Kyle Eastwood – The View from Here

The_View_from_Here

Niedaleko czasem pada jabłko od jabłoni, także tej rodzinnej. Zwłaszcza, gdy mówimy o rodzinie artystycznej. Tutaj tym razem mówimy o kolejnej płycie jazzowej, z muzyką instrumentalną. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jej autor. Jest nim znany basista i muzyk jazzowy, Kyle Eastwood. Syn TEGO Eastwooda, który zabijał na ekranie więcej ludzi niż ktokolwiek z czytających tutaj. A to już jego szósty solowy album (o soundtrackach pisanych do filmów ojca, nawet nie wspomnę).

Kompozycji jest 12 i jak wspomniałem są to jazzowe standardy i zaprosił wielu uznanych muzyków: saksofonistę Graeme’a Blevinsa, trębacza Graeme’a Flowersa, pianistę Andrew McCormacka i perkusistę Martyna Kaine’a. A miedzy nimi jest odczuwalna chemia. Na pierwszy plan jednak wybijają się dęciaki („For M.E.”), chociaż i fortepian czasem błyśnie („Sirocco”). Kompozycje są bardzo długie (najkrótsza ma 4 i pół minuty), ale każda z nich ma swój własny rytm i zróżnicowane tempo narzucane przez sekcję rytmiczną. Nie brakuje szybkiego tempa („Une suit at Senegal”), instrumentalnych popisów (głównie saksofonu i trąbki. Każdy z instrumentów rozbrzmiewa w każdym utworze, a całość wypada naprawdę elegancko i słucha się tego z przyjemnością, nawet dla osób, które nie przepadają za tego typu muzyką.

7,5/10

Radosław Ostrowski


The National – High Violet

High_Violet

Famous angels never come through England
England gets the ones you never need
I’m in a Los Angeles cathedral
Minor singing airheads sing for me

Na następny studyjny album Amerykanów trzeba było czekać trzy lata. To najdłuższa przerwa w historii tego zespołu. I w 2010 roku ukazał się album uznawany za opus magnum – „High Violet”.

Tym razem utworów jest 11, zaś za produkcję odpowiada zespół. Fanów uprzedzam, nic się nie zmieniło, a nawet jest jeszcze lepiej. Znów gitara zaczyna się coraz bardziej wysuwać na przód razem z sekcją rytmiczną, zaś klimat melancholijny pozostał zachowany, m.in. dzięki wokalowi, czasem spokojnemu („Bloodbuzz Ohio”). Zespół konsekwentnie idzie szlakiem wyznaczonym przez pierwsze płyty, udoskonalając to, co w „Alligatorze” było najlepsze. Jednak poza pewnym przyśpieszeniem i większą dynamiką. Nawet te spokojniejsze utwory mają dość szybkie tempo („Lemonworld”) albo są urozmaicone przez dęciaki („Runaway”), smyczki („Conversation 16”), także fortepian („England”), chórki w refrenach („Terrible Love”, „Vanderlyle Crybaby Geeks”). Nie ma tu nudy, wręcz przeciwnie. A jak już się ma wersję deluxe, to jest jeszcze lepiej. Wersja ta zawiera jeszcze dodatkowe 8 piosenek: jedną w wersji alternatywnej („Terrible Love”), trzy w wersjach koncertowych i cztery premierowe, choć dużo spokojniejsze kawałki: „Wake Up the Saints” (ten jest wyjątkiem), najbardziej melancholijne „You Were a Kindness”, „Walk Off” i „Sin-Eaters”.

Znowu mamy bardzo ciekawe i niebanalne teksty, zaś wokal nadal przykuwa uwagę. Tu się utrzymał poziom, co akurat jest dużym plusem.

Tu jest wszystko, za co świat pokochał ten zespół, a jednocześnie odpowiednio zbalansowane, utrzymane na równym poziomie (bardzo wysokim w tym przypadku). Ten album powinni mieć wszyscy, którzy interesują się muzyką w ogóle.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


The National – The Virginia

The_Virginia_EP

Nie zawsze można nagrywać znakomite płyty, ale The National poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Po „Boxerze”, który u mnie spotkał się z lekko chłodniejszym przyjęciem, pojawiła się kolejna EP-ka zespołu.

„The Virginia” zawiera 12 piosenek i jest kompletną mieszanką premierowych utworów, wersji demo i koncertowych piosenek. Taka mieszanka może wydawać się chaotyczna, ale wyszło dość ciekawie. Zaczyna się znów pokazywać delikatnie gitara elektryczna („Tail Saint”), zastępowana przez akustyczną, znowu jest melodyjnie, zaś wszystko okraszone smyczkami, fletami, dęciakami i klawiszami, nadal stawiając na klimat. Niby nic nowego, część utworów już znamy („Slow Slow” tutaj w wersji demo, a „Lucky You” z sesji w Daytrotter), ale brzmi to lepiej. Czasem surowo („Rest of Years” z mocną gitarą), czasem następuje zmiana tempa (koncertowa wersja „Mansion on the Hill” Bruce’a Springsteena z ładną gitarą i coraz bardziej nakręcającą się perkusją), a wersje koncertowe są ciekawe i nawet zaskakujące (ponad 8-minutowe „About Today” czy „Fame Empire” z gitarowym riffem pod koniec), czasem skręci się w stronę folku („You’ve Done It Again, Virginia”). Innymi słowy to jest nadal The National – ładny, przyjemny, choć nadal trochę mało urozmaicony.

Może się po prostu czepiam na siłę, jednak te niby mało zaskakujące utwory są pełne emocji, tak jak wokal. Brzmi to dobrze, w paru utworach nawet bardzo. Fanów zachęcać nie muszę.

7,5/10

Radosław Ostrowski


The National – Boxer

Boxer

Wydawałoby się, że już nic lepszego po „Alligatorze” nie da się nagrać zespołowi The National. Jednak dwa lata później postanowili spróbować. I tak powstał „Boxer”.

Album ten zawiera 12 piosenek, które wyprodukował zespół do spółki z Peterem Katisem. I w zasadzie jest tak jak poprzednio, czyli melodyjnie, melancholijnie i o miłości. Nadal jest gitara, chórek, smyczki, sekcja rytmiczna i wracające po przerwie dęciaki („Faken Empire”). W zasadzie mamy tutaj kontynuację tego, co zespół zaczął na poprzedniej płycie – melancholia zmieszana z melodyjnością i dynamiką, jednak w porównaniu z „Alligatorem” ten album jest spokojniejszy. Jeśli pojawia się gitara, to głównie akustyczna („Racing Like a Pro”, „Green Gloves”), zaś bardziej dynamiczne kawałki są tutaj w ilościach śladowych („Mistaken for Strangers”, „Briany”), co dla mnie jest pewną wadą, bo wcześniej było to bardziej zróżnicowane i przebojowe. Owszem, nadal brzmi to ładne, ale ja już miałem tutaj poczucie zmęczenia materiału i wtórności. Jednak całość brzmi po prostu dobrze, chociaż liczyłem na więcej. Czasem zdarza się pewne przełamanie (perkusja w „Apartment Story”), ale to są bardo rzadkie przypadki.

Nadal przyjemnie się słucha Berningera, zaś teksty trzymają dobry poziom,konsekwentnie trzymając się z góry znanego tematu (miłość niespełniona i nieszczęśliwa).

Jeśli ktoś polubił poprzednie płyty The National, śmiało niech bierze i tą. Mnie trochę znudziła (od połowy), ale to nadal dobra muzyka.

7/10

Radosław Ostrowski


The National – Alligator

Alligator

Po wydaniu dwóch płyt i jednej EP-ki zespół The National jeszcze nie był zbyt popularny ani powszechnie znany. Na przełom trzeba było czekać następne dwa lata od premiery ostatniego longplaya. Wtedy to ukazał się „Alligator”.

Tym razem piosenek było 13 (w zasadzie 12, bo jeden był już na EP-ce), zaś produkcją zajął się stary znajomy zespołu Peter Katis razem z Paulem Mahajanem, który współpracowal m.in. z Yeah Yeah Yeahs. Zespól już wyrobil sobie, który już tylko szlifuje i udoskonala, zaś pojawiają się żeńskie chórki (Carin Besser i Nathalie Dessner), które przewijają się praktycznie przez cały czas (głownie w refrenach). Druga istotna rzecz to czas trwania piosenek, bo najdłuższa ma niecałe 5 minut. Poza tym po staremu – gitara, klawisze i sekcja rytmiczna. Ale w porównaniu do poprzedników ta płyta jest bardziej przebojowa, nawet jeśli piosenki są bardzo spokojne, to nie pozbawione są chwytliwych melodii jak w „Daughters of the SoHo Riots”, gdzie gitarze akustycznej towarzyszy bas, fortepian i perkusja. Swoje czasem dodaje elektronika (początek „Baby, We’ll Be Fine” z gitarą imitującą banjo i wplecionymi smyczkami pod koniec), czasem gitara elektryczna podgrywa do tańca („Friend of Mine” ze świetną perkusją i klawiszami), robi tylko za tło dla innych instrumentów (smutne solo skrzypiec i perkusja w „Val Jester”), czasem odezwie się trochę mocniej („All the Wine” czy trochę przypominający Editors „Abel” z szybszą perkusją i wokalem Petera Katisa). Nadal jest ten melancholijny klimat („The Geese of Beverly Hills” z klarnetem i smyczkami na początku), co jest zdecydowanie plusem.

Wokal nadal bardziej opanowany, ale jednak pełen emocji, zaś teksty są coraz lepsze i opowieści o smutnej miłości i rozstaniach są coraz ciekawsze i nie pozbawione chwytliwych fraz.

Ten album nie zawiera słabych momentów, a piosenki zawarte są tu przynajmniej bardzo dobre. Całość jest po prostu znakomita, tworząc jedną z najlepszych płyt w ogóle, a tego zespołu na pewno.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


The National – Cherry Tree

Cherry_Tree

Po świetnie przyjętej płycie „Sad Songs for Dirty Lovers”, zespół nie próżnował, jednak zamiast pełnowymiarowej płyty postanowił lekko odpocząć i wydał pierwszą w swoim dorobku EP-kę, która wyszła raptem po roku.

Utworów jest raptem siedem, z czego jeden koncertowy. Produkcją zajął się zarówno zespół, Nick Lloyd, Peter Katis i Padma Newsome. Czyli prawie sama stała ekipa, więc rewolucyjnych zmian być nie powinno. Styl zespołu i klimat pozostał w zasadzie niezmienny – mieszanka melancholii z gitarami, czasem mocnymi. Pojawiają się też znane z poprzednika smyczki i fortepian („All Dolled-Up in Straps”, „About Today”), delikatnie grająca gitara („Cherry Tree” z fajną perkusją, spokojnym początkiem i przyśpieszeniem pod koniec czy akustyczne „A Reasonable Man” z gościnnym wokalem Padmy Newsome), trochę mocniejszego uderzenia (koncertowe „Murder Me Rachael” ze świetnymi skrzypcami i perkusją). Rozrzut spory, ale w przypadku tego zespołu jest to absolutnie normalne. Słucha się tego więcej niż dobrze, choć to tylko EP-ka.

Wokal nadal jest bez zarzutu i trzyma fason, teksty też, więc radzę zapoznać się z tym minialbumem.  Więcej tu nie ma się co rozwodzić.

8,5/10


The National – Sad Songs for Dirty Lovers

Sad_Songs_for_Dirty_Lovers

Jak już się nagrało debiut, to pora zrobić następny. Tak postanowili zrobić muzycy z The National i tak też zrobili. Po dwóch latach pojawił się album z intrygującym tytułem „Sad Songs for Dirty Lovers”.

I tak jak poprzednik ma 12 piosenek, zaś poza Nickiem Lloydem, produkcją zajęli się Paul Heck (Red Hot Organisation) i Peterem Katisem, który współpracował m.in. z Interpolem. Nadal pozostajemy przy smutnych klimatach i przy tzw. smętach. W porównaniu do debiutu tu jest bardziej spokojniej i spójniej, gitara gra delikatniej i ładniej, choć potrafi lekko pobrudzić (lekko punkowe „Available”), ale wybijają się tu klawisze („It Never Happened”, gdzie w ostatniej minucie przyśpiesza perkusja czy „Trophy Wife”) a także inne instrumenty (smyczki w „90-Mile Water Wall”, flet w „Thirsty”, róg i melofon w „Sugar Wife”, pianino w „Fashion Coat”). Jednak poza smętami i akustycznymi kawałkami („Patterns of Fairytales”) nie brakuje szybkich kawałków jak „Murder Me Rachael” (świetna i szybka sekcja rytmiczna) czy „Slipping Husband”. Całość jest o dziwo zaskakująco spójna i nie ma tu dziwacznych eksperymentów.

Tematyka tekstów też pozostała w zasadzie bez, bo jest o miłości, głównie nieszczęśliwej i niespełnionej. Trzyma poziom, a nawet jest lepiej niż w debiucie („Lucky You”). Także wokal trzyma dobry poziom, a wokaliście czasem udaje się pokrzyczeć (końcówka „Slipping Husband” czy „Available”) i daję radę w tej kwestii.

„Sad Songs for Dirty Lovers” jest bardziej dopracowanym, dopieszczonym i przyjemniejszym albumem od debiutu. Bardzo udana i świetnie brzmiąca płyta.

8/10

Radosław Ostrowski

The National – The National

The_National

Członkowie tej kapeli poznali się na uniwersytecie. Ostateczny skład ukształtował się w 1999 roku: Matt Berninger (wokal), Aaron Dessner (klawisze, gitara), Bryce Dessner (gitara), Scott Devendorf (gitara basowa) i Bryan Devendorf (perkusja). Tak powstała kapela The National, a w 2001 roku wyszła ich debiutancka płyta.

Album pod prostym tytułem „The National” zawiera 12 piosenek utrzymanej w stylistyce indie rocka, zaś produkcją zajął się sam zespól i Nick Lloyd. Nie brakuje tu piosenek melodyjnych, ale pełne melancholii i smutku, który jest znakiem rozpoznawczym ich twórczości. Gitara czasem zabrzmi surowo i mrocznie („Son”, „Pay for Me” czy „John’s Star”), czasem jest dużo spokojniej (akustyczne „Bitters & Absolut” z fortepianem czy bardzo delikatne „Watching You Well” z lekką perkusją i „kowbojską” gitarą). Pojawiają się pewne urozmaicenia (dźwięk granego patefonu i pulsujące klawisze w „28 Years”), jednak takich zespołów wtedy było wiele, a spokojne fragmenty mogą wielu znudzić.

Grupę od reszty wyróżnia wokal Berningera – trochę szorstki i głęboki, jednak angażujący. Teksty są całkiem niezłe i słucha się tego całkiem nieźle.

Jednak debiutancki album jest trochę nierówny i zdarza się parę słabszych piosenek (początek płyty), niemniej całość wypada całkiem dobrze. Jednak to był dopiero początek ich drogi.

7/10

Woodkid – The Golden Age

The_Golden_Age

Kolejny debiutant znikąd, a dokładnie z Francji. Pisze teksty i muzykę, a także reżyseruje teledyski do swoich piosenek. Naprawdę nazywa się Yoann Lemoine, ma polskie korzenie i po dwóch EP-kach wydał pełnowymiarowy debiut.

„The Golden Age” zawiera utworów 14 (czyli dość sporo), zaś gatunkowo trudno to wcisnąć. Powiedziałbym, że to pop, ale ambitniejszy i z wyższej półki. Niby jest to typowy pop z żywymi instrumentami. Błąd, bo każda piosenka ma swoje warstwy, które mieszają się ze sobą, elektronika nie tworzyła tak specyficznego klimatu („I Love You” z organami i dzwonami), a całość jest tak chwytliwa i melodyjna jak to tylko możliwe. Niby zaczyna się każdy utwór dość spokojnie, by powoli dołączały różne instrumenty i następuje eksplozja dźwięków. Za pierwszym razem można się poczuć zdezorientowanym i przytłoczonym brzmieniem. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mimo naprawdę oryginalnego brzmienia, w połowie ten album zaczyna robić się nużący (choć jeszcze pojawia się znakomite „Iron”).

Sam wokal Woodkida jest dość chłodny i stonowany, ale jednak pełen emocji („The Great Escape”). Zaś teksty są dość nietypowe, pełne ciekawych fraz. Brzmi to dość intrygująco.

To jedna z takich płyt, których nie potrafię rozłożyć na czynniki pierwsze, bo powala jako całość. Chociaż pierwsza płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie, to reszta lekko słabsza trzyma jednak poziom. Intrygujący debiut.

7,5/10

Radosław Ostrowski


PS. Ciekawa okładka.

Świat według Nohavicy

Swiat_wg._Nohavicy

Ten czeski bard jest bardzo popularny w Polsce, między innymi dzięki Programowi Trzeciemu Polskiego Radia. W 2008 roku podczas Ogólnopolskiego Spotkań Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie odbył się specjalny koncert poświęcony twórczości Nohavicy. Po tym wydarzeniu, został wydany dwupłytowy album „Świat wg Nohavicy”.

Album zawiera 31 piosenek czeskiego barda przetłumaczone na język polski przez Antoniego Murańskiego (w 95%), a także Krzysztofa Daukszewicza („Panie Prezydencie”), Renaty Putzlacher („Robinson”), Leszka Bergera („Idą po mnie”) i Andrzeja Ozgi („Kometa”). I jak zwykle w przypadku tego twórcy, muzyka jest bardzo oszczędna i stonowana: gitara, akordeon, czasem smyczki, jest też i fortepian („Sarajewo”), flet („Na schodach fontanny”), zaś służy do budowania nastroju – refleksyjnego, nostalgicznego, nie pozbawionego odrobiny humoru („Pijcie wodę”, „Pochód zdechlaków” czy „Gdy odwalę kitę”), a także skrętów w stronę country („Idą po mnie”), jazzu („Czego nie mam” z saksofonem) czy hiszpańskich klimatów („Sylwetka”). Nie ma jednak tutaj znużenia czy monotonii, o co było tutaj bardzo łatwo, zaś każda piosenka ma bardzo ciekawe frazy i skłania trochę do pomyślenia, a tematami są: miłość, przyjaźń, przemijanie, także polityka („Panie prezydencie”).

Zaś lista wykonawców jest bardzo długa: najwięcej razy pojawia się Antoni Murański (najlepiej wypada w „Zaślubionych”), ale nie jest jedynym. Wśród wykonawców m.in. Artur Andrus („Cieszyńska”), Zbigniew Zamachowski („Starszy pan”, „Na stacji Jerzego z Podebrad”), Andrzej Sikorowski („Idą po mnie”, „Przyjaciel”), Michał Łanuszka („Koszulka”, „Margita”) czy Elżbieta Wojnowska („Dokąd się śpiewa”, „Niczym jeleń”). To nie są oczywiście wszyscy, ale nikt tutaj nie nawalił i śpiewają fantastycznie, nawet sam Nohavica („Gdy odwalę kitę”).

Nohavica na swojej ostatniej płycie, śpiewa o potrzebie poezji. Tutaj jest jej aż w nadmiarze i słucha się tego znakomicie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski