Ta ekipa to pokręcona kombinacja. Działają od 1992 roku i po wielu perturbacjach w składzie, działają w nim same panie (Helen Love, Sheena i Beth), grają wypadkową punka, popu i disco. Od ostatniej płyty minęło pięć lat, a do sięgnięcia po ich album skusiła mnie nazwa zespołu i okładka.
W „Day-Glo Dreams” większy nacisk jest tutaj na dyskotekowe brzmienia z lat 80-tych, z równie elektroniczną perkusją. Naszpikowane różnymi bajerami, „walnięciami” jakiś metali, wrzaskami („Spin Those Records”), bardzo rytmiczny bas („J.Pop”), różnymi warstwami dźwięków z syntezatora, imitującymi m.in. smyczki („Don’t Forget About This Town”) czy dzwonki („My Imagination”) jak z czasów synth popu. Dynamiczne na równi z rockowymi kapelami, melodyjne jak to w popie, bardzo delikatnie zaśpiewane przez Helen. W zasadzie trudno się tu do czegokolwiek przyczepić, bo każdy utwór trzyma poziom i zbliżone tempo. Jeśli zaś chodzi o teksty, to trzymają niezły poziom, czasami pachną nostalgią („Teenage Soap Opera”), czasem o miłości.
Moda na muzykę z lat 80-tych jeszcze nie przeminęła i jeszcze trochę się utrzyma. A ten album potwierdza, że jeszcze można stworzyć muzykę elektroniczną, która nie wywołuje rozdrażnienia. Problem jednak jest taki, że szybko wchodzi do ucha, ale nie zostaje na długo. Choć posłuchać nie zaszkodzi.
Po ciężkim dniu pracy należy posłuchać czegoś lżejszego i prostszego. Jednym z takich gatunków nadających się do takiego odsłuchu jest folk/country. Jednym z najbardziej znanych wykonawców tego nurtu jest John Mayer z Bridgeport, który do tej pory nagrał pięć płyt. Jego najnowszą można przesłuchać na iTunes (a 20 sierpnia kupić w sklepie).
Album ten zawiera 12 piosenek wyprodukowany przez Mayera i Dona Wasa, który współpracował m.in. z Ziggym Marleyem, Kurtem Ellingiem i Van Morrisonem. I po pierwszych dźwiękach słychać, że jest to muzyka lżejszego kalibru, z delikatnie grającą gitarą, choć nie brakuje tutaj szybkiego tempa („Call Me the Breeze”) czy lekkiego uatrakcyjnienia (klaskanie w „Wildfire”, trąbka w „Who You Love” czy fortepian w „I Will Be Found”). Jednak nadal obracamy się w country/folku, który może i nie jest czym zaskakującym czy nowatorskim, ale czy każda taka płyta być musi? Całość ma dość równy poziom i trudno się do jakiejś piosenki specjalnie przyczepić od strony muzycznej. Także tekstowo jest nieźle i bardziej refleksyjnie.
„Paradise Valley” świetnie się będzie sprawdzać w godzinach wieczornych i późnym popołudniem. Relaksującą i porządnie zrobiony album z kilkoma ciekawymi piosenkami.
O tej supergrupie już opowiadałem wam. Minęły dwa lata od wydania debiutu i pojawił się drugi album tego składu, finezyjnie nazwany Vol. 3.
Panowie Harrison, Lynne, Dylan i Petty znów postanowili razem zagrać. Niestety, po nagraniu pierwsze płyty zespołu zmarł piąty członek zespołu – Roy Orbison (jemu dedykowany jest ten album). Poza tym nadal zespół wspierał perkusista Jim Keltner i Ray Cooper oraz saksofonista Jim Horn. I nadal jest to bezpretensjonalne, rockowe granie w starym dobrym stylu, choć otwierającym album „She’s My Baby” z mocnymi riffami Gary’ego Moore’a może być zaskoczeniem. Ale potem ruszamy właściwym torem – panowie nadal świetnie śpiewają, robiąc też za chórki, nadal czuć ten luz i bezpretensjonalność, choć nie brakuje tutaj urozmaiceń jak sitar („The Devil’s Been Busy”), utrzymane w stylistyce początków rock’n’rolla „7 Deadly Sins”, idące w country „Poor House”, fortepian w „Cool Dry Place” czy twist w nomen omen „Willbury Twist”. Oprócz tego są jeszcze dwa bonusy i obie piosenki są coverami: „Nobody’s Child” (country) i „Runaway” (rock’n’roll).
Teksty nadal są pełne humoru i lekkości, dopełniając tego luzackiego stylu znanego z poprzedniczki. Jedyne czego żałuję to fakt, że panowie już nigdy więcej się nie spotkali. Ale pozostawili po sobie naprawdę przyjemną muzykę.
To trio działa od 2007 roku i do tej pory nagrało dwie płyty. Inspirują się zarówno Joy Division jak i zespołami Editors, Arcade Fire czy Interpol, a więc jest to mieszanka rocka i elektroniki. Mają jeden hit w dorobku – „Farewell to the Fairground”, ale panowie chyba mają ambicje być czymś więcej niż tylko zespołem jednego przeboju. Trio White Lies właśnie wydało swój trzeci album. Czy warto sięgnąć?
Za „Big TV” od strony produkcji odpowiada Ed Buller, z którym zespół nagrał swój debiutancki album, a także współpracował m.in. z Suede czy Pulp. I mamy to, z czego White Lies jest znane i jak zawsze inspirując się muzyką z lat 80-tych. Jest chwytliwie, dynamicznie, choć w połowie następuje wyciszenie i pójście w stronę elektronicznego popu (początek „Mother Tongue” z ostrą gitarą w środku). Najważniejsze są tu syntezatory i perkusja, bez której tej zespół w zasadzie nie istnieje (balladowe „Change” czy „Tricky to Love”), a i gitara też ma coś do powiedzenia, tak samo jak sekcja rytmiczna („Be Yout Man”). Ale prawda jest taka, że instrumenty zgrane są ze sobą i razem dopiero tworzą mocną mieszankę, która bardziej mi się podobała niż ostatnia płyta Editors. Może i pod koniec robi się za spokojnie, ale wtedy pojawia się „Goldmine” z mocną perkusją i gitarą. Ta płyta mogła by wyjść 30 lat temu i byłaby wielkim hitem.
Drugim znakiem rozpoznawczym zespołu jest trochę nadekspresyjny wokal Harry’ego McVeigha. Jednych może drażnić przesadną ekspresją w refrenach, ale mnie w zasadzie nie przeszkadzał. Drugą wadą (dla mnie pierwszą) są dwa instrumentalne kawałki „Space I” i „Space II”, które sprawiają wrażenie niepotrzebnych. Teksty może tematyką nie zaskakują (miłość, rozstanie, zaufanie itp.), to brzmią całkiem nieźle.
Niby zespół nie robi niczego, co nie było do tej pory, ale są w tym konsekwentni i jeszcze potrafią tworzyć chwytliwe melodie, które wpadają w ucho. Mam nadzieję, że jeszcze zrobią kilka płyt.
Ten człowiek jest najbardziej znany jako basista Metalliki, którą opuścił w 2002 roku. Trochę niedoceniony muzyk potem współpracował m.in. z Ozzym Osbournem, ale od zeszłego roku działa na własny rachunek ze swoim zespołem nazwanym jego nazwiskiem. Jason Newsted zadebiutował ze swoją kapelą w tym roku EP-ką „Metal”. Teraz wychodzi pełnoprawny debiut.
Zespół poza Newstedem (bas, wokal) tworzą jeszcze: Jesus Mendez Jr. (perkusja), Jessie Farnsworth (gitara, wokal) i Mike Mushok (gitara). Pierwsza LP-ka nosi znamienny tytuł „Heavy Metal Music”, produkcją zajął się sam Newsted i wiadomo, co będzie zawierać – metalową muzę. Gitara gra jak szalona, perkusja i bas jej wtórują i mamy ostrą rozróbę („Soldierhead”), surowych brzmień nadających lekko epickiego brzmienia („…As The Crow Flies”), oraz krótkich momentów spokoju (początek z metalowym basem „King of the Underdogs” czy „Nocturnus”). Można się przyczepić, że trochę zajeżdża miejscami Metalliką, ale nie zmienia to faktu, że zespół Newsteda robi łomot jak trzeba. Mógłbym jeszcze coś powiedzieć o tych kawałkach, ale to by nic nie zmieniło. Oprócz tego, że frontman ma naprawdę dobry wokal – ekspresyjny, głośny i donośny.
Sam tytuł mówi wszystko – jeśli nie jesteście fanami heavy metalu (z przewagą metalu), unikajcie tej płyty jak ognia. Wszyscy inni natomiast, co nie boją się mocnego uderzenia, śmiało mogą brać.
Rock progresywny nie jest łatwym gatunkiem muzycznym zwłaszcza dla debiutanta. Jednak taki zespół jak Airbag pokazuje, że da się zrobić coś ciekawego na tym polu. Zespół o którym chcę powiedzieć działa od 3 lat i teraz wydali swój debiutancki album. Grupę tworzą Simon Collins (wokal, perkusja), Dave Kerzner (klawisze), Kelly Nordstrom (gitara, bas – odszedł po nagraniu debiutu) i Matt Dorsey (gitara i bas). I tej mieszanki powstał „Dimensionaut”.
Album zawiera 12 kompozycji wyprodukowanych przez Simona Collinsa i Dave’a Kerznera. Jest to mieszanka, którą wielu nazywa prog-popem, a jednocześnie jest to concept-album o podróży w czasie, galaktyce i wymiarach. I ta muzyka brzmi lekko kosmicznie, w dodatku bardzo płynnie przechodzi z jednego utworu do drugiego, ale po kolei. Zaczynamy podróż od krótkiej miniaturki. „Sound of Contact” z kosmicznymi dźwiękami elektroniki, wspieranymi przez gitarę, wiolonczelę i fortepian trochę przypomina dokonania Yes, by potem przejść w naprawdę mocne i przestrzenne granie w „Cosmic Distance Ladder” z potężną i dynamiczną perkusją oraz bardzo surową gitarą elektryczną (środek utworu jest kapitalny). I wtedy następuje lekkie wyciszenie (klawisze i bas) brzmienia w piosenkach „Pale Blue Dot”, „I Am Dimensionaut” – okraszone progresywnymi brzmieniami (fortepian w połowie „I Am Dimensionaut” czy gra perkusji), ale jednocześnie bardzo melodyjne i przyjemne w odsłuchu. Tak samo w wybranym na singla „Not Coming Down” z eleganckim smyczkiem w tle czy trochę dynamiczniejszym „Remote View”. Zaś w najpiękniejszym „Beyond Illumination”, gdzie klawisze brzmią jakby żywcem wzięte z Yes, a zwrotka jest łudząco podobna do „Englishman in New York” Stinga wspierany jeszcze przez wokal Hannah Stobart z The Wishing Tree. Bajeczne „Only Breathing Heart” (znów te klawisze i gitara), miniaturka „Realm of In-Organic Beings” z poruszającymi żeńskimi wokalizami (jak u Pink Floyd) i fortepianem, bardzo ciepłe „Closer to You” (klawisze udające cymbałki) i dynamiczne „Omega Point” są wprawką do wielkiego finału, czyli 20-minutowego „Mobius Ship”. Kompozycja ta dzieli się na 4 części, w których nie brakuje niczego: futurystycznych dźwięków, mocnej perkusji, akustycznej gitary, delikatnych klawiszy.
Siłą i napędem tego zespołu jest Simon Collins, który tak jak kiedyś ojciec w Genesis łupie na perkusji aż miło, ale też ma bardzo zbliżoną do niego barwę głosu. Powinno to drażnić, ale tak się nie dzieje i idealnie się to wręcz łączy się z resztą, tak jak dobre teksty.
Jaką drogę wybierze zespół Sound of Contact? Trudno powiedzieć, ale jedno nie ulega wątpliwości. Ich debiutancka płyta jest po prostu kapitalna, pełna bardzo pięknych dźwięków oraz klimatu. Warto wypatrywać ich, a w przerwie posłuchać tego cudeńka.
Po szoku wywołanym przebojowym i dynamicznym „Szok’n’Show”, trzeba było poczekać dwa lata. Wydawałoby się, że „Dziecko” będzie kontynuowała drogę wyznaczoną przez poprzedni album, jednak stało się inaczej.
Wyprodukowane przez samą Edytę album z 12 piosenkami , spowodował pewną konsternację, choć otwierająca album „Jenny” (szybki kawałek z szybkim pianinem), ale „Skłamałam” pokazuje z czym mamy do czynienia. Jest to płyta mniej przebojowa, bardziej intymna, ale nadal pełna emocji i klimatu, a gitara elektryczna zostaje lekko schowana. Nie brakuje tutaj mocnych kawałków („Słyszę jak mnie wzywasz” czy „Boogie, czyli słodka zemsta”), ale nie ma ich tutaj zbyt wiele. Tutaj jest bardziej stonowane brzmienie (bluesowe „Dobrze nam” z ładną instrumentalną partią w środku), z klawiszami („Nie znamy się”, „Moja ulubiona pora roku”). Trudno w zasadzie wyróżnić jakikolwiek utwór, bo całość jest spójna i słucha się tego nadal przyjemnie.
Reszta, czyli wokal i teksty nadal na poziomie, do którego przyzwyczaiła nas Edyta. Czyli o ludziach, rozstaniach, miłości i całej tej reszcie. Słuchałem tego z wielką frajdą i sentymentem, więc wracam ja przesłuchać.
Album ten był dodawany do biletów na imprezę urodzinową rapera w Mielnie. Tede robi wszystko, żeby 2013 był jego rokiem., dlatego po „Elliminati” serwuje drugą płytę z utworami, które na poprzednim albumie się nie zmieściły.
I tak jak przy poprzednich płytach za produkcję odpowiada Sir Michu. I jest tak jak do tej pory, czyli różnego rodzaju elektroniczne dźwięki, nawet lekko dyskotekowe („Melo Inferno Oryginał” i remix), różnego rodzaju cykacze, modyfikacje dźwięków („Płynę na fali”), autotune czy pulsująca perkusja. Norma i nadal słucha się tego przyjemnie, choć nie ma tutaj niczego, co byśmy już nie słyszeli. Poziom utrzymany, jednym słowem.
Jeśli zaś chodzi o nawijkę, to Tede też mówi o tym, co zawsze – hejterzy, imprezy, Wielkie Joł, hajs, auta, bluzgi i braggi. Też standard, zaś samo flow Tedego i technika są naprawdę dobre. Ale żeby nie było mu źle, raper zaprosił DJ Tuniziano („Wers ssacze”) oraz Wdowę i Setę („H.S.Z.”), którzy dali radę.
Powiem krótko: jeśli nie jesteście fanami Tedego, to odpuśćcie sobie. Reszta wiadomo.
Przyznaję się, że nie słyszałem o zespole Superchunk. To amerykańska grupa grająca indie rocka działa od 1989 roku, a tworzą ją: wokalista i gitarzysta Mac McCaughan, gitarzysta Jim Wilbur, basistka Laura Ballance oraz perkusista Jon Wurster, do tej pory nagrali 9 albumów, a tytuł 10 mnie zaintrygował. Więc jak bardzo kapela nienawidzi muzyki?
Nie aż tak bardzo, jak zapowiada tytuł, choć ociera się to o punk rocka energetyczne granie z lekko „brudną” gitarą elektryczną, trochę nafaszerowane elektroniką i mocnymi uderzeniami sekcji rytmicznej. Nawet jak się pojawia spokojniejszy utwór, to nie brzmi zbyt spokojnie („Out of the Sun” czy kończące „What Can We Do”). Same melodie nie są zbyt skomplikowane, a opierają się głównie na szybkości instrumentów oraz lekko podniszczonym wokalu McCaughana. Całość trzyma przyzwoity poziom, choć słyszałem wiele podobnych kapel jak The Vaccines, Kowalski czy Tomahawk. Niby nie jest to album ani oryginalny czy zaskakujący. Miło spędza się przy nim czas i tyle.
Ciągle jest coś, co mnie zaskakuje. Tym razem przypadkowo trafiłem za zespół grający alternatywnego i progresywnego rocka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kapela pochodzi z… Rumunii – ojczyzny Drakuli i miejsca, gdzie Amerykanie kręcą filmy klasy B. Zaś jak podaje niezawodne źródło (ciotka Wikipedia) działają od 2006 r., nagrali już 3 płyty, a obecnie zespół tworzą: Dan Byron (wokal, gitara, flet), 6fingers (klawisze), Laszlo Demeter (bas) i Dan Georgescu (perkusja). A mówię o tym, bo mam ich nową, 4 płytę.
„30 Seconds of Fame” (ciekawy tytuł odnoszący się do wypowiedzi Andy’ego Warhola o 15 minutach sławy) to istny dźwiękowy kolaż gatunkowy, w którym jest wszystko. Panowie eksperymentują, ale jednocześnie pamiętają, że nagrywają piosenki i całość jest zaskakująco przystępna. Klawisze i elektronika („A Crazy Ballet” i mroczny „Tummo” łagodzony trochę przez flet) idą w parze z bluesem („It Ain’t Gonna Happen Today”), jazzem (piękny „Chalk Line” z eleganckim fortepianem i basem czy akustyczny „Surrealistic Collage” z ładnymi chórkami i trąbką) i rockiem (surowe grane na żywo „The Game”). Więc stylistyczny rozrzut jest spory, jednak nie powinno to dziwić, a każdy utwór ma coś ciekawego do zaprezentowania jak żeńska wokaliza w „Sleepwalkers” czy skrzypce w „Finale”.
Poza naprawdę imponującą muzyką warto zwrócić uwagę na świetny wokal Dana Byrona – w większości głównie delikatny i stonowany, ale jednocześnie pełen emocji oraz na niebanalne teksty.
Tutaj wszystko jest zgrane, pomysłowe i dopracowane do najdrobniejszego detalu. A jednocześnie jest to muzyka intrygująca, zaskakująca i świetna w odsłuchu. Mam wrażenie, że ich sława będzie dłuższa niż 30 sekund.