Kowalski – For the Love of Getting Go

For_The_Love_Of_Getting_Go

Znacie pewnie taki zespół Kowalski? Najbardziej znanym ich przebojem jest utwór „Spragniony Karoliny” i „Marian”, więc kiedy znalazłem ich płytę w dodatku w języku angielskim, byłem zaskoczony. Bo okazało się, że to inny Kowalski. Ten zespół stworzyło czterech kumpli z Irlandii: Louis Price (wokal), Paddy Conn (klawisze, gitara), Tom O’Hara (bas) i Paddy Baird (perkusja), do tej pory zrobili EP-kę i debiut. Teraz pora na drugi longplay.

Album z dość długim tytułem (jak na płytę) ma raptem 10 piosenek (ulubiona liczba producentów, bo dość często spotykana) i jest to pop z domieszką (wręcz domiechą) elektroniki. Muzyka jest prosta, lekka i przyjemna w odsłuchu. Szybka perkusja, ładna elektronika, gitara robiąca swoje, delikatny i miękki wokal – czy może być lepiej? Takie płyty sprawiają mi problem, bo z jednej strony to dobre brzmienie, wpadające w ucho melodie i przyjemnie się tego słucha. Z drugiej jednak po odsłuchaniu nie zostaje nic w głowie. Tak też jest tutaj, choć panowie grają dynamiczne kawałki.

Tu jest tak jak być powinno, ale mało oryginalne to jest. Mimo to można przesłuchać, bo to nie zaszkodzi.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Serj Tankian – Jazz-Iz-Christ

Jazziz_Christ

Ten facet najbardziej znany jest jako charyzmatyczny wokalista zespołu System of a Down. Ale po zakończeniu działalności zespołu, Tankian nie wycofał się z działalności muzycznej. Nagrał już cztery solowe płyty, z czego ostatnia zawierała muzykę klasyczną. Jeśli myśleliście, że Tankian niczym nas nie zaskoczy, to jeszcze nie słuchaliście nowej płyty.

Piąty album Tankiana zawiera… muzyką jazzową. Mało tego, ściągnął do współpracy zawodowych muzyków jazzowych, m.in. pianistę Tigrana Hamasyana, flecistę Valeriego Tolstov, trębacza Toma Dupreya i perkusistę Vincenta Pedullę. To nie są jaja i rzeczywiście brzmi to jazzowo. Z jednej strony nie zabrakło spokojnych brzmień (otwierająca całość „Fish Don’t Scream” czy „Yerevan in Paris” z pięknym fortepianem i klawiszami), eksperymentowania (elektronika i sitar w „Honeycharmed”, gitara elektryczna w „Arpeggio Bust” czy beatbox w „Waitomo Caves”), czy zahaczenia o oniryzm („Balcony Chats” ze świetnymi fletami), zaś Tankian okazuje się bardzo interesującym kompozytorem. Od połowy płyty zaczyna też śpiewać (tylko w 4 utworach na 15), jednak nie popisuje się tu swoimi umiejętnościami w darciu ryjem. Śpiewa bardzo spokojnie, ale w sposób pełen emocji („Garuna” ze wsparciem fortepianu), co dla wielu może być wielkim szokiem.

Kiedy wydaje się, że już mnie nic nie zaskoczy, to pojawi się taki Serj Tankian, który robi naprawdę szalone rzeczy. Najpierw orkiestra, teraz jazz, pytanie co zrobi na następnej płycie – dubstep, disco, rap? Wiem jedno – to będzie płyta, na którą warto będzie czekać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Justin Timberlake – The 20/20 Experience

2020_Experience

Ten facet był obiektem pożądania każdej kobiety do 30-latki (choć myślę, że i starszym mógłby się spodobać), robił udane i dobrze przyjmowane popowe kawałki. Potem zrobił sobie przerwę od muzyki i zaczął grać w filmach, z powodzeniem (m.in. w „The Social Network”). Teraz Justin Timberlake postanowił zrobić sobie przerwę od grania i wrócił do muzyki. I jaki jest tego efekt?

7 lat przerwy i dostajemy album dość nietypowy. Dlaczego? Bo mamy 10 piosenek, z których najkrótsza trwa 4 i pół minuty, zaś reszta to 7-8 minutowe kolosy, czyli niezbyt radiowe kompozycje. W dodatku Justin poszedł tutaj w stronę soulu i r’n’b w starym, dobrym stylu, zaś za produkcję odpowiadają m.in. Timbaland, Rob Knox i sam Timberlake. Więc powinno być nudno i mało angażująco? Bzdura. Owszem, jest tu bardziej elegancko (smyczki i dęciaki obowiązkowe), naszpikowane jest to różnego rodzaju elektroniką (pulsujące „Don’t Hold the Wall”, gdzie jeszcze szaleją bębny i gitara elektryczna czy „Strawberry Bubblegum”), jednak nie drażni ona ani nie irytuje, chociaż pojawiają się fragmenty nie zbyt przyjemne („Tunnel Vision” i częściowo „Spaceship Coupe”, gdzie słychać takie ciągające się coś, jednak pojawiająca się w połowie gitara elektryczna zaciera ten dźwięk). A jednocześnie każdy utwór ma różne smaczki, które dodają uroku tej płycie, co jest zasługą producentów (m.in. lekko orientalna perkusja w „Let The Groove Get In”). Jest świeżo, kreatywnie, różnorodnie i ambitnie.

Sam gospodarza nie tylko świetnie sobie poradził i czuje się w tej muzyce jak ryba w wodzie, to jeszcze zrezygnował z featuringów (wyjątkiem był Jay-Z w „Suit & Tie”, ale jemu się po prostu nie odmawia) i kradnie całe szoł. Tekstowo jest bardzo romantycznie i lirycznie, więc tu nie ma zaskoczeń, a i brzmi to całkiem przyjemnie.

Ta płytą Justin próbował udowodnić, że jest kimś więcej niż serwującym stacjom radiowym hity i gościnnie występującym u innych. I moim zdaniem się to udało, choć nie jestem fanem jego twórczości. Ale nie sposób nie docenić świetnej produkcji, lekkości brzmienia (mimo bogactwa i długości realizacji) oraz wysokiej klasy. Zaimponował mi facet i tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Szok’n’Show

SzoknShow

I minął kolejny rok, 1995. Po sukcesie poprzedniej płyty, Edyta Bartosiewicz nie zwolniła tempa i zaserwowała kolejny album, który tym razem sama wyprodukowała. I rzeczywiście można było doznać szoku.

Bo zaczynamy naprawdę z grubej rury od garażowej „Suszy” z ponurymi klawiszami na początku, szybkimi riffami i wrzeszczącym wokalem. Ale w nawet tych spokojniejszych utworach, przewija się mocniejsze brzmienie („Możesz” czy „Zegar” z elektronicznymi bajerami). Nie zawsze jednak gitara elektryczna jest wiodąca i gra „pierwsze skrzypce” jak w „Spóźnionym” z pulsującym basem czy „Możesz” z basem i perkusją. Dominuje jednak tutaj ogień, brud i garażowość („Szał”, „The Eye”, „Susza”), zaś sekcja rytmiczna jest bardziej wyczuwalna, narzucając tempo (od tego przecież jest). Ale też nie brakuje znacznie spokojniejszych utworów, gdzie gitara elektryczna albo robi za tło („Ostatni” czy „Podwodne miasta” z fajnymi klawiszami, budującymi dość ciekawy klimat) albo nie ma jej w ogóle („Czas przypływu”). Brzmi to po prostu pięknie i trudno znaleźć jakiś słabszy czy mniej udany utwór.

O tekstach i wokalu nie będę się specjalnie rozwodził, bo trzyma on poziom reszty albumu, dopełniając tego albumu, który nadal trzyma się świetnie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Sen

Sen

Dwa lata po swoim debiucie minęły, więc była pora na zrobienie drugiego albumu. Tym razem za produkcję odpowiada sama Edyta i Katarzyna Kanclerz (szefowa Izabelin Studio), zaś efekt jest jeszcze lepszy.

Przede wszystkim jest to album bardziej przebojowy, bardziej dynamiczny i z większą ilością piosenek (aż 12) i gitara jest bardziej słyszalna. Oczywiście, jest to nadal lżejsza odmiana rocka, ale nie brakuje też mocniejszych brzmień (solówki w „Tatuażu” czy „Walczyku”). Więc dzieje się tu sporo, tempo jest zróżnicowane, nie brakuje spokojniejszych ballad (akustyczne „Zanim coś”), zabawy („Żart w zoo” z klawiszami i basem na pierwszym planie) i pierwszych hitów („Tatuaż”, „Sen”, „Urodziny”). Są też trzy piosenki w języku angielskim („Angel”, mocniejszy „Move Over” i spokojniejszy „Before You Came”), które nie gryzą się z resztą płyty. I w zasadzie mógłbym na tym skończyć historię tej płyty, bo reszta trzyma równie wysoki poziom (teksty bardzo interesujące, wokal świetny), a całość o dziwo się nie zestarzała. I tyle, dalej nie będę się rozwodził, mieć koniecznie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Love

Love

Ta kobieta to fenomen i jedna z najbardziej wyrazistych wokalistek lat 90. w Polsce. Choć na jej płytę fani czekali 11 lat (w końcu się doczekają jesienią – to nie są plotki), nie została zapomniana. Chyba wiadomo o kim mówię. Ponieważ zbliża się premiera płyty Edyty Bartosiewicz, postanowiłem tak jak w przypadku Dido i Enyi zrobić sobie nostalgiczny powrót do przeszłości. Czy ta muzyka się zestarzała? Zobaczymy.

Na początek jej pierwsza solowa płyta „Love” z 1992 roku wyprodukowany przez Rafała Paczkowskiego dla Izabelin Studio, zaś przy nagraniu uczestniczyli m.in. basiści Tomasz Gąssowski i Krzysztof Ścierański, gitarzyści Paweł Derentowicz i Jan Borysewicz, a także sam Paczkowski grając na klawiszach. Sama muzyka to lżejszy odcień rocka. Ale nie oznacza, że jest to bardzo spokojne granie (akustyczne „Will You Get Back Home Again?”), przynajmniej nie do końca, bo gitara czasem potrafi zaszaleć („Goodbye to the Roman Candles” czy „Clouds… They Block My Way”), sekcja rytmiczna robi swoje dając szybkie tempo, a to delikatnie klawisze budują trochę senny klimat („If”, „Emmilou”). I mimo upływu lat, brzmi to nadal bardzo dobrze, elegancko i przyjemnie.

Sam wokal Edyty też jest przyjemny. Mimo że śpiewa po angielsku, brzmi świetnie i nie uwierzyłbym, że to śpiewa Polka. Także teksty trzymają wysoki poziom i są szczere.

Innymi słowy o takim udanym debiucie wielu początkujących marzy. Tu nie mamy tylko marzenia, ale bardzo fachową realizację, świetne brzmienie i czarujący wokal. Ale najlepsze miało być dopiero przed nią?

8/10

Radosław Ostrowski


Toad the Wet Sprocket – New Constellation

New_Constellation__Kickstarter_Deluxe

Z tym zespołem to dość ciekawa historia jest. Działają od połowy lat 80., grając coś, co się nazywa alternatywną muzyką rockową, nagrali parę przebojów („Walk on the Ocean”, „All I Want”, „Something’s Always Wrong”, „Fall Down”), które znane są raczej tylko w USA, nagrali 5 płyt i w 1998 roku się rozstali. Ale trzy lata temu znowu panowie się zeszli i teraz wychodzi ich pierwszy album po 15 latach przerwy, w dodatku kasę zebrano przez Kickstartera.

Zapomniałem o najważniejszym. Zespół ten tworzą: Glen Phillips (wokalista, gitara rytmiczna, klawisze, mandolina), Todd Nichols (gitara prowadząca, mandolina, wokal wspierający), Dean Dinning (bas, klawisze, wokal wspierający) i Randy Guss (perkusja). Album wyprodukował Mikal Blue, który współpracował m.in. z Colbie Caillat, OneRepublic i Jasonem Reevesem. Jak można określić tą muzykę?

Dla mnie jest to prosty, melodyjny rock z popowym zacięciem. Jest lekko, delikatnie i bez udziwniania. Może się to wydawać zbyt łagodne i za spokojne jak na rockową kapelę, ale w okresie letnim nie zawsze trzeba dokładać do pieca, prawda? Także i delikatniejsze dźwięki są bardzo potrzebne, bo pozwalają się też zrelaksować przy bardziej balladowych brzmieniach („Life is Beautiful”) , ale i nie brakuje trochę mocniejszego uderzenia („I’m Not Waiting”), gdzie gitara może trochę zaszaleć. Poza tym jest bardzo ok.

Wokal pana Phillipsa brzmi naprawdę dobrze i współgra z delikatnym i letnim klimatem. W parze idą całkiem niezłe teksty z rodzaju: o wszystkim i o niczym.

Powiedzmy sobie wprost: takich płyt jest na pęczki. Ten album nie odmieni oblicza muzyki, nie wyznaczy nowych trendów, nie wyleczy AIDS. Z drugiej strony, nieźle się na niej bawiłem, jest bezpretensjonalną, prostą płytą bez ambicji, udawania i puszenia się na coś więcej. Na tą porę roku, wręcz idealny materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Dorota Osińska – Kamyk zielony

Kamyk_zielony

Poezja śpiewana jest nurtem w Polsce dość silnym i choć nie jest tak popularny jak kilkanaście lat temu, nadal funkcjonuje. Zazwyczaj kojarzy się z dość oszczędnymi aranżacjami (fortepian lub gitara) i smęceniem. Ale nie zawsze, co pokazały choćby płyty Buldoga. Czy to samo można powiedzieć o płycie niejakiej Doroty Osińskiej?

Wszyscy, którzy oglądali The Voice of Poland, powinni ją znać. Ale już wcześniej działała na rynku, nagrała dwie płyty, a teraz wychodzi reedycja ten ostatniej sprzed 3 lat. Płyta zawierała piosenki napisane przez Magdę Czapińską (sztuk: 14), zaś realizacją zajęli się Joanna Popowicz i Jan Smoczyński. Jaki jest efekt? Nie ma tutaj typowego smęcenia, choć są bardzo oszczędnie zagrane utwory („Ktoś do kochania”, gdzie na fortepianie gra Włodzimierz Korcz czy „W suficie” z gitarą), jednak aranżacje są ciekawe, nie pozbawione dynamiki jak „W moim magicznym domu” z akordeonem czy „Pogoda ducha” z gitarami, akordeonem i perkusją. Są też spokojniejsze jak sielski „Święty spokój” czy „Tamta miłość” z gitarą, kontrabasem i smyczkami.

Sam głos pani Doroty jest naprawdę bardzo przyjemny. Czasem jest bardziej ekspresyjny („Urzędnicy pana B”), ale w większości bardziej delikatny i spokojny. Teksty zaś to klasa sama w sobie – bardzo liryczne, niepozbawione humoru i finezji.

Sama płyta jak zawsze trafiła się przypadkowo i zrobiła lekkie zamieszanie w mojej głowie. Dobra, odprężająca muzyka na poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mark Owen – The Art of Doing Nothing

The_Art_of_Doing_Nothing

Zainteresowanie tą płytą spowodował tytuł i bardzo oszczędna okładka. Dopiero potem okazało się, kim był wykonawca. Mark Owen to członek popularnego w latach 80 i 90. boysbandu Take That, zaś od 1996 roku nagrał trzy solowe płyty. I teraz po cichu wychodzi czwarta pod przewrotnym tytułem „The Art of Doing Nothing”.

Album zawiera 10 piosenek, za których produkcję odpowiadają Charlie Russell, Bradley Spence i Starsmith. Nie będę oszukiwał, jest to popowy album z domieszką elektroniki i delikatnego rocka. O dziwo to połączenie nie tylko nie drażni i nie irytuje, ale wypada zaskakująco dobrze. Jest dość różnorodnie: od oszczędnych ballad („The One”, „Carnival”) przez żywsze i bardziej dynamiczne („Stars”, „Us and Ours”). Zaś nie ma tutaj miejsca na monotonię, zaś sekcja rytmiczna dyktuje tempo, które jest tutaj naprawdę dobre. Fortepian, smyczki, gitara, perkusja i klawisze – usłyszymy te instrumenty, które tworzą naprawdę zgrabne melodie. A wersja deluxe zawiera jeszcze dodatkowe trzy utwory i dwa remixy (średnio udane).

Wokal pana Owena jest bardzo ciepły, wręcz delikatny, ale pełen energii. Zaś całkiem niezłe teksty dotyczące relacji z drugim człowiekiem płci pięknej budują dobre wrażenie.

Niby nie jest to płyta, która by mnie zaskoczyła, ale czas spędzony przy niej szybko mija i gwarantuje ona dobrą zabawę. To pop, który może i czerpie ze współczesnych brzmień, ale nie robi tego zbyt nachalnie. Bardzo sympatyczny album.

7/10

Radosław Ostrowski


Pet Shop Boys – Electric

Electric

Ten duet to jedna z legend muzyki elektronicznej lat 80. i 90., kiedy to święcili triumfy takimi przebojami jak „Go West”, „Always on My Mind” czy „It’s a Sin”. Neil Tennant i Chris Love, czyli Pet Shop Boys niezmordowanie nagrywa płyty raz na kilka lat od 1986 roku. Rok po „Elisium” objawili swój najnowszy, 12-ty krążek.

Za produkcję „Electrica” zawierającego 9 piosenek, odpowiada zespół i Stuart Price – specjalista od elektroniki, który produkował płyty m.in. New Order, Madonny czy Lady Gagi. Ale nie ma się co dziwić, czemu tak szybko duet nagrał nowy album. Od pewnego czasu jest zauważalna moda na muzykę z lat 80., z czego chcą skorzystać ci, co ją tworzyli (ostatnie płyty Ultravox, New Order czy OMD). Innymi słowy syntezatory tutaj tworzą całość i nie da się od tego uciec. Muzyka to delikatne syntezatory, nafaszerowane różnymi dodatkowymi dźwiękami (odlatujące samoloty w „Axis” czy rosyjskie słowa w „Bolshy”), w dodatku przeplatając to trochę mocniejszymi uderzeniami, których nie można rozdzielić od siebie. Innymi słowy to Pet Shop Boys, choć czasem brzmi to dość topornie. Czasami wykorzystane inne utwory jak w „Love is a Bourgeois Construct”, bazujący na „Chasing Sheep Is Best Left to Shepherds” Michaela Nymana z filmu „Kontrakt rysownika”, a nawet pojawia się cover i to całkiem („The Last to Die” Bruce’a Springsteena). Z jednej strony wydaje się to dość toporne i naszpikowane dźwiękami, z drugiej wchodzi do łba i wyleźć nie chce, choć w trochę lżejszej formie mieliśmy to w „Elysium”.

Wokal Neila Tennanta nie zmienił się i nadal jest znakiem rozpoznawczym zespołu. Teksty nie są zaś zbyt istotne, ale są.

Gdyby ta płyta wyszła kilka tygodni wcześniej miałbym wrażenie, że to Pet Shop Boys zamiast Daft Punk latałoby po stacjach radiowych. Naprawdę dobry album, choć dla wielu może się wydawać zbyt agresywny.

7/10