Message from the King

Nazywali go King, ale nie był królem żadnego państwa. Imię mu dali Jacob i pochodził z kraju zwanego RPA. Przyjechał do Los Angeles, by odwiedzić swoją siostrę, z którą od dawna nie utrzymywał kontaktu. Na miejscu jednak okazuje się, że jej pod tym adresem nie ma. Powoli odkrywane informacje doprowadzają do dość makabrycznego odkrycia: kobieta zostaje zamordowana. King próbuje wyjaśnić sprawę.

wiesci_od_krola1

Belgijski reżyser Fabrice Du Welz postanowił zrobić dla Netflixa film akcji, ale troszkę inny niż zwykle. Sama intryga jest tutaj poprowadzona bardzo powoli, a wszystko skupia się na odkrywaniu kolejnych elementów układanki. A sama sprawa jest pełne klasycznych elementów tego typu kina: szantaż, narkotyki, seks, pedofilia, polityczna kampania oraz ludzie z wyższych sfer, umoczeni w brudne sprawy. Do tego jeszcze mamy przypadkowo wplątaną osobę w całą układankę. Niemal klasyczne kino zemsty, gdzie z góry wiadomo, kto jest kim, kto okazuje się zdrajcą oraz o co może toczyć się stawka. Pytanie tylko, jak można całą tą konwencję ugrać?

wiesci_od_krola2

Reżyser stosuje tutaj niemal paradokumentalny styl (bez trzęsącej się kamery z ADHD) oraz krótkie, montażowe przebitki na przeszłość naszego bohatera, co wywołuje pewien chaos w narracji. Samo tempo jest więcej niż wolny, zaś sceny akcji wyglądają zwyczajnie niechlujnie, zbyt chaotycznie i miejscami nieczytelne. Jak tu w ogóle można zaangażować się w tą całą opowieść? Pojawiają się pewne drobne wolty, jednak to za mało by zaintrygować (wliczając w to końcówkę).

wiesci_od_krola3

Jest tylko jedna rzecz, która przyciąga uwagę: Chadwick Boseman w roli Kinga. Niby klasyczny mściciel, bo uparty, zdeterminowany, pełen sprytu oraz mrocznej przeszłości. Jego charyzma napędza ten film i trzyma go za pysk do końca. Sytuację jeszcze wspierają solidni Luke Evans (śliski Wentworth) oraz Alfred Molina (Preston), którzy poniżej pewnego pułapu nie schodzą, chociaż stać ich na więcej.

Czy „Message from the King” jest w stanie sprawdzić się jako kino zemsty? Dla mnie było zbyt spokojne, mocno przewidywalne oraz z wyrazistym protagonistą (zaskakująco stonowanym jak na tego typu kino). Ale można było z tego więcej wycisnąć i to boli.

6/10 

Radosław Ostrowski

Bejrut

Stolica Libanu w 1983 roku była już pogrążona w wojnie domowej, gdzie kraj został podzielony na dwie strony: Zachodni i Wschodni. Muzułmanie, Żydzi, chrześcijanie wciśnięci do jednego worka – to musiało w końcu eksplodować. Tutaj kiedyś mieszkał zastępca ambasadora USA, Mason Skiles, ale to było 10 lat temu i to było zupełnie inny kraj. Teraz nasz Mason pełni rolę negocjatora w Izbie Handlowej, próbując pogodzić związkowców z szefami. Jednak nasz bohater musi wrócić do dawnego domu. Jego przyjaciel z tamtego okresu, agent CIA zostaje uprowadzony, a porywacze chcą jego jako negocjatora.

bejrut1

Kolejne dzieło od Netflixa, ale tym razem jest to sensacyjny thriller szpiegowski z mocnymi fundamentami. ale czy może być inaczej, jeśli za scenariusz odpowiada Tony Gilroy (seria o Jasonie Bournie), a reżyseruje specjalizujący się w psychologicznych dreszczowcach Brad Anderson? Początek to ten okres świetności Masona, by zobaczyć jego upadek z alkoholem w dłoni. Wszystko jest tutaj poprowadzone tylko za pomocą dialogów (w końcu to film o negocjowaniu) w miejscu przecięcia się wpływów wielu krajów: USA, Izrael, Palestyna, zaś sami Libańczycy wydają się nieobecni. Twórcom bardzo przekonująco udaje pokazać się skomplikowaną układankę, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Mimo sporej ilości gadaniny, nie ma tutaj miejsca na nudę, zaś intryga potrafi utrzymać w napięciu. I to jest dla mnie sporym zaskoczeniem.

bejrut2

Realizacja zdecydowanie broni się stylówką oraz odtworzeniem realiów. Chociaż problem w tym, że więcej słyszymy o tym, co się stało. Nie brakuje zniszczonych budynków, wiele posterunków, wojska oraz zabawy w podchody. Może i jest to przewidywalne, niepozbawione paru uproszczeń, ale to wszystko potrafi zaangażować. Tak samo jak mocno orientalna muzyka w tle.

bejrut3

Jeżeli jest coś, co trzyma ten film w ryzach to fantastyczna rola Jona Hamma. Aktor świetnie sprawdza się jako negocjator z demonami, gdzie samym spojrzeniem potrafi pokazać wiele. Największe wrażenie robi podczas scen negocjacji (tutaj błyszczy inteligencją) oraz podczas wizyt w barze. Słucha się go cudownie i ma w sobie prawdziwą charyzmę, gasząc kompletnie wszystkich, zarówno telewizyjnych weteranów (Dean Norris i Shea Whigham), jak i Rosamond Pike jako agentkę Crowder, z którą tworzy dość nieoczywisty duet.

„Bejrut” pokazuje, że Netflix jeszcze potrafi zaskoczyć i zrobić dobry film. Niby spokojny, ale trzyma w napięciu, niby thriller, lecz skupiony na dialogach niż akcji (choć całkiem porządnie wykonanej). Nie jest to naiwne, mocno uproszczone spojrzenie na Bliski Wschód, czego bardzo się obawiałem.

7/10 

Radosław Ostrowski

ARQ

Czym jest tytułowy ARQ? To maszyna skonstruowana przez pewnego młodego inżyniera, który kiedyś pracował dla potężnej korporacji Torus. Cacko powstało do stworzenia energetycznego perpetuum mobile, ale okazuje się małym wehikułem czasu. Firma ta prowadzi wielką wojnę w świecie doprowadzonym do wielkiego upadku świata, toksycznego zatrucia oraz braku jedzenia. Ale wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do niego oraz dziewczyny wpada trzech kolesi i chcą kasy. To członkowie walczącego ruchu oporu zwanego Blokiem. Ale cała próba wyrwania się kończy śmiercią Rena, który… budzi się znowu w swoim wyrku.

arq1

To jeden z pierwszych filmów zrobionych przez Netflixa i całkiem zgrabna wariacja z „Dniem świstaka” w konwencji SF. Mamy przypadkowo zapętlony dzień (a właściwie parę godzin), gdzie kolejne zgony i repetycje pozwalają odkrywać kolejne elementy intrygi związanej z tą maszyną. Samo tło jest tutaj ledwo zarysowane (wiadomości w tle), a wszystko znajduje się w bardzo zamkniętej przestrzeni. Reżyser odkrywa powoli kolejne elementy układanki, które czynią prostą intrygę coraz bardziej skomplikowaną, gdzie pewne osoby okazują się kimś zupełnie innym niż na początku, a wiele wydarzeń zaczyna zmieniać następne pętle. Więc nie jest tutaj czystej powtórki wydarzeń, bo nie tylko Ren zaczyna respawnować się po śmierci, co jeszcze bardziej wywraca przewidywalność całych wydarzeń. I to wyróżnia „ARQ” z grona wielu klonów „Dnia świstaka”, ale sztafaż SF w zasadzie jest tu ograniczony do minimum.

arq2

Scenografia jest tutaj bardzo oszczędna – w zasadzie najważniejsze jest pomieszczenie z maszyną zwaną ARQ oraz bardzo skromnych efektów specjalnych (wiadomości oraz pojawiający się robot). Problem jednak w tym, że z powodu tej intrygi przestałem zwracać uwagę na postacie. Te osoby bardziej przypominają jakieś awatary, ledwo zarysowane i w zasadzie pozbawione głębi. Nawet główny bohater, czyli Renton, nie jest wyjątkiem od reguły, choć zagrane jest to naprawdę solidnie. Co na bank pomagają kompletnie nieznane, mało ograne twarze.

arq3

Jak więc ocenić „ARQ”? Niby ograny pomysł z pętlą w czasie, ale spokojna realizacja, ciągle wolty i przewrotki są w stanie dostarczy wiele satysfakcji. Jako rozrywkowe dzieło sprawdza się solidnie, chociaż czasem logika może budzić wątpliwości (pętle przeżywane przez innych). Ale to nie są irytujące detale, psujące przyjemność z seansu.

7/10

Radosław Ostrowski

6 balonów

Wszystko skupia się w ciągu niemal jednego wieczora, gdzie ma dojść do przyjęcia-niespodzianki wobec chłopaka naszej bohaterki. Katie wydaje się być spokojną, poukładaną dziewuchę, tylko że jest jeden szkopuł: brat Seth, który jest narkomanem. Na odwyku był multum razy, a nawet opieka nad 2-letnią córką nie jest w stanie go zmienić. Dziewczyna próbuje zapisać brata na odwyk, co nie będzie takie łatwe.

6_balonw1

Netflix znowu próbuje opowiedzieć skromną historię na poważny temat. Wiecie, jak łatwym tematem wydaje się uzależnienie od narkotyków? Jak bardzo pociągającym dla filmowców? Mógłbym wymienić tutaj bardzo długą listę, więc co ciekawego w tej materii ma do zaoferowania „6 balonów”? Po pierwsze, skondensowanie całej opowieści do jednego zdarzenia oraz skupieniu się na jednym wątku, czyli bardzo toksycznej relacji rodzeństwa. Nie mamy tutaj pokazania przyczyny tej sytuacji, dlaczego brat zaczął ćpać i czemu próbuje podjąć się rolę bycia ojcem. Wszystko się skupia na próbie zapisania Setha na odwyku, a po drodze jeszcze odebranie tortu oraz pójście po towar (tytułowe sześć balonów). Sama historia jest dość krótka przez co nie ma mowy o przynudzaniu, a krótki czas pozwala na intensyfikację wydarzeń. Ale też bardzo widać, jak ta relacja działa destrukcyjnie na najbliższych. Może jest to pokazane dość nachalnie (czytany rozdział jakiegoś poradnika oraz „tonący” samochód), niemniej potrafi to zadziałać.

6_balonw2

Jednak „6 balonów” ma jedną, bardzo poważną wadę – nie opowiada niczego nowego w tym temacie. Wszystko to przypomina wyważanie otwartych drzwi, przez co nie byłem specjalnie zaangażowany w całą tą historię. Podejrzewałem, jak to się skończy, a seans był dla mnie zbyt nudny. Może, gdyby był dużo młodszy i zaczynałbym oglądanie filmów z narkotykowym nałogiem, pewnie zmiótłby mnie. Być może taki był zamysł, żeby trafić do młodego odbiorcy. I pewnie zrealizuje ten zamysł.

Z obsady najbardziej znany jest Dave Franco, który tutaj wciela się w uzależnionego Setha. Jest odpowiednio irytujący, żałosny, budzący współczucie. Całkiem nieźle za to wypada Abbi Jacobson w roli Katie i w zasadzie to ona dźwiga ten film na swoich barkach. I czuć tutaj chemię miedzy postaciami, choć Setha bardzo trudno polubić.

Innymi słowy jest to solidny film, tylko że nie ja jestem głównym celem dla twórców. Czy dotrze do młodych ludzi? Nie wiem, ale dla mnie to tylko powtórzenie znanych mi już prawd.

6/10

Radosław Ostrowski

Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego

Netflix coraz bardziej robi w dokumentach, pokazując naprawdę intrygujące opowieści o ludziach, którzy zostali zapomniani. Jednym z nich jest polski rzeźbiarz Stanisław Szukalski. Słyszeliście o nim? Ja też nie, bo przez długie lata jego dorobek został zapomniany. Ale pojawił się dokument „Walka”.

Tutaj narracja niejako tworzy się dwutorowo. Punktem wyjścia są rozmowy z artystami sceny alternatywnej lat 70., którzy przypadkiem poznali dorobek polskiego artysty. Jeszcze większy szok ich spotkał, gdy odkryli, iż Szukalski żyje i mieszka w Los Angeles. Jeden z nich, Glenn Bray, decyduje się także filmować opowieści artysty na temat sztuki oraz jego dość pokręconego życiorysu. Niby jest tu jak w klasycznym dokumencie, czyli gadające głowy przeplatane ze sporymi ilościami archiwaliów. Sfilmowane wypowiedzi Szukalskiego, zdjęcia pokazujące rzeźby oraz wspomnienia spotkań. Jednocześnie twórcy próbują pokazać dokonania artysty, jego młodość, samodzielnie zdobywaną wiedzę, krótki flirt z Hollywood (pomogła mu przyjaźń ze scenarzystą Benem Hechtem).

walka1

Ale żeby nie było tak słodko, nie bano się pokazać troszkę mroczniejszej strony twórczości, która była monumentalna, pełna bogatych ozdobników. I te dzieła nawet dzisiaj robią imponujące wrażenie (niektóre zostały pokazane przez twórców jak trójwymiarowe bryły. Jednak sam twórca (w okresie przedwojennym) nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów, co widać w publikowanym magazynie „Krak” oraz miał bardzo duże mniemanie o sobie. Ale podobno tzw. geniuszom wypada się wywyższać, co czyni Szukalskiego człowiekiem. Sporo tutaj miejsca poświęcono nacjonalistycznym zapędom w II RP (i to niestety jest prawdą) oraz temu, jak symbole z dzieł artysty zostały przejęte przez współczesnych nacjonalistów. Ale te poglądy zostały poddane weryfikacji przez historię, co pokazały dwie rzeźby („Potop XX wieku” oraz „Katyń – ostatnie tchnienie”). I to czyni tą postać bardzo złożoną, fascynującą osobowością. Nawet jeśli się nie zgadzamy z jego przekonaniami.

walka2

Jestem oczarowany tym filmem, które w dość krótkim czasie udaje się pokazać zapomnianą, ale nietuzinkową postać polskiej sztuki. Niby klasyczna forma, ale oglądałem ten film z zapartym tchem i porażony wielką pewnością siebie oraz bardzo przewrotnymi losami artysty. Zobaczcie to koniecznie.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Życie animowane

Kiedy usłyszałem o tej historii wydawała mi się zwyczajnie nieprawdopodobna. A jednak. Poznajcie Owena – powoli wchodzącego w dorosłe życie faceta z autyzmem. Gdy go poznajemy, kończy studia, ma dziewczynę (Emily) i chce się usamodzielnić. Jednak najbardziej zaskakują jest jego przeszłość, bo w wieku 3 lat zdiagnozowano autyzm po tym, jak chłopiec przestał mówić i zaczął tylko bełkotać.  Po jakimś czasie rodzice odkryli, że kluczem do komunikacji są… bajki Walta Disneya, które – jak się później okazało – znał na pamięć. I zaczęła się próba wyciągnięcia chłopaka do życia.

zycie_animowane2

Film jest oparty na książce ojca Owena, dziennikarza Rona Suskinda. W zasadzie całość można podzielić na dwie części. Pierwsza to momenty z przeszłości, gdzie życie rodziny wywraca się do góry nogami oraz pojawia się choroba. Choroba, która dokonuje regresu (wtedy autyzm był stygmatyzowany), a jednocześnie – co jest pewnym paradoksem – troszkę bardziej zaczyna rodzinę scalać. Drugi wątek to współczesne życie Owena, kiedy kończy studia, chce samodzielnie mieszkać, żyć z dziewczyną oraz znaleźć pracę. Obydwie te historie niejako przeplatają się ze sobą, przez co cały czas trzyma w zainteresowaniu.

zycie_animowane1

Najbardziej w tej całej opowieści jest to, jak pokazany jest wpływ tych bajek na tego chłopca. Że dzięki nim zaczyna poznawać świat, ale też zaczynają go kształtować i uczą go przyjaźni, że nie należy się poddawać i tym podobne. Ale problem w tym, że te opowieści są bardzo czarno-białe, a życie prawdziwe takie nie jest, co może wywołać jeszcze większe zamieszanie (rozstanie z dziewczyną). I co wtedy? A to już możecie się sami przekonać. Same retrospekcje są pokazane w formie… ręcznie rysowanej animacji oraz rysunków, jakby ołówkiem wykonanych na kartce papieru. Te fragmenty nie tylko poruszają, ale pozwalają wejść niejako w skórę samego Owena, gdy poznajemy stworzoną przez niego opowieść. Nie spodziewałem się, że kiedyś się rozkleję, ale tak było.

Nie chcę zdradzać już więcej, ale powiem tylko jedno: „Życie animowane” to niezwykły, pełen empatii oraz ciepła film. Delikatny jak nasz bohater, a jednocześnie pokazujący troszkę perspektywę osoby, nazywaną czasami „inną”, ale nie oznacza to „gorszego”.

8/10 

Radosław Ostrowski

Amy

Film dokumentalny zawsze jest traktowany inaczej, bo wydaje się pokazywać „prawdę”. Problem w tym, że prawdę i fakty można interpretować na dowolne sposoby, przez co trudno dojść do obiektywnej prawdy, bo ona zwyczajnie nie istnieje. Nie oznacza to jednak, że filmy dokumentalne musza być nudne czy nieangażujące. Zwłaszcza kiedy opowiadają o wyrazistych, czasami kontrowersyjnych postaciach. Nie inaczej jest z nowym dziełem Asifa Kapadii „Amy”.

amy1

Realizacyjnie mamy dokładnie to samo, co w przypadku „Senny”, czyli widzimy same materiały archiwalne, bez „gadających głów”, lecz z wypowiedziami z offu. I to wszystko ma zbudować portret Amy Winehouse. Ta wokalistka z jednej strony była pamiętana za dwie dobrze odebrane płyty, z drugiej było bardzo dużo zamieszania w jej życiu prywatnym. Media po sukcesie drugiego albumu „Back to Black”, zaczęły się nią coraz bardziej interesować i obserwowały ten rajd ku autodestrukcji, który się zakończył w 2011 roku.

amy2

Muszę przyznać, że sam zbiór archiwaliów, jakie zostały wykorzystane do filmu, jest bardzo imponujący. Mamy zarówno prywatne zdjęcia, dużo sfilmowanych materiałów – nie tylko fragmenty koncertów czy materiały z telewizji, ale też sceny z backstage’u, prywatne filmy nagrywane przez najbliższych, sceny z wakacji, momenty podczas nagrywania utworów. Wszystko ułożone w kolejności chronologicznej, bez jakiegoś specjalnego kombinowania. Z jednej strony budzi to wielkie wrażenie, ale z drugiej czułem się jak podglądacz, co wywołało we mnie dyskomfort. Wiele razy chciałem przerwać i przestać oglądać, ale jednocześnie chciałem poznać jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dlaczego to wszystko się tak nagle skończyło? Zbyt duża presja medialna, toksyczna relacja z mężem/byłym mężem, ojciec chcący żyć w blasku córki? Są poszlaki wskazujące na każdą z tych możliwości, choć może sama Amy okazała się zbyt krucha i po prostu uderzyła ją woda sodowa? Może nie wytrzymała swojego sukcesu oraz zainteresowania własną osobą? Ten wariant wydaje mi się bardziej prawdopodobny, ale reżyser nie zwraca na to uwagi. Albo nie wali tego wprost (mogłem tego nie zauważyć).

Sama forma – po „Sennie” – już nie robi takiego wrażenia, niemniej „Amy” pozostaje interesującym dokumentem od strony realizacyjnym. Kapadia znowu pokazuje swój warsztat oraz biegłość w klejeniu różnych elementów, potrafi łączyć narrację w intrygujący sposób, a brak komentarza twórcy wydaje się dużą zaletą. Ale nie próbujcie tu szukać prostej odpowiedzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Gra o wszystko

Pieniądze, pieniądze, pieniądze. To, że one rządzą światem jest oczywistą oczywistością, ale zdobyć je można na wiele sposobów. Jedną z metod jest organizowanie domu gry, gdzie osoby z najwyższych sfer (pełne dużych portfeli) grają w grach hazardowych o dużą kasę. Taką osobą była Molly Bloom, nazywana Księżniczką Pokera. Ta niedoszła sportsmenka została jednak oskarżona, m.in. o pobieranie prowizji (co jest nielegalne) oraz za współpracę z mafią, gdyż wśród jej graczy byli gangsterzy. Ale jak było naprawdę?

gra_o_wszystko1

Chyba każdy kinoman słyszał o Aaronie Sorkinie, jednym z nielicznych scenarzystów filmowych, którzy posiadają swój własny, niepodrabialny styl. Wystarczy zobaczyć takie filmy jak „Ludzie honoru”, „Wojna Charliego Wilsona”, „The Social Network” czy „Steve Jobs” (nie wspominając o serialach „Newsroom” i „Prezydencki poker”). Innymi słowy jest dużo gadaniny (dialogi lecą z prędkością karabinu maszynowego), w niemal teatralnych dekoracjach, lecz by zachować tempo, bohaterowie wypowiadają je zazwyczaj w ruchu. Tzw walk & talk. Tym jednak jednak Sorkin postanowił sam przenieść na ekran swój scenariusz, co z jednej strony powinno mnie cieszyć, ale z drugiej budzi wątpliwości. Napisanie scenariusza wydaje się być prostsze od fuchy reżysera, który musi zadbać o więcej rzeczy niż zapodanie dialogów w dobrym stylu.

gra_o_wszystko2

Ale Sorkin już od samego początku wie jak skupić uwagę, mimo dużej ilości słowotoku, co jest zasługą bardzo bajeranckiego montażu a’la Martin Scorsese. Pierwszy monolog, gdzie pada pytanie o największą porażkę dla sportowca przeplata się z pierwszym przełomem panny Bloom (upadkiem podczas zjazdu narciarskiego) oraz zaczynamy obserwować jej karierę w hazardzie. Najpierw praca jako sekretarka, potem licząca kasę u swojego szefa (także przy pokerze), wreszcie prowadzenie własnego, eleganckiego domu gry. Innymi słowy, wejście do męskiego świata. Przy okazji, dostajemy masę anegdot, krótkie zasady gry w pokera, spojrzenie na świat high-life’u oraz – niczym w klasycznym filmie gangsterskim – wzlot i upadek naszej bohaterki, która próbuje grać czysto w niezbyt uczciwym świecie. Świecie, gdzie za jeden błąd można zapłacić utratą wszystkiego: pieniędzy, reputacji oraz życia.

gra_o_wszystko3

By jeszcze bardziej zwrócić naszą uwagę, narracja jest dwutorowa. Mamy retrospekcje, pełne narracji z offu od samej Molly i to się przeplata z przygotowaniami do procesu oraz dialogami z obrońcą, Charliem Jaffeyem. A jednak, mimo przeskoków, cała akcja wydaje się klarowna i przejrzysta. Niemniej nie mogłem pozbyć wrażenia, że Sorkin zwyczajnie się popisuje. Że potrafi pisać zajebiste dialogi, pełne błysku, inteligentnych ripost, trafnych obserwacji, przypominając szybkie odbijanie piłeczek pingpongowych. I to, po pewnym czasie (dokładnie, gdzieś w 2/3 filmu) zaczyna robić się męczące. Jeszcze bardziej rozczarowuje mnie motywacja głównej bohaterki oraz wątek dotyczący jej relacji z ojcem, bo wydało mi się troszkę banalne.

Ale tak naprawdę ten film ma jednego mocnego asa w tej talii, czyli zjawiskową (nie tylko w kwestii ciuchów) Jessicę Chastain. Może i Molly Bloom sprawia wrażenie kalki kreacji z filmu „Miss Sloane”, czyli błyskotliwej kobiety, co nie daje sobie w kaszę dmuchać konsekwentnie dąży do swojego celu. I tak jak tam, nie można od aktorki kompletnie oderwać oczu, ona tutaj rozdaje karty i można odnieść wrażenie, że czasami ma więcej szczęścia niż ktokolwiek z jej graczy. Reszta obsady jest tutaj tylko solidnym tłem (jak Idris Elba w roli Jaffreya czy powoli wracający do gry Kevin Costner jako ojciec Molly), choć największą niespodziankę robi tutaj Michael Cena w roli tajemniczego Gracza X, który pod maską chłopięcej twarzy skrywa bardzo bezwzględnego gracza.

„Gra o wszystko” to zaskakująco udany debiut Sorkina jako reżysera, chociaż jego styl scenariuszowy może już powoli wywoływać zmęczenie materiału. Niemniej utrzymuje przez sporą część tempo, błyszczy montażowo i aktorstwo, zaś sporo dialogów to prawdziwe perły. Czysta sorkinoza.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Fokstrot

Fokstrot to taki dość prosty taniec, którego kroki powodują, że wracasz do punktu wyjścia. Że cokolwiek byś nie zrobił, wracasz do początku. Ale film Samuela Moaza nie jest filmem tanecznym, lecz historią z wojną w tle. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do mieszkania niemłodego małżeństwa – państwa Feldmann, przychodzą żołnierze. Kiedy dowiadujemy się, że ich syn Jonathan służy w armii, wszystko wydaje się jasne. Czyli syn poległ na wojnie, co staje się dość ciężkim doświadczeniem przede wszystkim dla ojca.

foxtrot1

Chciałbym powiedzieć wam trochę więcej o fabule, ale „Fokstrot” opiera się na kilku woltach, które zaskakują i wywracają wiele rzeczy do góry nogami. By jeszcze bardziej wprowadzić mętlik, akcja zostaje przeniesiona na posterunek graniczy, gdzie służy Jonathan (syn). Pozornie opowieść wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa, jednak nie o nią tak naprawdę tu chodzi. Reżyser za pomocą warstwy formalnej zmusza do skupienia, pokazując niemal absurdalność całej sytuacji. Wojskowi na początku sprawiają wrażenie urzędników, mówiących wyuczone na pamięć formułki, mające pomóc przetrwać. Niby wydaje się psychologicznym dramatem, gdzie mamy skrywane traumy, mroczne tajemnice z przeszłości oraz to, jaki wpływ wojna ma na ludzi. I nie chodzi tutaj tylko o tych obecnych wojaków jak Jonathan, gdzie stoją w jakimś wygwizdowie. Tylko, że tej wojny tutaj mamy tyle, co kot napłakał. Cała sytuacja (przechodzący wielbłąd) wydaje się tak absurdalna i niedorzeczna, że aż można się złapać za głowę.

foxtrot2

Dużo jest tutaj niemal groteskowych scen z niezapomnianą sceną tańca na posterunku z karabinem w dłoni (w tle gra odpowiednia do tego muzyka) czy bardzo mocna scena z puszką (nie powiem wam, co tam się dzieje), co tylko podkreśla absurdalność wydarzeń oraz jeden bardzo istotny fakt, o jakim często zapominamy. Że nie na wszystkie wydarzenia mamy wpływ, a przypadek potrafi wyciąć taki numer, jakiego nigdy się nie spodziewaliśmy (ostatnie pół godziny). Jest też nawet animowana wstawka, niemal przypominająca „Walc z Bashirem” w formie komiksu.

Niby pozornie nie dzieje się tu zbyt wiele, ale sama realizacja to coś nieprawdopodobnego. Sama praca kamery jest absolutnie cudowna (zwłaszcza kadry z góry, gdzie widzimy ruch postaci), kompozycja kadrów niemal jest dopieszczona. Ta finezja działa tutaj na zasadzie kontrastu, gdzie słyszymy jedno, a widzimy czasem coś zupełnie innego. Przez co „Fokstrot” działa i jako dramat pokazujący bezsensowność wojny w skali mikro, a także jako polityczną satyrę na armię oraz biurokrację.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

The Happy Prince

Czy mówi wam nazwisko Oscar Wilde? Jeden z bardziej uznanych poetów, dramaturgów XIX wieku, lecz jego kariera załamała się kilka lat przed śmiercią z powodu pewnego procesu. Autor został skazany za sodomię na dwa lata, przez co został wygnany z kraju. „The Happy Prince” pokazuje ten ostatni okres życia autora, zrealizowany przez Ruperta Everetta.

happy_prince1

Aktor nie tylko zagrał Wilde’a, ale też film wyreżyserował oraz napisał scenariusz. Gdy poznajemy Wilde’a, przebywa w Paryżu, niczego już nie pisze, żyjąc w dość hedonistyczny sposób, mimo braku stałego źródła dochodów. Jednak stan jego zdrowia ciągle się pogarsza. Całość jest niemal jedną wielką retrospekcją okresu emigracyjnego: od bardzo drogich hoteli i prób literackiego powrotu aż do nędzy, samotności, żebrania niemal o pieniądze. A jednocześnie widać zwłaszcza na jego rodzinie (zostawił żonę i dwóch synów), jak mocno cała sytuacja się na nich odbiła. Powoli widzimy jak ten niebieski ptak coraz bardziej zaczyna gasnąć, mimo posiadania błyskotliwego umysłu. Reżyser próbuje się skupić na psychice bohatera, co najbardziej widać pod koniec filmu, kiedy Wilde zaczyna mieć zwidy. Problem jednak w tym, ze cała ta opowieść w „Happy Prince” nie należy do zbyt przystępnych, zdarza się wręcz męcząca. Nitka fabularna wydaje się dość wątła, przez co można odnieść wrażenie, jakbyśmy oglądali niemal te same sceny, przez co trudno jest w to wszystko się zaangażować.

happy_prince2

Ale muszę przyznać, że sam film wygląda więcej niż ładnie. Zdjęcia są z jednej strony potrafią zaimponować grą światłocienia, z drugiej bardzo naturalnym oświetleniem, tworząc wrażenie oglądania starych fotografii. Także scenografia (speluny, hotele, knajpy) i kostiumy robią bardzo dobre wrażenie, zaś pod koniec nawet montaż potrafi zaskoczyć.

Ale prawdziwą perła jest tutaj rola Everetta jako Wilde’a. I jest to kreacja absolutnie fenomenalna, gdzie niemal każdy gest, spojrzenie, wypowiadane słowo ma prawdziwą siłę rażenia, pokazując bardzo sprzeczne emocje swojego bohatera, który zmierza ku autodestrukcji. Od rozpaczy, bezradności po niemal porywające występy oraz opowiadanie historii. Aktor kompletnie dominuje nad całością, dając z siebie wszystko. Także drugi plan ma tutaj wiele do roboty z uznanymi nazwiskami (Colin Firth, Emily Watson, Tom Wilkinson), dodając sporo realizmu.

Nie mogę odmówić Everettowi, że jest to bardzo ambitna próba i opowiedzeniu o już dość znanej postaci dla brytyjskiej kultury. Może bywa czasem nużący, męczący oraz dość monotonny, niemniej sama kreacja Brytyjczyka jest bardzo silnym magnesem, który może zachęcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski