Umysł w ogniu

Sam początek jest więcej niż tajemniczy. Widzimy młodą kobietę w szpitalu, z jakimiś przewodami na głowie. Niby nic dziwnego, ale jest ona przykuta i przywiązana do łóżka. Dlaczego? co się stało? I kim ona jest? Cofamy się wstecz i odkrywamy, że dziewucha to Susannah Cahalan i zaczyna swoją pracę jako dziennikarka The New York Post. Mieszka z chłopakiem (muzykiem), całkiem nieźle sobie radzi, ale coś dziwnego zaczyna się dziać – obraz się rozmazuje, dźwięk dochodzi zniekształcony, wreszcie ataki psychotyczne. Badania lekarskie jednak nie wykazują kompletnie nic.

umysl_w_ogniu1

Debiutancki film Geralda Barletta jest oparty na prawdziwej historii Calahan oraz jej walki z tajemniczą chorobą, o której istnieniu lekarze praktycznie nie mieli pojęcia. Wszystko toczy się tutaj bardzo powolnym tempie, skupiając się na bohaterce. Pokazanie zaburzeń percepcji u chorej osoby daje się sporym polem do popisu i tutaj twórcy chętnie z tego korzystają. Twarz naszej bohaterki bywa rozmyty, kilka razy słyszymy jakieś niewyraźne szumy, słowa odbijają się niczym echo i widzimy, że coś się dzieje nie tak. Problem w tym, że każda wizyta u lekarza niczego nie wyjaśnia. Badania wykazują, że jest zdrowa, ale zachowanie sugeruje coś innego. Każdy atak, każda słowna zaczepka czy gwałtowna eksplozja w wykonaniu Susannah jest jak granat wyrzucony do pomieszczenia, w którym jesteśmy. Wali to po oczach, trzyma za gębę i wywołuje poczucie niepewności, bo nie wiadomo, co może stać się dalej. Te momenty w filmie robią największe wrażenie, niczym w rasowym thrillerze. Choć mam wrażenie, że pewne relacje można było głębiej zarysować (zwłaszcza między nasza dziewczyną a jej chłopakiem), ale i tak ogląda się ten film naprawdę nieźle.

umysl_w_ogniu2

Reżyser potrafi mocno uderzyć, ale też pokazuje – niejako przy okazji – funkcjonowanie służby zdrowia, która szuka możliwe najprostszych rozwiązań, nie zawsze adekwatnych do problemu. Troszkę tak, jakby się chciano problemu pozbyć. Skutki nadmiernego stresu? Syndrom odstawienia alkoholu? A może to choroba psychiczna? Zupełnie tak, jakby ci ludzie chcieli dopasować każdego pacjenta do jakiegoś z góry określonego szablonu. Przy prostych przypadkach to działa, ale przy bardziej skomplikowanych trzeba patrzyć troszkę szerzej.

umysl_w_ogniu3

Niby nie jest to nic nowego w temacie osób z nietypowymi chorobami, ale potrafi wciągnąć i zaangażować. Duża w tym zasługa dającej z siebie wszystko Chloe Grace Moretz, która jest absolutnie rewelacyjna oraz bardzo sugestywna w tej kreacji. A że bardzo łatwo było ją przeszarżować, to tym bardziej należy się uznanie, że nie przekroczyła tej cienkiej granicy (zwłaszcza w tych bardziej ekspresyjnych momentach jak euforia w pracy czy wybuch wściekłości podczas śniadania). Nieprawdopodobna kreacja. Dobrze się sprawdzają jako rodzice Carrie-Ann Moss oraz Richard „prawie jak Hugh Jackman” Armitage, pozytywnie zaskakuje Tyler Perry w roli naczelnego, zaś troszkę humoru przemyca Jenny Slate (Margo).

„Umysł w ogniu” dostał dużo ostrych słów na swój temat, choć moim zdaniem, nie zasłużył sobie na takie słowa. Porządna historia walki z chorobą, okraszona wspaniałą główną rolą, wznoszącą całość na wyższy poziom. Ciarki gwarantowane.

7/10 

Radosław Ostrowski

Wdowy

Witajcie w Chicago, mieście będącym kulturowym tyglem pełnym imigrantów. To tutaj żyją pewne kobiety, z różnych sfer społecznych, które łączy profesja mężów. Oni zajmują się kradzieżą, ale ich ostatni skok skończył się śmiercią oraz zniszczeniem łupu. Problem w tym, że panowie pod wodzą Harry’ego Rawlingsa okradli dwa miliony dolarów przeznaczonych na kampanię wyborczą jednego z radnych. Radny ten to czarnoskóry bandyta z czystą kartoteką i rywalizuje z białym gościem, u którego bycie radnym jest wpisane w DNA. Ale trzeba tą kasę zwrócić, przez co zostaje wplątana wdowa po Rawlingsie. Kobieta przypadkowo znajduje jego notes z planem na kolejny skok za pięć milionów i kontaktuje się z pozostałymi wdowami, by zorganizować akcję w dzień debaty.

wdowy1

Sama ta zapowiedź sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z klasycznym kinem sensacyjnym, a konkretnie z jego odmianą zwaną heist movie. Pewnie by tak było, gdyby nie dwa szczegóły: reżyserem jest Steve McQueen, zaś współscenarzystką Gillian Flynn. I to robi wielką różnicę, bo już na samym początku zostajemy wrzuceni w sam środek skoku. Ekspozycja nie jest tutaj oparta na dialogach (przynajmniej nie w takim stopniu jak zazwyczaj), tylko za pomocą montażu oraz krótkich przebitek. Fabuła skupia się na przygotowaniach do akcji, ale jednocześnie próbuje wejść głębiej i szerzej do swojego świata zdominowanego przez bandytów. Jedni chodzą w garniturach, przy blasku reflektorów (nazywa się ich politykami), drudzy działają w ciemności i są mniej eleganccy (i nie chodzi m tylko o ubiór), ale uważać należy przed obydwoma. Obydwa te światy są zdominowane przez kłamstwo, nielojalność, hipokryzję oraz walkę o władzę.

wdowy2

Intryga jest tylko pretekstem do ukazania tego brudnego, bezwzględnego, męskiego świata. Jak się w tym wszystkim odnajdą kobiety, będące niejako poza tym światem. Choć pochodzą z różnych sfer (od bardzo dzianej Veroniki przez zadziorną i znającą brutalną rzeczywistość Lindę po całkowicie zależną od męża Alicję), muszą połączyć siły, dokonując poważnego kroku ku emancypacji. Ale jednocześnie każda z nich przeżywa żałobę, co też rzutuje na pewne decyzje. I to daje pole McQueenowi do naznaczenia gatunku heist movie swoim własnym piętnem, ale jednocześnie potrafi trzymać w napięciu aż do kulminacyjnego skoku.

Reżyser opowiada to bardzo pewnie, ale też i z pewną nutą delikatności, pozwalając bliżej poznać nasze protagonistki oraz ten bezwzględny świat, wręcz bardzo namacalny. Jednocześnie twórca bawi się formą, nie brakuje długich ujęć (pierwsze zabójstwo czy rozmowa w trakcie jazdy autem, gdy kamera jest przyklejona do szyby), a i sama muzyka jest bardzo stonowana, co – jak się spojrzy na autora – jest zaskoczeniem. Jedynie zakończenie troszkę rozczarowuje, zaś dla wielu to spokojne tempo może być nużące, jednak dla mnie to nie było żadną wadą.

wdowy3

No i jeszcze jest cudownie zagrany. Najbardziej błyszczy tutaj Viola Davis jako Veronica – pozornie spokojna, opanowana, lecz podskórnie czuć pewne zachwianie oraz przemianę w twardą, bezwzględnie walczącą o przetrwanie kobietę. Nie potrafiłem od niej oderwać oczu, choć na pierwszy rzut oka zazwyczaj tylko jest na ekranie. Pozostałe członkinie, czyli zaskakująco dobra Michelle Rodriguez (Linda), Elizabeth Debicki (Alicja) oraz pojawiająca się w połowie Cynthia Erivo (Belle) dzielnie jej partnerują, ich los zwyczajnie obchodzi i potrafi zaangażować. Z panów najbardziej błyszczy tutaj Colin Farrell w roli śliskiego polityka Jacka Mulligana, Robert Duvall jako jego ojciec oraz budzący przerażenie Daniel Kaluuya (Jatemme Manning).

„Wdowy” to przykład kina sensacyjnego, gdzie pościgi, strzelaniny i eksplozje nie są niezbędne do trzymania w napięciu. To tak naprawdę dramat społeczno-polityczny z wątkiem kryminalno-feministycznym w tle. Może nie zawsze ambicja dorównuje umiejętnością, ale i tak jest to jeden z lepszych filmów w swoim gatunku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Autor

Wiecie jak ciężko jest być pisarzem? Zwłaszcza kiedy nie ma się ku temu żadnych predyspozycji? Alvaro chce zostać pisarzem i to takim z najwyższej półki. Zamiast tego pracuje jako notariusz w kancelarii, zaś sławę pisarską otrzymała jego żona. I to go gryzie bardzo, bo choć od trzech lat chodzi na zajęcia z pisania, postępów robi bardzo niewiele. W końcu decyduje się wziąć urlop, wynająć mieszkanie i skupić się na tworzeniu.

autor1

Kino hiszpańskie nie jest mi aż tak dobrze znane jakbym tego chciał. Ale od czego jest Netflix, gdzie pojawił się „Autor”. Gatunkowo trudno ten film jednoznacznie określić – dramat, komedia, thriller. Raczej wszystko po trochu, a całość skupia się na Alvaro. To człowiek, który jest przekonany o swoim talencie, chociaż gdy słyszymy pierwsze fragmenty, wieje pretensjonalnością oraz sztucznością. Ale decyduje się na dość szalony krok. Niby postępuje zgodnie z porada, czyli przygląda się, obserwuje innych i wyciąga informacje. Wszystko zmienia wizyta w toalecie, gdzie słyszy rozmowę sąsiadów naprzeciwko. Zaczyna podsłuchiwać i wykorzystywać informacje jako tworzywo do swojego materiału. Niby dzieło zaczyna nabierać charakteru, coraz lepiej odbiera je wykładowca, lecz w głowie pojawia się pytanie: czy to nie jest pewne przekroczenie granicy etycznej? Czy autor (lub osoba do niego aspirująca) ma prawo grzebać lub manipulować, by uczynić swój tekst ciekawszym? Te pytania powodują, że tą pozornie statyczną opowieść ogląda się z dużym zainteresowaniem, bo nie wiemy, co nasz bohater zrobi, wykona. Do czego może się posunąć, by osiągnąć cel.

autor2

Kolejne interakcje, kolejne odkrywane tajemnice – to wszystko zaczyna przyciągać i sprawia, że nie byłem w stanie do końca przewidzieć, co się wydarzy. I to jest największa zaleta filmu. „Autor” potrafi nagle zmienić się w komedię, by przejść w dramat, nawet zaserwować potencjalny wątek kryminalny. I to wszystko służy jako „mięso” dla niedoszłego literata, którego motywacja i intencje są bardzo mroczne. Co pokazuje naprawdę bardzo udana rola Javiera Gutierreza, który błyszczy najjaśniej. Także każdy z nowych sąsiadów sportretowany został bardzo dobrze, nawet jeśli nie pojawia się zbyt często na ekranie. Również warto wyróżnić Antonio de la Torre w roli wykładowcy, który zaczyna dostrzegać i kierować umiejętnościami protagonisty.

autor3

„Autor” pozostaje intrygującym, tajemniczym filmem, gdzie twórcy prowokują do przemyśleń w sprawie tworzenia dzieł literackim. Zgrabna mieszanka komediodramatu i thrillera, choć wiele osób może się znudzić. Niemniej warto dać szansę „Autorowi”, by mógł nas oczarować.

7/10 

Radosław Ostrowski

Kto się śmieje ostatni?

Al Hale kiedyś był menadżerem gwiazd amerykańskiej estrady, jednak to było wieki temu. Obecnie ma kontakt tylko z wnuczką, a brak klientów zmieniło życie naszego bohatera w stan wegetatywny. Przenosi się w końcu do domu starców, gdzie poznaje jednego ze swoich klientów. Buddy Green miał szansę na wielką karierę, lecz 50 lat temu wycofał się. Al decyduje się na szalony pomysł, by Buddy wrócił na scenę po raz ostatni.

the_last_laugh2

Kolejne dzieło Netflixa, tym razem jedno ze świeższych i będące komedią. Komedią ze starością w roli głównej. Niby ten temat był już mielony przez kino setki razy, więc czy jest sens tworzenia czegoś innego w tej kwestii? Mamy tutaj tak naprawdę kumpelską komedię, chociaż dowcipy z dzisiejszej perspektywy są takie staroświeckie. Ale w żadnym wypadku wulgarne, czy prostackie, choć nie brakuje także tematyki erotycznej. W zasadzie to jest sympatyczne kino w starym stylu, gdzie mamy tutaj występy od klubu do klubu, gdzie dochodzi do drobnych przekomarzanek dwójki bohaterów. Jeszcze po drodze pojawia się pewna sympatyczna ex-nauczycielka plastyki, do której nasz Al zaczyna czuć miętę, co też ma wpływ na cała imprezę. Zaskoczeń tutaj nie ma, chyba że mówimy o wplecionych scenach musicalowych dziejących się pod wpływem grzybków. Można się tutaj parę razy uśmiać, choć całość jest przepełniona lekko nostalgicznym klimatem oraz wspomnieniami.

the_last_laugh1

Sama realizacja jest mocno niedzisiejsza, w tle gra sympatyczny jazz, ale tak naprawdę całość dobrze dobrany duet protagonistów. Chevy Chase wydaje się mieć swoje lata za sobą, lecz nadal ma odrobinę charyzmy i ciągle budzi sympatię. Zdecydowanie lepszy z tego duetu wypada Richard Dreyfuss w roli powoli wracającego do estrady Greena. To on sprawia wrażenie bardziej wyluzowanego, dowcipnego i wywołuje uśmiech niemal samą obecnością. Czuć chemie między bohaterami i to ona może być największym wabikiem, tak samo jak nadal atrakcyjna Andie MacDowell na drugim planie.

„Kto się śmieje ostatni?” to taki sympatyczny średniak, który nie będzie do końca stratą czasu, chociaż można było to zrobić lepiej. Chemia między aktorami jest na tyle silna, że może zaangażować.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Manhunt

Sam początek jest bardzo mylący, bo mamy jakąś zwykłą knajpę, którą prowadzą dwie kobiety. Przychodzi do knajpy dość elegancko ubrany mężczyzna, a zaraz po nim wchodzi armia typów w garniturach. Elegancki pan (Du Qiu) odchodzi, a cała knajpa zmienia się w jedną wielką rzeźnię. Bo nasze dziewczyny to zabójczynie na zlecenie. Mija trochę czasu i okazuje się, że nasz pan z początku to adwokat pracujący dla dużej korporacji farmaceutycznej. Ma wkrótce wyjechać do Stanów, ale dzień przed wyjazdem zostaje wrobiony w morderstwo. Ofiarą jest bardzo młoda kobieta, pracująca dla firmy, zaś nasz Du musi uciekać nie tylko przed policją, ale też przez zabójcami.

manhunt1

Azjatyckie kino akcji wydaje się być zdrowo pokręcone, co pokazuje „Manhunt”. Film zapowiadany jako powrót mistrza Johna Woo, który wykorzystuje dość sprawdzone klisze z kina sensacyjnego. Mamy wrobionego bohatera, skorumpowanego gliniarza, złą korporację z tak ogranym planem, że głowa mała, jest jeszcze dobry glina z traumatyczną przeszłością, siostry-morderczynie, młoda policjantka bez doświadczenia. Wątki się tutaj mieszają, przeplatają, przez co tempo oraz nastrój wywołują kompletną dezorientację. Z jednej strony mamy krwawą jatkę, pościgi, strzelaniny i eksplozje (z obowiązkowym slow motion), ale z drugiej jest parę kiczowatych scen – głównie retrospekcje, gdzie w tle gra pianinko. Takiego surrealizmu nie widziałem od dawna, a sama intryga potrafi doprowadzić do… śmiechu.

manhunt2

Muszę jednak przyznać, że gdy dochodzi do strzelanin czy wszelkiego rodzaju rozpierduchy, Woo łapie oddech i nie odpuszcza. Wygląda to bardzo dynamicznie, odpowiednio wykorzystując spowolnienia, podkręcając adrenalinę. I nieważne, czy jest to pościg na motorówkach, atak zabójców na motorach czy finałowa konfrontacja w tajnym laboratorium. Kule świszczą, pięści idą w ruch, a czasem gdzieś tam przelatują gołębie. A jednocześnie wszystko przebiega płynnie, bez chaotycznego montażu, trzęsącej się kamery, za to z ciekawą inscenizacją. To się ogląda z dużą satysfakcją, chociaż zarówno przesyt wątków, jak i nadmiar klisz bardzo mocno osłabia.

manhunt3

To bardzo dziwne kino podane w azjatyckim sosie, gdzie powaga miesza się z żartem. Czy to miał być pastisz kina akcji, czy po prostu Woo potraktował całą historię zbyt poważnie? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż film wiele razy traci impet, by znowu uderzyć. I ta sinusoida trwa do końca, co może wiele razy odrzucić. Ale jako B-klasowe kino rozrywkowe daje radę, chociaż po Woo należy spodziewać się więcej.

6/10 

Radosław Ostrowski

Cam

Alice jest bardzo młodą dziewuchą, która utrzymuje się z dość nietypowej profesji. Otóż jest, jakby to ująć, udaje sekslaskę przez Internet i dostaje za to pieniądze. Rodzina oczywiście o niczym nie wie, bo toczy się to w jej mieszkaniu, specjalnie przygotowanym pokoju, zaś jej celem jest dojście do Top 50. A brakuje jej naprawdę niewiele. Po jednym z bardziej hitowych filmów, jej kanał zostaje przejęty przez… no właśnie, kogoś, kto się pod nią podszywa, zaś wszelkie próby zalogowania na konto, kończą się porażką.

cam1

Troszkę wygrzebany przeze mnie thriller od Netflixa i studia Blumhouse zaczyna się bardzo intrygująco. Kiedy widzimy Alice vel Lolę przed kamerą nie do końca wiemy, czego się spodziewać. Czy to będzie film o pędzie ku sukcesowi za cenę sprzedawania swojego ciała przez Internet, czy o odkryciu tej tajemnicy przez nieświadomą rodzinę. Jednak tak naprawdę debiutujący twórcy stawiają na jedną z bardziej prawdopodobnych sytuacji: kradzieży tożsamości. Przez Internet można to zrobić bardzo łatwo, a nawet można dokleić czyjąś twarz do innej osoby. Reżyser bardzo powoli prowadzi cała układankę, niemal w całości skupiając się na Alice. Dlatego pojawia się kilka wolt, które zmuszają do myślenia, zaś sami doppelgangerzy stają się bardziej agresywną, wulgarną wersją swoich odpowiedników. A wszystko to tworzy bardzo ponury, wręcz surrealistyczny klimat, budzący pewne skojarzenia z „Black Mirror”. Większość akcji toczy się w pokoju Alice, gdzie za pomocą komputera podejmuje wiele desperackich kroków. I o dziwo, to wszystko potrafi trzymać w napięciu aż do finałowej konfrontacji.

cam2

Ale jeśli liczycie na to, że dostaniecie odpowiedź na najistotniejsze pytanie, czyli kto lub co za tym wszystkim stoi… nic z tego. To pozostaje kwestią domysłów, czy to jakaś AI, skomplikowany program, a może ktoś więcej.  Powinno to być wadą, lecz tutaj działa to na korzyść i w zasadzie spycha na dalszy plan, bo sama taka sytuacja wydaje się bardzo prawdopodobna. Muszę troszkę przyznać, że poboczne wątki (relacja Alice z rodziną czy przyjaciółki z branży) są troszkę potraktowane po macoszemu i nie są bardzo rozwinięte, co dla wielu może być problemem.

cam3

Sytuację ratuje jednak konsekwentna reżysera oraz znakomita kreacja Madeline Brewer. Aktorka gra tutaj w zasadzie trzy postacie i każdą z nich prowadzi inaczej. Spokojna, naturalnie wyglądająca Alice, bardziej kusząca (lecz dość pruderyjna) Lola oraz jej bardziej wyuzdana sobowtórka. Każda z tych wersji różni się i jest poprowadzona bez jakiegokolwiek fałszu. Ona dźwiga tak naprawdę film na swoich barkach i wywiązuje się ze swojego zadania wzorcowo. Czekam na kolejne popisy tej panny. Reszta w zasadzie prezentuje się solidnie (najbardziej wybijają się Patch Darragh oraz Michael Dempsey), nie odwracając uwagi od głównej intrygi.

„Cam” jak thriller sprawdza się naprawdę dobrze – potrafi utrzymać w napięciu, zaskakuje parę razy, zaś finał pozostaje otwarty. Może dałoby się z tego więcej wycisnąć, niemniej twórcy dość konsekwentnie idą obraną ścieżką, zmuszając do uważnego krążenia po nowych technologiach.

7/10 

Radosław Ostrowski

Tom

Kiedy poznajemy Toma, przyjeżdża do małej wioski. Po co? Na pogrzeb swojego partnera, Guillaume’a, który zginął w wypadku. Na miejscu okazuje się, że jego matka nic nie wie ani o przyczynie śmierci, o co zadbał brat zmarłego. O jego istnieniu chłopak nie wiedział, a ten zrobi wszystko, by uszczęśliwić swoją matkę. Dlatego zmusza Toma do wygłoszenia mowy na pogrzebie, ale to tylko początek.

tom1

W końcu obejrzałem film niejakiego Xaviera Dolana, który wprawił krytyków w zachwyt (także niektórych widzów) i to wszystko przed ukończeniem 30 lat. Czy film „Tom” pokazał mi, na czym polega fenomen tego twórcy? Chyba nie do końca. W założeniu miał to być psychologiczny thriller, gdzie w tle przewija się syndrom sztokholmski między synem a matką, który nie potrafi/nie chce/nie może się od niej uwolnić. Sama farma nie jest w żaden sposób starą, podniszczoną ruderą, tylko trzeba sporo czasu jej poświęcić. Coraz bardziej atmosfera (w teorii) ma być coraz bardziej nieprzyjemna, zaś sam Francis wydaje się na pierwszy rzut oka brutalem, twardo decydującym o tym, co się dzieje na farmie. Ale tutaj chodzi o coś jeszcze – nie tylko znaną miejscowym tajemnicę wokół Francisa, co bardzo toksycznej relacji między Francisem a matką Agathą, która zaczyna traktować przybysza jak swojego syna. Z kolei Francis czuje się jako ten gorszy i chce za wszelką cenę uszczęśliwiać matkę, nawet za pomocą kłamstw i szantażu. I zaczyna się pewna gra między Francisem a samym Tomem, gdzie nie do końca wiadomo kto kim manipuluje, oszukuje, uwodzi.

tom2

Tak naprawdę ciekawiej zaczyna się dziać gdzieś tak po jednej trzeciej całości, gdzie widzimy coraz dynamiczną relację Toma i Francisa. Kiedy jeden od drugiego zaczyna być coraz bardziej zależny, zaś rolnik robi wszystko, by Toma zatrzymać. A wszystko jest pełne niedopowiedzeń, krótkich spojrzeń. Ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to wszystko wydaje się takie wydumane, sztuczne, teatralne. Niby byłem w filmie, a jednocześnie patrzyłem jak przez szybę. I jeszcze ta zbyt nachalnie „thrillerowa” muzyka oraz pewne inspiracje, które psują efekt. Nie brakuje kilku mocnych scen (tango z Gotan Project w tle czy podczas otwierania pudełka z drobiazgami zmarłego), które zostaną w pamięci na długo. Ale to wszystko za mało, bo intryga się wlecze, zaś napięcie jest bardzo nierówno budowane. Jedynie Dolan w roli tytułowej oraz Pierre-Yvesa Cardinala jako Francisa wynoszą całość na troszkę wyższy poziom.

tom3

Nie wiem, czy po tym filmie mam ochotę na dalsze zapoznanie się z dorobkiem Dolana. Pozornie oparty na tajemnicy i niedopowiedzeniach, lecz napięcie czasami siada, fabuła nuży i nagle się wszystko urywa. Prawie jak Polański, z naciskiem na prawie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Polar

Bycie kilerem to klawe musi być. Zabijasz ludzi, który zobaczysz w życiu tylko raz, dostajesz za to kupę forsy. W tym świecie działa agencja kilerów zwana Damokles, gdzie wszyscy cyngle pracują do 50. roku życia, potem przechodzą na emeryturę i dostają za to sporo kasy. Chyba, że po drodze zostaniesz skasowany i nici z forsy. Przed takim problemem staje niejaki Duncan Vizla, znany bardziej jako Black Kaiser, który za dwa tygodnie skończy 50 lat. Kiedy jeden z jego kolegów po fachu zostaje zabity, szef wysyła go do Białorusi, żeby dokonać odwetu.

polar1

Netflix znowu chce dać nam możliwie najlepszy towar dla fanów kina akcji. Tym razem wzięto na warsztat komiks od Dark Horse, za kamerą stanął Jonas Akerlund (spec od teledysków), a główną rolę zagrał Mads Wickkelsen, znaczy Mikkelsen. Co mogło pójść nie tak? No cóż, może po kolei. Sama fabuła nie wydaje się specjalnie skomplikowana, bo filmów o zemście i zabijaniu powstało multum. Tylko, że reżyser na samym początku popełnia błąd kardynalny: od razu odkrywa karty i wyjaśnia kto, po co i dlaczego stoi za tym wszystkim. Można było odkryć tą tajemnicę dużo później, co pomogłoby dodatkowo w budowaniu napięcia. Sama akcja skupia się tutaj na dwóch kwestiach: całej intrydze związanej z pieniędzmi oraz próbami zabicia Kaisera, a także samym bohaterze i budowanej relacji z sąsiadką, naznaczoną przeszłością. Tylko, że naszemu samotnikowi dość ciężko pozwolić sobie na bliski kontakt, co czasami doprowadza do zabawnych sytuacji (scena w przedszkolu – o matko), ale i bardziej poważnych momentach (zbitki montażowe, będące retrospekcjami, co pokazują demony przeszłości).

polar2

Akerlund nie boi się pokazywać krwi, która leje się tutaj wiadrami oraz wielu brutalnych scen. Niby jest to bardzo umowne, przerysowane, ale co wrażliwsze osoby mogą czuć pewien dyskomfort. Same sceny akcji są zrobione tak, jak Pan Bóg przykazał oraz reguły tego gatunku. Nie ma tutaj trzęsącej się kamery, strzelaniny są czytelne, pomysłowe (ucieczka z siedziby głównego złola czy rzeź w jakimś magazynie), tylko ze trzeba przeczekać połowę filmu, by złapać odpowiednie tempo. No i jest dość otwarte zakończenie, sugerujący ciąg dalszy krwawej rzezi – czy tak będzie? Trudno powiedzieć.

polar3

Jednego nie mogę temu filmowi odmówić, czyli Madsa Mikkelsena, który po raz kolejny pokazuje klasę i daje z siebie wszystko. Niby jest taki jak zawsze, czyli powściągliwy jak diabli, lecz jednocześnie widać emocje malujące się na twarzy, w tym niskim głosie oraz oczach, co tną niczym tasak mięso. Aż chce się go oglądać. Podobno w tym filmie gra niejaka Vanessa Hudgens, tylko że dopiero pod koniec filmu ją rozpoznałem. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle świadczy o tej roli, która jest dość istotna dla całości i ma pewną woltę pod koniec. Bardziej w pamięć mi zapadła Katherine Winnick jako pięknie ubrana Vivian oraz przerysowany Matt Lucas w roli pana Bluta, a także drobny epizod Richarda Dreyfussa (Porter).

Chciałbym z czystym sumieniem polecić „Polar”, ale dla wielu taka mieszanka akcji, dramatu i komedii może być zbyt niestrawna. Traci na tym tempo oraz napięcie, by dość wyboistą drogą doprowadzić sprawę do końca, zaś same sceny akcji są satysfakcjonujące, tak jak rola Mikkelsena.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Juliusz

Z polskimi komediami jest jak z polskim boksem. Obydwie dyscypliny mają bardzo bogate tradycje, wielkich mistrzów, ale ostatnio nie odnosi zbyt wielu sukcesów, a wielcy mistrzowie ostatnio gubią się w tym świecie. Na hasło polska komedia większość osób (w tym i ja) reaguje, jeśli nie z przerażeniem, co z bardzo dużymi wątpliwościami. Że będzie przesłodzona bajeczka, będąca marną imitacją wzorców z Wielkiej Brytanii lub USA, gdzie zamiast dowcipu będzie nachalny product placement, antypatyczni bohaterowie i kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ewentualnie jeszcze sporo dowcipów poniżej pasa jak u Patryka Vegi. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano podjąć prób przełamania tego schematu, w czym przodują debiutanci. Po Pawle Maślonie („Atak paniki”) dołącza do tego grona Aleksander Pietrzak swoim pełnometrażowym debiutem „Juliusz”.

juliusz1

Kim jest tytułowy bohater? Nie jest ani Juliuszem Cezarem, ani Juliuszem Słowackim, ani nawet nie jest Machulskim. To mieszkający w jakimś małym mieście nauczyciel plastyki, czyli przedmiotu, na którym tak naprawdę nikomu nie zależy. Ani dyrektorowi, ani uczniom, ani nawet samemu Julkowi. Mieszka razem z ojcem, który troszkę za mocno bierze z życia (głównie alkohol i kobiety) i ma dość cwanego przyjaciela Rafała. No i potrafi ładnie rysować, choć nikomu swoich rysunków nie pokazał. Ale spokój nie jest utrzymywany na długo – ojciec jest po drugim zawale i pojawia się przypadkowo poznana kobieta o wdzięcznym imieniu Dorota.

Początek „Juliusza” to przede wszystkim zbiór gagów, gdzie Juliusz zostaje zderzony z dość absurdalnymi sytuacjami: a to inwalida na wózku go okrada (i to Julek dostaje paralizatorem), a to zostaje mu do auta wbita gałąź ze ściętego drzewa, a to Julek pracuje jako… żywa taca z jedzeniem (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Pozornie nie wątki wydają się być mocno oderwane, ale gdzieś w połowie drogi nagle wszystko zaczyna spinać się w jedną całość i staje się to bardziej poważne niż się wydawało. Scenariusz pisało pięciu gości (w tym dwóch stand-uperów i jeden krytyk filmowy), przez co widać pewne nierówne tempo w serwowaniu humoru. Czasem pojawi się ironia ze slapstickiem, jest parę skeczy poniżej pasa (akcja ze strażą miejską oraz sprawa z pęcherzem), lecz nie jest tego aż tak dużo, przez co udaje się uniknąć poczucia żenady.

juliusz2

Pozornie sklejka trudnej relacji ojca-hedonisty z bardzo wycofanym, lekko neurotycznym synem (taki Adaś Miauczyński, tylko light), wątku sensacyjnego (Dorota musi spłacić gangsterom dług) oraz komedii romantycznej (powiedzmy) tworzy dość zaskakujący oraz bardzo sympatyczny koktajl. Jest zabawnie, wzruszająco i poważnie (czasem naraz) i nie wywołuje to aż tak dużego zgrzytu, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Do tego mamy naprawdę porządną realizację (tutaj wybijają się animowane wstawki – szkoda, że ich tak mało), wiele dowcipnych scen i tekstów oraz niemal rozbrajający finał, doprowadzający do rozpuku.

juliusz3

To wszystko by nie wypaliło, gdyby nie wyczucie reżysera oraz aktorów. Bardzo dawno nie widziałem tak świetnego Wojciecha Mecwaldowskiego. Tutaj aktor bardzo dobrze odnajduje się jako neurotyk, który znajduje się w dość niewygodnej sytuacji i zwyczajnie boi się zaryzykować, wyrwać się ze swojej strefy bezpieczeństwa. Powoli jednak tak postać zaczyna dojrzewać, a jej ewolucja jest pokazana bardzo przekonująco i nienachalnie. Aktorowi partneruje cudowny Jan Peszek w roli ojca, mocno czerpiącego z życia (jakkolwiek to brzmi), ale jednocześnie naznaczonego pewną nieprzyjemną przeszłością. Na drugim planie szaleje wracający do dobrej formy Rafał Rutkowski (Rafał) oraz będąca mieszanką ciepła i twardego charakteru Annę Smołowik (Dorota), zaś w tle jeszcze przewija się masa drobnych epizodów, dodających sporo frajdy (więcej nie powiem, sami musicie to zobaczyć).

Ten komediodramat (bo to nie jest stricte komedia) jest kolejnym światełkiem w tunelu dla twórców, których celem jest rozśmieszenie, rozbawienie ludzi. „Juliusz” jest bardzo intrygującą mieszanką w stylu „Debiutantów” Mike’a Millsa, czyli słodko-gorzka opowieść z dojrzewaniem do odpowiedzialności w tle oraz życiu po swojemu. Dobre i to na początek.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebeliant

Wojna secesyjna była jedynym konfliktem militarnym, jaki Amerykanie prowadzili na swoim terytorium. To podczas niej walczył niejaki Newton Knight, choć walczył to trochę za duże słowo. Był sanitariuszem, który w 1862 roku (po śmierci swojego kuzyna) dezerteruje z Armii Konfederatów, by pochować członka swojej rodziny. Zaczyna się ukrywać na bagnach, gdzie przebywa wielu czarnoskórych niewolników zbiegłych z pobliskich plantacji. Powoli Knight zaczyna tworzy własny oddział buntowników, walczących z Konfederatami, co rozkradają zboże oraz inne dobra od biednych ludzi, by stworzyć wolne hrabstwo Jones.

free_state_of_jones1

Ta mniej znana opowieść z historii USA postanowił przypomnieć Gary Ross i zrobił zaskakująco kameralny film. Można było zrobić z tego drugi „Braveheart” czy inną laurkę dla nowego lidera, chcącego stworzyć swoją utopię, gdzie wszyscy ludzie są wolni i równi. To jednak fragment układanki, gdzie 85 lat później widzimy jego wnuka oskarżonego o zawiązanie kolorowego małżeństwa. Dowcip polega na tym, że oboje są biali, lecz John Knight miał czarną babcię. Dla mnie ten drugi wątek wydał mi się zwyczajnie zbędny i niepotrzebny (poza tym zaburzał rytm całości), a pojawiał się tak rzadko, że w zasadzie nie pamiętałem o nim. Tak naprawdę liczy się tutaj powolne tworzenie armii oraz wspólna walka białych oraz czarnoskórych.

free_state_of_jones2

Reżyser bardzo skupia się na odtworzeniu realiów i wygląda to wszystko dość realistycznie, bez pastelowych kolorów. Jest sporo brudu, błota, bagien, palonych domów, Ku Klux Klan, nienawiść oraz niewolnictwo. I wszystko to pokazane bez patosu, jakiejś wielkiej polityki, choć jest parę mocnych scen o tym jak choćby moment głosowania. Znalazło się za to kilka porządnych scen batalistycznych jak strzelanina na cmentarzu czy atak na miasto. Dzieje się wiele, ale nie ma poczucia zagubienia czy chaosu. Nie zabrakło też wielu archiwalnych zdjęć oraz bardzo nieprzyjemnego nastroju, jaki towarzyszy podczas oglądania „Rebelianta”.

free_state_of_jones3

Całość w ryzach trzyma Matthew McConaughey, który jest absolutnie świetny. Newton w jego wykonaniu to prosty facet, który ma dość bezsensownego zabijania oraz bandyckiego prawa wojennego. Jest to kreacja z jednej strony bardzo wyciszona i stonowana, ale jednocześnie widać determinację w dążeniu do celu oraz przełamywanie wrogości między białymi a czarnymi. Mocna, wyrazista postać. Obok niego najbardziej wybija się trzymający fason Mahershala Ali (Moses Washington), który staje się przyjacielem naszego bohatera oraz antypatyczny Bill Tangradi (porucznik Barbour), siejący terror i spustoszenie.

Szkoda, że „Rebelient” przeszedł bez echa, bo nie zasłużył sobie na taki los. Porządne kino historyczne ze świetnym McConaugheyem oraz mało znanym kawałkiem historii USA. Bo czy pamiętacie, żeby jakiekolwiek hrabstwo chciało żyć niezależnie od reszty kraju?

7/10 

Radosław Ostrowski