Edyta Bartosiewicz – Wodospady

Wodospady

Na następną studyjną płytę Edyty Bartosiewicz trzeba było poczekać zaledwie rok. Czyli tempo wręcz zabójcze.

Jaki jest tego efekt? Gatunkowo (formalnie) nic się tu nie zmieniło – lekki rock z domieszką bluesa. Czasem gitara zagra trochę mocniej („Między nami deszcz”, „One Day You Will Find Me”), czasami się zapętla („Siedem mórz, siedem lądów”), elektronika buduje klimat, który jest bardziej ponury niż poprzednio („Ciekawe… (kto mi zabroni)” z nieprzyjemnym fortepianem), nie brakuje też szybszych i dynamiczniejszych utworów („Miłość jak ogień”), nie zabrakło też smyczków („Siedem mórz, siedem lądów”, „Mandarynka”) czy fortepianu („Buntowniczka”). Czyli wszystko po staremu, a nie czuć w żadnym wypadku znużenia.

Coraz bardziej bardziej zaczynam się przekonywać, że coraz trudniej jest napisać o czymś, co jest oczywiste. Bo cała reszta tej płyty też jest oczywistą oczywistością. Głos ten sam, niezmieniony, rozpoznawalny przez wielu, teksty pozbawione banalności, może trochę proste, ale na pewno poruszające i dające do myślenia. I słucha się tego naprawdę dobrze, mimo upływu lat.

Cóż mogę poradzić, że bardzo mi się podoba muzyka Edyty Bartosiewicz. Jest prosta, ale nie prostacka, piękna, ale to nie wydmuszka. Mógłbym pisać o niej długo, ale mi się nie chce. Wystarczy tylko posłuchać.

8/10

Radosław Ostrowski


Agnes Obel – Philharmonics

Philharmonics

Kiedy wydaje się, że już w muzyce niczego ciekawego nie da się zrobić (nieśmiertelna śpiewka pt. „Wszystko to już było”), to zawsze pojawia się osoba, jeśli nie wywracająca wszystko do góry nogami, to przynajmniej odświeżająca. Kimś takim jest pewna młoda Dunka (lat 33 obecnie). Jej debiutancki album wyszedł 3 lata temu, ale dzięki sobotniej Ciemnej Stronie Mocy, skusiłem się, by zapoznać się z tym albumem.

„Philharmonics” wyprodukowała sama. Zaczyna się „Falling, Catching” – delikatnym, zapętlonym fortepianem. Ten instrument będzie nam towarzyszyć przez cały album, zawsze brzmiąc delikatnie, a jednocześnie bardzo przyjemnie. Pojawi się też gitara („Brother Sparrow”), harfa („Just So”, „Beast”), melodia z pozytywki (instrumentalna „Louretta”), gitara elektryczna, skrzypce („Avenue”). To wszystko tworzy magiczną, lekko baśniową aurę, która trwa aż do samego końca. Podtrzymuje tą atmosferę bardzo delikatny wokal samej Obel.

Debiut Obel jeśli wywołuje moje skojarzenia, to z Kari Amirian czy Fismollem. Delikatne, wręcz bardzo oszczędne granie, które jednak uwodzi, czaruje i obezwładnia. Od pierwszej do ostatniej nuty. Nie wiem jak wy, ale ja się dałem uwieść.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Andrzej Grabowski – Cudne jest nudne

Cudne_jest_nudne

Aktorzy biorący się za śpiewanie raczej nie są zbyt mile widziani. Zwłaszcza, jeśli bardziej recytują niż śpiewają. Taką osobą na pewno jest znany z roli Ferdynanda Kiepskiego Andrzej Grabowski. Trzy lata temu zadebiutował całkiem nieźle przyjętą płytą „Mam prawo… czasami… banalnie…”. To miała być jednorazowa przygoda, ale pojawił się drugi album tego aktora. I co z tego wyszło?

10 piosenek wyprodukowanych przez Krzysztofa Niedźwiedzkiego utrzymanych w czymś, co można nazwać poezją śpiewaną. Zamiast mocny, gitarowych riffów czy plastikowego popu, jest tutaj bardziej folkowo (skrzypce, akordeon), dęciaki ładnie dają, nie brakuje lekko bałkańskich klimatów („Koza, rower i ja”), a nawet orientalnych (tytułowy utwór). Jest skocznie, dynamicznie i nie ma tutaj smęcenia, co w przypadku tego typu muzyki nie jest zbyt częste.

Sam wokal (trudno to nazwać śpiewaniem) Grabowskiego to bardziej recytowanie, bo i sam głos jest lekko podniszczony, charczący, budzący skojarzenia (słuszne zresztą) z Tomem Waitsem. Pasuje jednak do tej konwencji, świetnie nawijając niepozbawione humoru teksty Jana Wołka o życiu, najprościej mówiąc (nałogi, rozstania, brzydota).

Niby nie jest to coś, co mogłoby przykuć uwagę na dłużej, ale to tylko złudzenie. Jest lekko, przyjemnie i dowcipnie, ale też poważnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Christina Grimmie – With Love

With_Love

Ta młoda dziewczyna znana jest dzięki swojemu kanałowi na YouTube, gdzie na fortepianie grała i śpiewała piosenki m.in. Lady Gagi, Adele czy Bruno Marsa. Teraz postanowiła zadziałać na własny rachunek i po EP-ce, ukazuje się pełnowymiarowy debiut zeldaxlove64, choć w papierach ma Christina Grimmie.

I jaki jest efekt? No właśnie. Jest to czysty pop, który mógłby spokojnie być grany w radiu, ale i tak by się wyróżniał od innych tego typu wykonawców. Melodyjnie? Jest. Chwytliwie i przebojowo? Jest. Plastikowo? Nie. Za to jest różnorodnie, czyli tak jak być powinno: od skocznego swingu („The One I Crave” czy ‚”Tell My Mama”) przez stonowane ballady („Think of You” na gitarę i skrzypce czy „With Love” z fortepianem) po elektronikę imitującą smyczki i dęciaki („Make It Work”). Innymi słowy – miło, lekko i przyjemnie, choć otwierający album „Over Over Thingking You” nie był zbyt zachęcający (mimo szybkiego tempa). Zaś sam wokal panny Grimmie jest całkiem przyzwoity, tak jak teksty mówiące o najważniejszej rzeczy na świecie – jednak nie wywołują one odrzucenia.

„With Love” trochę przypomina mi dokonania Palomy Faith, która obraca się w podobnych brzmieniach. Dziewczyna ma w sobie potencjał, choć mam wrażenie, że nie jest w pełni wykorzystany. Jak potoczy się dalej jej kariera? Trudno mi powiedzieć, niemniej życzę jak najlepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Buddy Guy – Rhythm & Blues

Rhythm_and_Blues

Blues to zawsze blues jest – tak śpiewał w jednym z utworów Wojciech Skowroński. To samo wiedział Buddy Guy (lat  77), która gra tą muzykę od bardzo dawna. Jednak zamiast przejść na emeryturę lub odcinać kupony od dawnej sławy, nagrywa płyty. I teraz wyszła płyta nr 29.

Już sam tytuł mówi, jak będzie ta płyta. To bluesowe granie w starym, dobrym stylu. Produkcją zajął się doświadczony muzyk Tom Hambridge, który współpracował m.in. z Lynyrd Skynyrd. Jeśli jednak myślicie, że będzie to spokojne, delikatnie granie – pomyliliście adresy. Momenty krótkiego oddechu są bardzo nieliczne („One Day Away”), to nawet w nich pojawiają się dynamiczne, surowe riffy („I Could Die Happy”) oraz stardowy zestaw instrumentarium: perkusja, bas, fortepian („Never Gonna Change”), ale też dęciaki i organy (gościnnie grający Muscle Shoals Horns). Ogień, silna energia i charyzma Buddy’ego, który ani na chwilę nie zwalnia tempa, w dodatku jeszcze tworzy melodyjne kawałki. Ale żeby nie było, wokalista zaprosił jeszcze kilku gości, którzy wypadli znakomicie, m.in. Beth Hart („Will You Gonna Do About It”), Kida Rocka („Messin’ with the Kid”) czy 3/5 składu Aerosmith („Evil Twin”). Innymi słowy, album ten pozwoli przetrwać zbliżające się jesienne dni z hukiem i łomotem.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Blue October – Sway

Sway

Byli już Brytyjczycy, a co robią teraz Amerykanie? Jest taka kapela, która działa od 1995 roku z Teksasu, ale nie grają country. Ich najbardziej znanymi utworami są „Should Be Loved” i „Say It”, a do tej pory nagrali 6 płyt. Teraz Blue October pod wodzą Justina Furstenfelda pojawia się z nowym materiałem.

„Sway” zawiera 13 piosenek wyprodukowanych przez zespół oraz Davida Castella. I pierwsze, co uderza to spokój, który jednak bywa „zabrudzany” przez gitary oraz odrobinę mocniejsze uderzenia („Angels in Everything”) oraz głośniejszy wokal Furstenfelda. Jest tutaj gitara elektryczna (zazwyczaj spokojna), ale częściej się tu przebija fortepian („Fear”, „Bleed Out”), smyczki („Breathe, It’s Over”, „Things We Don’t Know About”), elektronika („Light You Up” z rapowaną zwrotką). Klimat zaś miejscami potrafi być mroczny („Hard Candy”), nie brakuje silniejszych uderzeń („Put It On”), jednak nie ma ich tutaj zbyt wiele. Całość jest owszem zróżnicowana, ale dość nierówna i mało przykuwająca uwagę. Mało takiego pełnokrwistego pazura jak w „Things We Do All Night”, gdzie perkusja wali jak młotem, gitara brudzi, a wokal jest mocny. Niemniej „Sway” brzmi całkiem nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski


Franz Ferdinand – Right Thoughts, Right Words, Right Action

Right_Thoughts_Right_Words_Right_Action

Kolejna brytyjska kapela, znana z grania melodyjnego i przyjemnego w odbiorze indie rocka. Do tej pory nagrali trzy płyty i cała Anglia (a przy okazji i świat) oszalał na ich punkcie. Czyli Franza Ferdinanda. Czy oszaleje i tym razem? Zwłaszcza, że trzeba było czekać pięć lat?

Wydaje mi się, że tak. Bo mamy tą mieszankę, z której zespół jest znany: elektroniczne, lekko dyskotekowe melodie, gitary elektryczne dające o sobie znać z pulsującym basem. Muzyka głównie do tańczenia, bardzo rytmiczna i dość szybka („Bullet” czy singlowe „Love Illumination”). Czasami zdarzają się wolniejsze fragmenty (połowa „The Universe Expanded” z delikatną elektroniką) czy różne urozmaicenia („Brief Encounters” z baśniowo brzmiącymi klawiszami, saksofon w „Evil Eye” czy dzwonki w „Goodbye Lovers & Friends”), ale kapeli udało się zachować filozofię grania oraz zaserwować chwytliwe melodie, okraszone jeszcze bardzo chłopięcym głosem Alexa Kapranosa oraz całkiem niezłymi tekstami.

Nie ma sensu tu rozwodzić się nad tym więcej, ale stwierdzam krótko: Franz Ferdinand wraca do dobrej kondycji i nadal brzmi świetnie. Tak powinno się grać na imprezkach, moje drogie panie i panowie. Odpowiednie brzmienie, odpowiednie słowa i działanie – tak zrobili i mam nadzieję, że będą się tego trzymać.

7/10

Radosław Ostrowski


Blackfield – Blackfield IV

Blackfield_IV

Ten zespół od początku był kierowany przez dwie osobowości: Stevena Wilsona i Aviva Geffena. Do tej pory nagrali 3 świetnie przyjęte płyty, które stworzyły im silna pozycję w świecie progresywnych brzmień. Teraz pojawiają się z czwartym albumem.

Na „Blackfield IV” większy wpływ na brzmienie miał Geffen, gdyż Wilson (także producent) wydał wcześniej kolejną solową płytę i skupiał się bardziej na jej promocji. Pierwsze, co uderza po odsłuchu to fakt, że jest to bardzo melodyjna, wręcz popowa płyta, z chwytliwymi i krótkimi kompozycjami. To może wywołać pewną konsternację i szok. Jednak na tym polega ta muzyka (progresywne brzmienia), by ciągle szukać nowych środków wyrazu. Ale jednak udaje się zespołowi zbudować magię, nawet w tych prostych kawałkach wzbogacając o takie dźwięki jak trąbka („Springtime”), cymbałki („XRay”) czy harfa („The Only Fool Is Me”), zaś pozostałe piosenki mimo sporej wrażliwości i melodyjności („Jupiter”) dla mnie były trochę za proste, bardziej radio friendly, co mnie trochę zdziwiło i zakłopotało.

Jak wspomniałem więcej miał do powiedzenie Geffen i to jego słyszymy prawie cały czas (Wilson pojawia się tylko w otwierającym album „Pills” oraz „Jupiter”). Obaj panowie radzą sobie bardzo dobrze i się uzupełniają. Geffen także zaprosił trzech wokalistów na gościnne występy, którzy również mocno urozmaicili ten album: Vincent Cavanagh z Anathemy („XRay”), Brett Anderson z Suede („Firefly”) i Jonathan Donague z The Flaming Lips („The Only Fool Is Me”).

„Czwórka” mocno podzieli fanów zespołu. Także we mnie wprawiła pewną konsternację. Jak na pop zbyt piękny, na rocka za elegancki i prosty. Nie zmienia to jednak w mojej ocenie jednego – to udana i ciekawa płyta.

7/10

Radosław Ostrowski


Travis – Where You Stand

Where_You_Stand

Ta kapela była jedną z najważniejszych grup lat 90-tych i współtwórcą nurtu zwanego britpopem. Działają od 1990 roku, nagrali do tej pory 6 płyt i mieli kilka przebojów (najbardziej znane to „Why Does It Always Rain on Me?” i „Sing”). Teraz, po pięciu latach przerwy powraca Travis.

Ich nowy album zawiera 11 piosenek wyprodukowanych przez Michaela Ilberta (współpraca m.in. z Taylor Swift, a-ha, The Hives). Efekt – całkiem niezłe brzmienie, które fachowo się określa mianem soft rocka. Gitara gra bardzo delikatnie („Warning Sign”), muzycy stawiają na spokojniejsze tempo, choć zdarzają się małe skoki w stronę melodyjnego rock’n’rolla („On My Wall”) i sięgają po takie urozmaicenia jak fortepian („The Big Screen”), wokalizy („Warning Sign”) czy odrobina elektroniki („Mother”, „A Different Room”), co trochę przypominało mi ostatnią płytę Keane. Innymi słowy, gitary (poza basem) zostały odstawione i nie pojawiają się zbyt często. Można powiedzieć, że to bardziej popowy album, który niestety mnie wynudził swoim spokojem i wtórnością.

Nawet niezły wokal Frana Healy’ego oraz przyzwoite teksty nie były w stanie przekonać mnie do całości, która wchodziła jednym uchem, a drugim wychodziła.

5/10

Radosław Ostrowski


The Dangerous Summer – Golden Record

Golden_Record

Rock – gatunek muzyki, w którym musi pojawić się gitara (najlepiej elektryczna), bas i perkusja. I to wystarczy, by mieć kapelę. Jedną z wielu kapel grających tą popularną muzykę jest pochodząca z Ellicot City kapela The Dangerous Summer. Po nagraniu trzech płyt (w tym jednej akustyznej) oraz zmianach w składzie (gitara i perkusja), kwartet powrócił z czwartym albumem.

Standard: 10 piosenek w stylistyce pop-rockowej z wyraźną gitarą elektryczną, ale bez specjalnych riffów czy mocnych solówek. Jedyne, co wybija ten zespół od innych (poza surowością brzmienia) jest perkusista Ben Cato, który swoimi uderzeniami próbuje urozmaicić to granie. Nawet wokal, który się drze i bywa czasem trochę lżejszy wywoływał we mnie znużenie. Nic na tej płycie nie przykuło mojej uwagi, choć czasami pojawiają się małe drobiażdżki (fragmencik z pozytywni w „We Will Wait in the Fog” czy lżejszy wstęp w „Miles Apart”), ale to trochę za mało, by przykryć przeciętność tego materiału. To raczej złota płyta nie będzie, jak zapowiada to tytuł.

5/10

Radosław Ostrowski