Raz Dwa Trzy – Jestem Polakiem

Jestem_Polakiem

Od wielu lat mają bardzo duże grono wielbicieli. Tworzą dość alternatywną muzykę wobec mainstreamu, a znakiem rozpoznawczym są poetyckie teksty oraz wokal Adama Nowaka. W tym roku Raz, Dwa, Trzy obchodzi okrągłą, 23. rocznicę działalności. I z tej okazji przyjrzę się dyskografii zespołu.

Zaczynali w składzie: Adam Nowak (gitara, wokal), Grzegorz Szwałek (klarnet, saksofon), Mirek Kowalik (bas) i Jacek Olejarz (perkusja), zaś ich debiutancki album pozostaje trochę zapomniany. „Jestem Polakiem” wyszło w 1991 roku, zaś producentem został Winicjusz Chrust, u którego zespół nagrał materiał. Już tutaj objawiają się pewne charakterystyczne elementy w dorobku zespołu: poetyckie teksty, instrumentalny utwór o policjantach (tu aż dwa: „Policjanci w Warszawie… mhm” oraz „Policjanci w Chicago niszczą stare gazety”) czy rozpoznawalnym wokalem Adama Nowaka.

Zespół tutaj skręca w stronę łagodnego jazzu i spokojniejszych brzmień, bez potencjału na wielkie przeboje. Ale nie zawsze jest spokojnie (lekko kryminalne „Rytmiczne usiłowanie zabójstwa” czy „Mesdames et Messieurs!!! Arnold S. Voiľa!!!” z werblami i strzałami w tle), zaś całość ma dość niepokojący klimat, w czym dopomaga klarnet i saksofon, pojawiający się niemal cały czas. Jedynym utworem, który może kojarzyć się z tą płytą jest „Talerzyk” w dość oszczędnej formie. Teksty zaś są dość intrygujące i tyle można o nich powiedzieć.

Sam debiut jest dość solidny, jednak swoje najlepsze utwory miały dopiero powstać.

7/10

Radosław Ostrowski

Martyna Jakubowicz – Burzliwy błękit Joanny

Burzliwy_Blekit_Joanny

Tribute albumy nie są zbyt łatwymi produkcjami. Planowane jako hołdy dla poszczególnego artysty czy zespołu, okazują się zwykłym skokiem na kasę, zaś nowe wersje piosenek hołdowanych zazwyczaj nie są zbyt atrakcyjne czy ciekawe. Tym razem postanowiono złożyć hołd Joni Mitchell (7 listopada obchodziła 70 urodziny) i wtedy wyszedł tribute album Martyny Jakubowicz.

„Burzliwy błękit Joanny” zawiera 11 piosenek Mitchell wyprodukowanych przez Marcina Pospieszalskiego. I brzmieniowo jest dość różnorodnie, ale dominuje bardziej akustyczne, folkowe granie. Czasami żywiej („Duża żółta taksówka”), ale głównie spokojniej i kojąco („Chcę tylko” czy „Starsze dzieci tak jak ja”). Spokój ten nie jest jednak zbyt monotonny, ale buduje odpowiedni klimat i potrafi oczarować („U Chińczyka” ze świetnymi smyczkami), zaś poza wiodącą gitarą pojawiają się delikatne klawisze („Błękitny hotelowy pokój”), klarnet („Serce i głowa”), bas czy smyczki („Z obu stron”). Jak mówiłem, jest tu dość spokojnie i wielu może to zniechęcić, ale nie wiedzą oni, co tracą.

Sam głos Martyny jest dość spokojny, bardziej recytujący niż śpiewający. Pasuje on zarówno do melodii jak i do refleksyjnych tekstów Mitchell śpiewanych w przekładzie Andrzeja Jakubowicza – refleksyjnych, melancholijnych.

Tribute albumy są zawsze ryzykowne, ale czasami zdarza się udany album. Taki jest „Burzliwy błękit Joanny” – stonowany, jesienny, zmuszający do myślenia. Bez kombinowania, udziwniania i udawania. Ciepły album, choć wielu może odtrącić za pierwszym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Waglewski Fisz Emade – Matka, Syn, Bóg

Matka_Syn_Bog

Każdy z tych trzech dżentelmenów wiele osiągnął na polu muzycznym. Najstarszy, Wojciech jest kompozytorem, autorem tekstów i wokalistą Voo Voo, starszy syn Bartek zwany Fiszem jest jednym z ciekawszych raperów, zaś jego brat Piotrek „Emade” jest cenionym producentem, współpracującym z różnymi środowiskami. Pięć lat temu wydali wspólny album „Męska muzyka”. Teraz pora na kolejny wspólny album Waglewskich.

Album zawiera 13 gitarowych piosenek, zaś podział ról jest prosty: Wagiel senior gra na gitarze, Fisz na drugiej gitarze, zaś Emade (także producent) wziął na siebie perkusję. Brzmi to dość oldskulowo, wręcz stonowanie jak „Syn” z dość senną elektroniką i cymbałkami oraz fortepianem pod koniec czy surowo jak w utworach”Ojciec” czy „Pocisk”. Ale jeszcze panowie potrafią zagrać melodyjnie i żywiej („Wrze gąszcz”, gdzie przewija się żeński chórek), wpleść elementy hip-hopu (grany na żywych instrumentach „Trupek”, z dość surowym riffem), bluesa (lekko psychodeliczny „Bóg” z pięknymi, emocjonalnymi smyczkami) czy nawet country (dynamiczne „Ile jeszcze życia?” czy zapętlająca się „Kometa”). Panowie nie przynudzają, zaskakują i brzmią po prostu świetnie. To nie jest nowe Voo Voo i na szczęście, bo ciągłe mutowanie tego samego w innym składzie nie miałoby większego sensu.

Wokale Waglewskiego i Fisza są na poziomie. Trudno się tu w tej kwestii przyczepić, bo panowie radzą sobie bardzo dobrze i słucha się ich z niekłamaną frajdą. Zaś warstwa tekstowa jak to u Waglewskiego trzyma poziom, choć za pierwszym razem mogą one wprawić w konsternację. Jednak za następnymi razami powoli wszystko staje się klarowniejsze.

Jeśli ktoś spodziewał się rozczarowania, nic z tego. Waglewski nadal trzyma fason i poniżej pewnego (wysokiego) poziomu nie schodzi. Tak też jest tutaj, wystarczy tylko posłuchać.

8/10

Radosław Ostrowski

Big Day – Nasza fala

Nasza_fala

Ten olsztyński zespół znany jest głównie dzięki przebojowi „W dzień gorącego lata”, zaś do tej pory wydali 7 płyt. I właśnie przyjrzę się tej ostatniej – „Nasza fala” z 2012 roku. Co tym razem dała ekipa w składzie: Anna Zalewska-Ciurapińska (wokal), Marcin Ciurapiński (wokal, bas), Zbigniew Chrzanowski (perkusja) i Dawid Rakowski (gitara)?

Melodyjne, rockowe granie z popowym zacięciem. Jednak tutaj gitara gra cały czas i nie ma tutaj kompletnego znużenia. Ale rozrzut jest tu dość spory i nie drażni – od melodyjnego rocka w stylistyce lat 60. („Jeden taki dzień” czy „Czas dla ciebie” z fortepianem oraz dęciakami) po akustyczną americanę („Cztery razy mimo” i „Zastyga świat”). Ale jeśli myślicie, że nie pokazują pazura i trochę mocniejszego brzmienia, poczekajcie do numeru 4. „Nie mów mi jak” ma żywszą gitarę elektryczną i mocną perkusję (głównie w refrenach), zaś „Życie jest na ży” dzięki elektronice i spokojniejszemu rytmowi tworzy lekko psychodeliczny klimat. Tak samo ciekawym połączeniem gitar z elektroniką jest tytułowy utwór czy „Ostatni stróż cywilizacji”, zaś lekko punkowy „Dobrze nas pozmienia świat” poza dynamicznym brzmieniem, ma w sobie coś tanecznego. Proste, ale jednocześnie przyjemne i bezpretensjonalne granie.

Tak samo lekko jest to zaśpiewane przez Annę i Marcina (głównie przez nią), zaś pozornie proste teksty wypadają całkiem przyzwoicie.

Trochę szkoda, że ten album przeszedł bez echa, bo to naprawdę udany materiał. Mnie ta fala porwała.

7/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Feels Like Home

Feels_Like_Home

Jeśli powiedziało się A, to trzeba było powiedzieć B. Tak jak nagrało się debiutancki album, to wiadomo, że nie zrobiło się tego po to, by się pojawić i potem zniknąć na długie lata, ale żeby potem nagrać następne, rozchodzące się w milionach egzemplarzy. W przypadku Nory Jones trzeba było czekać dwa lata.

Za „Feels Like Home” od strony produkcyjnej odpowiadała sama wokalistka oraz odpowiedzialny za debiut Arif Mardin, więc jeśli ktoś spodziewał się brzmieniowej rewolucji, np. pójścia w stronę heavy metalu, hard rocka czy industriala, to musiał się rozczarować. Niby jest tak jak poprzednio, bo nadal idziemy w stronę akustycznego, melodyjnego grania w stylu folk (wybrany na singiel „Sunrise”) czy country („Creepin’ In” z Dolly Parton i szybką gitarą akustyczną). Spokojnie, nastrojowo i elegancko. Czyli tak jak było przy debiucie, tylko jeszcze bardziej. Nuda? O dziwo nie – piosenki są więcej niż ładne, a zbliżone instrumentarium (kontrabas, fortepian, gitara) tworzą intymny klimat. Nie brakuje akustycznych melodii („Carnival Town” z pięknymi skrzypcami czy „Humble Me”), lekko rockowego zacięcia (gitarka w „What Am I To You”) czy dość rytmicznego, ale stonowanego popu („Toes”). Wielu może to znużyć po kilku utworach, zwłaszcza pod koniec, jednak można to przełknąć (najlepiej z tej części broni się kończące „Don’t Miss You At All” z fortepianem tylko).

Zaś wersja deluxe zawiera jeszcze 3 dodatkowe utwory, które są dość zbliżone do siebie. Nadal podoba mi się wokal Nory, bo ma w sobie to słynne „coś” i chce się jej słuchać. Także teksty trzymają poziom i dość zgrabnie opowiadają o tym, co zawsze.

Niby jest jakiś krok na przód (choć bardziej w stronę country, czego zaczynam się obawiać), ale jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie do końca gra. Niby jest dobrze, ale gdzieś zaczyna się to wszystko gubić. To album zbyt mocny, by go ochrzanić, ale za słaby, by go chwalić. I z tą łamigłówką zostawiam was samych.

7/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Come Away with Me

Come_Away_With_Me

Jest to jedna z najpopularniejszych wokalistek amerykańskich, która miesza folk z popem i jazzem. Do tej pory wydała pięć studyjnych płyt, które rozeszły się w ponad 50 milionach sprzedanych egzemplarzy. Robi wrażenie? Oprócz tego pisze teksty, komponuje, gra na gitarze i fortepianie. Mówię oczywiście o Norze Jones, której dorobek postanowiłem prześledzić. A wszystko zaczęło się w 2002 roku, dzięki „Come Away with Me”.

Album zawiera aż 14 piosenek. Za produkcję poza panną Jones odpowiadali wtedy: Arif Mardin (m.in. Queen, Phil Collins czy Richard Marx), Jay Newland (Ayo) oraz Craig Street (k.d. lang czy John Legend). No i wyszło z tego bardzo stonowane popowe granie idące czasem w stronę folku (gitara w „Seven Years” czy równie delikatne „Feelin’ The Same Way” z ciepłymi klawiszami), country („Lonestar”) czy jazzu („Don’t Know Why”). Jednak poza gitarą zarówno akustyczną, jak i stonowaną elektryczną (utwór tytułowy czy „Nightingale”) pojawia się tu kontrabas, fortepian („Shoot the Moon”), skrzypce (idące w stronę tanga „I’ve Got to See You Again”) czy akordeon („If I Was a Painter”). Może wydawać się to odrobinę monotonne czy nużące, jednak płyta posiada swój specyficzny klimat – lekko melancholijny, nostalgiczny, a na pewno bardzo intymny.

Bardziej od wokalu Nory (naprawdę dobrego i pełnego uroku) podobały mi się teksty, które w dość mniej banalny sposób mówią o miłości, nie wywołują rozdrażnienia i dopełniają ten album.

Cokolwiek by powiedzieć o tym albumie, jedno nie ulega wątpliwości. Mimo 11 lat, to świeża, dobra i naprawdę przyjemna płyta, która o tej porze roku brzmi po prostu świetnie. Czy wy też zaryzykujecie?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Airbag – The Greatest Show on Earth

The_Greatest_Show_on_Earth

Zespół Airbag z regularnością co dwa lata nagrywa nowy album. Więc zgodnie z tą logiką, w tym roku musiał pojawić się ich trzeci album. Jak więc wygląda „Największe show na Ziemi”?

I tak jak przy poprzednich albumach utworów jest niewiele (raptem sześć), ale za to są długie i wciągające. Jednak tutaj jest troszeczkę inaczej. Zaczyna się elektronicznym intrem („Surveillance part I”), a dalej to mamy wszystko, co wcześniej: zmiany tempa, mocne solowe riffy oraz przestrzenną elektronikę. Choć mam wrażenie, że tutaj dopiero obydwa te instrumenty się uzupełniają i tworzą pewna symbiozę. Ale jedno też się nie zmieniło: kompozycje są naprawdę piękne i czarujące, co słychać zarówno w „Redemption” (w drugiej połowie naprawdę gitara wymiata, a pod koniec swoje dodaje jeszcze perkusja), bardziej stonowanym „Silence Grows” (ale tylko na początku by gitara eksplodowała i ustąpiła klawiszom, zaś pod koniec znów wraca do gry, wręcz „płaczliwa”) . Jednak zespół wspina się na wyżyny wrażliwości pokazują w wielkich (nie chodzi tu tylko o czas trwania): „Call Me Back” (w połowie pojawiają się delikatne dźwięki elektroniczne oraz chórki) oraz „Surveillence (part 2-3)” – tego słowa nie są w stanie opisać. I choć nadal czuć inspiracje wielkimi klasykami jak Pink Floyd, Norwegowie pływają tu jak ryba w wodzie i powoli zaczynają wyrabiać swoje własne brzmienie.

Wokal tak jak wcześniej jest tylko tłem dla popisów muzycznych gitarzysty i klawiszowca, choć sekcja rytmiczna też daje wiele od siebie (tytułowy utwór czy „Surveillence part 2-3”). Jednak wszyscy na swoich stanowiskach wypadają więcej niż bardzo dobrze.

Powiem wam krótko: musicie mieć tą płytę.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Airbag – All Rights Removed

All_Rights_Removed

Dzielni Norwegowie po dobrze przyjętej debiutanckiej płycie ruszyli dalej i po dwóch latach nagrali nowy album. Zmienił się w składzie perkusista – Joachima Slikkera zastąpił Henrik Fossum. Ale czy to jedyna zmiana na „All Rights Removed”?

Niby ten album brzmi jak debiut, gdzie słychać było inspiracje Pink Floyd, a teraz jest to bardziej namacalne, głównie w gitarowych riffach Rijsa (mocne „White Wall” czy kapitalne „Never Coming Home”), których jest więcej, a dodatku płynnie przechodzimy między utworami, właściwie nie zauważając tego przejścia. Brzmienie stało się bardziej przestrzenne i mniej popowe niż na debiucie. Klawisze nadal są stonowanymi partnerami gitary, choć brzmią naprawdę ładnie (druga połowa „Never Coming Home”). I słychać, że zespół nie stoi w miejscu i tak jak w debiucie nadal potrafi czarować i uwodzić (skrzypce w instrumentalnym „Light Them All Up”), jednocześnie dając więcej przestrzeni instrumentom (najdłuższe w zestawie „Never Coming Home” oraz 17-minutowe „Homesick”, gdzie gitara i klawisze rozbrzmiewają od bardziej spokojne po dynamiczniejsze) i nim się zorientujemy, już płyta się kończy. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia. Ale słucha się tego lepiej od debiutu, choć zmian jest niewiele.

Tostrup nadal śpiewa przyjemnie, choć pojawia się naprawdę rzadko. Cały album kradnie Rijs, który garściami czerpie z Davida Gilmora. Zaś teksty, które też są dość krótkie (tak jak wcześniej) są naprawdę dobre.

Widać, że Norwegowie nie lubią stać w miejscu, bo ich muzyka ciągle się rozwija. To album lepszy od poprzednika i na pewno ciekawszy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Michał Bajor – Moje podróże

Moje_podroze

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać. Piosenkarz, aktor działający od ponad 40 lat. Nadal nagrywa płyty, jednak nie jest o nich zbyt głośno. Po zmierzeniu się z piosenkami francuskimi (dwa lata temu „Od Piaf do Garou”) powraca z nowym materiałem.

Tym razem jest to płyty z podróżami w tle, zaś stylem balansuje między popem a jazzem, gdzie elegancko gra fortepian („Man, Man, Manhattan”) z kontrabasem oraz perkusją. Jednak nie tylko, bo tutaj najbardziej dominuje gitara akustyczna. Ale też utwory są dopasowane do klimatu miejsca, gdzie jesteśmy (akordeon w „Paryż mój”, szybka gitara i klaskanie w „Los to flamenco”, jazzujące dęciaki w „Man, Man, Manhattan” czy bardziej stonowana gitara w „Smutny jak fado”), jednocześnie budując bardziej nostalgiczny, lekko melancholijny klimat. Nie brakuje też zaskakująco etniczną perkusję („Londyńka mgła”) czy tanga („Wszystkie kolory Argentyny”). Kompozycje są naprawdę eleganckie, ale jednocześnie przyjemne w odsłuchu, co jest zasługą m.in. Włodzimierza Korcza, Janusza Senta czy Jerzego Derfela.

Bajor śpiewa w bardzo charakterystycznej dla siebie barwie głosu, który wypada naprawdę dobrze i nie ma przeszarżowania i nadmiernej ekspresji, co dla mnie jest sporą zaletą. Drugą jasnym punktem są teksty Wojciecha Młynarskiego, którego talentu i umiejętności nie brakuje. Jest zarówno wspominkowo, dowcipnie („Ja jestem Bliźniak”), refleksyjnie i poetycko („Wszystkie kolory Argentyny”).

Nie jest to jakaś spektakularna czy widowiskowa muzyka, co w obecnych czasach może się to wydawać poważną wadą. To jest uczciwa, prosta, ale zaskakująco piękna płyta. Na tą porę roku idealna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ania Rusowicz – Genesis

Genesis

Dwa lata temu ta dziewczyna zrobiła zamieszanie nagrywając płytę mocno osadzoną  w realiach rock’n’rolla lat 60. I wydawało się, że zostanie zaszufladkowana w tej konwencji. Teraz Ania Rusowicz (bo o nie mówię) pojawia się po dwóch latach z nowym, autorskim materiałem.

Tym razem produkcją zajął się Piotr „Emade” Waglewski, którego zainteresowania muzyczne są szerokie – od rocka i psychodelii po hip-hop. Niby stylistycznie mamy to, co na debiutanckim albumie, co mógł sugerować singlowy „To co było”. Jednak tutaj jest większe pójście w stronę psychodelii, co sygnalizują nie tylko gitarowe riffy („Powroty do siebie” czy przypominające Breakout „Polne kwiaty”), ale też silniej zaznaczona sekcja rytmiczna (szybkie „Ptaki” czy bardzo minimalistyczna „Mantra”). Poza jednak gitarą i sekcją rytmiczną dają też o sobie znać smyczki („Nie uciekaj” trochę przypominające The white Stripes), delikatne Hammondy („Anioły”), flety („To co było”, „Tam gdzie pada deszcz”), ale widać tutaj spory progres. Jest różnorodnie, spójnie i jeszcze bardziej oldskulowo.

Sam wokal niby się nie zmienił, ale słucha się go z niekłamaną frajdą. Jest on też bardziej poddany obróbce i modyfikacjom („Anioły”, „Polne kwiaty”), zaś teksty może i dość proste, ale jednocześnie bardzo interesujące i zgrabnie napisane.

Tak jak zachwyciłem się „Moim big-bitem”, tak samo jestem pod wielkim wrażeniem „Genesis”. Jest wiele zmian, lepsze brzmienie i eksperymentowanie, a nie tylko stylizacja. Fantastyczna płyta.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski