dumny z tego, co zrobił, choć wydaje się być traktowany niczym mityczny heros przez ludzi władzy. Jednak to miało pewną cenę w postaci zerwania kontaktów, rozstania z ówczesną dziewczyną, zgorzknieniem. Przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością działa tutaj dobrze, mieszając ze sobą klimat przygody, akcji i melancholii. To się powinno gryźć i nawzajem wykluczać, lecz jakimś dziwnym cudem zazębia się w spójną całość. Nie brakuje akcji (zamach na Hitlera wzięty z niemal jakiegoś wariackiego kina szpiegowskiego – zrobienie broni to jakieś wariactwo czy atak na złodziei), pięknych kadrów (widok martwej strefy i polowanie na Wielką Stopę) oraz surviwalowej walki (ostatnie pół godziny).

czlowiek, ktory zabil hitlera3

Do tego trudno przyczepić się do filmu pod względem realizacyjnym. Zgrabnie odtwarza zarówno okres przedwojenny oraz realia lat 70. (sprzęt wojskowy), do tego muzyka też odpowiednio buduje nastrój, ale jest też odpowiednio epicka. No i sam stwór stworzony przy pomocy legendarnego Douglasa Trumbulla (tworzył efekty specjalne m.in. do „Blade Runnera” czy „2001: Odysei kosmicznej”), sprawiający wrażenie niezłomnej bestii.

czlowiek, ktory zabil hitlera4

Jednak to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie grający główną rolę Sam Elliott (i będący jego młodszym wcieleniem Aidan Turner) – bardzo wycofany, małomówny, ale mający w sobie sporo siły oraz determinację i wiele demonów do pokonania. Jest to bardzo złożona postać, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda. Swoje robi też solidny Ron Livingston jako agent FBI oraz Caitlin Fitzgerald jako miłość Calvina.

Choć tytuł zapowiadał coś zwariowanego, film Krzykowskiego tylko ociera się o kino campowe, stając się pełnokrwistym dramatem psychologicznym z miejscami odjechanymi pomysłami realizacyjnymi. Powinno się to gryźć ze sobą, ale reżyserowi udaje się stworzyć spójne, intrygujące kino. Mam dziwne wrażenie, że jeszcze o reżyserze usłyszymy.

7/10

Radosław Ostrowski

iBoy

Ileż to było filmów o superbohaterach, które nie były adaptacjami komiksów? Było ich trochę jak „Niezniszczalny” Shyamalana czy „Super” Jamesa Gunna, ale swoje trzy grosze próbował też dorzucić Netflix. I tak pojawił się w ich bibliotece brytyjski „iBoy”, który próbuje pójść inną drogą niż filmy o superbohaterach.

Tom to zwykły, szary nastolatek z blokowiska. Bardzo wycofany, nieśmiały i zakochany w koleżance z klasy – Lucy. Do tego zaczynają ostatnie egzaminy, mające zdecydować się o przyszłym życiu. Jednak wszystko zmienia się z powodu pewnego incydentu: zostaje postrzelony podczas odwiedzenia dziewczyny, która – jak się okazuje – została zgwałcona. Żeby było zabawniej, podczas upadku do części mózgu wchodzą fragmenty rozbitego telefonu komórkowego. Przypadkowo odkrywa, że „widzi” to, co inni mają na ekranie swoich komórek, słyszy ich rozmowy. I zamierza to wykorzystać, by wymierzyć sprawiedliwość.

iboy1

Oglądając film miałem skojarzenie z grą „Watch Dogs”, gdzie też protagonista niszczył i włamywał się do różnych sprzętów nowoczesnej technologii. Ale „iBoy” to produkcja zdecydowanie dla nastolatków, zmierzając niemal ku klasycznemu kinu zemsty. Z drugiej strony ma wątek miłosny między nieśmiałym chłopakiem a koleżanką, lecz to nie porywa aż tak bardzo jak cała ta sensacyjna intryga. Powolne odkrywanie kolejnych postaci, działając coraz bardziej bezwzględnie. Twórcy nie próbują zagłębiać w kwestie tego, jak to technologiczne cudeńko daje spore możliwości. Bohater zaskakująco łatwo przechodzi nad tym do porządku dziennego, co troszkę mnie zaskoczyło. Można było tutaj pokazać reperkusje, jakie z tego wynikają – zniekształcony obraz, silniejsze bóle głowy. Jest odpowiednio mrocznie, ale nie użyłbym słowa dojrzały przy tym filmie. Nie brakuje pewnych głupot oraz drobnych bzdur fabularnych (moce bohatera m.in. doprowadzając do przeciążenia sprzętu czy szybkiej nauki walki), nie mniej nie wywołuje tu aż takiej irytacji jak można było się spodziewać.

Same efekty specjalne prezentują się naprawdę przyzwoicie, stanowiąc spójną całość z obrazem. Tak samo jak bardzo stonowana kolorystyka niczym w dokumencie. Ale nie ma tutaj trzęsącej się kamery, w tle jest pulsująca elektronika, zaś rzadkie sceny akcji są zrobione płynnie i czytelnie. Mimo, że zakończenie nie daje satysfakcji, co mnie troszkę boli.

iboy2

Sytuację próbują ratować aktorzy. Dobrze sobie radzi grający główną rolę Bill Miner. Jego Tom to bardzo nieśmiały chłopak, ale wskutek incydentu zmienia się w mściciela, zaś żądzą wyrównania rachunków staje się silniejsza od czegokolwiek. Równie porządnie radzi sobie Maisie Williams w roli Lucy i jest między nią a Minerem naprawdę niezła chemia. Dla mnie film jednak kradnie Rory Kinnear jako gangster Ellman, bez popadanie w przerysowanie. Bardzo opanowany, spokojny, a jednocześnie wyluzowany, nawet w brutalniejszych momentach. Szkoda tylko, że pojawia się tak krótko. Świetna postać.

„iBoy” nie jest jakimś nowym rozdaniem w świecie filmów superbohaterskich, ale to kawał całkiem przyzwoitej rozrywki z brytyjskim sznytem. Sprawnie poprowadzone, solidnie zagrane, miejscami zabawne i brutalne, jednak pełne drobnych głupotek. Pozycja zdecydowanie dla młodego widza.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jak pies z kotem

Filmy oparte na faktach zawsze są trudne do oceny. Zwłaszcza, jeśli dotyka wydarzeń z życia reżysera opowiadającego swoją historię. Taka sprawa dotyczy najnowszego filmu Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem”, gdzie mamy trudną relację między braćmi, którzy nie utrzymują ze sobą kontaktu. Wszystko się zmienia, gdy starszy brat (Andrzej) dostaje udaru – prawa półkula mózgu jest martwa, jest sparaliżowany. Wtedy Janusz, wskutek pewnych okoliczności, bierze sprawy w swoje ręce, ściąga brata do domu i próbuje się nim zająć.

jak_pies_z_kotem3

Takie filmy są dość niełatwe w ocenie, bo pokazywane są dość intymne wydarzenia, o jakich wiedzieli nieliczni. Dodatkowo mamy temat choroby, która doprowadza do wielkiego mętliku w głowie, co może dać w zasadzie duże pole do popisu. Reżyser skupia się tutaj przede wszystkim na tej szorstkiej, trudnej miłości braterskiej. O tyle trudniej, że więzi między nimi były bardzo luźne, ale też z powodu dość sporej różnicy charakterów: Andrzej jest dość impulsywny, wręcz cholerykiem skupionym na sobie, zaś Janusz wydaje się być wyciszonym, skupionym stoikiem. Doprowadza to do ciężkiej konfrontacji, gdzie nie brakuje cierpkich, miejscami ostrych słów. Jednak mimo pewnego dość przewidywalnego kierunku, sam film jest szczery, bez stosowania emocjonalnego szantażu, co nie jest wcale takie proste. Niemniej to wszystko działa i trzyma się w ryzach aż do końca.

jak_pies_z_kotem1

Realizacyjnie film bardziej wygląda jak skromna produkcja skierowana dla telewizji. Nie ma tu żadnych wodotrysków, zabawy kolorami czy eksperymentów. Chociaż jest pewien wyjątek od tej reguły, czyli momenty wariackich wizji Andrzeja (psy chodzące po ścianach, widok przepaści nad tarasem), gdzie widzimy jego perspektywę. Pozornie mogą się wydawać zabawne, ale czasami tutaj śmiech tkwi w gardle. I to właśnie zderzenie pokręconej wyobraźni Andrzej z bardziej trzymającym się ziemi Januszem jest największą esencją, choć pozornie rola opiekuna może wydać się drogą przez mękę, prowadzące do zwątpienia, wręcz rozszarpania nerwów. Niemal dla wszystkich.

jak_pies_z_kotem2

Jeśli coś wyróżnia ten film od reszty to fantastyczne trio aktorskie. Po pierwsze, świetny Robert Więckiewicz. Przez większość czasu wydaje się opanowany, wręcz spokojny, ale jak wybucha, poraża, choć nie łatwo go sprowokować. I pozwala sobie na troszkę humoru, co pomaga w zachowaniu równowagi. Jeszcze lepszy jest Olgierd Łukaszewicz jako Andrzej – mimo dość zwichrowanej perspektywy, nadal chcący czerpać z życia garściami, ale też będący niejako więźniem swojego działa i umysłu. Te krótkie momenty świadomości, przeplatane z różnymi odlotami, tworzą prawdziwą petardę. Na tym samym poziomie wchodzi Aleksandra Konieczna jako Iga Cembrzyńska, niemal imitując jeden do jednego pierwowzór. Na początku może wydawać się dość antypatyczna, jednak z każdą sceną zaczyna pokazywać troszkę inne oblicze, co zmusza do weryfikacji naszych przekonań.

„Jak pies z kotem” może nie jest zaskakującym, ale pozostaje emocjonalnym doświadczeniem, skupionym na trudnej relacji rodzeństwa. Trudno wyczuć fałsz, a ręka Kondratiuka do prowadzenia aktorów powoduje, że ten komediodramat zostaje na dłużej.

7/10 

Radosław Ostrowski

Udanej rocznicy!

Trzy lata w związku to kawał czasu. Mollie i Sam wydają się żyć ze sobą dobrze. Ona razem z kumplem (brytyjski Hindus) próbuje sprzedawać własne koszulki. Ona bardziej skupia się na domu. Jednak to w dzień trzeciej rocznicy ona rzuca słowa: „Nie czuję się szczęśliwa”. I te słowa stają się jak iskra w prochu, zmuszając oboje do refleksji nad swoim związkiem.

happy_anniversary1

Komedia o miłości od Netflixa – co mogło pójść nie tak? W zasadzie wydaje się, że mamy do czynienia standardowy motyw historii miłosnej z perspektywy dwojga ludzi, niejako przez spory czas oddzielając ich od siebie. Ale poza dialogami, reżyser Jared Stern stosuje tutaj sporo retrospekcji, które uatrakcyjniają fabułę i pozwalają prześledzić całą relację od samego początku (flirt w barze) aż do chwili obecnej. Początkowo mogą one wywoływać pewną dezorientację, ale na szczęście łatwo je rozróżnić. I to pozwala spojrzeć szerzej na związek, który zawsze jest ryzykiem, by zastanowić się, czy zwyczajnie warto się wiązać z mężczyzną, niekoniecznie będącym ideałem. Jednocześnie widzimy też inne pary, co też zmienia perspektywę. Bo są i rodzice Mollie (chory na raka ojciec oraz matka słuchająca Tory w formie audiobooka), czekający na dziecko Ed z Priyą (akurat ich nie ma razem zbyt wiele), a także zaskakująco zgodni Hao i Lindsay – każde z nich pokazuje różne oblicza związków, dodając odrobinę humoru.

happy_anniversary2

Reżyser jednak nie osądza, ani nie krytykuje swoich zagubionych bohaterów (Mollie i Sam), którzy nie do końca wiedzą czego chcą. Pokazuje zarówno ich wady (Mollie bardzo lubi stawiać na swoim, Sam wydaje się być niezdecydowanym w każdej kwestii), ale pokazuje – o czym chyba rzadko się mówi – iż miłość to jest ryzyko i loteria. Że nie ma co szukać i czekać na idealnego partnera, bo taki nie istnieje. Że trzeba znaleźć jakiś sposób na to, by być w stanie razem egzystować bez gniewu czy wściekłości. Ale jak znaleźć tą formułę? Na to odpowiedź trzeba samemu znaleźć.

happy_anniversary3

„Udanej rocznicy!” nie oglądałoby mi się z tak dużą frajdą, gdyby nie sporo ironii, złośliwości, ale też grający główne role Ben Schwartz oraz Noel Wells. Oboje grają naprawdę dobrze, bardzo naturalnie, czuć między nimi chemię w każdej scenie, zaś ich dylematy nie są w żadnym wypadku wydumane. Na drugim planie wybija się rozbrajający Rahul Kohli (Ed) oraz troszkę cierpki Joe Pantoliano (ojciec Mollie), dodając troszkę charakteru.

Czy „Udanej rocznicy!” to typowy średniak Netflixa? Na szczęście nie. To naprawdę zabawna, ale i miejscami wzruszająca opowieść o miłości młodych ludzi, próbujących wypracować swój sposób na związek. Myślę, że można spokojnie obejrzeć z drugą połówkę.

7/10

Radosław Ostrowski

Mary i kwiat czarownicy

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się dość roztrzepaną, rudowłosą dziewczyną prowadzą dość spokojne, monotonne życie. Przyjechała do swojej ciotki przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale nie ma zbyt wiele do roboty, zaś wszelka próba zaangażowania się w cokolwiek kończy się dość nie najlepiej. Wszystko jednak zmienia się z powodu pewnych kotów, dzięki którym dziewczyna trafia do lasu. Tam znajduje pewien tajemniczy kwiat oraz zaplątaną wśród pnączy miotłę. Połączenie tych dwóch rzeczy sprawia, że Mary trafia do… szkoły czarownic Endor, co pakuje ją w poważne tarapaty.

mary_i_kwiat1

Kolejna japońska animacja, ale tym razem nie zrealizowana przez studio Ghibli, lecz dopiero raczkujące Ponic. Reżyser Hirosama Yonebayashi wcześniej pracował w studiu Miyazakiego i czuć tutaj wizualny styl legendarnego studia japońskiego. Sama opowieść już od początku przykuwa swoją uwagę od tajemniczego początku z jakąś eksplozją w tle oraz ucieczką z magicznymi kwiatami. Im dalej w las, tym bardziej historia zaczyna odkrywać kolejne tajemnice. Niby znamy te opowieści o dojrzewaniu do odpowiedzialności, osadzonej w estetyce baśni, wręcz fantasy.

mary_i_kwiat2

Ale tutaj magia jest nie tylko kwestią nadprzyrodzonych umiejętności, lecz także wykorzystania naukowych dokonań. I prawdziwa magia to kwestia wypadkowej obydwu umiejętności. Tylko, że jednocześnie trzeba tutaj uważać, bo pewnych mocy nie da się do końca kontrolować. Może i historia czasami kuleje (cała tajemnica wokół uczelni jest dość przewidywalna), jednak realizacja jest wręcz imponująca. Jest tu wiele wykorzystanych rodzajów animacji: od ręcznej kreski tak „japońskiej”, że już się nie da aż po kilka popisów grafiki komputerowej (niektóre „magiczne” efekty) i to się po prostu wchłania. Cieszy to oko, tak jak przywiązanie do wielu szczegółów, a sama szkoła wygląda wręcz rewelacyjnie, osadzona w lekko steampunkowym stylu.

mary_i_kwiat3

Mary jest na tyle sympatyczną postacią, że zwyczajnie chce się jej kibicować. Jej powolna przemiana w dojrzałą, odpowiedzialną dziewczyną, pokazana jest tutaj bez jakiegokolwiek fałszu. Nawet postacie pozornie negatywne jak dyrektorka szkoły oraz genialnego naukowca, dr Dee są pokazani z pewnym zrozumieniem, ale są też ostrzeżeniem przed igraniem z ogniem i próbami opanowania czegoś, co powinno zostać pozostawione naturze. I to ostrzeżenie pozostaje bardzo aktualne na każdej szerokości geograficznej.

„Mary i kwiat czarownicy” to kolejny przykład pięknej (nie tylko wizualnie) japońskiej animacji od studia, które może spokojnie konkurować ze studiem Ghibli. Może czasem fabuła dla bardziej wyrobionego widza wydaje się dość przewidywalna, ale mamy kapitalną wizję świata, sympatycznych bohaterów oraz coś w formie magii.

8/10

Radosław Ostrowski