Nie otwieraj oczu

Ileż było wizji zagłady świata na ekranie – tego nie jest w stanie nikt wymienić. Ostatnim takim postapokaliptycznym doświadczeniem było „Ciche miejsce” niejakiego Johna Krasińskiego. Ale Netflix postanowił, że gorszy nie będzie i zrealizuje film w podobnym tonie. Tak powstało „Nie otwieraj oczu” w reżyserii Suzanne Bier. Punkt wyjścia jest bardzo prosty: Majorie jest kobietą samotnie wychowująca dwójkę dzieci i decyduje się wyruszyć się przez rzekę. Od razu ostrzega swoje, żeby nie zdejmowały opasek na oczy podczas całej eskapady, bo inaczej umrą. A następnie cofamy się 5 lat wstecz, kiedy nasza kobieta jest blisko porodu i dochodzi do epidemii. Ludzie nagle zaczynają popełniać samobójstwo po spojrzeniu na tajemnicze coś.

bird_box1

Ta chronologiczna przeplatanka między „teraz” a „kiedyś” to jedna z tych rzeczy, które wyróżniają ten film z grona produkcji o tematyce post-apo. Na pierwszy rzut oka jest sztampowo, bo w przeszłości trafiamy do domu, gdzie przebywa nieliczna grupka ocalałych: starsza pani, weteran wojenny, narwaniec, maniak na punkcie teorii spiskowych, młoda policjantka, diler i Azjata. Potem dochodzą jeszcze dwie osoby, ale tak naprawdę interakcje między nimi przez sporą część filmu i to potrafi miejscami zaangażować. Tak samo jak momenty, gdy bohaterowie włamują się do marketu, co potrafi nawet utrzymać w napięciu. Chociaż logika czasem mocno siada (czemu bezpiecznie jest nie na zewnątrz, ale już w zamkniętych przestrzeniach typu dom, market już tak), a mechanizmy funkcjonowania tej dziwnej epidemii pozostają dość niejasne. Choć koncepcja z nakładaniem opasek na oczy, by nie widzieć zagrożenia może wydawać się początkowo zabawna, wręcz głupawa, potrafi utrzymać w napięciu. Chociaż nie zawsze, co jest dość mocno odczuwalne bliżej finału czy punktu kulminacyjnego związanego z niejakim Garym.

bird_box2

Samo wykonanie też prezentuje się solidnie. Trudno mi się przyczepić do zdjęć (zwłaszcza z oczu, gdy nosi się opaskę) czy efektów specjalnych, ale najbardziej zaskoczyła mnie muzyka, której… niemal nie było słychać. Czasami ten scenariusz nie zawsze satysfakcjonuje (zwłaszcza sceny w lesie, mocno budzące skojarzenie ze „Zdarzeniem”), tajemnica wydaje się niejasna (choć nie pokazanie tych istot jest jednak zaletą), a finał wprawia w zakłopotanie.

bird_box3

Całkiem nieźle się prezentuje aktorstwo z dobrze sobie radzącą Sandrą Bullock w roli naszej protagonistki. Jej przemiana z dość niezdecydowanej do macierzyństwa w matkę, która zrobi wszystko dla przetrwania swojej rodziny jest pokazana bez cienia fałszu. Z nią też najłatwiej można się identyfikować. Na ekranie zobaczyć też solidnego Johna Malkovicha (narwany Douglas), niezłą Jackie Weaver (Cheryl) czy coraz bardziej przebijającą się Danielle Macdonald (Olympia). Dla mnie jednak największe wrażenie zrobił Trevante Rhodes w roli empatycznego, zaradnego Toma oraz dość mroczny epizod Toma Hollandera jako Gary’ego.

Chciałbym powiedzieć, że Netflix potrafi ogarniać kino gatunkowe, lecz efekt jest znowu średni. Mocno schematyczne, choć miejscami niepozbawione emocji kino, gdzie dość istotna jest kwestia macierzyństwa w nieludzkim świecie. Nie do końca potrafi wykorzystać swój potencjał.

6/10 

Radosław Ostrowski

Mój piękny syn

Narkotyki – wszyscy wiemy, że to jest zło, że działają destrukcyjnie nie tylko na organizm osoby uzależniającej, ale też dokonują sporego spustoszenia w rodzinie takiej osoby. Filmów i książek na ten temat powstało mnóstwo i powstawanie kolejnych może wydawać się dość prostą kliszą wyeksponowany przez kulturę. Dlatego troszkę byłem sceptyczny wobec filmu „Mój piękny sen”, chociaż nadzieję dawała obsada oraz reżyser Felix Van Groeningen („W kręgu miłości”).

Cała ta historia opiera się na relacji ojca Davida Sheffa (dziennikarza „Rolling Stone”) oraz jego nastoletniego syna Nica, który jest uzależniony od metamfetaminy. Początkowo ojciec nie zauważa, że coś jest z synem nie tak, wydaje się utrzymywać z nim dobry kontakt. Ale prawda okazuje się bardziej skomplikowana, a nałóg staje się wielkim ciężarem i przeciwnikiem. Tylko, czy miłość rodzicielska jest w stanie powstrzymać i pokonać uzależnienie?

moj_piekny_syn1

Muszę przyznać, że sam początek tego filmu jest dość problematyczny. I nie chodzi tu o tematykę, lecz o bardzo chaotyczny montaż. Przeskoki w czasie są tutaj dość spore, przez co nie do końca byłem w stanie się zorientować, czy widzę teraźniejszość, czy retrospekcję. Ten rozgardiasz trwa przez niemal cały film, ale najbardziej problematyczne i trudne do przełknięcia jest niemal pierwsza połowa. Przeskoki są bardzo gwałtowne i mimo kilku mocnych scen (rozmowa w restauracji czy wizyta u dra Browna), ciężko było mi się zaangażować w tą historię. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że scen upadku czy przebywania w jakichś brudnych toaletach (poza jedną z ostatnich scen), spelunach czy komunach. Scen zażywania narkotyków jest tylko trzy, a reżysera bardziej interesuje stan psychologiczny oraz mowa ciała niż nachalne sceny pokazujące ćpanie. Pozornie film wygląda bardzo łagodnie, wręcz niczym ciepły film obyczajowy, ale nie znaczy to jednak, że nie ma tutaj scen pełnych mroku, przerażenia czy lęku (reanimacja dziewczyny, która przedawkowała).

moj_piekny_syn2

Dla mnie jednak największą wartością jest tutaj bardzo przekonująca relacja ojca z synem. Z jednej strony jest to miłość bezwarunkowa, oparta na zaufaniu, szczerości i wsparciu. Problem jednak w tym, że nawet ona nie była w stanie zauważyć pierwszym symptomów i staje się pewnego rodzaju emocjonalną pułapką, jaką może wykorzystywać uzależniony wobec rodziny. Ojciec bardzo walczy (przez bardzo długi czas) o zdrowie swojego dziecka, a jednocześnie próbuje go zrozumieć i odkryć, gdzie popełnił błąd w wychowaniu (choć nie jest to powiedziane wprost). Jednak najmocniejsze momenty zaczynają się od drugiej połowy, gdzie Nic powoli zaczyna wychodzić na prostą. Muzyka dobrana jest świetnie, montaż już tak nie dezorientuje, a emocje coraz bardziej zaczynają kipieć aż do finału.

moj_piekny_syn3

Tak naprawdę największą siłę rażenia wywołuje znakomity duet prowadzący. Steve Carell kolejny raz potwierdza klasę w dość wyciszonej roli ojca. Z jednej strony wydaje się być bardzo ciepły, pełen empatii, a jednocześnie zagubiony, walczący niczym zwierzę o swoje dziecko, które okazuje się być kimś niby znajomym, lecz kompletnie obcym. Te sprzeczności są wygrywane zarówno mową ciała, ale też w oczach widać tą wewnętrzną walkę (najbardziej w scenie rozmowy przez telefon, gdzie odmawia synowi przyjścia do domu). Jeszcze lepszy jest Timothee Chalamet w roli syna. Mimo iż nie widać zbyt wielu scen brania dragów, to za pomocą ciała i sposobem mówienia pokazuje stan nałogowca. Wspólne sceny obydwu panów są bardzo intensywne, pełne miejscami mocnych słów, ale też bardzo silnej chemii między postaciami.

Pozornie „Mój piękny syn” wydaje się niezbyt odkrywczym podejściem do kwestii uzależnienia, lecz jest to angażujące, szczere oraz dające mocnego kopa (od połowy) kino. Aktorstwo wznosi całość na wyższy poziom, mimo pewnej dość chaotycznej formy, która dla wielu może się być dość trudna. Niemniej warto dać szansę i spróbować zmierzyć się z troszkę innym spojrzeniem na ten temat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tully

Wydaje się, że temat macierzyństwa już został porządnie wyeksplorowany przez filmowców. Ale Jason Reitman do spółki ze scenarzystką Diablo Cody pokazał, iż to nie do końca prawda. Cała historia obraca się wokół Marlo – kobiecie powoli wchodzącej w wiek średni, z dwójką dzieci (jedno z nich,  Jonah, jest atypowe) oraz trzecim w drodze. Nie trzeba być geniuszem, że poród wywraca całe życie do góry nogami. Dzieciak (o wdzięcznym imieniu Mia) nie jest w stanie dać spokoju, zaś mąż próbuje jakoś wesprzeć kobietę, ale praca dość mocno męczy. Wtedy brat Marlo decyduje się wynająć dla niej nocną nianię – osobę opiekującą się dzieckiem w nocy, pozwalając odpocząć oraz wyspać. Obecność Tully dokonuje dość intrygujących zmian.

tully1

Reitman jest na tyle ciekawym reżyserem, że ciągle próbuje pokazać pozornie znane tematy w mniej oczywisty sposób. Tutaj mamy kwestię macierzyństwa, powszechnie uważane za najlepszą rzecz w życiu każdej kobiety (oprócz zakonnic). Ale mało kto mówi i wspomina, jak bardzo potrafi zmęczyć, mimo bycia supermamą. Pokazuje to świetnie zmontowana sklejka, gdzie mamy Marlo co noc idącą do niemowlaka, zmienia mu pieluszkę, produkuje mleko, karmi dziecko, by pójść spać. I tak przez kilka dni, tygodni, nawet miesięcy. Jakim cudem nasza bohaterka jeszcze nie zamieniła się we wrak człowieka? Reżyser przygląda się naszej Marlo, a kiedy pojawia się Tully, film nagle zaczyna odlatywać i dzieją się rzeczy, których nie umiałem wytłumaczyć. Nagle cała kuchnia jest posprzątana, pojawiają się wypieki z ciastek, zaś Marlo zaczyna znajdować czas dla siebie. Kim jest ta laska, która sprawia wrażenie wszechwiedzącej? Powiedzmy, że rozwiązanie mnie nie zaskoczyło, jednak wspólne sceny rozmów Marlo z Tully potrafiły parę razy mnie zaskoczyć nie tylko szczerością, humorem, ale też stawiając pewne pytania. Jak mimo bycia matką, nadal znaleźć czas na siebie i czerpać radość z życia, a nie tylko widzieć ciężar związany z wychowywaniem, jaki przygniata. I po potrafi zmusić do myślenia.

tully2

Sama konstrukcja tego filmu wydaje się pewnym zbiorem scenek, których pewne wątki nie zostają w pełni rozwinięte. Kwestia nowej szkoły dla atypowego syna, sugerowany trójkącik, mocno popsuta relacja Marlo z bratem – te wątki sprawiają wrażenie patchworka, który ma tak naprawdę pokazać kolejne warstwy i problemy, z jakimi musi zmierzyć się nasza bohaterka. Ale mimo tego pomieszania z poplątaniem, ogląda się to z niemałą satysfakcją.

tully3

To wszystko tak naprawdę działa dzięki dwóm rewelacyjną kreacjom: Charlize Theron oraz Mackenzie Davis. Pierwsza w roli Marlo kompletnie zaskakuje, mocno odcinając się od swojego wizerunku. Pozbawiona hollywoodzkiego blichtru aktorka bardzo naturalnie wypada w roli kobiety, która z jednej strony jest wyrozumiała żona oraz kochająca matka, choć z drugiej strony sprawia wrażenie troszkę zmęczonej całodobową pracą jako rodzic. Z kolei Davis to postać pozornie dziwaczna: wygląda jak jakaś małolata świeżo po studiach, a jednocześnie serwuje teksty godne jakiegoś terapeuty lub osobistego trenera, mając umiejętności godne perfekcyjnej pani domu. I ta więź między tą dwójką wydaje się być najmocniejszym punktem tego dzieła.

Reitman nadal trzyma się kina niezależnego w duchu, ale „Tully” nie do końca mnie powaliła. Być może ta nietypowa narracja mnie odstraszyła, niemniej świetne dialogi oraz aktorstwo są w stanie przyciągnąć uwagę do końca. Nawet mimo poczucia pewnego niedosytu, seans nie będzie czasem straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dywizjon 303. Historia prawdziwa

Pora na kolejny film o Dywizjonie 303, ale tym razem nasi dzielni, wspaniali i utalentowani filmowcy spróbowali opowiedzieć historię, bazując na legendarnej powieści Arkady’ego Fiedlera. Przynajmniej taki mają PR, a prawda niekoniecznie musi się za nimi kryć. Bo co może pójść nie tak, jeśli przed kamerą staje Denis Delić (reżyser wybitnego filmu „Ja wam pokażę”), producentem i współscenarzystą jest Jacek Samojłowicz (legendarna „Kac Wawa”), zaś w rolach głównych zobaczymy kompletnie nieznanych aktorów jak Maciej Zakościelny, Piotr Adamczyk, Jan Wieczorkowski czy Antoni Królikowski?

W zasadzie sposób opowiadania historii naszych pilotów wydaje się na pierwszy rzut oka podobny. Też jest dość chaotycznie, ale za to przynajmniej są podane już konkretne daty, przez co jednak byłem w stanie się jednak chronologicznie odnaleźć. Jednak żeby pokomplikować sprawę, zostają wrzucone retrospekcje, z których tylko jedna (scena szkolenia przez Urbanowicza w Dęblinie) jest uzasadniona. Do tego twórcy są bardzo ambitni, bo pojawia się też spojrzenie na to starcie z perspektywy dwóch niemieckich pilotów. Sam pomysł dodaje trochę świeżości, jednak wykonanie jest tak sztampowe, że boli. Bo jeden jest fanatycznym nazistą, drugi bardziej ze starej szkoły i nawet przyjaźnił się z Urbanowiczem. Zgadnijcie, który z nich dostanie „nagrodę” od Goeringa?

dywizjon_3031

Niemniej film mnie pary razy zaskoczył. Po pierwsze, mimo mniejszego budżetu od wersji brytyjskiej, po prostu lepiej wygląda. I nie chodzi tylko o kolorystykę, jasność, ale też film jest troszkę bardziej wystawny. Mamy nie tylko koszary i bar, gdzie nasi chłopcy piją na koszt Sikorskiego, ale jest także baza lotnicza Niemców, sztab brytyjski, jakiś szpital (zaatakowany przez lotników z Reichu), a nawet teatr. I to żadne biedne dekoracje, tylko naprawdę porządnie wyglądające miejsca. Także same sceny lotnicze wyglądają o niebo lepiej od tego drugiego filmu, choć efekty specjalne to nadal średnia półka. Nie ma tutaj chaosu, wszystko jest ciekawie zainscenizowane i potrafi to trzymać w napięciu. Jeśli chodzi o zalety, to w zasadzie tyle. Jeszcze twórcom udało się wykorzystać prawdziwe archiwa (filmy, zdjęcia) i wpleść je do fabuły, tak jak postać Arkady’ego Fiedlera.

dywizjon_3033

Ale cała reszta to pierwszorzędne partactwo. Scenariusz nadal jest powiązanym ciągiem scen, gdzie wojna jest gdzieś tam w tle, czasem przypominając o sobie. Klimat jest jak na tego typu kino zbyt lightowe, wręcz sielankowo-kiczowate. Nasze chłopaki czasem kogoś zastrzelą, a to poderwą jakąś laleczkę (zwłaszcza Zumbach i dość rozbudowany wątek, ale o tym nie warto gadać), ale nie czuć powagi wydarzeń, żadnego dramatu czy dylematów. Choć nie, jest jedna mocna scena związana z… dance macabre, która mocno chwyciła. Tylko, że to troszkę za mało, by kompletnie przejąć się tymi postaciami. W zasadzie (poza Zumbachem i Urbanowiczem) o tych postaciach nie wiemy nic, a co gorsza, zlewali się w taką masę, że nie byłem ich w stanie od siebie rozróżnić. Nawet Kent zostaje olany i ograniczony do roli statysty. Sami Anglicy też nie zapadają w pamięć, co jest kompletnie niewiarygodne.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o aktorstwie, ale to wszystko jest na poziomie jakiejś telewizyjnej produkcji, co udaje film za dużą kasę. Czy tylko mnie już drażni oglądanie tych samych twarzy w kółko, jakby innych aktorów do wojennej produkcji nie można było obsadzić? Zakościelny nadal dla mnie jest kawałkiem drewna, które może i ładnie wygląda – nie mnie to oceniać – lecz talentu za nic nie jestem w stanie dostrzec. Wieczorkowski po prostu jest, Królikowski jako Tolo niby próbuje być śmieszny, lecz mu nie wychodzi. Broni się tylko naprawdę tylko Piotr Adamczyk w roli Witolda Urbanowicza. Po pierwsze, ma sporo czasu na ekranie i nie tylko się snuje. To charyzmatyczny lider (ta scena przemowy przed pierwszym lotem – słucha się tego z wielką frajdą), który nie do końca trzyma się przepisów, ale jest szanowany przez swoich podwładnych (czasami pozwala na pewne akcje, nie zawsze zgodnie z przepisami). I to jest bardzo mocno pokazane, zaś angielszczyzna Adamczyka brzmi bardzo naturalnie.

dywizjon_3032

Przyznam się bez bicia, że „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” skreśliłem jeszcze przed seansem. Choć muszę przyznać, iż zrobił na mnie lepsze wrażenie pod względem wizualnym czy scen batalistycznych, to wszelkie pozostałe obawy się spełniły. Jest zbyt podniośle, zbyt grzecznie i zbyt nudno. Mimo pewnych niedoskonałości, wersja brytyjska przynajmniej próbuje głębiej wejść w tą opowieść, a Delić idzie po najprostszej linii oporu, by zrobić kino ku pokrzepieniu serc. Tylko czy jest to potrzebne?

4,5/10 

Radosław Ostrowski

303. Bitwa o Anglię

O bitwie o Anglię słyszał chyba każdy, bo chyba każdy Polak ma pewną szczątkową wiedzę na ten temat. Zwłaszcza, że spory udział w tym walnym zwycięstwie mieli piloci z Polski. Czy to nie jest wręcz gotowy materiał na kinową produkcję? Odpowiedź na to pytanie wydaje się teoretycznie prosta. Tylko, że trzeba umieć z tego materiału coś powyciskać, wybrać oraz stworzyć z tego spójną opowieść. W roku 2018 powstały aż dwa filmy o tej tematyce: jeden brytyjsko-polski, a drugi polski (o nim innym razem).

„303. Bitwa o Anglię” to produkcja Davida Blaira, który spore doświadczenie osiągnął przy pracy dla telewizji. Jednak nasz dystrybutor postanowił tą dość skromną produkcję pokazać na dużym ekranie. I nie wiem, czy to był dobry pomysł. Cała narracja skupia się przede wszystkim na dwóch postaciach: polskiego pilota Jana Zumbacha oraz dowódcy dywizjonu, Johna Kenta „Kentowskiego”. Ale twórcy mają tutaj spore ambicje, próbując upchnąć całą historię Dywizjonu od momentu przygotowań aż do roku 1946 i wydalenia Polaków z Brytanii po wojnie. Sporo jak na ponad półtorej godziny – tylko, czy aby nie za dużo.

bitwa_o_anglie1

Sam scenariusz sprawia wrażenie bardzo chaotycznego, gdzie postacie, nazwiska, wydarzenia mieszają się bardzo mocno i nie do końca wiadomo, na czym tak naprawdę się skupić. W zasadzie opowieść można podzielić na trzy etapy: pojawienie się naszych lotników i szkolenie, pierwsze loty oraz zestrzelenia (co wywołuje szacunek przełożonych) oraz – na dość krótko – Paradę Zwycięzców bez udziału naszych. Ale samo wykonanie jest, delikatnie mówiąc, niezadowalające. Niby są też krótkie sceny z perspektywy niemieckich soldaten, jednak są bardzo krótkie i nieistotne dla całości. Do tego narracja jest poprowadzona bardzo skokowo, przez co nie mogłem się zorientować, kiedy dzieją się poszczególne wydarzenia oraz potyczki. To można było lepiej poprowadzić i wybrać.

bitwa_o_anglie2

Drugi dość istotny problem to są postacie, które w zasadzie są ledwo zarysowane. Aczkolwiek są w tej materii pewne wyjątki – troszkę lepiej poznajemy Zumbacha, Urbanowicza (ku mojemu zdziwieniu jest go zaskakująco niewiele), bardziej charakternego Tola, „Króla” czy Gabriela Horodyszcza, który ma pewien moralny dylemat (całkiem nieźle rozegrany). Pomóc w tych szczątkowych portretach psychologicznych próbują krótkie retrospekcje z Polski, pokazujące losy najbliższych naszych pilotów. Do tego jeszcze pokazani są jako ludzie, a nie pomnikowe postacie bez skazy. Za to akurat spory plus.

Ale coś, co mnie w tym filmie bardzo zaskoczyło: jak bardzo jest to historia pozbawiona „romantycznej” otoczki oraz patosu. Tutaj nie brakuje scen śmierci, porażek, co mocno odbija się także na psychice naszych bohaterów, którzy są wykorzystywani przez brytyjskie wojsko. Chociaż sceny żalu i bólu są jest tutaj parę klisz (scena, gdy pozostali piloci po prostu gapią się ze smutnymi minami w ciszy, a w tle gra smutna muzyka), niemniej pojawiają się emocje, a niektóre sceny potrafią złapać za gardło.

bitwa_o_anglie3

No i chyba najgorsza rzecz – sceny lotniczych starć. Nie chodzi nawet o to, że wykorzystano efekty komputerowe, bo w takich produkcjach jest to nieuniknione. Tylko, że jakość tych efektów woła o pomstę do nieba. Paskudnie wyglądające wybuchy, lecące kule czy samoloty to po prostu porażka. A sam montaż tych scen wywołuje ogromną konsternację – nie byłem w stanie określić kto jest gdzie, jaka jest odległość i z kim tak naprawdę walczą. Mimo, że tych scen jest dość sporo, choć są dość krótkie i nie angażują. Jest nawet pewien wątek romansowy, ale nie wywołuje bólu głowy.

Aktorzy po prostu robią, co mogą, jednak sam scenariusz nie daje im zbyt wiele pola do popisu. Najważniejsze tutaj są dwie postacie, czyli Zumbach i Kent. Muszę przyznać, że Iwan Rheon w roli naszego pilota wypada naprawdę nieźle. Ma sporo charyzmy, jest dość wycofany, a i po polsku daje sobie radę (choć akcent troszkę boli, niemniej jest do przyjęcia), z czasem widać zmęczenie wojną. Zaś Gibson w roli Kenta również wypada solidnie (głos po tatusiu, czyli mocny, szorstki), a jego relacja z lotnikami się pogłębia. Pozostali aktorzy (w tym Polacy), robią tutaj za tło, wykorzystując w pełni swój czas. Szkoda mi najbardziej Marcina Dorocińskiego jako Witolda Urbanowicza, który nie ma tutaj zbyt wiele do roboty i w zasadzie jest zepchnięty do bycia dekoracją. Podobnie tacy zdolni goście jak Filip Pławiak (czarujący Miro), Sławomir Doliniec (zadziorny Tolo) czy Adrian Zaremba (Horodyszcz), choć każdy z nich ma jedną scenę, gdzie zapada w pamięć. To jednak troszkę za mało.

Powiem, że jestem brytyjską wersją tej historii lekko zawiedziony. Muszę przyznać, że jednak w miarę to wszystko trzyma się faktów, a sami Anglicy potrafią pokazać, iż nie zawsze byli wobec naszych bohaterów fair (ostatnia scena). Potencjał jednak był na wiele, wiele lepszy film, tylko wymagałby bardziej „pewnego” reżysera i scenarzysty, o budżecie nawet nie wspominając.

5/10

Radosław Ostrowski

Roma

Nie dajcie się zwieść temu tytułowi, bo akcja nie toczy się w Rzymie, lecz w dzielnicy Mexico City zwanej Romą. Jest końcówka roku 1970, a cała historia krąży wokół pewnej rodziny. Jest matka, czworo dzieci, mąż-naukowiec, babcia oraz dwie służące, siostry (ale nie zakonnice) Cleo i Adela. Podglądamy zwykłe, szare i nieciekawe życie, które dla Cleo oraz pani domu zostaje nagle wywrócone do góry nogami. Pierwsza odkrywa, ze jest w ciąży, druga czeka na swojego męża, przebywającego na długich badaniach.

roma1

Alfonso Cuaron to reżyser, który ostatnimi czasy bardziej skręcał ku dużym produkcjom jak „Grawitacja” czy „Ludzkie dzieci”, gdzie widowiskowość oraz techniczna perfekcja mieszała się z kameralnością, wręcz niemal intymnym klimatem. Dlatego dla wielu „Roma” może być zbyt wielkim zaskoczeniem. Trudno powiedzieć cokolwiek o fabule, bo tak naprawdę jest bardzo szczątkowa. Jest to taki typ kina, które jedni nazwą snujem, gdzie klasycznie rozumianej akcji nie było albo zwyczajnie kinem kontemplacyjnym, które wizualnie jest olśniewający. Oczywiście, jest to czarno-białe dzieło (przez co wygląda bardziej artystycznie), jednak to w żadnym przypadku wadą. Zwłaszcza, że reżyser bardzo często korzysta z długich ujęć, co akurat nie dziwi. A niejako w tle widzimy poważny tumult dziejący się na ulicach (protesty studentów), zaś wydarzenia poznajemy z perspektywy Cleo. Przez co dostajemy dość szczątkowe informacje dotyczące tego, co się naprawdę dzieje w domu.

roma2

Ta szczątkowa narracja może wywołać znużenie albo zmęczenie dla kinomana, nastawionego na jakoś głęboko rozrysowane postacie czy złożona intrygę. Bo tak naprawdę widzimy zwykłe czynności dnia codziennego: sprzątanie (także po psie), czyszczenie posadzki, prace kuchenne. Czasem były też drobne wydarzenia jak wizyta w kinie, obserwacja kursu sztuk walki czy scena zabawy u krewnych. Niby nic, czego byśmy nie widzieli czy robili w dniu codziennym, ale jednocześnie jest to zrobione w taki sposób, że nie wygląda to jak coś zwykłego, codziennego. Te długie ujęcia w wielu scenach (próba ukrycia się jednego z młodych ludzi w sklepie meblowym, poród – bardzo mocna scena czy scena na plaży) miejscami potrafią podbić miejscami napięcie i oczarowują pewnym klimatem. Chociaż początkowo nie byłem w stanie wejść w ten klimat, niemniej z czasem zacząłem łapać ten rytm.

roma3

Do tego kompletnie nieznane twarze (z cudowną Yalitzą Aparicio na czele) tworzące bardzo wyraziste postacie, naturalnie brzmiące dzieci, a jednocześnie jest to bardzo pewnie, spokojnie zrealizowane. Nie jest to arcydzieło, jak głosi większość recenzentów, ale to zdecydowanie jedna z ciekawszych, ambitniejszych dzieł zrobionych przez Netflixa. Jeden z bardziej zaskakujących filmów Cuarona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2018

Zawsze jest tak, że obok tych filmów, co w zachwyt moją duszę (i nie tylko) wprawiają, znajduje się grupa tytułów, po obejrzeniu których chce się je jak najszybciej zapomnieć. Niewypały, gnioty, paździerze, g***a – można obrzucić je różnymi inwektywami, zaś przyczyn porażek zawsze jest kilka: bezczelna żądza pieniądza, brak doświadczenia, brak talentu, lenistwo, przerost ambicji. A czasami po prostu to, co na papierze wydaje się świetnym pomysłem, w trakcie realizacji zostaje brutalnie zweryfikowane i już nie można tej maszyny zatrzymać. Najsmutniejsze jest to, że na tym polu dominują filmowcy z pewnego kraju nad Wisłą, choć parę pułapek udało mi się ominąć (tak, panie Vega, mówię o panu oraz twórcach tzw. polskich komedii romantycznych, będącymi zbiorem reklam, pozbawionym tak prostych elementów jak scenariusz czy reżyseria). Ale niestety, nie wszystkie. Oto filmy, jakich powinniście omijać szerokim łukiem i/lub takie, które kompletnie rozminęły się ze mną. I tak jak w przypadku filmów najlepszych, umieszczam je w kolejności chronologicznej, bez lokat, miejsc czy wyróżniania czegokolwiek:

  1. Assassin’s Creed, reż. Justin Kurzel (2016)
  2. Królewicz Olch, reż. Kuba Czekaj (2017)
  3. Outsider, reż. Martin Zandvliet (2018)
  4. Ptaki śpiewają w Kigali, reż. Joanna Kos-Krauze (2017)
  5. Totem, reż. Jakub Charon (2017)
  6. Reakcja łańcuchowa, reż. Jakub Pączek (2017)
  7. Soyer, reż. Łukasz Barczyk (2017)
  8. Pewnego razu w listopadzie, reż. Andrzej Jakimowski (2017)
  9. Pilecki, reż. Mirosław Krzyszkowski (2015)
  10. Nigdy cię tu nie było, reż. Lynne Ramsey (2017)
  11. 15:17 do Paryża, reż. Clint Eastwood (2018)
  12. Cudowna lampa Aladyna, reż. Mario Bava (1961)
  13. Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny, reż. Mario Bava (1966)
  14. Krępujące zdjęcia z rodzinnego albumu, czyli zniszczona wątroba i złamane serce, reż. Paweł Nowak (2018)
  15. Prawdziwa historia, reż. Roman Polański (2018)
  16. Kochankowie roku tygrysa, reż. Jacek Bromski (2005)
  17. Czuwaj, reż. Robert Gliński (2017)
  18. Prawdziwe zbrodnie, reż. Alexandros Avranos (2016)
  19. Nadzieja, reż. Stanisław Mucha (2006)
  20. Pułapki czasu, reż. Ava DuVarney (2017)
  21. Zabicie świętego jelenia, rez. Yorgos Lanthimos (2017)
  22. Serce na dłoni, reż. Krzysztof Zanussi (2008)
  23. Łowcy wampirów, reż. John Carpenter (1998)
  24. Circus of Fear, reż. John Llewelyn Moxley (1966)
  25. Mścicielka, reż. Walter Hill (2016)
  26. Sejf, reż. Dan Bush (2017)
  27. Szron, reż. Sharunas Bartas (2017)
  28. Grupa wsparcia, reż. Zoe Lister-Jones (2017)

I tak jak w przypadku podsumowania najlepszych filmów, także tutaj pojawią się wyróżnienia. Nie będą to jednak filmy wyciągnięte z największej otchłani piekła, lecz moje największe rozczarowania tego roku. Czyli tytuły, po których liczyłem na wiele (może nawet na zbyt wiele), a okazały się zawodem. To niekoniecznie są filmy złe, ale czegoś mi tu zabrakło. Wyjątkowo krótki spis:

  1. Twarz, reż. Małgorzata Szumowska – po „Body/Ciało” przez chwilę liczyłem, że Szumowska mnie zaskoczy. Niestety, ale reżyserka chciała za bardzo zrobić film w stylu Smarzowskiego, czyli napiętnować nasze „grzechy narodowe”. Klisza goni klisze (ksiądz-erotoman, wojna o spadek podczas pogrzebu) i poczucie wtórności strasznie boli. Szkoda mi tutaj Mateusza Kościukiewicza oraz Agnieszki Podsiadlik, bo robią świetną robotę, tworząc bardzo wyraziste postaci. Tylko, że reżyserka od połowy filmu ma ich głęboko w dupie i już przestaje się na nich skupiać.
  2. Kler, reż. Wojciech Smarzowski – już słyszę te głosy, że autora chyba Bóg opuścił i herezje rozpowiada. Prawda jest taka, że bardzo lubię, szanuję i cenię sobie filmy Smarzowskiego. Problem jednak w tym, że sam temat Kościoła oraz księży nie zostaje do końca wykorzystany. Owszem, zagrane jest to świetnie (zwłaszcza przez Jakubika i rewelacyjnego Braciaka jako duchownego-gangstera, który przewiduje na kilka ruchów do przodu), jest kilka naprawdę mocnych scen („przesłuchanie” jednej z ofiar księdza-pedofila), ale całość zwyczajnie nudzi (jedną trzecią filmu – głównie ostatni akt – można było spokojnie wyciąć). Reżyser nie sięga głębiej, pozostawiając dość oczywiste wnioski i nie prowokuje do większej dyskusji, zaś zakończenie drażni symboliką.
  3. Predator, reż. Shane Black – do tej pory nie rozumiem, co Black tutaj odpierdolił. Pierwszy „Predator” to był zajebisty film akcji, zmieszany z horrorem. Tutaj reżyser postanowił pójść w komedię akcji, gdzie nie brakuje krwawej rzezi. Tylko, że zamiast napięcia, poczucia zagrożenia, jest zbyt wiele pajacowania, fabuła nie ma sensu, jest za dużo zbiegów okoliczności. No i to jest k***a „Predator”, jakiego mi obiecano. Szkoda aktorów, bo jest całkiem niezła chemia między grupą świrniętych wojaków, ale to troszkę za mało, by uznać seans za udany. Panie Black, wracaj pan do buddy movies, bo to pan czuje najlepiej.
  4. Venom, reż. Ruben Fleischer – tu chciwość producentów sprawiła, że powstał kompletny pierdolnik. Początkowo to miał być skromny, tani horror, skupiający się na relacji Eddiego Brocka z symbiontem Veniusiem 😉 Ale wytwórnia odebrała kontrolę reżyserowi, zaczęła pompować hajs i robić duży blockbuster, będący sztampowym origin story, dodatkowo zamiast R-ki zrobiono PG-13 („Cieniasy”). Do tego masa nierozwiniętych wątków (relacja Brocka z Venomem oraz jej destrukcyjny wpływ na organizm protagonisty, kompletnie niepotrzebna Michelle Williams jako była dziewczyna, walka z kompletnie nijakim złolem oraz koszmarna scena po napisach). Gdyby nie obecność Toma Hardy’ego, który kompletnie wyciska ze swojej postaci maksimum i odnajduje się w każdej konwencji, „Venom” rozpadłby się w drobny mak. Mam nadzieję, że pojawi się jakiś director’s cut, bo inaczej będzie wiocha.

No i jeśli chodzi o podsumowanie to w zasadzie tyle. Mam nadzieję, że nie popełniliście moich błędów i omijaliście te filmy szerokim łukiem. A może Wam się podobały i uważacie tą listę za gigantyczną pomyłkę. Piszcie w komentarzach pod postem. No i niech się zacznie rok 2019. Do poczytania w przyszłości.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2018

Skończył się rok 2018, a to oznacza jedną rzecz i rzecz jedną tylko: okres wielkich podsumowań, rankingów oraz bilansu dla wielu blogerów, recenzentów oraz kinomanów wszelkiej maści. Czy to znaczy, że będzie też takie zestawienie tutaj? Oczywiście, ale zamiast podawania Top 10 z uzasadnieniami oraz miejscami na lokatach, sprawę uproszczę do maksimum. Po prostu będzie tutaj umieszczona lista filmów (wspartych m.in. moim kontem na Filmwebie), które zrobiły na mnie w minionym roku największe wrażenie. Spis będzie w kolejności chronologicznej, bez podawania miejsc czy lokat – czyli (moim skromnym zdaniem) najuczciwsze podejście do sprawy. Jeśli uważacie, że jakiegoś tytułu brakuje, to przyczyny są dwie: albo go jeszcze nie zobaczyłem, albo zwyczajnie nie zrobił takiego wrażenia jak na was. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że nie ma ani jednego NOWEGO (czyli tegorocznego) polskiego filmu. Ale może w tym roku będzie inaczej – czas pokaże. To bez ceregieli – oto lista the best movies of 2018 by Ja.

  1. Lucky Logan, reż. Steven Soderbergh (2017)
  2. Człowiek z księżyca, reż. Milos Forman (1999) ❤
  3. Jim & Andy: The Great Beyond, reż. Chris Smith (2018)
  4. Ikar, reż. Bryan Fogel (2018) ❤
  5. Truman Show, reż. Peter Weir (1998) ❤
  6. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn (2017)
  7. John Wick 2, reż. Chad Stahelski (2017)
  8. Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi (2017) ❤
  9. Czas mroku, reż. Joe Wright (2017)
  10. Nić widmo, reż. Paul Thomas Anderson (2017) ❤
  11. Kształt wody, reż. Guillermo del Toro (2017)
  12. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, reż. Martin McDonaugh (2017) ❤
  13. Patti Cake$, reż. Geremy Jasper (2017)
  14. Niemiłość, reż. Andriej Zwiagincew (2017)
  15. Annihilacja, reż. Alex Garland (2018)
  16. Maska szatana, reż. Mario Bava (1960)
  17. Paterno, reż. Barry Levinson (2018)
  18. Duchy Goi, reż. Milos Forman (2006)
  19. Ślepa furia, reż. Philip Noyce (1989)
  20. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony & Joe Russo (2018)
  21. Czarna suknia, reż. Janusz Majewski (1967)
  22. Photon, reż. Norman Leto (2017) ❤
  23. Bicz i ciało, reż. Mario Bava (1963)
  24. Deadpool 2, reż. David Leitch (2018) ❤
  25. Blef, reż. Lasse Hallstrom (2006)
  26. Ernest i Celestyna, reż. Stephane Aubier, Vincent Patar, Benjamin Renner
  27. Siedem minut po północy, reż. Juan Antonio Bayona (2016)
  28. Atlantyda – zaginiony ląd, reż. Gary Trousdale, Kirk Wise (2001)
  29. Herkules, reż. Ron Clements, John Musker (1997) ❤
  30. Amerykańska opowieść, reż. Don Bluth (1986)
  31. Ruchomy zamek Hauru, reż. Hayao Miyazaki (2004) ❤
  32. Słodki kraj, reż. Warwick Thornton (2017)
  33. Operacja strach, reż. Mario Bava (1966)
  34. Bomb City, reż. Jameson Brooks (2017)
  35. Ostatnie zadanie, reż. Hal Ashby (1973)
  36. Last Flag Flying, reż. Richard Linklater (2017)
  37. Upgrade, reż. Leigh Whannell (2018) ❤
  38. Sophie i wschodzące słońce, rez. Maggie Greenwald (2017)
  39. Trzecia część nocy, reż. Andrzej Żuławski (1971)
  40. Predator, reż. John McTiernan (1987)
  41. Arcyoszust, reż. Barry Levinson (2017) ❤
  42. Zezowate szczęście, reż. Andrzej Munk (1960)
  43. Płoty, reż. Denzel Washington (2016)
  44. Jowita, reż. Janusz Morgenstern (1967)
  45. Iluminacja, reż. Krzysztof Zanussi (1972)
  46. Zombie express, reż. Sang-ho Yeon (2016)
  47. Gorzka siedemnastka, reż. Kelly Fremon (2016) ❤
  48. Metallica: Some Kind of Monster, reż. Joe Berlinger, Bruce Sinofsky (2003)
  49. Orzeł kontra rekin, reż. Taika Waititi (2006)
  50. 22 lipca, reż. Paul Greengrass (2018) ❤
  51. Steve Jobs, reż. Danny Boyle (2015)
  52. Coś, reż. John Carpenter (1982)
  53. Nie jestem twoim Murzynem, reż. Raoul Peck (2016)
  54. Niepodległość, reż. Krzysztof Talczewski (2018) ❤
  55. Sprawa Gorgonowej, reż. Janusz Majewski (1977) ❤
  56. Śmierć prezydenta, reż. Jerzy Kawalerowicz (1977)
  57. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler (2018)

O dziwo znalazło się też kilka filmów, którym bardzo niewiele zabrakło, więc postanowiłem przyznać im honorowe wyróżnienia. Za sprawienie mi wielkiej niespodzianki w roku 2018. Oto te dzieła:

I tak cię kocham, reż. Michael Showalter (2017)
Czwarta władza, reż. Steven Spielberg (2017)
Pentameron, reż. Matteo Garrone (2016)
Pusty i głupi gest, reż. David Wain (2018)
Pitbull. Ostatni pies, reż. Władysław Pasikowski (2018)
Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem, reż. Janus Metz (2017)
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates (2017)
Fritz Bauer kontra państwo, reż. Lars Kraume (2015)
Ben Hall: Legenda, reż. Matthew Holmes (2017)
Zemsta, reż. Coralie Fargeat (2017)
On wrócił, reż. David Wnendt (2015)
Prosta historia o miłości, reż. Arkadiusz Jakubik (2010)
Han Solo: Gwiezdne wojny – historie, reż. Ron Howard (2018)
Zwierzęta Ameryki, reż. Bart Layton (2018)
Marjorie Prime, reż. Michael Almereyda (2017)
Apostoł, reż. Gareth Evans (2018)
W cieniu drzewa, reż. Hafsteinn Gunnar Sigurdsson (2017)
Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu, reż. Paul McGuigan (2017)
Król wyjęty spod prawa, reż. David Mackenzie (2018)
Czarne bractwo. BlacKkKlansman, reż. Spike Lee (2018)
Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie, reż. Ken Scott (2018)

Przyznaję, że jest tego bardzo grupa lista. Mogę żywić się tylko nadzieją, że nadchodzący rok 2019 też będzie obfitował w masę udanych doświadczeń filmowych. No i żeby tych złych tytułów spotykać jak najrzadziej, tak samo jak rozczarowań.

Radosław Ostrowski

Ant-Man i Osa

Pamiętacie Scotta Langa? Ten drobny złodziejaszek, który potrafi się pomniejszać oraz nawiązywać kontakt z owadami i mrówkami, ostatnio wpakował się w tarapaty. Po akcji na lotnisku (trzeci „Kapitan Ameryka”) otrzymał areszt domowy i stracił kontakt z wynalazcą Hankiem Pymem. Ale w zamian za to poprawił swoje relacje z byłą żoną oraz córką, a także z kumplami założył firmę specjalizującą się w zabezpieczeniach. Samego aresztu zostało mu raptem trzy dni i wygląda na to, że wszystko jest ku prostej drodze. Brzmi pięknie? Jednak dość szybko zostaje wywrócone do góry nogami przez Pyma oraz maszynę do przechodzenia w wymiar kwantowy.

antman22

Pierwszy „Ant-Man” był pozytywnie zaskakującą, lekką rozrywką ubraną w konwencję heist movie, dodając sporo świeżości do MCU. Wróciła ta sama ekipa realizacyjna, zaś cała intryga tutaj skupia się wokół odnalezienia żony Hanka, która ugrzęzła w wymiarze kwantowym. Problem w tym, że jest jeszcze przynajmniej jeszcze dwie strony, którym bardzo zależy na tym wynalazku. Cała historia zaczyna się gmatwać, a nawet pojawiają się mroczniejsze fragmenty związane z przeszłością Pyma. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i potrafi to sprawić masę frajdy. Znowu błyszczą wszelkie momenty, gdzie wszelkie pomniejszenia oraz powiększania postaci, przedmiotów oraz obecności mrówek (w tym niezapomniany Antonio Banderas). No i każde wejście Luisa to komediowa perełka – szczególnie scena z serum prawdy.

antman21

Sam wątek wymiaru kwantowego oraz jego funkcjonowania dodaje wartości, a sam wygląd jest imponujący. Pamiętacie wymiar astralny z „Doctora Strange’a”? To jest jeszcze bardziej podkręcone, barwne, ale i niebezpieczne miejsce, z którego samodzielny powrót (bez odpowiedniego sprzętu) jest praktycznie niemożliwy. No i jak to wali po oczach – narkotyki nie są w stanie dać takich wizji jak twórcy efektów specjalnych.

Ale mimo prób coraz bardziej uatrakcyjniania fabuły oraz ciągłego dziania się, coś się popsuło. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się naprawdę dobrze i kilka zabawnych sytuacji naprawdę było w punkt. Niemniej czułem pewien niedosyt, a sam Człowiek-Mrówa zostaje zepchnięty na drugi plan do roli śmieszka. Z nowych postaci tylko Duch wydaje się intrygującą postacią. To nie jest klasyczny łotr, chcący rozpierdolić cały świat albo jest zły, bo tak. Złamana postać z bardzo mrocznym tłem, który wywołuje współczucie, co jest największą zaletą. Tak jak scena po napisach, która zmienia totalnie sytuację naszego bohatera.

antman23

Aktorsko nadal wszystko trzyma poziom. Paul Rudd ciągle sprawdza się w roli Scotta „Ant-Mana” Langa, czyli drobnego złodziejaszka z dobrym sercem oraz troszkę komediowego herosa (ten ciągle popsuty kombinezon). Nie da się go nie lubić, nawet jeśli miejscami zachowuje się niedojrzale. Pazurki za to bardziej pokazuje Evangeline Lilly, która ma kilka świetnie wykonanych scen akcji (no i jej kombinezon robi cuda). Twarda zawodniczka, sama dające sobie radę oraz kopiąca tyłki facetom – jak jej nie kochać? 😉 Ale film i tak kradnie Michael Pena (Luis), dodając masę humoru, lekkości oraz świetnych tekstów. Z nowych postaci świetnie wypada Hannah John-Kamen w roli Ducha (Ava), a także Laurence Fishburne jako dawny partner Pyma.

Powiem wam szczerze, że drugi Ant-Man nadal potrafi dostarczyć lekkiej, niezobowiązującej rozrywki w świecie Marvela. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że zamiast na bohaterach skupiono się bardziej na akcji (przyznaje, że kreatywnej) i troszkę mniej świeżości tu jest. Jednak finał potrafi chwycić i zadaje pytanie: co dalej?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski