Bez litości II

Pamiętacie Roberta McCalla? Niby zwykły, szary człowiek – kulturalny, życzliwy dżentelmen, który ma jedną poważną wadę: gdy słyszy, że coś jest nie tak, reaguje. A że posiada taki zestaw umiejętności, jakich Liam Neeson nigdy się nie nauczy, tym bardziej musisz na niego uważać. Przeniósł się z Nowego Jorku do Bostonu, gdzie wozi gości limuzyną. Poza tym nadal zajmuje się tym, co najlepsze: wyrównuje rachunki ze światem. Jednak tym razem sprawa będzie bardzo osobista, gdyż zostaje zamordowana jego najlepsza przyjaciółka z Agencji.

bez_litosci_21

Denzel Washington i Antoine Fuqua postanowili zrobić coś, czego nigdy nie zrobili: zrealizować sequel, co mnie nie dziwi. Robert McCall to postać, która jest niemal żywcem wzięta z jakiegoś klasycznego kina akcji: twardy kręgosłup moralny połączony z ostrymi metodami eksterminacji oraz chęcią niesienia pomocy. Nie dla sławy, chwały czy kasy, ale dlatego, że… tak trzeba. Samotny mściciel? Bliżej mu do westernowego przybysza znikąd, który pojawia się, robi swoje i znika. Nie stosuje pięści i gnatów po to, by siać śmierć i spustoszenie, a przed śmiercią daje szansę; szansę na naprostowanie sprawy. Jeśli postąpisz słusznie, to się więcej nie spotkamy i przeżyjesz; jeśli nie, to też się więcej nie zobaczycie, bo trafisz do krainy wiecznych łowów.

bez_litosci21

Reżyser powtarza pewne rzeczy z poprzedniej części, które nie koniecznie się sprawdzały. Jest tu wiele wątków pobocznych, stanowiących pewien pretekst do pokazania McCalla w akcji – sam początek w pociągu do Turcji, by odbić porwane dziecko przez ojca, wymierzenie sprawiedliwości dzieciakom z wyższych sfer za potraktowanie kobiety. Jest jeszcze pewien młody chłopak ze zdolnościami plastycznymi, co w jego otoczeniu niekoniecznie jest mile widziane. Ten drugi plan bardzo mocno odwraca uwagę od głównej intrygi, która jest – niestety – strasznie przewidywalna. Dość łatwo się domyślić, kto pociąga tutaj za sznurki, zaś motywacja oraz brak charyzmy przeciwników jest mocno widoczny.

Film zaczyna się z mocnego C, same sceny akcji są nadal świetnie zrobione w niemal „sherlockowym” stylu z filmów Guya Ritchie. Jest krwawo, brutalnie z dość niestandardowymi narzędziami zagłady w postaci… karty kredytowej. Wtedy jest adrenalina waląca w łeb, świetny montaż oraz tempo, które coraz bardziej traci na sile. Jest jeszcze świetna scena rekonstrukcji zbrodni czy finałowa konfrontacja w opuszczonym mieście podczas burzy (jedynie walka z głównym złem angażuje, bo całą reszta dla McCalla nie stanowi żadnego zagrożenia), ale to troszkę za mało, by dorównać pierwszej części.

bez_litosci31

Denzel Washington świetnym aktorem jest i choć niczym tutaj nie zaskakuje, nadal ogląda się go z przyjemnością. Nie tylko w mocnych scenach akcji, gdzie pokazuje swoje umiejętności w zmniejszaniu populacji, ale w zwykłych rozmowach, spojrzeniu – on nic nie musi robić, by wyglądać groźnie. Wystarczy, że jest. Wraca też Melissa Leo (Susan) oraz Bill Pullman (Brian), nadal stanowiąc solidne tło. Najlepiej prezentuje się tutaj Ashton Sanders w roli Milesa, który staje się dla McCalla kimś w rodzaju syna, próbując pokazać mu inne życiowe drogi niż członkostwo w gangu. Szkoda tylko, że główny złol jest niezbyt ciekawą postacią, którą bardzo łatwo rozgryźć.

Czy „Bez litości II” to sequel niepotrzebny? Troszkę tak, bo w zasadzie robi to samo, co poprzednik, tylko bez tego zaangażowania oraz jest bardziej „rozmemłany”. Jako jednorazowa rozrywka sprawdzi się dobrze, ale nic ponad to.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Super Dark Times

Ile można opowiadać o okresie dojrzewania nastolatków? Czasami mam wrażenie, że filmów na ten temat jest ostatnio coraz więcej. Zwłaszcza dziejących się w latach 80., ale tym razem będzie troszkę inaczej. Tym razem są lata 90., przedmieścia podobne do innych przedmieść. Rodzice są zajęci oraz pochłonięci pracą, a dzieciaki robią różne typowe rzeczy jak jaranie zioła, spotykania się z kumplami czy próby umówienia się z dziewczynami. Tak jest z Zachem oraz Joshem – dość pokręconym nerdowskim duetem. Chodzą razem z Darylem oraz Charliem, czyli innymi kumplami. Standarcik, prawda? Ale nic tak nie przyspiesza dojrzewania jak przypadkowe morderstwo – Daryl nadziewa się na katanę, a reszta decyduje się schować ciało i pozbyć się broni.

super_dark_times1

Nadal myślicie, że „Super Dark Times” to typowy coming-of-age? Reżyser Kevin Philips postanowił połączyć dwie rzeczy pozornie nie pasujące do siebie: film młodzieżowy z thrillerem w lekko noirowym stylu. Pozornie mamy typowe motywy dla tego filmu dylematy, czyli przyjaźń, pierwsze miłostki, bieda, bogactwo i lekko nerdowskie odniesienia do gier czy filmów. Ale klimat miesza się tutaj non-stop, dodając pewnego smaczku. Z drugiej strony są bardziej thrillerowe, wręcz oniryczne sceny. Sam las wygląda dość niepokojąco, a początek z jeleniem w klasie bardzo zaskakuje. Napięcie potęguje jeszcze bardzo nieprzyjemna muzyka, ocierająca się o ambient. Reżyser często wchodzi w głowę Zacha, który musi się zmierzyć ze zbrodnią, którą widział – coraz bardziej zaczyna popadać w paranoję, zdarza się przysypiać, by w finale zaatakować ostrą i niepozbawioną krwi starcie. Problem jednak w tym, że te nastolatkowe momenty wydają się dla mnie dość… schematyczne i wręcz usypiające (choć wątek relacji Zacha z Allison jest zgrabnie poprowadzony), zaś napięcie najmocniej czuć w ostatnich 30 minutach. Do tego jeszcze jest tutaj mocno zachwiane tempo, przez co środek miejscami nie angażuje i wręcz można o nim zapomnieć.

super_dark_times2

Sytuację próbuje ratować niezła reżyseria oraz dobre aktorstwo młodych, nieznanych twarzy (poza Charliem Tahanem z „Miasteczka Wayward Pines”). Zarówno lekko rozedrgany Owen Campbell, jak i śliczna niczym z obrazka Elizabeth Cappuccino (Allison) wypadają bardzo wiarygodnie, naturalnie, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna (chociaż wspólnych scen jest bardzo niewiele). Także drugi plan z dość drobnymi postaciami też wypada bardzo solidnie, bez poczucia wstydu czy żenady, ale bez jakiegoś blasku.

Film bywa dark, chociaż nie jest aż tak super jak się wydaje. Niby kolejny film młodzieżowy, ale troszkę inny od reszty, bo mieszanka filmu młodzieżowego z dreszczowcem nie zdarza się zbyt często. Całkiem niezła rozrywka, chociaż można było bardziej podkręcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Druga strona wiatru

Kino zna historie filmów, których realizacja jest o wiele ciekawsza niż ostateczne dzieło. I trochę się obawiałem, że  z tym filmem będzie podobnie. „Druga strona wiatru” to ostatni, niedokończony za życia twórcy film Orsona Wellesa. Kręcony (z przerwami) w latach 1970-76 zawierał ponad 100 godzin materiału, ale filmu nie udało się zmontować, zaś taśmy zaginęły. Dopiero w 2014 udało się znaleźć rolki z filmem, a prawa wykupił Netflix. Ekipa pod wodzą montażysty Boba Murowskiego („The Hurt Lokcer”) oraz Petera Bogdanovicha zaczęła realizować wizję Wellesa, przy okazji poddając obraz cyfrowej obróbce.

Film jest ubrany w formę dokumentu, w którym poznajemy reżysera Jake’a Hannaforda. To już starszy facet, próbujący po latach wrócić do świata swoim nowym filmem „Druga strona wiatru”. Pokaz tego dzieła ma się odbyć w ranczu filmowca, do którego zjeżdżają krytycy, kinomani oraz najbliżsi współpracownicy, w tym Brooks Otterlake (Peter Bogdanovich) – twórca tego dokumentu.

druga_strona_wiatru1

Sama koncepcja filmu jest dość intrygująca, chociaż początek wywołuje ogromną dezorientację. Z jednej strony mamy bardzo enigmatyczne fragmenty filmu, gdzie nie pada ani jedno słowo. Z drugiej są filmujący wszystko dziennikarze, pasjonaci, którzy próbują bliżej poznać Hannaforda oraz zaczynamy odkrywać pewną tajemnicę wokół tego filmu. Bo praca nad nim nie jest zbyt prosta z dwóch powodów: brakuje forsy na dokończenie materiału oraz zniknął grający główną rolę aktor. Żeby jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, reżyser bawi się formą po całości: zmiana kolorystyki z kolorowej (film Hannaforda) na czarno-białą, przechodząca w kolor, dużo zbliżeń, bardzo szybki montaż, przeskok z postaci na postać i początkowo ciężko jest złożyć to wszystko do kupy.

druga_strona_wiatru2

Reżyser bardzo złośliwie odnosi się do samego środowiska, które troszkę niczym sępy, chce jak najwięcej odkryć, poznać, zrozumieć. Obrywa się przemądrzałym krytykom, którzy – jak nie wiedzą – mówią zbyt dużo, nieufnym producentom oraz troszkę po części samemu reżyserowi, będącemu mitomanem, realizującym kino w troszkę partyzancki sposób: bez scenariusza, mocno wyciskając z aktorów wszystkie soki, zmuszając do posłuszeństwa. Wszystko poznajemy jedynie w rozmowach, dialogach, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, kolejno odkrywanych kart, konfliktów, pretensji oraz niejasnych układów. I wiem, że dla wielu ten seans może być bardzo męczący, ale warto zaryzykować. A największe wrażenie i tak robią sceny z filmu – bardzo wysublimowanego wizualnie, z kilkoma operatorskimi trickami (scena z lustrzanymi odbiciami na wystawie) oraz zabawą oświetleniem (bardzo zmysłowa scena erotyczna podczas jazdy samochodem, gdzie widzimy tylko kobietę z przodu, a światło pulsuje niczym u Davida Lyncha) oraz eleganckim jazzem w tle. Ale gdybyście mnie chcieli zapytać o czym to było, nie umiałbym wam odpowiedzieć, bo byłem kompletnie zahipnotyzowany kadrami, a także bardzo enigmatycznymi kreacjami Oli Kodar i Roberta Randona.

druga_strona_wiatru3

Także grający tutaj główne role John Huston (Hannaford) oraz nieznany mi z tej strony Peter Bogdanovich (Otterlake) tworzą bardzo wyraziste kreacje, początkowo przypominającą relację mistrz-uczeń. Ale im dalej w las, tym więcej jest tutaj niejasności, skrywanej zazdrości oraz wrogości, dodającej wiele toksyn do tego dziwnego duetu. Welles w postaci reżysera pokazuje niejako samego siebie, czyli będącego poza głównym nurtem wizjonera, próbującego dotrzeć do współczesnej widowni.

Czy „Druga strona wiatru” ma szansę przebicia się dla kinomanów nie znających w ogóle postaci Orsona Wellesa? Czy będzie czymś więcej niż ciekawostką dla filmoznawców? Dla pewnego wąskiego grona widzów jak najbardziej, zaś kilka kadrów bardzo mocno zapadnie w pamięć. Welles potrafi uwieść, zaintrygować, zaskoczyć, nie zawsze dając odpowiedzi.

7/10 

Radosław Ostrowski

Lekarstwo na życie

Byliście kiedyś w sanatorium, gdzie ludzie spokojnie odpoczywają i chcą w nim zostać na zawsze? Tak jest w małym miasteczku gdzieś w szwajcarskich Alpach, do którego trafił szef pewnej dużej korporacji, wplątanej w duże tarapaty. I właśnie tam zostaje wysłany niejaki Lockhart – młody korposzczurek, który zrobił pewne drobne przekręty w firmie przed fuzją. Jednak sam ośrodek wygląda jakby początek XX wieku nadal trwał. Jednak podczas powrotu Lockhart ma wypadek, podczas którego łamie nogę i zostaje pacjentem ośrodka, gdzie poznaje pewną młodą dziewczynę o imieniu Hannah.

lekarstwo_na_zycie4

Pamiętacie takiego reżysera jak Gore Verbinski? Ten zdolny filmowiec po rejsach z piratami na Karaibach oraz zrobieniu najdroższego westernu, który się nie zwrócił („Jeździec znikąd”), dostał o wiele mniejszy budżet, by zrealizować dziwaczny horror/thriller, jakiego dawno nie było. I nie chodzi tylko o to, że trwa prawie dwie i pół godziny (co jest ogromną rzadkością), ale i samą realizację, mieszającą wystawność z kameralnością w jednym. No i nie ma w nim jump-scare’ów oraz lejącej się wiadrami posoki. Zamiast tego reżyser skupia się na budowaniu aury tajemnicy wokół tytułowego ośrodka, który wygląda dziwnie niewspółcześnie. Brak zasięgu, przez co są tylko tradycyjne telefony, hydroterapia, jakieś stare sprzęty jak duża komora pełna wody niczym z „Kształtu wody” czy pełna korytarzy sauna potrafią zrobić duże wrażenie. Verbinski ma niesamowity zmysł wizualny, gdzie kilka scen to prawdziwe perełki (pociąg wjeżdżający do tunelu, początek w korporacji, gdzie umiera jeden z pracowników), które cieszą oko.

lekarstwo_na_zycie1

W ogóle realizacyjnie film zachwyca. Nie tylko mocno wyczuwalną zielenią przewijającą się w wielu scenach, tworząc bardzo chropowaty, dziwny klimat. Wszystko to potęgująca scenografia – samo sanatorium wygląda jakby żywcem wzięte z początków XX wieku (te kafelki, mroczne podziemia), który mrozi. Do tego Verbinski bardzo powoli odkrywa mroczną tajemnicę ośrodka, z bardzo niepokojącą przeszłością. By jednak nie było tak łatwo, każdy z napotkanych bohaterów przekazuje informacje, będące wobec siebie bardzo sprzeczne, co wywołuje jeszcze większy mętlik. I przez większość czasu ta aura mocno trzyma za pysk, w czym pomaga bardzo dobry montaż, gdzie zdarzają się sceny równoległe (Lockhart i Hannah podążający ku dwóm różnym miejscom), łamana chronologia (śmierć matki, rozmowa z szefami przed wyjazdem) czy wplecione sceny snów (Hannah w wannie pełnej węgorzy), zaburzające percepcję. I jest jedna mocna scena u dentysty – wierzcie, będą was zęby bolały.

lekarstwo_na_zycie2

Ale żeby jednak nie było tak słodko, reżyser w pewnym momencie zaczyna zdradzać troszkę zbyt wiele, przez co szybciej rozgryzłem tajemnicę sanatorium od bohatera (jakieś 30-40 minut przed finałem), zaś sam finał oraz rozwiązanie było dla mnie kompletnym rozczarowaniem. Dlaczego? Bo wyjaśnienie (niczym w „Uciekaj” czy „Hereditary”) jest po prostu idiotyczne, wzięte z jakiegoś straszaka ubarwionego elementami fantasy, które kompletnie nie pasuje do – w miarę realistycznego – portretu świata do tej pory. I nawet ostatnia scena nie jest w stanie tego zrekompensować, a dość powolne tempo pod koniec filmu zaczyna działać usypiająco. Do tego cały czas nie mogłem pozbyć się z głowy skojarzenia, że już podobny film widziałem: „Wyspę tajemnic” Martina Scorsese. Tam też był szpital, nowy przybysz oraz aura tajemnicy, tylko było to lepiej wykonane.

lekarstwo_na_zycie3

Jednak „Lekarstwo na życie” całkiem przyjemnie mi się oglądało ze względu także na dobre aktorstwo. Błyszczy tutaj Dane DeHaan jako nasz protagonista, który jest troszkę takim śliskim cwaniakiem, próbującym ugryźć to całe dziwne sanatorium i coraz bardziej zaczyna gubić się w tym wszystkim. Bardzo dobrze udaje się zaprezentować wszelkie stany emocjonalne: od pewności siebie, opanowania po gniew, paranoję oraz poczucie zagrożenia. Świetnie wypada też Jason Isaacs jako bardzo życzliwy i opanowany dyrektor Volmer, który jednak ma w sobie coś demonicznego, niepokojącego oraz skontrastowana wobec nich śliczna Mia Goth jako bardzo naiwna, niedoświadczona Hannah. I to trio najbardziej przyciąga uwagę do samego końca, choć reszta obsady też prezentuje się solidnie.

Mam bardzo duży problem z nowym filmem Verbinskiego, który z jednej strony ma jaja, by być czymś zupełnie innym od reszty filmów z tego gatunku – bardzo stylowym, wysmakowanym horrorem z ambicjami (i to jestem w stanie docenić), z drugiej jego spokojne tempo oraz długi metraż potrafią zmęczyć, a im bliżej końca, tym bardziej klimat zaczyna się rozpływać. Ale „Lekarstwo” ma coś w sobie, co nie pozwala o sobie zapomnieć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mandy

Raz na jakiś czas pojawia się taki film, po obejrzeniu którego masz kompletny mętlik w głowie i nie wiesz, czego byłeś świadkiem. Czy to było zachwycające, ohydne, złe, głupie, nielogiczne, ale ma w sobie coś takiego, że nie potrafisz oderwać oczu. A jeśli gra prawdziwy mistrz aktorstwa, jakim jest Nicolas Cage, zaś w pierwszych scenach słychać w tle „Starless” King Crimson, będziesz świadkiem czegoś niesamowitego.

mandy1

Cage gra w tym filmie niejakiego Reda, który jest zwykłym drwalem mieszkającym bardzo głęboko w lesie. Ma bardzo fajną chatę oraz dziewczynę o imieniu Mandy. Wygląda bardziej jak facet, ale nie mnie to oceniać. Żyją sobie dość spokojnie z dala od cywilizacji, pełni szczęścia oraz miłości. Jednak, jak wszyscy wiedzą, szczęście bywa ulotne niczym spalony popiół wiatrem. A wszystko z powodu grupy świrniętych, podstarzałych hipisów pod wodzą nawiedzonego Jeremiasza. Goście porywają Mandy, potem zabijają ją i zostawiają Reda związanego… drutem. A to oznacza jedno: czas na zemstę.

mandy2

Reżyser Panos Cosmatos tym razem serwuje tak wielki odlot, że wszelkie LSD, dopalacze oraz inne narkotykowe cuda wianki. Wizualnie to jest po prostu prawdziwa orgia, bo kolorami wali po oczach, miejscami wręcz pulsuje (scena porwania Mandy z niemal stroboskopowym światłem), przechodząc przez jakieś inne stany świadomości (jakieś animowane wstawki), nie mogąc w pełni zorientować się, co tu naprawdę jest grane. Cały klimat jest pełen jakiegoś psychodelicznego tripu, gdzie logika oraz ciąg przyczynowo-skutkowy kieruje się ścieżkami, jakich nikt nie jest w stanie ogarnąć trzeźwym umysłem. Czego tu nie ma: demony w zbrojach, pojedynek na… piły mechaniczne, użytymi niczym miecze, kusza z lunetą, dialogi pełnymi bełkotliwego pierdolenia, jakie może wypowiedzieć ćpun albo szaleniec. Mało wam? Jeszcze tygrys, w chuj krwi, troszkę bluzgów, świdrującą muzykę Johanna Johanssona.

mandy3

No i jest jeszcze Nicolas Cage, który tutaj odnajduje się kompletnie bez problemu, tak samo jak porąbany Linus Roache w roli Jeremiaha. Obaj panowie dają popis szarżującego (ale kontrolowanego) aktorstwa, jakie w pamięci zostaje na BARDZO długo. Warto też wspomnieć o Billu Duke’u (Caruthers) oraz intrygującej Andrei Riseborough w roli tytułowej.

Co tu się odjaniepawliło, nie mam kompletnie pojęcia. „Mandy” to bardzo dziwaczna wyprawa w kompletnie nieznane rewiry, które albo wprawi was w zachwyt, albo kompletnie odrzuci. Stanów pośrednich nie udało się stwierdzić, więc oglądacie na własne ryzyko.

Radosław Ostrowski

Sobibór

Obozy koncentracyjne są miejscami, gdzie toczyły się najgorsze rzeczy, jakie człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi. Czy była szansa na wyrwanie się stąd? Tylko, że czasem za to mogli zapłacić inni swoim życiem. Tak było w Sobiborze, gdzie szansa ucieczki była niemożliwa, bo teren był zaminowany, a za każdą ucieczkę zabijano co dziesiątego więźnia. Ale pojawia się szansa, gdy trafia do obozu pułkownik Aleksander Peczarski, który postanowił zorganizować ucieczkę wszystkich.

sobibor3

Tą historię postanowił opowiedzieć Konstantin Chaberski, który także zagrał Peczarskiego. Jednak sam film toczy się bardzo spokojnie i zaczyna się klasycznie. Sama historia to przede wszystkim normalne funkcjonowanie obozu: od zagazowywania przez wybieranie co cenniejszych przedmiotów aż do coraz bardziej barbarzyńskiego traktowania. Można odnieść początkowo wrażenie pewnego chaosu, bo jest wiele postaci, które nie zostają do końca wyraziście zarysowane. I ten zero-jedynkowy podział bohaterów może wydawać się dość męczący, wywołując kompletną dezorientację, przez co trudno nawiązać emocjonalną więź z kimkolwiek. Wiadomo, że Niemcy tutaj są źli, okrutni, zaś Żydzi są cierpiącymi ofiarami – bardzo cichymi oraz pokornymi. Jest jeszcze Peczarski, prześladowany przez poprzednią nieudaną akcję z Mińska. Niby widzieliśmy to już wszystko, ale im bliżej finału, tym bardziej film zaczyna zyskiwać na kolorach (mimo stonowanej warstwy wizualnej).

sobibor1

Reżyser nie boi się pokazywać drastycznych scen, pewnego psychicznego znęcania się nad więźniami. Symbolicznie pokazuje to bardzo długa sekwencja imprezy w obozie, gdzie strażnicy oraz oficerowie wykorzystują więźniów do czegoś w rodzaju wyścigu rydwanów, a gdy „koń” pada zostaje zastrzelony. Także sama finałowa scena ucieczki oraz mordu na katach, trzyma mocno za gardło. I to nie tylko z lejącej się posoki, ale też pokazania, jakie czasem spustoszenie ten mord dokonuje w ludzkiej psychice. Jest mięsiście, ostro, z obowiązkowym slow-motion na koniec.

sobibor2

O aktorstwie chciałbym powiedzieć coś sensownego, bo tu w zasadzie postaci nie ma. Jedynie Chaberski w roli Peczarskiego wydaje się najbardziej intrygującym bohaterem. Pewnym kontrastem jest Christopher Lambert w roli szefa obozu, który jest tutaj wyjątkowo blady (niczym trup), zmęczony oraz bardzo demoniczny. Jednak jest to dość mocno przerysowane – reszta postaci zlewa się w jedną masę, pozbawioną charakteru, przez co trudno się na kimkolwiek skupić.

Sam film może działać jako edukacyjny materiał, pokazującym jedną z najbardziej spektakularnych ucieczek w historii II wojny światowej. Szkoda, że nie potrafi mocniej z tego wycisnąć, by wyjść ponad przeciętność.

5/10

Radosław Ostrowski

Stephanie

Sam początek jest bardzo zagadkowy i dziwaczny. Jest duży dom oraz mała dziewczynka, która sama w nim mieszka. Rozmawia ze swoim pluszowym żółwiem, w miarę normalnie funkcjonuje, jednak okolicę terroryzuje pewne monstrum. Nikt nie wie, jak wygląda, wszędzie wprowadzona jest kwarantanna, więc strach wychodzić na zewnątrz. I właśnie wtedy do domu wraca… mężczyzna i kobieta, czyli rodzice Stehpanie.

stephanie1

Kolejny horror ze stajni Blumhouse, tym razem wyreżyserowany przez Akivę Goldsmana, czyli bardzo uznanego scenarzystę. Ale pisać scenariusz to jedno, a reżyserowanie to drugie. Sam film może wydawać się filmem pozornie wykorzystującą klasyczne chwyty: nagłe zgaszenie światła, jakaś niewyraźna postać w tle, niemal ciągły mrok oraz typowe sceny, będące koszmarami. Dużo jest tutaj tajemnic, niejasności oraz aury niepokoju, troszkę klimatem przypominając „Ciche miejsce” oraz „Thelmę”. Ale w 30 minucie pojawiają się rodzice i zaczynamy częściowo poznawać odpowiedzi, serwowane bardzo oszczędnie. Czy to oznacza, że „Stephanie” traci impet oraz swoją moc? Niekoniecznie, bo nie wszystko zostaje wyjaśnione (np. skąd bierze się ta cała epidemia), a częściowe strzępki z serwisów pozwalają troszkę dopisać parę rzeczy. I ogląda się to naprawdę nieźle, kilka razy zdarzyło mi się podskoczyć z fotela. Nie serwuje niczego, czego bym nie znał w tym gatunku, ale realizacja trzyma to wszystko w ryzach. Stylowe zdjęcia, bardzo elegancka muzyka oparta na wręcz kołysankowej melodii, dobry montaż – aż chce się oglądać.

stephanie2

Ale jest jeden bardzo mocny szkopuł w postaci zakończenia – nie, nie chodzi mi o to, że jest brutalne, krwawe oraz nie pasujące do nastroju czy konwencji tego filmu. Tylko, że ono wprawia w kompletny mętlik, pozostawiając wiele dziur. Co jest przyczyną tej epidemii? Dlaczego dotyka tylko dzieci? Wydaje się, że chodzi tutaj o poczucie pewnej bezradności człowieka wobec nieznanego, jednak nie umiem się do tego przekonać.

stephanie3

Aktorsko film tak naprawdę trzyma w ryzach Shree Crooks w roli tytułowej. Ona na samym początku jest praktycznie sama i musi skupić na siebie uwagę widza. Niby bardzo delikatna, ale zaradna, wystraszona, lecz silna, próbując opanować swoją nieprzyjazną stronę, pełną gniewu, wrogości oraz nienawiści. Wszystko to dziewczynka prezentuje bardzo dobrze, płynnie przechodząc ze skrajnych emocji, bez popadania w karykaturę. Przy niej dość blado prezentują się rodzice o aparycji Franka Grillo oraz Anny Torv, przy czym ta druga sprawia wrażenie troszkę zbędnej. To nie są złe role i emocje w ich wykonaniu są pokazane wiarygodnie, ale Crooks kompletnie zdominowała ekran, nie dając nikomu szans.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Stephanie”. Z jednej strony to bardzo klimatyczny, mroczny horror z dość zgrabnie poprowadzoną intrygą wokół tytułowej bohaterki, ale z drugiej wykorzystuje ograne sposoby straszenia i nie daje pełnej satysfakcji. Po seansie nie zostanie na długo w pamięci.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Zakładnik z Wall Street

Wall Street – najsłynniejsza ulica w Nowym Jorku, gdzie spotyka się świat wielkiej finansjery. Ale to w tym mieście prowadzony jest program telewizyjny „Money Monster”, gdzie Lee Gates z dużym luzem oraz dystansem przekazuje i doradza jak inwestować, by zgarnąć dużą kasę w czym pomaga spora ekipa ludzi. Razem z reżyserką Patty Fenn na czele, ale pewnego dnia pewna duża firma finansowa traci 800 milionów dolarów – i nikt o nic nie pyta. Jednak pewien desperat uzbrojony w bombę oraz pistolet wchodzi do studia, bierze Gatesa za zakładnika i żąda wyjaśnień.

zakladnik_wall_street1

Wydaje się, że filmów na temat skomplikowanych mechanizmów związanych z funkcjonowaniem finansowego świata. Tym razem mamy do czynienia z klasycznym thrillerem, który jest niemal skupiony w jednym miejscu. Reżyserująca film Jodie Foster wie, jak zbudować napięcie i robi to bardzo konsekwentnie, bardzo powoli dawkując informacje. Zwłaszcza, że nasz główny niby zły (porywacz) wydaje się być niestabilną, tykającą bombą i jeden niewłaściwy ruch, słowo, może skończyć się eksplozją. Ale jednocześnie Foster przeskakuje przez różne miejsca, gdzie ludzie oglądają te wydarzenia (bary, metro, Rejkjavik, Tokio, siedziba firmy) i próbuje rozgryźć całą tą hecę. Pokazuje też jeszcze jedno: że każdy szary człowiek (oprócz finansowych watażków) nie jest w stanie ogarnąć, każdy jest manipulowany, oszukiwany. Jak mówi prezes firmy: „Nigdy nie pytasz o to, jak to działa, dopóki zarabiasz”. Czyli chciwość jest dobra, prawda? Tylko nie dla wszystkich.

zakladnik_wall_street2

Niby nie jest to nic, czego byśmy nie znali po filmach o wielkich finansach, gdzie tak naprawdę wszystko jest zasłoną dymną do większego kantu. Foster potrafi utrzymać odpowiednie tempo, w czym pomaga bardzo płynny, dynamiczny montaż, pulsująca muzyka oraz miejscami bardzo dużo złośliwego humoru. I to czyni „Zakładnika” bardzo przyjemną rozrywką, budującą suspens aż do końca (nawet jak… opuszczamy budynek). Może i bywa dość przewidywalny (łatwo się domyślić, kto narozrabiał), ale to wszystko potrafi wciągnąć.

zakladnik_wall_street3

„Zakładnik” ma też bardzo mocną obsadę. George Clooney jako Gates świetnie balansuje na granicy powagi i zgrywy, kryjąc pod tą postacią dość sumiennego, ale manipulowanego dziennikarza. Równie mocna jest Julia Roberts (Patty), który za pomocą słuchawek ma kontakt z Lee i próbuje opanować ten cały bajzel. Ten duet świetnie się uzupełnia, tworząc silną mieszankę spokoju z brawurą. No i jeszcze Jack O’Connell w roli desperata Kyle’a, będący najbardziej nieobliczalny, niepewny, ale budzący współczucie.

„Zakładnik z Wall Street” to niemal staroszkolny w konstrukcji thriller zrobiony za pomocą współczesnych wynalazków. Nie opowiada niczego, co byśmy o świecie wielkiej finansjery nie wiedzieli, ale to trzyma w napięciu i dostarcza rozrywki. Czasami to wystarczy.

7/10 

Radosław Ostrowski

Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu

Wszystko zaczęło się w roku 1979 podczas zwykłego spojrzenia. On – Peter Turner był młodym aktorem, dorabiającym w firmie meblarskiej, ona – Gloria Grahame była wielką gwiazdą, która lata świetności ma już dawno za sobą. Przeniosła się do Liverpoolu, gdzie gra spektakl z tamtejszą ekipą. A wszystko zaczęło się od drinka oraz tańca w rytmie disco; no i zaiskrzyło, bo pojawiła się miłość. Tylko, że 3 lata później wszystko się wywróciło do góry nogami; wszystko przez niejakiego pana Raka.

gwiazdy_liverpool1

Pozornie historia wydaje się typowym melodramatem, jednak reżyser Paul McGuigan nie opowiada tego w tak prosty i łatwy sposób. Sam początek z czołówką niczym z puszczonej filmowej taśmy wygląda nieźle. Ale to tylko początek, bo jest i zabawa chronologią (bardzo płynny montaż), ukazywanie zdarzenia z dwóch perspektyw (pod koniec filmu) oraz bardzo taki słodko-gorzki klimat. Ni ma co ukrywać, że jest słodko (przynajmniej na początku), co najmocniej czuć podczas przyjazdu do Kalifornii (obłędnie wyglądającej). Jednak reżyser nie zapomina przyłożyć i im bliżej końca, tym coraz bardziej dzieją się dramatyczne rzeczy. I to przypomina bardzo mocno, że miłość to nie tylko zauroczenie, pożądanie, ale też słuchanie, szanowanie czyjejś woli, nawet jeśli jest wbrew naszym przekonaniom czy zdrowemu rozsądkowi.

gwiazdy_liverpool2

Choć dla wielu ten film może wydawać się dość przewidywalny i bardzo nudny, to nie oznacza, że „Gwiazdy…” nie angażują. Bo emocje potrafią się wylać w najmniej spodziewanym momencie, by poruszyć (scena, gdy Peter z Glorią grają sami w teatrze scenę z „Romea i Julii” czy kłótnia w Nowym Jorku) bez stosowania emocjonalnego szantażu. Choć mamy do czynienia z opowieścią o gwieździe, reżyser nie skupia się na karierze Grahame, co nie znaczy, że o niej nie wspomina. Te drobiazgi są jednak tylko nadbudową dla postaci.

gwiazdy_liverpool3

Spokojna reżyseria czasem wymyka się pod koniec (bo jest zbyt intensywnie), jednak wszystko trzyma się fantastyczne aktorstwo. Tutaj robotę robi znakomita Annette Bening w roli Grahame. Jest to postać bardzo wyrazista, nadal kipiącą seksapilem dojrzała kobieta, pełną magnetyzmu oraz blasku. Ale jednocześnie jest to bardzo zagubiona, niepogodzona ze śmiercią, przerażona, co daje bardzo silną mieszankę, bez poczucia zgrzytu. Równie mocny jest Jamie Bell, który tylko pozornie wydaje się być w cieniu Bening (czuć chemię między nimi), bo jest bardzo młody, ale ciepły, zaangażowany emocjonalnie facet. I to bez popadania w efekciarstwo. Także drugi plan ze świetną Julie Walters (matka Petera) oraz drobnym epizodem Vanessy Redgrave (matka Glorii) świetnie funkcjonuje.

„Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu” jest pozornie melodramatem o związku wielkiej gwiazdy z szaraczkiem (pamiętacie „Mój tydzień z Marilyn”?), ale to nadal poruszająca historia miłosna pełna mocnych, poruszających scen. Gdy trzeba jest delikatny, wręcz kolorowy, by wszystko zgasić mrokiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski