Patrick Sweany – Close to the Floor

Close_to_the_Floor

O tym człowieku nie miałem kompletnie pojęcia. Ale jak udało mi się poszperać w Internecie, gdzie jak wiadomo jest tam wszystko. Amerykanin, 4 płyty w dorobku (dwa wyprodukowane przez Dana Auerbacha z The Black Keys) i gra bluesa. Na najnowszej płycie gatunek muzyczny się nie zmienił.

Tutaj mamy 10 piosenek, a stylistykę już wymieniłem. Tym razem jednak muzyk postanowił się po utwory innych wykonawców jak Joe McMahan, Ron Eoff, Jon Radford i Ryan Norris. Zaś sama muzyka świadomie czerpie ze starych brzmień z lat 60-tych, a gitara elektryczna po prostu gra swoje i ma naprawdę dobre solówki (surowe „Every Night Every Day”), tempo jest dość różnorodne (inne być nie może, bo inaczej wielu by się znudziło) i nie ma tu miejsca na zbyt długie przynudzanie, choć zdarza się pójść w stronę country jak w „Deep Water”, „The Island” czy „Terrible Years”. Niemniej jeszcze całość okrasza perkusja, klawisze i pojawiające się rzadko chórki („It’s Spiritual”). Proste, nieskomplikowane, ale jednocześnie bardzo przyjemne. A to nie jest takie proste jak się wydaje.

Także sam głos Patricka jest więcej niż dobry. Mocno amerykański, a jednocześnie pełen ekspresji i prosto mówiący o życiu i całej reszcie. Wszystko bez specjalnych pretensji, a jednocześnie bez prostactwa. Może i nie jest to nic nowego czy zaskakującego, ale porządnie zrealizowane, przemyślane i wykonane. Po prostu dobra płyta.

7/10

Radosław Ostrowski

James Brown – You’ve Got the Power 1956-1962

Youve_Got_The_Power_19561962

Znowu kompilacja, ale James Brown nagrał tyle piosenek, że wciśnięcie tego w jedną płytę było zadaniem wręcz niewykonalnym. I wydaje mi się, że ten album jest częścią większej całości.

Tutaj jak nazwa wskazuje są to piosenki z początku kariery, czyli lata 1956-63 (piosenek 25), utrzymanych w soulowej stylistyce, czyli mieszance bluesa, rock’n’rolla i jazzu. Ale jeśli myślicie, że są to smęty grane przez współczesnych twórców, to mało wiecie o muzyce. Tutaj jest bardzo rytmiczna i szybka muzyka (jak na tamte czasy), ze świetnymi dęciakami, chórkami i gitarą elektryczną („Think”, „Shout and Shimmy” czy „Night Train”). Nie zabrakło także spokojniejszych utworów idących w stronę ballad („Try Me”, „You’ve Got the Power” czy „The Bell”), a wszystko zostało zrobione z elegancją, smakiem i energią. Zaś sam James Brown ma tak potężny głos, że żadne słowa nie są w stanie tego ubrać. Tej muzyki nie należy opisywać, tylko słuchać, bo teraz się takiej po prostu nie robi. Nie jest ona archaiczna, w żadnym wypadku. Takiej energii słucha się zawsze dobrze.

Radosław Ostrowski

Chris De Burgh – Lady in Red: The Collection

Lady_in_Red_The_Collection

Kompilacje mają to do siebie, że zazwyczaj są one wydawane po to, by wysępić od fanów pieniądze. Tym bardziej ogarnęło mnie zdziwienie, gdy trafiła mi się kompilacja Chrisa de Burgha. Chociaż w tym przypadku mówienie o Greatest Hits wydaje się bez sensu, gdyż największy przebój Anglik miał tylko jeden – „Lady in Red”.

Jednak jakimś cudem udało się znaleźć jeszcze 17 piosenek wchodzących w skład tego albumu. Z drugiej strony takie albumy pozwalają na (może trochę pobieżne, ale jednak) zapoznanie się z dorobkiem danego wykonawcy. I umówmy się – to muzyka popowa, czyli prosta i nieskomplikowana. Ale nie ma ona nic wspólnego z prostackim, mocno elektronicznym brzmieniem z dnia dzisiejszego. Są klawisze, ale bardzo delikatne, plus gitara elektryczna dająca bobu („High on Emotion”, „Say Goodbye To It All”), fortepian, saksofon („Sailing Away”), akordeon („Lonely Sky”), smyczki („The Child is Born”, „Here is Your Paradise”).

Innymi słowy, jest to bardziej elegancki i szlachetny pop, który nie tylko nie drażni, ale brzmi bardzo przyjemnie. Nie zabrakło mocniejszych kawałków, niemniej całość jest bardzo spokojna, co jest po części także zasługą wokalu Chrisa oraz niegłupich tekstów. Piosenki są po prostu piękne i słucha się tego z niekłamaną frajdą. Między innymi dlatego lubię składanki. Oceny nie będzie.

Radosław Ostrowski

Matt Bianco – Hideaway

Hideaway

Jazz jest gatunkiem dość popularnym, choć niszowym. Jednak mieszanie jazzu z popem służy tej muzyce, czyniąc ją bardziej przystępną. Taką strategią kieruje się działający od 20 lat Matt Bianco. Wbrew nazwie jest to duet tworzony przez Marka Reilly’ego i Marka Fishera (po drodze była w zespole m.in. Basia Trzetrzelewska). Panowie jednak nie próżnują i wreszcie trafił do nas album z zeszłego roku.

„Hideaway” zawiera 12 piosenek będących wypadkową jazzu, popu i bossa novy. Delikatne i spokojne brzmienia służą tylko i wyłącznie zrelaksowaniu. Nawet jeśli pojawia się tu gitara, to gra ona bardzo lekko („Too Late for Love”). Tutaj najważniejsze są klawisze oraz bardzo ciepły wokal Marka Reilly’ego.  Co nie znaczy, że nie brakuje tutaj dynamicznych kompozycji (jazzowe „Kiss the Bride” z basem, dęciakami i pianinem czy lekko dyskotekowe „Falling”) czy pewnych urozmaiceń, które wzbogacają album. Orientalne zacięcie w „You Are My Love”, flet w bossa novie „Medusa”, trochę mocniejsza gitara w „The Other Side of Love” czy wspierająca wokalnie Hazel Sim – to tylko niektóre smaczki. Choć pod koniec można poczuć się lekko znużonym, to jednak słucha się tego naprawdę dobrze. Brzmi to lekko, elegancko i odprężająco jak koktajl. Dlatego taka muzyka sprawdzi się w upałach, które wkrótce się do nas zbliżą.

7/10

Radosław Ostrowski


Gogol Bordello – Pura Vida Conspiracy

Pura_Vida_Conspiracy

Wyobraźcie sobie punk rocka zmieszanego z muzyką cygańską. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale jest taka kapela grająca taki koktajl Mołotowa. To pochodząca z Manhattanu grupa Gogol Bordello, którą tworzą ludzie z różnych części świata: Ukrainy, Rosji, Chin, Etiopii i USA pod wodzą Eugene’a Hutza. Do tej pory (działają od 1999 roku) wydali 5 płyt, jeden album live i dwie EP-ki (o singlach nawet nie wspomnę). A teraz pojawia się szósta EP-ka.

„Pura Vida Conspiracy” zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez Andrew Schepsa, który współpracował m.in. z Audioslave i Red Hot Chili Peppers. I mamy tutaj taką mieszankę z jaką zetknąłem się przy okazji zespołu Dropkick Murphys, czyli mieszankę punk rockowych, szybkich kawałków z folkowo-ludowo-etnicznym instrumentarium, tylko że tutaj jest bardziej spokojniej. Obok gitary elektrycznej oraz perkusji naparzającej mocno i szybko, słyszymy też skrzypce z akordeonem. Tempo zmienia się z utworu na utwór (a nawet i w utworze), gitara gra ładnie, sekcja rytmiczna daje znak, by przyłoić (albo wyznaczyć rytm), zaś akordeon, skrzypce i dęciaki wzbogacają i tak świetne melodie. W zasadzie to trudno się do czegokolwiek przyczepić i nie ma tutaj słabszego utworu (dlatego nie podałem żadnego tytułu).

Siła napędową tego zespołu jest charyzmatyczny Hutz, które śpiew, wrzaski napędzają cały ten bajzel. Razem z tekstami o nietypowej tematyce (czytaj: nie o miłości), tworzy to mocną mieszankę. Jeśli lubicie poeksperymentować i szukacie czegoś nietypowego i niekonwencjonalnego, to ta płyta jest dla was.

8/10

Radosław Ostrowski

Sara Bareilles – The Blessed Unrest

The_Blessed_Unrest

Pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ma 34 lata i nagrała do tej pory 3 płyty. Największy rozgłos przyniósł jej utwór „Love Song” z 2007 roku, jednak Sara Bareilles nie zamierza wycofać się i już serwuje, najnowszy 4  krążek.

„The Blessed Unrest” to mieszanka popu i soulu, składająca się z 12 piosenek wyprodukowanych przez samą Sarę, a także Johna O’Mahony’ego i Kurta Uenalę (współpracował z Depeche Mode). Jak wiadomo, co trzy głowy to nie jedna. A skoro soul, to wiadomo – bez fortepianu się nie obejdzie (znakomity „Manhattan”). Nie zabrakło też elektroniki, która może nie jest ani agresywna, ani plastikowa oraz dęciaków pojawiających się gdzieś w tle. Tempo jest różnorodne: od szybkich i rytmicznych („Little Black Dress”) po bardziej wyciszone i stonowane („1000 Times” ze spokojnym basem i ładną gitarą elektryczną czy „Islands”). Brzmi to elegancko i delikatnie, ale trudno wskazać coś, co byłoby potencjalnym hitem, co w przypadku tego typu muzyki może być problemem. Także dość małe urozmaicenie może być problemem, ale dla mnie jest to świetny album na wyciszenie po ciężkim dniu.

Sam głos Sary jest bardzo lekki i delikatny, czasami wręcz uroczy, ale zawsze pełen emocji i bez fałszu. Zaś teksty o wiadomej tematyce są całkiem przyzwoite i słucha się tego z dość sporą dozą przyjemności.

„The Blessed Unrest” jest bardzo sympatycznym, lekkim i eleganckim albumem, przy którym można przyjemnie spędzić czas. Najlepiej posłuchać w godzinach wieczornych.

7/10

Radosław Ostrowski


Mick Harvey – Four (Acts of Love)

00mick_harveyfour_acts_of_love2013proof

Muzyk ten przez długie lata był jednym z filarów zespołu Nick Cave & the Bad Seeds, choć działał też solowo jako wokalista jak i producent. Ale w 2009 roku opuścił zespół i postanowił całkowicie grać na własne konto. Mick Harvey, bo o nim mowa, do tej pory nagrał 5 solowych płyt, a teraz wyszedł jego najnowszy materiał.

„Four” zawiera piosenek 14, w całości napisanych (z wyjątkiem 5) i wyprodukowanych przez Harveya. Przejście między utworami jest bardzo płynnie, zaś poza gitarą elektryczną jest też akustyczna, perkusja i fortepian. Klimatem przypomina to płyty Nicka Cave’a ze względu na minimalizm formy i pod sennym tempem wyczuwalny jest pewien niepokój (najbardziej słychać to w „Midnight on the Ramparts” z gwizdem, monotonną gitarą, kontrabasem i elektroniką). Jednak poza spokojnymi kawałkami, nie brakuje odrobiny urozmaicenia i przyśpieszenia (bluesowe „Summertime in New York” z tajemniczym szeptaniem i mroczną gitarą). Drugim dość istotnym problemem, który może zniechęcić jest czas trwania utworów – wiele z nich nie przekracza nawet 2 minut i urywają się w najciekawszym momencie. Jednak o dziwo, brzmi to dość ciekawie i intrygująco. Najciekawiej zaś wypadają właśnie covery, co może wydawać się zaskakujące (poza „Summertime in New York” świetnie brzmi „The Story of Love”).

Sam wokal Harveya jest czysty, głęboki i bardzo spokojny, współtworzy on klimat całego wydawnictwa. Także tekstowo dominuje tematyka liryczna i tu wypada całkiem przyzwoicie.

Mick Harvey może po odejściu zespołu Nicka Cave’a nie jest zbyt błyszczącym wokalistą, ale nadal jest dobrym muzykiem i kompozytorem. Zaś płyta wydaje się odpowiednią na tą porę roku. Dobry album z kilkoma ciekawymi piosenkami. I tyle.

7/10

Radosław Ostrowski


Jay-Z – Magna Carta… Holy Grail

00jayzmagna_carta_holy_grailweb2013

Jay-Z to jedna z tych postaci, których nie trzeba przedstawiać. Od 1995 roku na scenie hip-hopowej wyrobił sobie wysoką markę, która zawsze wywołuje zainteresowanie. Po wspólnie nagranym albumie z Kanye Westem, nagrał już 13 album. I cóż…

…”Magna Carta… Holy Grail” (tytuł zapowiadał, że będzie coś wielkiego) zawiera utworów 16 utworów, za których produkcję odpowiadają m.in. Timbaland, Pharell Williams i Swizz Beatz. I trzeba przyznać, że podkład jest naprawdę dobry, zaś wykorzystane sample (co jest normą) wzbogacają bity, co słychać m.in. w „Picasso Blue” (ten bas). Zaś różne cykacze i elektronika wywołują skręt w stronę popu (minimalistyczny „Tom Ford” czy „FuckWithMeYouKnowIGotIt”), a i nawet nie brakuje epickości (bębny w „Oceans”) czy jazzowych wstawek („F.U.T.W.”). Jednak też nie ma tutaj zbyt wiele zaskoczeń. Jest po prostu solidnie.

Jeśli chodzi o nawijkę, raper nawija o tym co zawsze: czarni, sztuka, miłość, kasa. I jeśli chodzi o technikę, to nadal trzyma poziom, to jednak słowa i treść już nie robią takiego wrażenia, bo już wcześniej Jay-Z nawijał w bardziej błyskotliwy sposób. Za to raper zaprosił wielu gości, którzy nie zawiedli, m.in. Justina Timberlake’a, Ricka Rossa, Nasa i Franka Oceana.

Nie jest to płyta, która odmieni oblicze hip-hopu czy wyznaczy nowe kierunki w tym gatunku. To prostu solidny materiał, choć niektórzy pewnie liczyli na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

Jane’s Addiction – Live in NYC

Live_in_NYC

Najtrudniejszymi płytami do słuchania są płyty koncertowe, bo trzeba w nich przekazać atmosferę koncertu. Zespół Jane’s Addiction znany jest ze świetnych koncertów, ale do tej pory wydali tylko jedną płytę koncertową w 1986 r. Teraz ukazał się drugi album koncertowy.

Płyta ta jest zapisem koncertu, który się obył w ramach „Theatre of The Escapists”, który miał miejsce w nowojorskim Terminal 5. Innymi słowy przed promocją swojej ostatniej płyty, postanowili zagrać serię małych koncertów w teatrach. I jak panowie grają? Mocno, szybko i bardzo klimatycznie. Gitara jedzie ostro, sekcja rytmiczna naparza, zaś Perry Farrell robi wszystko, by oczarować i nawiązać kontakt z publicznością (a to pogada, a to pośpiewa i podrze), która krzyczy i żywo reaguje na każdy utwór.  A i nie zabrakło tu największych hitów zespołu jak „Just Because”, „Jane Says” czy „Whores”. Mi zaś najbardziej się spodobał „Ted, Just Admit It…” ze zmiennym tempem, bluesowym basem i lekko orientalną perkusją w połowie czy „Been Caught Stealing” z zimnym basem.  Ale żeby nie było tak słodko, jest jeden niewypał – „Irresistible Force”, gdzie głos Farrella jest bardzo delikatny i przy ledwo słyszalny. Pewną niespodzianką był instrumentalny „Up the Beach” jako wstęp przed „Ocean Size”.

Poza płytą CD jest też dołączone DVD i wtedy można zobaczyć jak się bawi publika Nowego Jorku. Ja powiem tyle – fani gitarowego grania mieć muszą, tak czy owak. A jeśli kochacie dobrą zabawę, tym bardziej.

7,5/10


Within Temptation – The Q Music Session

The_QMusic_Sessions

W tym roku belgijski zespół rockowy Within Temptation obchodzi 15-lecie działalności. Z tej okazji kapela dostała propozycję od stacji radiowej Q Music, gdzie w specjalnie przygotowanej audycji mieli nagrać co tydzień jeden cover przez 15 tygodni. Odzew słuchaczy był tak duży, że postanowiono wydać te piosenki na płytę.

Piosenek zrobiono 15, ale z powodu niedogadania się w kwestii praw autorskich nie ma na albumie 4 utworów, które jednak można znaleźć na YouTube. Bardzo zaskakuje też wybór wykonawców, bo większość z nich to artyści popowi jak Lana del Rey, Bruno Mars, Imagine Dragons czy OneRepublic, ale nie zabrakło też The Who. Jednak kapela się nie ugięła i nagrała ich utwory na swoją rockowo-symfoniczną modłę. Efekt jest bardzo zaskakujący, bo nie tylko te utwory brzmią świetnie, dzięki mocnemu brzmieniu i totalnej rozróbie, to jeszcze niektóre z nich biją oryginał. Czasami w porównaniu do oryginału przyśpieszono (nieumieszczone na płycie „Somebody That I Used to Now” Gotye i „Skyfall” Adele, najszybsze w zestawie „Radioactive” Imagine Dragons czy „The Power of Love” Frankie Goes to Hollywood), wyciszono i zrobiono nastrojową balladę („Let Her Go” Passenger z klawiszami na pierwszym planie czy „Crazy” duetu Gnarls Barkley z fortepianem i nietypowo brzmiącą perkusją), a nawet doprowadzono do tego, że zrobiono strawniejsze wersje od oryginału („Titanium” Davida Guetty czy „Dirty Dancer” Enrique Iglesiasa). A mogli sobie po prostu odśpiewać oryginały jak większość wykonawców robiących covery. Nie, nic z tego, tu nie ma pójścia za łatwiznę i za to ich szanuję.

Siła tego zespołu poza brzmieniem jest Sharon den Adel, której głos nie tylko jest silny, ale pasuje do każdego z utworów. Bije z niej energia, której nie jestem w stanie zaszufladkować.

Jeśli ktoś kiedyś by mnie zapytał jak należy robić covery, odpowiedź jest prosta: po swojemu, z charakterem i biglem. Tak zrobiło Within Temptation i mnie rozłożyli na łopatki nie tylko wyborem, ale też i poziomem realizacji. Absolutny respekt.

8/10

Radosław Ostrowski