Marek Jackowski – Marek Jackowski

Marek_Jackowski

Płyty wydawane po śmierci twórcy zawsze wprawiają w konsternację. Zwłaszcza gdy zawierają premierowy materiał i zwyczajnie nie wypada powiedzieć nic złego. Tak jest w przypadku ostatniej płyty Marka Jackowskiego, który nagrał z zaproszonymi gośćmi.

Jest to bardzo delikatne granie gitarowe, bardziej wyciszające i refleksyjne, a także bardzo melodyjne. Ale nie brakuje tutaj trochę mocniejszego uderzenia („Przychodzisz, odchodzisz” z silną gitarą oraz wokalem Piotra Cugowskiego), jednak dominują tutaj smyczki („Deszcz”, „Odnajdziemy się”), delikatne brzmienia gitary, choć perkusja potrafi zaszaleć albo skręcamy w stronę lekko popowej („Tyle muszę”), orientalnej („Kraj”) czy bluesowej („Miasto wzywa” ze świetnym saksofonem, „Matka od samotnych drinków”). Brzmi to po prostu bardzo dobrze, zaś nawet lekko taneczne elementy (perkusja w „Tyle muszę” czy „Nie zawsze jest tak jak chcesz”) nie przeszkadzają, a nawet intrygują.

Bardzo podobały mi się teksty – proste, ale za to poruszające, intrygujące i życiowe. Także sam Jackowski śpiewa naprawdę dobrze, choć bardzo delikatnie. Zaś wśród śpiewających tutaj są trzymający fason Piotr Cugowski, lekko stonowany Muniek Staszczyk („Ulica miłości”, „Nie zawsze jest tak jak chcesz”), rozpoznawalny Maciej Maleńczuk („Miasto wzywa”, „Kraj”), delikatna Anna Maria Jopek („Deszcz”, „Tyle muszę”), dająca radę Ania Wyszkoni („Odnajdziemy się”, „Matka od samotnych drinków”) oraz mocna Ewa Prus („Nie ma cię”). I wszyscy wypadli naprawdę zgrabnie i słuchało się tych piosenek z wielką frajdą.

Powiem wam szczerze – jest to naprawdę dobra płyta, serwująca coś, co wiele lat temu można było określić mianem szlachetnej muzyki rozrywkowej. Proste, ale nie prostackie, delikatne, eleganckie oraz zaskakująco pogodne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Eliza Doolittle – In Your Hands

In_Your_Hands

Wielka Brytania to kraj, który miał i ma wiele zespołów oraz wokalistów, którzy dziwny cudem podbijają światowe listy przebojów. Trzy lata temu pojawiła się niejaka Eliza Doolittle, lat 22 wydając swój debiutancki album zawierający bezpretensjonalne popowe piosenki. Teraz przyszła kolej na album nr 2 – „In Your Hands”.

Początek zapowiada kontynuację tego szlaku – „Waste of Time” z delikatnym fortepianem oraz tamburynem.  Ale dalej jest już różnorodniej, choć nie do końca. Klawisze nie wywołują drażnienia („Hush”, choć pojawiają się „cykacze”), nawet znalazły się smyczki („Let It Rain”), klaskanie („No One Can”), gitara akustyczna. Jednak im dalej (a dokładnie od nr 6 – „Walking on Water”) tym robi się coraz bardziej nudnawo i elektronika zaczyna wywoywać rozdrażnienie (perkusja w „Walking on Water”), a i piosenki zaczynają się rozmywać. I nie pomaga obecność dęciaków („Big When I Was Little”) czy fortepianu, nie mówiąc o niezłym basie.

Sam wokal Elizy już nie dziecinny, ale jeszcze nie dojrzały potrafi jeszcze przykuć uwagę, zaś same teksty są mocno średnie. Ja nie oddałbym się w jej ręce, a szkoda, bo mógł wyjść z tego naprawdę fajny album. A tak wyszło rozczarowanie.

5/10

Radosław Ostrowski

Sammy Hagar & Friends

Sammy_Hagar__Friends

Ten wokalista najbardziej znany jest z dokonań z zespołem Van Halen, gdzie był jego wokalistą w latach 80. oraz ostatnio założonej supergrupy Chickenfoot. Teraz Sammy Hagar postanowił nagrać solową płytę, ale z kumplami i przyjaciółmi.

Album „Sammy Hagar & Friends” zawiera 10 piosenek wyprodukowanych przez samego Hagara oraz Johna Conibertiego, który już z Hagarem współpracuje od czasów Chickenfoota. Zaś wśród zaproszonych do współpracy osób nie zabrakło m.in. perkusisty Chada Smitha, gitarzysty Joe Satrianiego, basisty Billa Churcha czy udzielających się wokalnie Taja Mahala, Kida Rocka i Toby’ego Keitha. A w zamian dostajemy soczyste, rockowe granie czasami idące w stronę country (początek „Father Son” czy „All We Need Is An Island”) czy bluesa. Jest porywająco i ogniście („Knockdown Dragout” ze świetną gitarą Satrianiego oraz mocnym wokalem Rocka), czasami chwile spokoju (chwytliwy „Ramblin’ Gamblin’ Man”), szybki rock’n’roll („Bad on Fords and Chevrolets” z Ronniem Dunnem na wokalu), a nawet meksykańskie rytmy („Margaritaville”). Nudy tu nie ma, w żadnym wypadku, a całość trzyma dobry poziom. Zaś całość kończy koncertowa wersja „Going Down”.

Hagar jest w naprawdę mocnej wokalnej dyspozycji, piosenki brzmią świetnie (nie zabrakło tutaj 3 coverów m.in. „Personal Jesus” Depeche Mode), Innymi słowy wyszedł naprawdę dobry, rockowy album. Niby nic nowego, ale jak się tego słucha. Brać, kupować i słuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Słoń i Mikser – Demonologia II

Demonologia_II

Już sama okładka zapowiada, że nie będzie to album lekki i przyjemny, co w hip-hopie i tak jest pewną normą. Także tytuł zapowiada pójście w stronę horroru. To poznajcie „Demonologię II” duetu Słoń (nawijka) i Mikser (produkcja).

Ten dwupłytowy album jest mroczna produkcją. Surowe bity, niepokojące smyczki, imitacje chórków czy przerobione głosy – to tutaj jest normą. W dodatku jeszcze nie brakuje organów („Koyaanisqatsi”), imitację muzyki z pozytywki („Suro”) czy równie nieprzyjemny fortepian („CHCWD”). Jednak trudno omówić tu każdy utwór, a jest ich 27. Brzmi to naprawdę dynamicznie, strasznie i bardzo fajnie, a także różnorodnie. Zaś w tekstach jest tutaj o zbrodni, karze, narodzinach diabła („Suro”), pełne przemocy obrazy („Pan Patryk jedzie na biwak”), odniesienia do horrorów („Slasher”) czy pedofilię. Mocne rzeczy – wierzcie mi.  Zaś sama nawijka Słonia naprawdę porywa i przykuwa uwagę.

Gospodarz zaś doszedł jeszcze do wniosku, że mógłby zaprosić paru gości, którzy tutaj się popisali. Pih, KaeN, Sherrelini czy Te-Tris – te ksywy mówią same za siebie. Przerażający album.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Weekend – Ona tańczy dla mnie

Ona_tanczy_dla_mnie

Jeśli myślicie, że hardkorowe granie to metalowe kapele w stylu Motorhead (zarąbista ostatnia płyta), Slayera, Slasha czy nawet takich weteranów jak Black Sabbath, to oznacza jedną rzecz i tylko jedną rzecz – nie słyszeliście grupy Weekend. Jak można poznać ich dorobek? Jest kilka sposobów – od kupna płyty, wypicia więcej niż „kilku piw” lub przegranie zakładu. Ja wpadłem w to trzecie, ale zamierzam zachować się jak profesjonalista. Więc bez zbędnego opierdalania się, biorę się do rzeczy.

Jak podaje Wikipedia, zespół powstał w Sejnach w 2000 roku, obecnie tworzą go: wokalista Radosław Liszewski oraz tancerze (osoby zbędne przy pracy nad płytami) Adam Łazowski i Paweł Nitupski. Do tej pory wydali cztery płyty, więc doszli do wniosku, że pora zrobić płytę nr 5. I tak stali się nagle popularni w gatunku zwanym disco polo.

Album zawiera 10 utworów (naprawdę 6, bo cztery ostatnie to zremiksowane wersje – zahaczające o New Order „Męska rzeczywistość”, idący w Pitbulla „Za każdą chwilę z tobą” niejakiego V-Projecta oraz dwa koszmarne remiksy „Ona tańczy dla mnie”). Zaczyna ją tytułowa kompozycja, która jest tak znana, że nie muszę o niej mówić (kilka milionów wejść nie YouTube nie mogło być przypadkowe) – pojawia się ono jeszcze w dwóch remiksach, które są synonimem słowa koszmar. Same kompozycje są budowane na tak standardowych instrumentach jak syntezator jeden, drugi i trzeci. To nawet można przeżyć, ale same melodie brzmią dość topornie i drażnią użytą tam elektroniką, która imituje pianino, smyczki czy saksofon („Zakochani wciąż jak nikt”). Zaś próby pójścia w pop („Męska rzeczywistość”) czy rapu („Moje miasto nigdy nie śpi”), nie ratują tego albumu.

W disco polo wokal i teksty są drugorzędne i nieistotne. Chyba Radosław Liszewski jest tego w pełni świadomy, bo ani wokal nie powala, zaś teksty są dość proste i porażają głębią jak w refrenie „Zakochani wciąż jak nikt”: „Więc całuj mnie do licha bo,/życie nam usycha bzdur,/góry odłóż na bok to,/co istotne mało.” Także padają takie słowa jak „maleńka”, „o o o  o” czy moją ulubioną frazę „wiem nie jestem święty, mówią nawet mi drań”. Jestem porażony.

„Ona tańczy dla mnie” to album dla ludzi o mocnych nerwach, lubiących wyzwania i silnych psychicznie. Jeśli nie należycie do żadnej z tych grup, odpuśćcie sobie.


Motorhead – Aftershock

Aftershock

Są zespoły, które bardziej lub mnie ewoluują ze swoją muzyką. Na pewno takim zespołem NIE JEST brytyjski Motorhead, która gra głośno, mocno i szybko. I tak już od lat 70-tych. Lemmy i spółka po zaledwie trzech latach pojawili się z nowym, 21 albumem.

Za produkcję odpowiada Cameron Webb, który współpracował m.in. z Megadeth, Alkaline Trio czy Disturbed. I w zasadzie ograniczyłbym się do stwierdzenia, że to Motorhead i nie ma zmiłuj. Jest ostro, gitara tutaj naprawdę się popisuje i trzyma tak naprawdę za mordę razem z sekcją rytmiczną (otwierające całość „Heartbreaker” i „Coup de Grace”), ale nie brakuje tutaj pójścia w stronę mocnego bluesa („Lost Woman Blues”) czy jeszcze bardziej łomoczącego grania („End of Time”). Jest ogniście, dynamicznie i praktycznie bardzo rzadkie są chwile na złapanie oddechu jak w „Dust and Glass”. Jednak to są tylko fragmenciki, które są mocarne jak „Silence When You Speak to Me” czy rock’n’rollowe „Crying Shame”.

Nie ma tu elementów zaskoczenia. Lemmy wokalnie robi swoje, pozostali z tria robią dźwiękową rzeź, waląc po perkusji i szalejąc na elektrycznej gitarze. To jest Motorhead, czyli szalona, rock’n’rollowa jazda po bandzie, bez kompromisów i po swojemu. Tak się gra rocka, panowie.

8/10

Radosław Ostrowski

Tides from Nebula – Eternal Movement

Eternal_Movement

Muzyka rockowa teoretycznie wydaje się prosta i ciekawa. Ale jak zrobić muzykę rockową mając zespół składający się z samych instrumentalistów? Tak właśnie działa warszawski zespół Tides from Nebula, który tworzą: Adam Waleszyński (gitara), Maciej Karbowski (gitara, klawisze), Przemek Węgłowski (bas) i Tomasz Stołowski (perkusja).Do tej pory panowie wydali dwie płyty, a niedawno wyszedł 3 krążek.

Za „Eternal Movement” odpowiada Christer-Andre Cederbeg, który współpracował m.in. z zespołem Anathema. Więc jak przekazać emocje tylko i wyłącznie za pomocą muzyki? Panowie stworzyli wręcz kosmiczne brzmienie. Utworów jest tylko osiem, ale za to nadrabiają długością oraz aranżacjami. Już „Laugher of Gods” pokazuje z czym mamy do czynienia – duża przestrzeń, „plastyczność” samej muzyki, świetne zgranie zespołu oraz poczucie wielkiej przestrzeni. Muzyka instrumentalna zawsze wprawia mnie w problem, bo nie potrafię opisać słowami muzyki. Bo jak mam opisać „Emptiness of Yours and Mine”, obrazujący pustkę i samotność, by w ostatnich trzech minutach nagle eksplodować? Czy tej euforycznej jazdy w „Hollow Lights”? Albo zmienne tempo w „Now Run” czy „Let It Out, Let It Flow, Let It Fly”? Nie wspominając o epickim, choć powoli rozkręcającym się „Up from Eden”.  Mógłbym powiedzieć, sami tego posłuchajcie, ale to jest trochę tak jak prosić niemowę, by coś powiedział.

Ale słuchając takich albumów jak „Eternal Movement” mógłbym ograniczyć się do wystawienia oceny i tyle. Więc powiem krótko: znakomita płyta. Ja znów zaczynam jej słuchać, a wy?

8,5/10

Radosław Ostrowski


Clannad – Nadur

Nadur

Pewnie wielu młodym osobom, nazwa Clannad mówi bardzo niewiele. Pochodzący z Irlandii kwartet w składzie: Marie Brennan, Ciaran Brennan, Padraig Dugann, Noel Dugann był jedną z popularniejszych grup na świecie. Mieszali oni pop z muzyką celtycką i teraz po 15 latach wracają z nowym materiałem. Efekt?

Pamiętacie Enyę? Ona zaczynała swoją drogę muzyczną od Clannadu, gdzie obecnie śpiewa jej siostra Marie. Więc należy się spodziewać tego, co zawsze – popowego grania zmieszanego z celtycką muzyką. A to wszystko za pomocą gitar, czarującego wokalu Marii, perkusji i delikatnej elektroniki. Ale są też tworzące odpowiedni nastrój flety („TransAtlantic”), wspólne śpiewanie  w języku gaelieckim („Turas Dhómhsa chon na Galldachd”), nawet lekko bluesowe granie (harmonijka ustna w „The Fishing Blues”). Zespół wraca do swoich korzeni i robi to naprawdę zgrabnie, nawet w instrumentalnych kompozycjach („Lamh ar Lamh”). Nie ma tutaj zaskoczeń czy niespodzianek, ale i nie o to tu chodzi.

A jeśli macie pytania, czy warto sięgnąć po Clannad odpowiem wam tak – jeśli spodoba wam się otwierający całość „Vellum”, to może cie śmiało iść. Pozostali, niech żałują, bo nie wiedzą co tracą. Coś czuję, że będzie głośno o tym albumie, choć grają dość rzadko graną muzykę w radiach.

8/10

Radosław Ostrowski

Ayo – Ticket to the World

Ticket_To_The_World

Ta pochodząca z Nigerii Niemka postanowiła się sprawdzić jako wokalistka soulowa. Do tej pory wydając 3 płyty, zostało dobrze przyjęta przez słuchaczy i krytykę. Teraz Ayo wydaje swój album nr 4. Czy wyszedł z tego dobry album?

Za produkcję odpowiada Jay Newlanda, który współpracował z Ayo od samego początku jej drogi, a także m.in. z Norą Jones, Paulem Simonem czy Stevie Wonderem. Już zapowiadający całość singiel „Fire” wskazywał, że wiele się zmieni. Choć nadal dominuje gitara akustyczna, delikatne klawisze i perkusja. Poza soulowymi brzmieniami, zahaczymy po drodze o reggae („Teach Love”) czy częściej w folk i hip-hop (tylko, że z żywymi instrumentami zamiast bitami – m.in. „Fire” i „Complain” z marszową perkusją oraz skrzypcami) czy etnicznymi dźwiękami (bębny w „Justice”). Jest to bardzo spokojna, wręcz stonowana płyta, gdzie ledwie fragmenty są dynamiczne („Hullabaloo”, „Sister”), jednak mnie to nie przeszkadza i na tą porę roku brzmi naprawdę ciepło i przyjemnie.

Sam głos Ayo jest egzotyczny i pełen ekspresji, co też jest istotne. Z kolei teksty trzymają dobry poziom, mówiąc o miłości w różnych odcieniach. I na szczęście nie tylko („Fire”).

Widać, że tak wokalistka ciągle szuka nowych środków wyrazu i chce nas zaskoczyć. Mnie ten bilet zaintrygował i brzmi to naprawdę ładnie i dobrze. Bardzo polecam i zalecam.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Pearl Jam – Lightning Bolt

Lighting_Bolt

Dorobek tego zespołu nie był specjalnie obiektem mojego zainteresowania. Fakty mówią jednak same za siebie – 15 wydanych płyt, które rozeszły się w prawie 100 milionowym nakładzie, wyrazisty styl oraz charakterystyczny wokal Eddiego Veddera, uczynił Pearl Jam jedną z najlepszych grunge’owych kapel. Teraz wychodzi album nr 16.

Za produkcję „Lightning Bolt” odpowiada Brendan O’Brien, który współpracuje z zespołem od 1993 roku. I jest to nadal rockowe granie – żadnych dubstepów, elektroniki czy cudowania. Gitara łoi aż miło (singlowy „Mind Your Manners”), bas z perkusją napędzają całą maszyną („My Father’s Son”), czasem stworzą nastrojową balladę („Sirens”). Jednak zespół próbuje zaskoczyć i czymś takim jest dość ponure „Pendulum” z oszczędna perkusją oraz dość sennym klimatem, zaczynające się akustyczną gitarą „Swallowed Whole” czy idące w stronę country „Sleeping By Myself”. Jednak zmiana tempa, dynamiczne riffy, mocna perkusja dominują, zaś Vedder świetnie się drze, ale gdy trzeba być bardziej stonowanym, to jest.

Tak samo dobrze wypadają teksty o samotności, przeszłości, niebie i piekle. Jest bardziej refleksyjnie, co w połączeniu z (w większości) dynamiczną muzyką wywołuje mocne uderzenie. I choć nie znam zbyt dobrze Pearl Jam, jest to naprawdę udany materiał, z kilkoma porywającymi fragmentami i trzymająca wysoki poziom.

7,5/10

Radosław Ostrowski