Laura Mvala – Sing to the Moon

Sing_to_the_Moon

Wielka Brytania ma to do siebie, że tam jest wielu debiutantów, którzy podbijają nie tylko tamtejsze rozgłośnie radiowe, ale też podbijają cały świat. Właśnie chcę opowiedzieć o jednej takiej debiutantce. Pochodzi z Birmingham, na scenie występuje od 2005 roku w różnych zespołach, jednocześnie pracując jako nauczycielka i potem jako recepcjonistka. Teraz wydała swój pierwszy (i chyba nie ostatni) album. Powitajcie Laurę Mvulę.

„Sing to the Moon” zawiera 12 piosenek utrzymanych w stylistyce soulu, zaś produkcją zajął się Steve Brown, który współpracował m.in. z Eltonem Johnem, Georgem Michaelem czy zespołem Manic Street Preachers. Muzyka tutaj jest bardzo melodyjna i jednocześnie bardzo oldskulowa, bo oparta na żywych instrumentach – żadnych bitów i podkładów. Jeszcze ten album wyróżnia rozmach oraz dość nietypowe instrumenty. Bo poza standardowym fortepianem („Father, Father”) i gitarą, pojawia się dość rozbudowana sekcja dęta, harfa, kotły, cymbałki. Zaś chórki dodają lekko „orkiestrowego” brzmienia i nie brakuje też szybkich rytmów (perkusja w „That’s Alright” czy „Green Garden”), z czym nie spotykam się ostatnio zbyt często. Całość brzmi fantastycznie i praktycznie nie nadziałem się na żaden słaby utwór.

Głos Laury – bardzo wysoki i bardzo brytyjski – przykuwa uwagę i brzmi świetnie z muzyką, dzięki czego albumu słucha się z wielką przyjemnością. Także teksty są naprawdę dobre i wpadają w ucho.

Lato ma to do siebie, że z upału może nagle się ochłodzić. I ta płyta jest na te ciepłe dni, by ochłodzić. Bardzo lekka, przyjemna i elegancka, naprawdę elegancka. A jeśli ktoś ma wydanie deluxe, to na niej są dwie dodatkowe piosenki, dwa utwory w wersji live i dwie demo (nie gorsze od podstawki).

8/10

Radosław Ostrowski

Artur Andrus – Piłem w Spale… i co dalej?

Pilem_w_Spale

Ta postać to legenda sceny kabaretowej, mistrz słownego humoru i błyskotliwego żartu. W zeszłym roku wydał najlepiej sprzedający się album w Polsce („Myśliwiecka”). Teraz Artur Andrus wydał swoją pierwszą płytę koncertową.

„Piłem w Spale… i co dalej?” to zapis koncertu nagranego w warszawskim Teatrze Syrena w kwietniu 2012 roku, który był czymś w rodzaju podsumowującego show, gdzie Andrus wykonał swoje najsłynniejsze numery z całego swojego dorobku. Zaczynając od „Zabierzcie mi gitarę” (pierwszy teledysk na żywo) przez „Pszczółki” i „Duś, duś gołąbki” aż po legendarne już „Piłem w Spale, spałem w Pile”, „Wiązankę przebojów Boney M” (wspierała go Hanna Śleszyńska) i „Matkę piłkarza”. Każda piosenka okraszona jest dowcipną zapowiedzią, w której Andrus serwuje różne anegdoty i autentyczne zapisy. Ale żeby nie było nudno, Andrus zaprosił paru gości – Hannę Śleszyńską („Eskimosek” i „Wiersz o tym, że problemy dzieci należy traktować poważnie”), Marię Czubaszek, Andrzeja Poniedzielskiego i Grupę MoCarta.

Koncert też można zobaczyć na dołączonej płycie DVD, w której znajdują się też 3 teledyski, które są wartością dodaną. Nie będę się specjalnie rozpisywał, bo jest to znakomita płyta. Nie tylko dla miłośników humoru.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

KT Tunstall – Invisible Empire // Crescnet Moon

Invisible_Empire

Ta wokalista działa już na scenie od początku wieku i do tej pory nagrała 3 płyty, w których nie zabrakło kilku przebojów (m.in. „Suddenly I See”). Teraz Szkotka Kate Victoria Tunstall pojawiła się z płyta nr 4 z dwoma tytułami „Invisible Empire//Crescent Moon”.

Płyta zawiera 13 piosenek (wersja deluxe ma o dwie więcej) utrzymanych w stylistyce folkowej, czyli bardzo spokojna gitara (akustyczna i elektryczna) budująca równie spokojny i wręcz sielski klimat. Czasami, ale to nie zbyt często pojawiają się też inne instrumenty jak fortepian („Yellow Flower” czy „Crescent Moon”), perkusja („Invisible Empire”), elektronika („Crescent Moon”) czy akordeonu („Chines”). Nie brakuje też żywszych i dynamiczniejszych utworów („Old Man Song”, „No Better Shoulder” czy singlowe „Feel It All”, które jest też w wersji radiowej), ale całość jest bardziej spokojna, wręcz letnia i na te upały, które się szykują będzie pewnym orzeźwieniem. Pod warunkiem, że lubimy taką muzykę. Ja od czasu do czasu lubię lekko odetchnąć po łomotliwych i ostrych płytach, więc taka odskocznia jest dla mnie ulgą. Wszystko jest jeszcze wspierane przez bardzo delikatny głos KT oraz całkiem niezłymi tekstami.

Może i jest to krótko napisane, ale dobra muzyka broni się sama i dalsze rozchodzenie mija się z celem. Jest dobrze i przyjemnie.

7/10

Radosław Ostrowski


Goo Goo Dolls – Magnetic

Magnetic

Czasami na popularność i sławę trzeba poczekać wiele lat. Tak było z zespołem Goo Goo Dolls, który choć działał od 1985 roku, tak naprawdę stał się znany w 1998 roku. A to wszystko dzięki piosence „Iris” wykorzystanej w filmie „Miasto aniołów”. Dzięki tej piosence trio pod wodzą Johna Rzeznika stało się rozpoznawalne, ale potem zrobiło się o nich cicho, choć nadal nagrywali i tworzyli. Czy najnowsza, dziesiąta płyta „Magnetic” będzie w stanie to zmienić?

Trudno mi powiedzieć. Ten album zawiera 11 pop-rockowych piosenek, z przewagą popu. Dlatego pojawia się tu różnoraka elektronika, która nie drażni uszy („Rebel Beat”), gitara elektryczna czasem daje o sobie mocniej znać („When The World Breaks Your Heart”), melodie są bardzo chwytliwe i łatwo wpadają w ucho. Nie brakuje jednak mocniejszego uderzenia gitary („Bringing on the Light” z wokalem basisty Robby’ego Takaca). Ale poza mocnymi uderzeniami perkusji oraz udawania rockowego grania zdarzają się lekko spokojniejsze fragmenty (akustyczny początek „Come To Me”). Dla mnie jest to jednak za spokojna płyta.

Owszem, jest porządnie zrobiona, wokal Rzeznika oraz bardziej szorstki głos Takaca brzmią dobrze, prosta tematyka i liryka wpada w ucho. Nie mniej nie porwała mnie ta płyta, bo jest skierowana dla nastolatków raczej. Trudno się mówi.

6,5/10

Radosław Ostrowski


French Films – White Orchid

White_Orchid

Czasami nazwa grupy rzuca się w oczy i jednym z czynników decydujących o popularności danego zespołu. Tak jest z French Films – jak sama nazwa wskazuje jest to zespół z Finlandii, która działa już 3 lata. Tworzą ją: Johannes Leppänen (gitara, wokal), Joni Kähkönen (gitara, wokal), Mikael Jurmu (gitara basowa), Santtu Vainio (klawisze) i Antti Inkiläinen (perkusja). Do tej pory nagrali jedną płytę i jedną EP-kę, a że natura nie lubi próżni, to przyszła pora na drugi album. Tak powstało „White Orchid”.

Album wyprodukował sam zespół i utrzymany jest w stylistyce delikatnego, melodyjnego rocka, czasami ocierającego się o punk. Plan jest prosty – szybkie tempo i rytm (perkusja i bas robią swoje), delikatnie grająca gitara elektryczna, czasem odezwie się też syntezator (początek „White Orchid” i koniec „99”) – ma być nieskomplikowanie i bez ambicji na więcej. Proste? No właśnie nie. Problem pojawia się w momencie, kiedy nie jestem w stanie sobie przypomnieć żadnej melodii. Mam też dziwne wrażenie, że zespół gra jedną i tą samą melodię w kółko, bo piosenki niespecjalnie się różnią od siebie i zlewa się to w jedną masę. Owszem, wokale są bardzo fajne, ale całość nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia i zostawiła mnie obojętnym. A chyba nie o to tu chodzi.

Trudno się czepić do produkcji, ale dla mnie „White Orchid” jest co najwyżej nijakie i lekko nudnawe. Posłuchać można z braku laku, chociaż czy trzeba?

5/10

Radosław Ostrowski


Marzena Korzonek – 33 1/2

33_i_pol

Kolejna przypadkowo odkryta postać z Polski, która zajmuje się śpiewaniem. Urodziła się w 1979 r. w Raciborzu, z wykształcenia jest prawnikiem. Po raz usłyszano o niej w „Szansie na sukces”, gdzie wykonała „Modlitwę” Tadeusza Nalepy, która doprowadziła ją do finału w Sali Kongresowej, zajmując ex aequo pierwsze miejsce. I dopiero w tym roku wydała debiutancką płytę „33 1/2”.

Album zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez Adama Drzewieckiego i mogę ten album świadomie nazwać popem. Jednak nie jest to ten rodzaj muzyki popularnej, którą możemy znaleźć w stacjach radiowych (przynajmniej w większości), bo tutaj stawia się przede wszystkim na żywe instrumenty, a nie na bity i podkład, który drażni. Całość brzmi elegancko, a aranżacja jest bogata. Poza wyraźnie słyszalną sekcją rytmiczną, pojawia się i gitara elektryczna („Pozwól kochać”), akustyczna („Marzenia”), delikatne klawisze („Samotność w wielkim mieście”, „Mr. Bad”), smyczki („Na huśtawce”), fortepian (jazzowe „Na huśtawce”) i chórki („Mr. bad”). Ale nie wymieniłem wszystkiego, bo każdy utwór  brzmi interesująco. A na te zbliżające się upały, potrzeba będzie posłuchania czegoś lżejszego i orzeźwiającego. Są to głównie ballady, ale bardzo ciekawie zrobione i przyjemne w odsłuchu.

Głos pani Marzeny bywa czasem delikatny („Utonąć chcę”, „Modlitwa” Brekoutu), ale potrafi też bardziej ekspresyjnie („Tylko tam”, „Jak maj”). Brzmi to bardzo dobrze tak jak warstwa tekstowa, która może nie zaskakuje tematyką, jednak trzyma poziom.

Czasami zdarzają się przypadki, gdy trafia się na album, którego ani tytuł ani wykonawca nic nie mówi, a potem okazuje się to miłą niespodzianką. Tak jest właśnie tutaj.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Kreuzberg – Papierowy król

papierowy_krol

Pop-rock w Polsce zawsze dobrze się sprzedawał, dlatego powstawało i powstaje nadal wiele kapel grających taką muzykę. Teraz pojawił się kolejny świeżak na rynku. Zespół Kreuzberg tworzy czterech gości: wokalista Jurand Wójcik (uczestnik 2. edycji The Voice of Poland), gitarzysta Grzegorz „Hehua” Palka, basista Ziemowit Rybarkiewicz i perkusista Bartosz Szwed. Grupa działa od kilku lat, ale dopiero teraz wydali swój debiut.

„Papierowy król” zawiera 10 piosenek wyprodukowanych przez Jarosława Barana. I pozornie jest to typowo pop-rockowy album. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie po odsłuchu piosenek otwierających album. Owszem, jest mocna i rytmiczna perkusja z basem, gitara coś tam brzdęczy, ale robi za tło. Z drugiej strony wpadają one w ucho, zaś klawisze i elektronika też robią swoje („Nie drażnij mnie”), a gitara zaczyna się coraz bardziej odzywać („Niecierpliwa”) i nawet parę razy pokazuje pazur (kończące całość „Moje prawo”). Ale to przede wszystkim bardzo spokojna płyta, wręcz skrojona pod radiowe stacje i mi trochę brakuje ostrości i iskry.

Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć wobec wokalisty, który ma mocny głos, stricte rockowy. Słucha się tego z ciekawością. Także teksty są całkiem niezłe i mówią praktycznie o wszystkim: miłość, życie i cała reszta.

Debiut wypada porządnie, ale mam nadzieję, że następnym razem zaszaleją tak jak na końcu tej płyty. Jak będzie, zobaczymy.

6/10

Radosław Ostrowski

Mesajah – Brudna prawda

Brudna_prawda

Reggae to muzyka, która nawołuje do pokoju, a jednocześnie najmniej ewoluująca muzyka, która ma wielu sympatyków. Także w Polsce jest wielu artystów tworzących tą muzykę. Jednym z nich jest Manuel Rengifo Diaz, bardziej znany u nas jako Mesajah. Najpierw działał w Natural Dread Killaz, ale od wielu lat działa solo. Właśnie ukazała się jego trzecia solowa płyta.

Na „Brudnej prawdzie” nie zabrakło typowego instrumentarium i brzmień charakterystycznych dla reggae – fortepian, „ciachająca” gitara, perkusja, dęciaki i żeńskie chórki. Powinno być nudno? Ale nie jest. Udaje się stworzyć chwytliwe melodie („Brudny styl”), czasem eksperymentuje się z elektroniką („Babilon” czy „Sensi”z dyskotekową perkusją) czy z rapem („Ludzie roboty” i „Nie zabije nas czas”) albo z tempem („Wszystko co mam”). Tutaj niema niczego zaskakująco, jednak całość wypada całkiem przyzwoicie i słucha się tego z pewną frajdą.

Wokal też jest typowy dla reggae, nie brakuje też przyśpieszeń („Ten kraj”) i odpowiedniego wyakcentowania fraz. Tekstowo też nie ma zaskoczeń, bo jest o zniewoleniu, Babilonie, miłości. Wokalista zaprosił też paru gości, m.in. Abradaba, paXona i Yanasa, którzy nie zawiedli, ubarwiając tą płytę.

Mesajah trzyma poziom, ale coraz mniej zaskakuje, a każda płyta jest coraz słabsza. Trochę szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jeff Lynne – Long Wave

Long_Wave

O tym człowieku już wspominałem przy jego solowej płycie „Armchair Theatre”. W zeszłym roku Jeff Lynne powrócił z drugim solowym materiałem, przy okazji wydając kompilację największych przebojów Electric Light Orchestra w trochę innych aranżacjach.

„Long Wave” to płyta z coverami – takie albumy zawsze wywołują przerażenie, bo z jednej strony wydaje się to pójściem na łatwiznę i skokiem na kasę, z drugiej wszystko też zależy od wyboru piosenek. Lynne brzmi tak jak on zarówno stylistycznie, jak i wokalnie. Czyli mamy prosty, chwytliwy rock okraszony odrobiną elektroniki („Bewitched, Bothered and Bewildered”). Zróżnicowane jest tempo, choć dominują spokojniejsze utwory („She”, „If I Loved You”), ale nie brakuje też lekko rock’n’rollowego ognia („Let It Rock” czy „Beyond the Sea”). czasem pojawią się smyczki („Running Scared”), fortepian („At Last”), a sekcja rytmiczna podrywa tworząc lekko nostalgiczny klimat, co bardzo mi odpowiada, zaś całość stosunkowo krótka (niecałe pół godziny) łatwo się przyswaja i nie przynudza.

Sam wokal Lynne’a jest ciekawy i bardzo charakterystyczny, pasujący do całość. Trudno jest mi tu wskazać jakąś wybijającą się piosenkę z całości, bo wszystko jest tu utrzymane na równym, dobrym poziomie. Słucha się tego z przyjemnością i pozwala cofnąć się w czasie. Ta wyprawa powinna być satysfakcjonująca.

7/10

Radosław Ostrowski


ZAZ – Recto Verso

Recto_Verso

Mówi się, że trudno jest nagrać drugą płytę, które byłaby w stanie dorównać poziomem debiutowi. Czy w przypadku Francuzki ZAZ się udała ta sztuka?

Niby jesteśmy stylistycznie w tych samych klimatach, co przy debiucie, choć nie do końca i widać pewne nowe dźwięki i delikatną elektronikę, która mocniej daje o sobie znać. Czy to źle? Nie, bo całość nadal brzmi po prostu uroczo. Jednak jest tu większe zróżnicowanie, choć i nie zabrakło jazzowego zacięcie wsparte gitarą i skrzypcami („Oublie loulou”), skocznych i szybkich melodii („Comme si, comme sa”, „Toujours”), czy stonowanych ballad („Si” z fortepianem czy gitarowe „La lessive”). Ale jak wspomniałem więcej ma do powiedzenia elektronika  jak w singlowym „On ira”, idący w stronę melodii z wesołego miasteczka „J’ai tant escamote” czy „Gamine”), ale jest ona bardzo delikatna i ciepła. Więcej tutaj jest pogodnych i sympatycznych melodii, choć nie jest tu aż tak magicznie jak przy debiucie, który bardziej mi się podobał. Gdzieś od połowy zrobiło się trochę zbyt podobnie i na jedno kopyto.

Co do reszty, tu nie ma się czego przyczepić. Głos nadal jest przyciągający, francuski brzmi ładnie, zaś teksty trzymają poziom. Nie znaczy to, że jest to kompletnie nieudany materiał. „Retro Verso” jest zwyczajnie dobre, choć liczyłem na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski