Maria Mena – Weapon in Mind

Weapon_in_Mind

Ta wokalistka pochodząca z Norwegii (kraju kojarzonego z łososiem norweskim oraz triem a-ha) przebiła się na cały świat utworem „All This Time” w 2008 roku, pochodzącym z czwartej płyty. Bardzo uznana w swoim kraju nadal nagrywa i właśnie teraz ukazał się jej szósty album „Weapon of Mind”.

Za produkcję odpowiada stały współpracownik – Martin Sjolle. I nie będę oszukiwał, jest t popowa płyta. Czy znaczy, że dobra?  Na pewno nie wywołująca rozdrażnienia czy irytacji, a to już coś. Dominuje tutaj fortepian, który tutaj pojawia się niemal cały czas. Owszem, jest tutaj elektronika, jednak nie jest ona ani agresywna, nie wywoływała też rozdrażnienia uszu („I Always Liked That”), choć zdarzały się pewne niewypały (paskudna perkusja oraz dźwięki w „You’re All Telling Stories”). Pojawia się też delikatna gitara elektryczna („You Make Me Fell Good”), smyczki (poruszający „Lover Let Me In”), zaś całość wypada całkiem przyzwoicie, ku mojemu zaskoczeniu. Tych 13 piosenek w większości słucha się naprawdę nieźle,  dodatkowo okraszone bardzo delikatnym, wręcz dziewczęcym głosem Marii oraz solidnymi tekstami mówiącymi o tym, co w większości muzyki.

Owszem, nie jest to idealna pozycja, ale to naprawdę przyjemny album popowy, co nie dzisiaj nie zawsze się udaje. Tutaj akurat wyszło.

7/10

Radosław Ostrowski


Stacey Kent – The Changing Lights

The_Changing_Lights

Muzyka jazzowa – te dwa słowa kojarzą się jednoznacznie ze smęceniem, dęciakami oraz bardziej eleganckim brzmieniem. Nie inaczej jest z nową płytą Stecey Kent – jednej z bardziej znanych wokalistek jazzowych.

„The Changing Lights” wyprodukowany przez Jima Tomlinsona (saksofonista i mąż Kent) tym razem skręca w stronę muzyki brazylijskiej. Dlatego pojawiają się tu różne bossa novy oraz ładnie grająca gitara akustyczna („One Note Samba”). Nie mogło też zabraknąć fortepianu czy różnych flecików, czasem delikatnie pojawi się gitara elektryczna i klawisze („Waiter, Oh Waiter”) czy saksofon („How Intensive” czy „This Happy Madness”). Nie ma tutaj szaleństw czy fajerwerków, bardziej stawia się tutaj na klimat (trochę zahaczający o Dianę Krall), który dla wielu może być monotonny, co może wielu znudzić czy zniechęcić. Atutem może być bardzo delikatny, ciepły wokal Stacey, który śpiewa tutaj po angielsku, portugalsku („A Tarde”), a nawet francusku („Chanson Legere”).

Nie będę się dalej rozwodził, bo to solidny album, serwujący bardzo delikatne granie. Mnie się to podobało.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Diana Vickers – Music To Make Boys Cry

Music_To_Make_Boys_Cry

Programy typu talent show napawają mnie raczej sceptycyzmem a propos nowy twarzy przemysłu fonograficznego. Tacy nowy wykonawcy czy laureaci pojawiają się szybko i znikają jeszcze szybciej, a o laureatach mało kto pamięta. Owszem, są pewne wyjątki, ale tylko one potwierdzają regułę. Jedną z osób uczestniczących w tego typu programie jest 22-letnia Diana Vickers (półfinalistka X Factora z 2008 roku) z Wielkiej Brytanii. Po debiutanckim albumie sprzed 3 lat pora na drugi album o dość ciekawym tytule „Music To Make Boys Cry”. Czy sie popłaczę po przesłuchaniu płyty?

No właśnie. Za produkcję tego albumu odpowiada trzech ombres: David Gamson (współpraca m.in. z Keshą, Kelly Clarkson czy Adamem Lambertem), Simen Eriksrud (DonkeyBoy) oraz Ant Whiting (Rizzie Kicks, John Newman). Czyli należy się spodziewać popowego brzmienia, a współczesny pop nie wywołuje zbyt dobrych skojarzeń. Przynajmniej u mnie. Ale po odsłuchaniu stwierdzam, że nie jest tak źle, ponieważ stylistycznie poszliśmy lekko w stronę lat 80. co trochę nie przeszkadza (dyskotekowa perkusja jednak wywołuje we mnie pewne spięcia). Może i jest melodyjnie i dość różnorodnie, ale coś tu zgrzyta. Nawet jeśli pojawia się coś interesującego (fortepian w „Smoke” czy delikatna elektronika w „Mr. Postman”),  to znika w oceanie plastikowego brzmienia. Wiadomo, trzeba nagrać taki album, żeby go w radiu puszczali, ale czy to dobre rozwiązanie. Niby 10 utworów, ale w całości żaden nie był wart uwagi. Sytuację częściowo ratują umieszczone w edycji deluxe trzy utwory w wersjach akustycznych (tylko gitara), ale jednak niesmak pozostaje.

Tym większa szkoda, bo Diana ma całkiem przyzwoity, lekko dziewczęcy wokal, który potrafiłby uwieść, gdyby tło było ciekawsze lub pozwoliło jej na to. A tak mamy co najwyżej przeciętniaka z paroma momentami.

5,5/10

Radosław Ostrowski

AlunaGeorge – Body Music

Body_Music

Nazwa tajemnicza, ale to są debiutanci, a dokładniej duet Aluna Francis (wokal) i George Raid (klawisze i produkcja). Pochodzą z Wielkiej Brytanii, działają od czterech lat, ale dopiero teraz wydali swój debiutancki album. Co z tego wyszło?

Elektroniczne brzmienia skręcające w strony r’n’b, tworzące bardzo chilloutowy klimat. Czyli nie ma żadnego agresywnego łubu-dubu, jednak jest to tak uwarstwione, że nie przynudza („Your Drums, Your Love” czy „Bad Idea”), perkusja też  bardziej stonowana, wręcz delikatna, nie brakuje też przesterowanego wokalu („Diver”, „Lost & Found”). Klimatem trochę to przypomina debiut Jessie Ware, jednak tutaj jest to ciekawsze i bardziej melodyjnie. Trudno przyczepić się tu do jakiegoś utworu, elektronika jest bardzo przyjemna, zaś dziewczęcy głos Aluny bardziej potęgują ten chilloutowy klimat. Jedyne do czego można się przyczepić to teksty – dość błahe i banalne, ale chyba w tego typu muzyce nie są one najważniejsze.

Co ja tu dużo będę mówił, jest to bardzo melodyjna, przebojowa elektronika będąca alternatywą dla plastikowego brzmienia. Świetnie się tego słucha.

8/10

Radosław Ostrowski

Interstate Blues – Two Thousand Miles Away

Two_Thousand_Miles_Away

Na tą grupę natrafiłem czystym przypadkiem, zaś nasz Internet jest bardzo skąpy w informacje na temat tej kapeli. Działają oni od 1994 roku, tworząc trio w składzie:  Jamie Purpura (gitara, wokal), Roger Brown (bas) i Jeremy Crowther (perkusja). Do tej pory nagrywając bluesowe albumy. Ale przy dziesiątym albumie, trio zaskoczyło.

„Two Thousand Miles Away” zawiera utwory, które trzymają się stylistyki hard rockowej. Jest mocno i dużą dawką mięsa. Inspiracji jest tutaj sporo,głównie z rocka lat 70 i 80: od Zeppelinów przez ZZ Top i Van Halen. Gitara gra albo mocno albo dynamicznie, a najczęściej jedno i drugie. Zaczynając od szybkiego „Adrenaline Twelve”. Po drodze pojawi się między innymi tytułowy utwór – potężna 7-minutowa kompozycja, która zaczyna się spokojnie, by w środku przyłoić i pod koniec wyciszyć się na gitarze akustycznej. A dalej to mamy ostrą jazdę bez trzymanki, której nie jestem w stanie opisać słowami. A w zasadzie jednym – młócka, ale za to bardzo przyjemna, zaś riffy Purpury są wyborne. Tak samo jak jego wokal.

Takiego porządnego i ostrego grania nigdy dość. Szkoda jednak, że jest to dość mało popularny zespół. Zasługują na naszą uwagę.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Jamal – Miłość

Milosc_Jamal

Ta ekipa jest jedną z bardziej zaskakujących i nietypowych kapel. Najpierw nagrali świetnie zrobioną płytę reggae, potem poszli w mocno elektroniczne brzmienia, a teraz skład Jamal nagrywa trzeci album, który wychodzi po 5 latach przerwy. Co tym razem zrobili?

Poszli w rocka. Przynajmniej na początku (dynamiczna „Bomba” czy „Królowa”), bo dalej jest jeszcze ciekawiej. Za produkcję odpowiada basista Andrzej Markowski. Gitary są mocno wyeksponowane i pojawiają się różne gitary. I kiedy wydawało się, że będzie bardziej rockowo, nastąpiła wolta w stronę elektroniki (popowy „DEFTO”, „Peron” z gitarą akustyczną czy lekko dubstepowy „Pocałuj mnie w miłość” z fajnym basem), zmieszanie jednego z drugim („6.0.6.”) oraz parę zaskakujących dźwięków i stylistyk (cymbałki w „Upadłem w Poznaniu”, jazzujący bas i perkusja w „Szołbiznesie” czy reggae w „Powiedz mi”). W dodatku część tekstów jest rapowana. Ta różnorodność o dziwo nie gryzie się ze sobą. Mnie to powaliło, a słucha się tego z ogromną frajdą.

Miodu na wokalu radzi sobie bez zarzutu, choć najlepiej sobie radzi, gdy nawija. Ten wokal to znak rozpoznawczy zespołu i nie zawodzi. Za to teksty są całkiem dobre, gdzie nie brakuje refleksji na temat szołbiznesu, hedonizmu czy toksycznej miłości. Słucha się tego dobrze i nie wywołuje zgrzytów.

To najbardziej różnorodna płyta składu Jamal, która wypada dużo lepiej niż „Urban Discoteque”. Intryguje, jest różnorodna i przy tym spójna. Chwytliwe jak cholera.

8/10

Radosław Ostrowski

Anita Lipnicka – Vena Amoris

Vena_Amoris

Ta wokalistka znany była najbardziej z dwóch rzeczy: była najlepszą  wokalistką Varius Manx i po odejściu nagrała świetnie przyjęte płyty z Johnem Porterem. Teraz Anita Lipnicka działa solowo i radzi sobie całkiem nieźle. Właśnie ukazał się jej kolejny album, ale tym razem po polsku.

„Vena amoris” zostało nagrane w Londynie pod nadzorem dźwiękowca Grega Freemana (Mumford & Sons, Goldfrapp) oraz zmiksowane przez Stuarta Bruce’a (Van Morrison, Yes). Jest to płyta idącą w stronę folku i country, z typowym dla tego nurtu instrumentarium: akustyczna gitara, banjo, steel pedal. Bardzo spokojny to album, choć nie brakuje lekko onirycznego klimatu („Sen Laury”), pojawia się trąbka (tytułowy utwór) czy delikatny fortepian („Trzecia zima”).  Może to i w połowie zaczyna robić się za spokojnie, wręcz sennie, jednak pojawiają się pewne fragmenty nie pozwalające zasnąć (solo gitarowe w „Za dużo aniołów” czy elektronika w „Samej”).

Sam wokal Anity jest bardzo delikatny, wręcz leciutki, zaś teksty przykuwają uwagę, idąc w stronę poetyckości, co wielu może zniechęcić.

„Vena amoris” jest całkiem przyzwoitą płytą, która może nie zaskoczy, ale przy której mija miło czas. Teraz Polska? Nie tym razem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Renovatio

Renovatio

Powiem wam szczerze, nie wierzyłem, że ta płyta kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Czekałem 11 lat (wtedy pojawiła się „Niewinność” w radiach), ale trochę się bałem. Rozczarowania, nudy, porażki – niepotrzebne skreślić. Nawet kiedy już potwierdzono, że jednak będzie ten album, miałem wątpliwości. Dwa następne single trochę mnie uspokoiły, ale wątpliwości. W końcu i ja przesłuchałem nową płytę Edyty Bartosiewicz. Czyżby „Renovatio” miało być naszym odpowiednikiem „Chinese Democracy” Guns’n’Roses (długi czas oczekiwania i potem wielka porażka)?

Po 4 przesłuchaniach stwierdzam krótko: nie. Album zawiera 13 piosenek, utrzymanych w czymś, co dawno zostało nazwanym pop-rockiem, czyli delikatnie brzmienie podrasowane gitarą elektryczną (w refrenach). Innymi słowy – wszystko po staremu i bez jakiś zaskakujących zmian. Może poza tym, że jest bardziej spokojnie, mniej takich petard jak „Szał” (czymś takim może być najstarsza „Niewinność”, ale to już trochę na siłę). Gitary grają ładnie, elektroniczne smyczki, skręty w bluesa („Madame Bijou”), ale jest parę zaskoczeń (pulsujący bit oraz dęciaki w „Italiano”, „Cień” z rytmicznym basem oraz chórkami soulowymi czy reggae’owa „Orkiestra tamtych dni” z akordeonem dodatkowo).

Już po pierwszym utworze słychać kto to śpiewa – lekko zachrypnięty, nosowy głos, może trochę bardziej recytujący niż śpiewający, ale to nadal ona. I słuchało mi się jej naprawdę przyjemnie. Tak samo z tekstami – proste, ale nie prostackie, pozbawione naiwności czy banału, co wcale nie jest takie proste, a potrafią to tylko nieliczni.

Czy można „Renovatio” nazwać wielkim powrotem? Ja bym się wstrzymał z tym stwierdzeniem. Na pewno nie jest to wielka porażka czy blamaż. To zbyt dobry album, by nazwać go słabym. Na pewno będzie umilać najbliższe jesienne wieczory. Może i jest trochę zbyt spokojnie, ale to trochę tak jakby powiedzieć, że Leonard Cohen powinien grać rock’n’rolla zamiast smęcić. Bardzo sympatyczny album, do którego na pewno jeszcze wrócę.

7,5/10 (skręcające w stronę pełnej „ósemki”)

Radosław Ostrowski

Bracia Figo Fagot – Eleganckie chłopaki

Eleganckie_chlopaki

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy robi coś, czego nikt po nim się nie spodziewa. Często wtedy padają poważne pytania w stylu: wszystko w porządku? Potrzebujesz porady specjalisty? Kto mi zajumał leki antydepresyjne? Te pytania pojawią się zapewne, po tym tekście. Bo rzadko pojawiają się recenzje płyt disco polo. Ale ta jest wyjątkowa. Dlaczego?

Wszystko zaczęło się jakieś 3 lata temu, gdy Bartosz Walaszek (reżyser robiący seriale animowane dla 4.fun TV) oraz Piotr Połać założyli duet, by napisać razem muzykę do serialu „Kaliber 200 volt”. Wywołało to taki entuzjazm, że panowie jako Bracia Figo Fagot wydali debiutancki album „Na bogatości”. Potraktowano ich jako gwiazdy jednego sezonu, jajacarzy i wygłupiających się. Ale teraz wydali drugi album. I wierzcie mi, czegoś takiego jeszcze nie słyszeliście.

„Eleganckie chłopaki” zawiera 12 piosenek, parodiujących disco polo. Niby mamy tandetnie brzmiący kibord, ale jest to trochę zbyt wyrafinowane i nawarstwione. Z drugiej strony nie mogłem powstrzymać się od śmiechu – coś ze mną nie tak? Chyba nie. Przesterowanie („Już polane stoi szkło”), imitacja dzwonków („Bujaj łbem do przodu”), perkusja waląca jak w „Blue Monday” New Order (i to kilka razy, najbardziej to słychać w „Elegancja Francja”), nawet organy kościelne („Ballada o Stachu żołnierza”) – albo to przeżyjecie albo wam zamuli mózgi. W najgorszym wypadku będziecie chcieli mnie zabić.

Śpiewanie, umówmy się to jest najmocniejszy element tego albumu, jednak dziwnie to pasuje. Bardziej zniewieściały Połać skontrastowany z mocniejszym Walaszkiem tworzą piorunującą mieszankę, zaś gościnny występ Czeslawa Mozila (Sztefan Wons w „Zobacz dziwko co zrobiłaś”) może wywołać konsternację.

Jeśli zaś chodzi o teksty, tematyka typowa dla disco polo (seks, seks i jeszcze raz seks), tylko że tutaj nie ma żadnych subtelnych tekstów ani aluzji. Jest prosto z mostu, mięso leci jak w niejednym hip-hopowym kawałku, zaś specyficzny humor („Nie płacz chłopie – zwykła sprawa,/Że ci świnia nie dała/Mało który chłop zalicza/Po to są burdele”) jest chamski, co wyróżnia ich od innych zespołów grających tą muzykę. I znowu oberwało się Cyganom.

Proszę państwa, przed przesłuchaniem „Eleganckich chłopaków” należy się poważnie zastanowić, bo po tej płycie nic już nie będzie takie samo. Na własną odpowiedzialność, a ja w tym czasie idę przesłuchać jeszcze raz.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Marillion – Less Is More

Less_Is_More

Marillion w ostatnim czasie trzymał raczej dobry poziom. Jednak w 2008 roku zrobili coś, czego nikt się po nich nie spodziewał – nagrali płytę akustyczną, co wydawało się kompletnym szaleństwem. W dodatku były to akustyczne wersje utworów grupy z Hogarthem na wokalu. Efekt?

Powinien być rozczarowujący i trochę taki jest. Z racji rzeczy, na pierwszy plan wysuwają się klawisze, całość jest bardzo delikatna i lekko uboga. Są pewne próby urozmaicenia (cymbałki i bałałajka w „Interior Lulu” czy chwilowa obecność gitary elektrycznej we „Wrapped in the Time” oraz „Quartz”), jednak w porównaniu z oryginałami albo różnią się niewiele („This is the 21th Century”) albo bardzo słabo („The Space” z ładnym pianinem). Sam wokal Hogartha jest dość spokojny, delikatny. W zasadzie można się zapytać, po co drugi raz nagrywać to samo. W dodatku w oryginale duża część utworów była akustyczna, a najlepiej prezentuje się premierowy „It’s Not Your Fault”.

Innymi słowy, ta płyta w ogóle nie powinna ujrzeć światła dziennego. Ten pomysł nie miał prawa się udać, a trzy dobre numery to za mało, by uznać płytę za udaną.

5/10

Radosław Ostrowski