Ant-Man i Osa

Pamiętacie Scotta Langa? Ten drobny złodziejaszek, który potrafi się pomniejszać oraz nawiązywać kontakt z owadami i mrówkami, ostatnio wpakował się w tarapaty. Po akcji na lotnisku (trzeci „Kapitan Ameryka”) otrzymał areszt domowy i stracił kontakt z wynalazcą Hankiem Pymem. Ale w zamian za to poprawił swoje relacje z byłą żoną oraz córką, a także z kumplami założył firmę specjalizującą się w zabezpieczeniach. Samego aresztu zostało mu raptem trzy dni i wygląda na to, że wszystko jest ku prostej drodze. Brzmi pięknie? Jednak dość szybko zostaje wywrócone do góry nogami przez Pyma oraz maszynę do przechodzenia w wymiar kwantowy.

antman22

Pierwszy „Ant-Man” był pozytywnie zaskakującą, lekką rozrywką ubraną w konwencję heist movie, dodając sporo świeżości do MCU. Wróciła ta sama ekipa realizacyjna, zaś cała intryga tutaj skupia się wokół odnalezienia żony Hanka, która ugrzęzła w wymiarze kwantowym. Problem w tym, że jest jeszcze przynajmniej jeszcze dwie strony, którym bardzo zależy na tym wynalazku. Cała historia zaczyna się gmatwać, a nawet pojawiają się mroczniejsze fragmenty związane z przeszłością Pyma. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i potrafi to sprawić masę frajdy. Znowu błyszczą wszelkie momenty, gdzie wszelkie pomniejszenia oraz powiększania postaci, przedmiotów oraz obecności mrówek (w tym niezapomniany Antonio Banderas). No i każde wejście Luisa to komediowa perełka – szczególnie scena z serum prawdy.

antman21

Sam wątek wymiaru kwantowego oraz jego funkcjonowania dodaje wartości, a sam wygląd jest imponujący. Pamiętacie wymiar astralny z „Doctora Strange’a”? To jest jeszcze bardziej podkręcone, barwne, ale i niebezpieczne miejsce, z którego samodzielny powrót (bez odpowiedniego sprzętu) jest praktycznie niemożliwy. No i jak to wali po oczach – narkotyki nie są w stanie dać takich wizji jak twórcy efektów specjalnych.

Ale mimo prób coraz bardziej uatrakcyjniania fabuły oraz ciągłego dziania się, coś się popsuło. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się naprawdę dobrze i kilka zabawnych sytuacji naprawdę było w punkt. Niemniej czułem pewien niedosyt, a sam Człowiek-Mrówa zostaje zepchnięty na drugi plan do roli śmieszka. Z nowych postaci tylko Duch wydaje się intrygującą postacią. To nie jest klasyczny łotr, chcący rozpierdolić cały świat albo jest zły, bo tak. Złamana postać z bardzo mrocznym tłem, który wywołuje współczucie, co jest największą zaletą. Tak jak scena po napisach, która zmienia totalnie sytuację naszego bohatera.

antman23

Aktorsko nadal wszystko trzyma poziom. Paul Rudd ciągle sprawdza się w roli Scotta „Ant-Mana” Langa, czyli drobnego złodziejaszka z dobrym sercem oraz troszkę komediowego herosa (ten ciągle popsuty kombinezon). Nie da się go nie lubić, nawet jeśli miejscami zachowuje się niedojrzale. Pazurki za to bardziej pokazuje Evangeline Lilly, która ma kilka świetnie wykonanych scen akcji (no i jej kombinezon robi cuda). Twarda zawodniczka, sama dające sobie radę oraz kopiąca tyłki facetom – jak jej nie kochać? 😉 Ale film i tak kradnie Michael Pena (Luis), dodając masę humoru, lekkości oraz świetnych tekstów. Z nowych postaci świetnie wypada Hannah John-Kamen w roli Ducha (Ava), a także Laurence Fishburne jako dawny partner Pyma.

Powiem wam szczerze, że drugi Ant-Man nadal potrafi dostarczyć lekkiej, niezobowiązującej rozrywki w świecie Marvela. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że zamiast na bohaterach skupiono się bardziej na akcji (przyznaje, że kreatywnej) i troszkę mniej świeżości tu jest. Jednak finał potrafi chwycić i zadaje pytanie: co dalej?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czarna Pantera

Kolejny heros z bardzo bogatego uniwersum Marvela, który dostał swój własny film. Już pojawił się na chwilkę w trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, jednak tutaj dali mu samodzielną opowieść dla T’Chali – króla Wakandy, który musi objąć władzę po śmierci swojego ojca. Kraina ta bardzo ukrywa się przed światem ze swoimi technologicznymi cackami, obawiając się świata zewnętrznego, ale będzie musiał się z nim zmierzyć. A wszystko z powodu tajemniczego Killmongera, pragnącego przejąć tron.

czarna_pantera4

Kolejny zdolny reżyser Ryan Coogler postanowił podjąć się wyzwania pracy przy dużym budżecie, robiąc własną wersję „Króla Lwa”. W dużym skrócie mamy walkę o władzę i dwie wizje rozwoju państwa, kłamstwo głęboko zakorzenione w historii kraju oraz powolne dojrzewanie do pełnienia swojej roli w państwie. Sam początek (czyli jak powstała Wakanda – świetnie wykorzystane efekty w tej scenie) robi imponujące wrażenie, tak samo jak sam kraj Pantery. Na pierwszy rzut oka wygląda jak jakieś zacofane państwo rolnicze w Afryce, lecz to wszystko jest zwykłą zmyłką. Z jednej strony są imponujące bronie, świetna infrastruktura oraz technologia czyniąca cuda (także medyczne), ale z drugiej jest przywiązanie do tradycji, kultury plemiennej (wyzwania przed uzyskaniem tronu czy rytuały związane z władzą), co tworzy bardzo interesujący miks. Sama intryga jest konsekwentnie poprowadzona, w niemal bondowskim stylu – scena w kasynie i dynamiczny pościg odpowiednio podkręcając adrenalinę.

czarna_pantera1

Bardzo powoli zostają odkrywane kolejne elementy intrygi, zaś większy nacisk jest tutaj postawiony na relację między T’Chalą a resztą jego najbliższych (ze wskazaniem na siostrę oraz byłą narzeczoną). Może i dialogi miejscami wydają się dość „oficjalne” w relacjach między mieszkańcami Wakandy, ale nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Same efekty specjalne są dość nierówne – o ile same gadżety oraz wygląd kombinezonu Kociaka wypada więcej niż dobrze, to finałowa potyczka z Killmongerem już nie robi takiego wrażenia. Nie zmienia to jedna fachu, że ogląda się z niekłamaną frajdą, w tle mamy symfoniczno-hiphopowe podkłady, a humor (choć w małych dawkach) pojawia się.

czarna_pantera3

I jest to naprawdę fantastycznie zagrane. Chadwick Boseman już się jako protagonista już miał szansę się pokazać, jednak tutaj światła reflektorów są skupione tylko na nim. Radzi sobie z tym fantastycznie, posiadając masę charyzmy, spokoju oraz siły. Ta kombinacja jest odpowiednio zachowana, lecz widać w jego oczach, że coś się w tej głowie dzieje. Że chce być bardzo rozważnym władcą. Jego przeciwieństwem jest równie wyrazisty Michael B. Jordan, czyli Killmonger. To nie jest typowy łotr, który jest zły, bo jest zły, co już samo w sobie jest dużą zaletą. To bardzo pewny siebie twardziel, naznaczony przez przeszłość oraz pragnący podzielenia się technologicznymi zdobyczami Wakandy. Ale jego motywacja budzi spory sprzeciw, choć nie można odmówić mu racji. W ogóle dominują tutaj czarnoskórzy aktorzy, co dodaje pewnego uroku, z czego część już osiągnęła rozpoznawalność (Daniel Kaluuya, Forest Whitaker czy Sterling K. Brown), a inni wykorzystują spore pole do popisu (Danai Gurira – czyli sztywna dowódczyni straży oraz Letitia Wright jako bardzo zdystansowana wobec tradycji oraz zafiksowana na punkcie technologii Shuri). Czy to oznacza, że nie ma tutaj białych postaci? Są tylko dwie istotne, ale sprawdzają się świetnie. Zarówno bardzo wyluzowany Andy Serkis (Ulysses Klaue), jak i powracający Martin Freeman (agent Everett Ross) odnajdują się w swoich rolach bez problemu, miejscami kradnąc ekran.

czarna_pantera2

„Czarna Pantera” pozornie wydaje się kolejnym origin story, gdzie poznajemy kolejnego bohatera. Jednak afrykański sznyt, pokazanie czarnej siły oraz pewne społeczne zacięcie czynią ten film o wiele ciekawszym niż się wydaje. Aż chce się jeszcze głębiej wejść w ten świat – tak bogaty, mieszający tradycję z nowoczesnością.

8/10

Radosław Ostrowski

Mowgli: Legenda dżungli

„Księga dżungli” Rudyarda Kiplinga zawsze inspirowała filmowców i inspirować chyba będzie. Ale w ostatnim czasie pojawiły się aż dwa podejścia do tego samego materiału. Najpierw Jon Favreau odtworzył w nowej formie wersję Disneya, a dla Warnera postanowił swoją wersję przedstawić Andy Serkis. Reżysera bardziej znamy dzięki kreacjom w technice motion capture, ale czy ta próba się udała?

Niby znamy tą opowieść o Mowglim – chłopcu, wychowywanym przez dżunglę (niczym Tarzan) oraz próbującym żyć wśród wilków. Niby człowiek, ale i nie do końca, bo próbuje kierować się zasadami, jakie wpaja mu niedźwiedź Baloo oraz pantera Bagheera. Problem w tym, że już na jego życie czyha tygrys Shere Khan, który zabił jego rodziców, a także strasznie bruździ po okolicy. Ludzie chcą go zabić, bo zabija ich zwierzęta, a pozostałe zwierzęta zwyczajnie się go boją.

mowgli1

Reżyser jednak zamiast kina stricte przygodowego kreuje o wiele bardziej surowy i mroczny obraz niż dwa lata temu Favreau. Porównania z poprzednikiem są nieuniknione, a co gorsza działają na niekorzyść filmu Serkisa. Niby reżyser chce zrobić o wiele dojrzalszy, poważniejszy film o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, gdzie Mowgli musi odnaleźć swoje miejsce w dżungli. Czy będzie tak jak inni ludzie ją eksplorował dla własnej korzyści, czy będzie może starał się żyć w symbiozie z naturą. Te pytania intrygują, pokazując inne oblicze znanej (przynajmniej z filmów) opowieści. I za tą odwagę podziwiam twórcę, ale mam wrażenie, że twórcy nie pozwolono pójść dalej w tym kierunku.

mowgli2

Bo parę wątków zostaje potraktowanych po macoszemu (kwestia wykorzystania ognia, który czyni z człowieka równie groźnego drapieżnika, co Shere Khan czy ostatecznego potwierdzenia swojego miejsca dla Mowgliego, tak jak próba odnalezienia się wśród ludzi), zaś relacje między ludzkim szczenięciem – jak jest nazywany Mowgli – a resztą stada bardziej przypomina kino familijne. Niby pojawia się miejscami krew (pierwsza próba zabicia Mowgliego przez Shere Khana) czy pokazano niebezpieczeństwa dżungli, ale jest tego zbyt mało. Muszę jednak przyznać, że w obrazku wygląda to nieźle – kamera w ręku Michaela Seresina potrafi pokazać surowy krajobraz, a wiele scen jak wyścig o dołączenie do stada czy Mowgli przyjęty przez ludzi w czym, co mógłbym nazwać rytuałem wygląda naprawdę porządnie. Scenografia oraz efekty specjalnie (zwłaszcza mimika zwierzątek) też cieszą oko, a etniczna muzyka dodaje klimatu.

mowgli3

Aktorsko jest naprawdę dobrze. Mowgli w wykonaniu Rohana Chanda wypada dobrze i przekonująco wokół całego otoczenia. W oczach widać jego zagubienie, a jednocześnie coraz bardziej rozwijającą się jego siłę, spryt oraz determinację. Za to głosowo największe wrażenie robi trio Christian Bale, sam reżyser oraz Benedict Cumberbatch. Pierwszy wciela się w Bagheerę, który ma dość ambiwalentną postawę i skrywa pewną tajemnicę, drugi jako Baloo jest bardziej szorstki oraz mniej przyjazny od oryginału, zaś trzeci w roli Shere Khana (to już drugi Khan w karierze Anglika) budzi postrach oraz przerażenie. I jeszcze bardziej tajemnicza Kaa z magnetyzującym głosem Cate Blanchett.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nową interpretację „Księgi dżungli” od Serkisa, bo brakuje w niej zaangażowania, pomysłu oraz czegoś powalającego totalnie na kolana. Wydaje mi się, że twórcom związano ręce, by jeszcze bardziej zaszaleć z materiałem, dodając bardziej „brudnego” realizmu. Szkoda, bo potencjał był tutaj naprawdę duży i dało się z tego więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski

Odnajdę cię

Justa jest policjantką, samotnie wychowującą córkę i w trakcie separacji. Obecnie próbuje zorganizować obławę nad mordercą, który zabija swoich dawnych kolegów z wojska. Jednak akcja kończy się fiaskiem, bo sprawcą okazuje się barman oraz dawny znajomy ze szkoły. Udaje mu się zbiec, a Justa zostaje przymusowo skierowana na urlop. Zamiast jednak ogarnąć sprawy rodzinne, próbuje na własną rękę odnaleźć zbiega. Ten decyduje się porwać córkę policjantki, w zamian za ostatniego żywego członka ekipy.

odnajde_cie1

Dokumentalistka Beata Dzianowicz postanowiła spróbować swoich sił w pełnometrażowej fabule, będąca kryminałem. Sam punkt wyjścia może wydaje się ograny, ale można było z tego wycisnąć naprawdę dużo. Bo co może zrobić stróż prawa, kiedy zostaje postawiony pod ścianą? Gdy osoba najważniejsza w jej życiu zostaje zakładnikiem? Do tego w tle mamy jakąś niejasną kwestię związaną z przeszłością naszego złego – jakaś sprawa z próbą zrobienia jakiejś lewej forsy. Problem w tym, że cała ta intryga wydaje się nie tyle dziurawa, co zwyczajnie i brutalnie skrócona. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ponad 80 minut to troszkę za mało. Reżyserka próbuje skondensować tyle wydarzeń, że żaden z wątków nie wybrzmiewa do końca. Ani życie prywatne Justy, jej walka o życie córki (a także z jej mężem o opiekę nad dzieckiem), ani samo dochodzenie zwyczajnie nie angażuje. Klisza kliszą pogania – porwanie córki, wszelkie próby kontaktu z przełożonymi (nagłe SMS-y), szef pozbawiony jednak wpływu na wydarzenia. No i jeszcze kilka zaskakujących popisów w postaci przyklejenia komórki taśmą klejącą do auta czy rozmowy z porwaną, gdzie sprawca nie reaguje na próby wyciągnięcia informacji.

odnajde_cie2

Nie tyle chodzi tutaj o brak logiki, bo opowieść jako tako jeszcze się trzyma kupy. Ale napięcia czy poczucia gry o wysoką stawkę po prostu nie czuć. I nie pomagają ani paradokumentalne zdjęcia Jacka Petryckiego, ani całkiem niezła muzyka. Dialogi miejscami nie są słyszalne, montaż bywa dość chaotyczny (finałowa konfrontacja to porażka), ale to ogląda się nawet nieźle.

Aktorsko też za bardzo szału nie ma. Ani Piotr Stramowski (sierżant Szutra), ani Michał Żurawski (Daro, szef Justy) zwyczajnie nie mają zbyt wiele do roboty. Dostali postacie pozbawione charakteru, wręcz szablonowe. Nawet Dariusz Chojnacki („Bacia”) nie przekonał mnie w roli czarnego charakteru. Jedynym mocnym punktem jest mało ograna Ewa Kaim w roli Justy. Bardzo szorstka, twardsza niż czołg policjantka, pełna ambicji oraz determinacji do pracy, a jednocześnie bardzo pragnąca dobra swojej córki. Ta postać z każdą sekundą zaczyna zyskiwać i staje się bardziej zniuansowana niż na pierwszy rzut oka. Ona trzyma ten film na swoich barkach, co budzi podziw.

odnajde_cie3

Powiem to wprost: „Odnajdę cię” nie jest udanym debiutem pani Dzianowicz. Za dużo tu klisz, za mało emocji, napięcia oraz zaangażowania. Niemniej nie jest to kompletny gniot, bo początek bywa niezły, a Kaim ma tyle charyzmy, że chce się ją oglądać. Mam nadzieję, że kolejne filmy reżyserki będą o wiele lepsze.

5/10 

Radosław Ostrowski

Venom

Po sukcesach MCU niemal każda wytwórnia próbuje zbudować jakieś swoje własne uniwersum. Część praw do postaci z komiksów firmy śp. Stana Lee miało 20th Century Fox (seria X-Men) oraz Sony Pictures (Spider-Man), więc było z czego budować. A po sukcesie wspólnego filmu o Spider-Manie z Tomem Hollandem („Spider-Man: Homecoming”), studio uznało, że jest w stanie pociągnąć samodzielnie serię wokół przeciwników Pajączka. I na pierwszy ogień ruszył „Venom”. Ale po kolei.

venom1

Poznajcie Eddie’ego Brocka – bardzo ostrego i bezkompromisowego dziennikarza śledczego, prowadzącego bardzo popularny program „Raport Brooka” (Internetowy hicior). Oprócz tego ma piękną dziewczynę, prawniczkę i bardzo trudny charakter, co doprowadził do zwolnienia z poprzedniej pracy. Dlatego zamiast Nowego Jorku, jesteśmy w San Francisco. I Eddie znów popełnia błąd, przeprowadzając wywiad z szefem Life Foundation, przez co traci wszystko. Z gwiazdy mediów w menela w ciągu pół roku. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnej pani doktor, która prosi go o pomoc. Eddie się włamuje i zostaje zarażony symbiontem – kosmiczną flegmą, łączącą się z ludzkim ciałem.

venom3

Powiem krótko – „Venom” w reżyserii Rubena Fleischera („Zombieland”) jest dziwaczną hybrydą, nie wykorzystującą w pełni swojego potencjału. I niestety, ale studio wpierdoliło się w robotę reżyserowi. I tak z małego, skromnego filmu grozy z kategorią R, zrobił się klasyczny origin story z PG-13. Sama zamiana nie musiała być niczym złym, jednak historia jest zrobiona po sznurku, nie dając nic w zamian. Po drodze mamy wiele ciekawych wątków: dziwna relacja Eddiego z Venomem (okraszona odrobinką złośliwego humoru), która osłabia organizm naszego dziennikarza, szefa korporacji prowadzącego nielegalne eksperymenty czy samych symbiontów, próbujących wykorzystać ludzi jako „nosicieli”.

venom2

Ale sama intryga jest bardzo szablonowa i nie angażująca, żaden wątek nie zostaje w pełni rozwinięty. Niby toczy się dwutorowo (poza Eddiem jest jeszcze drugi symbiont próbujący dotrzeć do Life Foundation i ten wątek zajmuje sporo czasu), a wszystko kończy się standardową, nudną napierdalanką dwóch symbiotów oraz ich nosicieli. Same sceny akcji wyglądają całkiem nieźle (zwłaszcza pościg na motorze), ale efekty specjalne mocno walą po oczach. Wyjątkiem jest sam design Venoma, bardzo przypominający swój komiksowy pierwowzór. Miejscami aż się prosi o krew i posokę (sceny umierania „gospodarzy” i opuszczenia symbiontu aż chciałyby wyglądać niczym z body horrorów Davida Cronenberga – czemu odpuszczono to?), by dodać troszkę mroczniejszego klimatu. Jak choćby w scenie pierwszej walki Venoma, która bardzo skojarzyła mi się z „Upgrade”.

Jedyna rzecz, która trzyma ten film do samego końca, jest Tom Hardy w roli głównej. Zarówno, gdy trzeba pokazać jako zgorzkniałego, zmęczonego człowieka (w stylu klasycznego, cynicznego antyherosa), jak i ostatniego sprawiedliwego w tym świecie. Jego rozmowy z Venomem dodają troszkę pieprzu oraz charakteru temu filmowi. Bardzo przekonujący wariat. Cała reszta postaci jest tylko i wyłącznie dodatkiem, zmarnowanym przez twórców. Michelle Williams jako (była) dziewczyna tylko się snuje po planie, Riz Ahmed jako czarny charakter jest zwyczajnie nijaki (klasyczny korposzef), a cameo ze sceny po napisach wygląda zbyt groteskowo, by traktować go poważnie.

Niestety, ale mimo szczerych chęci nie jestem w stanie powiedzieć niczego dobrego o „Venomie”. Bez Toma Hardy’ego byłby to bezwartościowy śmieć, od razu skierowany na VOD, DVD czy inne streamingi. Być może powstanie ciąg dalszy, ale raczej nie będę na niego czekał.

5/10

Radosław Ostrowski

Manglehorn

Być może Al Pacino swoje najlepsze lata ma już za sobą, ale jeszcze nie zamierza przechodzić na emeryturę. Nawet jeśli nie jest w swojej życiowej formie i trafia na niezbyt dobre scenariusze. Czasem jednak pojawia się taki film, jakiego nie jestem w stanie mocno ugryźć.

manglehorn1

A.J. Manglehorn jest człowiekiem, który jest ślusarzem. Samotnik, mieszkający z perskim kotem, wycofany człowiek, ciągle żyjący przeszłością. Nie potrafi zapomnieć o kobiecie swojego życia, niejakiej Claire. Poza tymi informacjami obserwujemy jego dzień powszechni: wizyta w banku i rozmowa z kasjerką, a to wizyta u syna, spacer w parku czy granie na jednorękim bandycie. Trudno mi w przypadku filmu mówić o fabule, bo to ciąg scenek z życia Manglehorna. Człowieka skrywającego poważną tajemnicę, bardzo wycofanego i w relacjach z ludźmi bardzo szorstkiego. Brzmi jak coś co mogło wypalić? Problem w tym, że scenariusz zwyczajnie wydaje się dziwny. Sama historia jest niemal klasycznym snujem, zaś informacje o naszym bohaterze poznajemy w dwójnasób. Pierwsza to czytane z offu listy do Claire, zwracane do adresata. Drugi zaś sposób to opowieści o Manglehornie, przekazywane przez innych ludzi (syn-biznesmen, kasjerka, były uczeń – obecnie właściciel solarium). I wtedy robią przebitki na opowiadacza, na dwie sekundy wracamy do Manglehorna i tak przez parę minut. Wygląda to dość dziwacznie, tam samo jak nakładające się na siebie przejścia montażowe, co wywołuje jeszcze większą konsternację.

manglehorn2

Niby chce być bardzo poetycki (jak „Paterson”) i parę powtarzających się momentów – przyklejony do skrzynki, przewijające się balony, jakiś mim – z drugiej mamy to serwowane skrawki informacji o Manglehornie, solidnie granym przez Ala Pacino. I to właśnie ten aktor przykuwa uwagę samą obecnością na ekranie, wcielając się kolejny raz w zmęczonego, zgorzkniałego starca. Jedyną wybijającą się postacią jest kasjerka prowadzona przez Holly Hunter, która próbuje przebić się do skorupy naszego bohatera, co nie jest wcale takie proste.

To trudny film, którego realizacja mocno przypomina jakieś amatorskie, niezależne kino, próbując przypomnieć o klasie Pacino. Ten cel się udał, ale sama historia zwyczajnie nie angażuje i wygląda bardzo partacko (zwłaszcza w montażu), co utrudnia czerpanie frajdy z seansu.

5/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Grupa wsparcia

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Bohaterami jest młode małżeństwo, które przechodzi bardzo poważny kryzys. Wszystko z powodu straty dziecka przy porodzie. Każdy pretekst staje się dobry do rozpętania kłótni: nieposprzątane naczynia, kwestie wagi, niespełnione marzenia oraz projekty. Nawet wizyta u terapeuty nie były w stanie pomóc, więc wpadają na dość szalony pomysł: by o wszystkich swoich problemach… zaśpiewać.

grupa_wsparcia1

„Grupa wsparcia” to przykład filmu skromnego, kameralnego, niezależnego tytułu, który sprawia wrażenie bardzo trudnego w ocenie. Dlaczego? Bo scenariusz sprawia wrażenie pisanego nie tyle na kolanie, co kompletnie improwizowany i bardzo cienko wiążący ze sobą wszelkie sceny. Niby jest to komediodramat, tylko że ani ten dramat nie angażuje, zaś humor praktycznie też nie istnieje (może poza dzieckiem o imieniu… Isis). Reżyserka Zoe Lister-Jones (także napisała – chyba – scenariusz oraz zagrała główną rolę) próbuje dotknąć kwestii bycia w związku niespełnionym. To życie miało wyglądać zupełnie inaczej: zamiast radości i szczęścia, stagnacja, poczucie niespełnienia oraz powolne gnicie od środka. Praca nie dająca satysfakcji (ona wozi ludzi Uberem, on nie potrafi znaleźć niczego na stałe), brak wsparcia najbliższej osoby, wzajemne pretensje oraz brak zrozumienia. Te momenty kłótni potrafią mocniej zaangażować, tak samo jak całkiem fajne piosenki.

grupa_wsparcia2

Problem jednak w tym, że cała historia nie angażuje i jest wręcz usypiający. Aktorzy starają się (szoł kradnie Fred Amilsen jako sąsiad-perkusista-seksoholik), a między głównymi bohaterami jest wyczuwalna chemia – ładnie zagrany ten duecik (reżyserka oraz Adam Pally) daje odrobinkę satysfakcji. Ale reszta postaci jest zwyczajnie tłem, stanowiący randomowy zbiór bez charakteru.

„Grupa wsparcia” kompletnie nie angażuje, nie potrafi zmusić uwagi widza. Zamiast tego zwyczajnie przysypia, nudzi i sobie tak płynie niczym muzyka w tle. Niby sobie coś tam gra, dzięki czemu możemy sobie skupić na robieniu innych rzeczy. Na przykład nie marnować czasu na oglądanie „Grupy wsparcia”, bo o nim szybko zapomnicie.

4/10

Radosław Ostrowski

Kronika świąteczna

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta… – jak wiadomo, powoli zaczyna się zbliżać, a wtedy pojawiają się choinki, dzwoneczki oraz filmy z pewnym kolesiem w czerwonym stroju. Nie, nie jest to Deadpool, tylko koleś zwany świętym Mikołajem. Wiecie, gość wręczający prezenty w jedną noc, nikt go nie widzi i jego obecność przyjmuje się na wiarę. Tym razem swoją opowieść postanowił pokazać Netflix, wsparty tutaj producencką ręką Chrisa Columbusa (kultowy Kevin, co dwa razy był sam w domu).

kronika_swiateczna1

Sam punkt opowieści jest bardzo prościutki: mamy rodzinę, która straciła ojca-strażaka. Matka pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, zaś dwoje dzieci coraz bardziej się od siebie oddala. Starszy brat (Teddy) nie wierzy w bzdury o Mikołaju i idzie na kolizję z prawem, zaś jego siostra (Kate) wydaje się tą bardziej naiwną, pocieszną oraz tą „grzeczną”. Ciężko utrzymać tą więź. W noc wigilijną dziewczynka znajduje na jednej z nagranych taśm pewną rękę z prezentem. Przekonuje brata, by sfilmować i „upolować” świętego Mikołaja. Żeby udowodnić jego istnienie, co w pewnym sensie się udaje. ale problem w tym, że sanie zostają rozbite, renifery zaginęły, a worek z prezentami odleciał w siną dal. Czyżby tegoroczna Gwiazdka miała się zakończyć katastrofą?

kronika_swiateczna2

Reżyser Clay Kaytis realizuje klasyczny film familijny, jakiego możecie się spodziewać. Każdy problem zostaje dość szybko rozwiązany, humor jest miejscami bardzo slapstickowy (wręcz ograny do bólu), a finał jest równie oczywisty jak kolejność dni w tygodniu. Są renifery? I nawet ładnie wyglądają, elfy też potrafią być urocze (z wyjątkiem jednego narwańca), a w tle czuć klimat świąt, co także jest zasługą muzyki. Wiadomo, jak to się skończy: prezenty zostaną dostarczone, Mikołaj będzie szczęśliwy, a dzieciaki odnowią swoją więź, pokonując pewne demony. Historia nie porywa, ale ogląda się całkiem nieźle.

kronika_swiateczna3

Najbardziej podobała mi się wizja świata św. Mikołaja. Facet ma dość wypasione sanie (mogą być nawet lekkim samolotem) oraz kilka gadżetów – lokalizator worka, będącego wrotami do domu świętego oraz jego ekipy elfów, zaś sam odnosi się z dużym dystansem do swojego medialno-popkulturowego wizerunku. Jego zderzenie z rzeczywistością staje się źródłem kilku zabawnych sytuacji (scena w areszcie, gdzie wykonuje koncert niczym dawni Blues Brothers), zaś rozpoznawanie swoich podopiecznych, gdy jako dzieci prosili o prezenty, też sprawia troszkę frajdy.

Samo aktorstwo jest poprawne, ale jest jeden mocny punkt: święty Mikołaj. Ale czy może być inaczej, jeśli tą postać gra sam Kurt Russell? I ten Mikołaj jest absolutnie cudowny: z jednej strony wierzy mu się, potrafi wyczarować różne prezenty, chociaż wygląda na troszkę starszego i mniej zadbanego, z drugiej ma masę luzu, dystansu oraz wnosi lekkość tej postaci. Zawsze pozostaje przekonujący, odpowiednio charyzmatyczny, a jednocześnie bardzo jowialny. I jego obecność nakręca ten cały film (tak jak krótki epizod pani Mikołajowej – sami zobaczycie, kto się wcielił w tą postać).

Jaka jest ta „Kronika świąteczna”? Całkiem fajna, chociaż trzeba bardzo mocno zawiesić oko na wydarzenia ekranowe. Lekki, niezobowiązujący seans z rodziną w towarzystwie najbardziej cool Mikołaja w historii. Czy można się rozczarować?

6/10

Radosław Ostrowski