ZAZ – ZAZ

Zaz

Z czym wam się kojarzy Francja? Ślimaki, wieża Eiffla, Asterix i Obelix, a ostatnio z gejami (dobra, to ostatnie może nie na miejscu). Ale zawsze Francja kojarzyła się też z muzyką francuską. W ostatnim czasie pojawiło się kilka francuskich wokalistek, które całkiem nieźle sobie radzą na świecie. Tak jak Isabelle Geffory, bardziej znana jako Zaz. Po raz pierwszy usłyszałem o niej w Trójce i zwróciła moją uwagę bezpretensjonalnością i urokiem. I dlatego sięgnąłem po jej płyty. Niedawno pojawiła się nowa, ale ja jednak zacznę od debiutu sprzed 3 lat, który osiągnął u nas status podwójnej platyny.

Album noszący prosty i uczciwy tytuł „ZAZ” zawiera 11 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej muzyce pop. Ale nie ma tutaj elektroniki czy dyskotekowego bitu, który drażni uszy, a radiowcy mi wmawiają, że to dobre jest. Tu stawia się na żywe instrumenty, choć czasem odezwą się delikatnie klawisze, zaś brzmienie i tempo jest bardzo zróżnicowane. Więc będziemy porwani w jazz („Prends garde a ta lounge” z dęciakami), potem zwiedzimy folk, gdzie będzie czekać na nas gitara („Les passants”, „Port Coton”), czasem podkręcimy tempo w lekki blues („Ni oui ni non” z gitarą i smyczkiem na pierwszym planie czy swing jak w „Je veux”), a nawet jeśli pojawia się gitara elektryczna to robi za tło („J’aime a nouveau”), ale i tak najważniejsza jest gitara. Choć ustępuje ona miejsca innym instrumentom jak fortepian („Dans Ma Rue”).

Zaz ma bardzo delikatny i ciepły głos, choć czasem pozwala sobie na bardziej ekspresyjne momenty („Eblouie par la nuit”), zawsze jest jednak przekonująca i szczera. Także teksty, które choć dotykają odwiecznych tematów większości wokalistów, są napisane naprawdę dobrze i nie pozbawione odrobiny humoru.

Dlaczego ta kobieta zrobiła taką furorę na świecie? Posłuchajcie jej debiutu, a będziecie wiedzieli (a może i nie). Piękny album, który nie zanudza i potrafi parę razy zaskoczyć. Może po prostu mam słabość do śpiewających wokalistek?

8/10

Radosław Ostrowski

Beth Hart & Joe Bonamassa – Seasaw

Seesaw

Ten duet razem zagrał po raz pierwszy dwa lata temu. On – bardzo aktywny gitarzysta, działający nie tylko solo, ona – wokalistka z siłą głosu porównywalną z Janis Joplin. Mówię o Beth Hart i Joe Bonamassie, którzy nagrali wspólnie drugą płytę.

I tak jak w przypadku „Don’t Explain” jest to album z coverami, sztuk 11, a wśród nic utwory jakich wykonawców jak Gary Moore, Louis Armstrong, Billie Holiday czy Melody Gardot. Całość wyprodukowana przez niezmordowanego Kevina Shirleya, zaś duet wspierany jest przez grupę muzyków, m.in. basistka Carmine Rojas, pianista Alran Schierbaum i perkusista Argon Fig. I mamy tutaj do czynienia z bluesem i odrobiną jazzu, bo więcej do powiedzenia mają tutaj dęciaki („Seesaw”, „Them There Eyes”). Jednak stylistycznie mamy tutaj spory rozrzut: od szybkich, rock’n’rollowych „Them There Eyes” i jazzowych „Nutbush City Limits”, powolne bluesowe „I Love You More Than You’ll Ever Know” czy bardzo rytmiczne i utrzymane w lekkiej stylistyce country „Can’t Let Go”.

Bonamassa na gitarze gra po prostu fantastycznie i w każdym utworze odnajduje się jak ryba w wodzie, zaś Beth potwierdza swój talent wokalny. Zarówno, gdy trzeba spokojnie i delikatnie („I Love You More Than You’ll Ever Know”), jak i ostrzej, gdzie naprawdę słychać inspiracje Joplin („Miss Lady”).  Jednak mimo rozrzutu brzmieniowego, album jest zaskakująco spójny, zaś piosenki mniej znane otrzymują drugie życie.

Co ja tu będę mówił więcej, ten duet naprawdę razem brzmi fantastycznie, co w przypadku dwóch silnych osobowości nie jest takie łatwe. I znowu im się udało, co powoli zaczyna być normą.

8/10


Airbourne – Black Dog Barking

Black_Dog_Barking

W Australii o dziwo też potrafią ostro przyłoić. Przecież z tego kraju pochodzi właśnie kapela AC/DC. I o dziwo okazuje się, że kapela ta ma swoich następców. jest to grupa Airbourne kierowana przez braci O’Keefe. Przekonałem się o tym słuchając ich trzeciej studyjnej płyty.

„Black Dog Barking” zawiera utworów sztuk 10, a za produkcję odpowiada Brian Howes, członek zespołu Closure. Zawartością tej płyty jest prosty i nieskomplikowany hard rock z chwytliwymi melodiami, dynamicznymi riffami – innymi słowy petarda goni petardę. Sekcja rytmiczna wali jak szalona („No One Fits Me (Better Than You)”), gitara serwuje ostre i szybkie riffy („Ready To Rock”), czasem gitara trochę delikatniej (początek „Live It Up” z dźwiękami silnika samolotów i syreną alarmową czy lekko latynowski początek „Hungry”, które potem idzie w stronę bardziej metalu), ale tylko po to, by po minucie wcisnąć gaz i dołożyć do pieca, zaś refreny są śpiewane wspólnie („Ready to Rock” czy „Live It Up”), zaś zadziorny wokal Joela O’Keefe’a dodaje tylko smaku i energii do pieca. Całość brzmi po prostu znakomicie, energetycznie i nieskomplikowanie. Teksty też nie są zbyt istotne ani głębokie. Także 3 piosenki w edycji deluxe trzymają poziom.

Przy tej płycie czas mija jak z bicza strzelił, atmosfera i klimat jak z płyt AC/DC. Kolejny przykład, że prostota dobrze zrobiona, będzie przyciągać uwagę i zasługuje na uznanie. Wypatrujcie Czarnego Psa.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Megadeth – Super Collider

Super_Collider

Każdy zespół metalowy żyje, nawet jak działa diablo długo będzie zawsze w cieniu Metalliki czy Black Sabbath. Ale poza Metalliką tzw. wielką czwórkę metalu tworzą Antrax, Slayer i Megadeth. I właśnie ci ostatni, którzy w tym roku obchodzą 30 lat działalności wydali swój nowy, 14 album.

„Super Collider” zawiera 11 kawałków wyprodukowanych przez Dave’a Mustaine’a (wokalista zespołu) oraz Johnny’ego K., z którym zrobili dwie poprzednie płyty. Dla mnie – osoby nie znającej dorobku tej kapeli, ten album jest naprawdę przyjemną rozróbą, choć dla wielu może się to wydawać zbyt spokojne i za lekkie jak na metalowców, co nawet taki laik jak ja wychwycił. Nie brakuje soczystych i szybkich riffów („Burn!”), szybko walącej perkusji („Built for War”), zmieniającego się tempa („Off The Edge”), rytmicznego basu („Beginning of Sorrow”) czy mrocznego klimatu („Dance in the Rain” z gościnnym wokalem Davida Draimana z Disturbed). Efekt jest zaledwie dobry i jest tutaj aż tak agresywnie jak u innych twórców metalowych, co może być niemiłym zaskoczeniem. Kompletnie dziwacznym utworem jest „The Blackest Crow”, które zaczyna się jak… country (smyczki, spokojna gitara, mandolina), które nam towarzyszy nawet w obecności gitary elektrycznej.

Muzyka jest dość lekka, ale wokal Mustaine’a świadczy, że to jednak metalowa kapela. Surowy, podniszczony głos brzmi bardzo przekonująco, zaś w tekstach jest pokazany brudny i nieprzyjemny świat.

Niby to jest lightowe Medagedth, ale wypada ona w porównaniu do innych kapel całkiem przyzwoicie. Może to nie jest jeszcze tu, ale pozostaje mieć nadzieję, że za dwa lata ekipa wróci do formy.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Joe Satriani – Unstoppable Momentum

Unstoppable_Momentum

Jest wielu rockowych gitarzystów, którzy nagrywają płyty bez śpiewania, tylko z muzyką. Jednym z takich gitarzystów jest Joe Satriani, który występuje na scenie od połowy lat 80., zaś młodszym może być znany jako członek supergrupy Chickenfoot. A wspominam o tym, bo niedawno wyszła jego czternasta solowa płyta.

Utworów jest jedenaście i wykonywane są przez zespół muzyków, czyli klawiszowca Mike’a Keneally’ego, basistę Chrisa Chaneya oraz perkusistę Vinnie’ego Colaiutę. Produkcją zajął się Satriani wraz z Mikiem Frazerem, który współpracował m.in. z AC/DC, Chickenfoot czy Rush. Każda z kompozycji brzmi interesująco i choć na pierwszym planie zawsze jest gitara Satrianiego, która brzmi fantastycznie, nawet w spokojniejszych fragmentach (jazzujące „Three Streets to the Wind”). Ale co najważniejsze, pozostali muzycy też są istotni dla całości i mają swoje pięć minut (klawisze w „Can’t Go Back”, organy w „A Door Into Summer”, perkusja w „Lies and Truths” czy bas w „Jumpin’ In”), tempo jest zróżnicowane, gitara brzmi soczyście („Shine On American Dreamer”) i całość wypada bardzo równo, bez słabizn czy dłużyzn.

Czasem mniej znaczy więcej – Satriani zapewniał, że ta płyta będzie spokojniejsza. I rzeczywiście tak bywa, bo riffy nie mają za cel tylko i wyłącznie popisywanie się, ale współtworzą one dość przyjemny klimat. Więc jeśli macie gitary i nadal szukacie utworów do nauczenia się, to tutaj jest tego od cholery. Pozostali też powinni sprawdzić, bo jest to rzeczywiście monumentum.

8/10

Radosław Ostrowski

Blackmore’s Night – Dancer and the Moon

Dancer_and_the_Moon

Jednym ze znaków rozpoznawalnych zespołu Deep Purple były gitarowe riffy Richiego Blackmore’a. Ale w 1993 roku gitarzysta opuścił kapelę i zaczął angażować się we wcześniejsze projekty. Aż w 1997 roku założył kolejny zespół, tym razem z żoną Candice Night tworząc Blackmore’s Night. Do tej pory, a działają od 1997 roku nagrali 7 płyt studyjnych. A niedawno wyszła płyta nr 8.

„Dancer and the Moon” zawiera 13 kompozycji, z czego 3 są instrumentalne, a 3 to covery. Niezły wynik, zaś muzyka mocno zaskakująca dla tych, którzy znają Blackmore’a z Deep Purple, ponieważ to zupełnie inny byt. Blackmore’s Night idzie w stronę muzyki średniowiecza, celtyckiej czy orientalnej (elektroniczne smyczki w „I Think It’s Going To Rain Today”, lekko pachnąca Rosją gitara akustyczna z tamburynem i cymbałami w „Troika” czy „Lady in Black” z bębnami i fletami), tworząc bardzo zaskakującą i interesującą całość, która pozwala przede wszystkim się zrelaksować, tempo jest różnorodne, a gitara elektryczna czasem potrafi mocniej zagrać (tytułowy utwór czy kończący album „Carry On… Jon” z organami), nie brakuje ciekawych aranżacji oraz popisów gitarowych Blackmore’a, który umie budować klimat.

Zaś wokal pani Night jest bardzo delikatny, ciepły i dopełnia klimatu tej płyty, która jest przede wszystkim delikatna, ale i pazur też jest. Teksty mówią w zasadzie o tym, o czym 99% wszystkich tekstów i są naprawdę w porządku.

Mówiąc krótko „Dancer and the Moon” nie zmieni oblicza muzyki, nie spowoduje przyśpieszenia prac nad lekiem na HIV, ale uczyni świat trochę przyjemniejszym i lepszym. Sami odpowiedzcie, czy to dużo czy mało.

Radosław Ostrowski


Daft Punk – Random Access Memories

Random_Access_Memories

O tym duecie usłyszałem po raz pierwszy, dzięki soundtrackowi do filmu „Tron: Dziedzictwo”. Ale już wtedy byli bardzo znaną ekipą odpowiedzialną za muzykę elektroniczną. Duet Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo po ośmiu latach przerwy (od studyjnego albumu) uznała, że pora nagrać nowy album i tak też zrobili.

„Random Access Memories” – tak się zwie ten nowy album duetu zawiera utworów 13, które reprezentują muzykę elektroniczną utrzymaną w klimacie lat 80., która w ostatnim czasie jest bardzo modna, zaś inspiracjami są m.in. Giorgio Moroder („Giorgio by Moroder”, gdzie o swoich początkach opowiada… Giorgio Moroder, zaś przez 9 minut!! muzyka brzmi kapitalnie). Jeśli jednak myślicie, że są tu tylko syntezatory i klawisze – popełniacie wielki błąd. Poza ogólnie pojętą elektroniką pojawia się i delikatnie grająca gitara elektryczna („Give Life Back to Music” z udziałem Nile’a Rodgersa czy „Instant Crush”, gdzie jest odrobinę podrasowana elektronicznie), fortepian (ballada „Within'” – tam gra Chilly Gonzales), perkusja i bas, które są tłem dla całej elektroniki. Całość tworzy bardzo przyjemną muzykę, która pasuje do dyskotekowego parkietu jak i do kompletnego chilloutu (jeśli ktoś lubi taką muzykę), gdzie nie zabrakło zarówno eksperymentów (początek „Touch”, ale w połowie pojawiają się dęciaki, pianino z basem i perkusją), jak i tanecznego sznytu (singlowe „Get Lucky”). Rozgardiasz jest totalny, ale tworzy dość spójną całość.

Jednak poza wokalami duetu (zmodyfikowanymi komputerowymi), udało się zaprosić wielu gości, którzy śpiewają naprawdę dobrze m.in. Pharella Williamsa („Lose Yourself To Dance”, „Get Lucky”), Paula Williamsa („Touch”), Juliana Casablancasa („Instant Crush”) czy Todda Edwardsa („Fragments of Time”). O tekście nie wspominam, bo nie jest najważniejszy.

Rzadko zapuszczam się w rejony muzyki elektronicznej (ostatnio tak było w przypadku debiutu Kamp!), ale dziwnym trafem mam dobrą rękę do tej muzyki. I płyta Daft Punk również zalicza się do tych ciekawych i udanych. Ciekawe jakie wy macie zdanie na ich temat?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spin Doctors – If The River Was Whiskey

If_The_River_Was_Whiskey

Dawno, dawno temu gdzieś w latach 90. w radiowych stacjach śmigał przebój „Two Princess” – proste, pop-rockowe granie, które przyniosło popularność pewnemu zespołowi z USA, a dokładniej z Nowego Jorku. Do tej pory zespół Spin Doctors nagrał 5 płyt (ostatnia w 2005 roku), ale i tak jest najbardziej kojarzony dzięki debiutowi. Obecnie zespół tworzą: wokalista Chris Barron, gitarzysta Eric Schenkman, basista Mark White i perkusista Aaron Comess. Panowie zdecydowali się przypomnieć z płytą nr 6. Czy warto się zapoznać?

Ci, którzy znają ten zespół tylko i wyłącznie z w/w przeboju mogą być bardzo zaskoczeni, bo kapela tutaj zaserwowała nam bluesa w 10 kawałkach. Jest to dość zróżnicowany album. Najbardziej tutaj wybija się gitara elektryczna, która albo spokojnie lawiruje („Ben’s Looking Out The Window Blues”, „Scotch and Water Blues”) albo trochę przyśpiesza i jest trochę ostrzejsza („The Drop” czy „What My Love?”). Zresztą perkusja też dodaje swoje trzy grosze i wali do rytmu, a w „About a Train” naśladuje tempo pędzącego pociągu. Niby jest to proste i nieskomplikowane granie, ale naprawdę dobrze się tego słucha. Może nie jest to nic zaskakującego czy odkrywczego, ale umówmy się, czy każda płyta ma być czymś, czego nigdy w życiu nie słyszeliśmy?

Równie dobry jest też wokal Chrisa Barrona, który mocno pachnie południem USA i trudno się tu do czegoś przyczepić. Pasuje on do tej stylistyki i tyle. Teksty też są całkiem niezłe.

„If The River Was Whiskey” może nie odmienia oblicza tej muzyki, ale słucha się jej naprawdę dobrze, a to i tak sporo. Proste, bezpretensjonalne granie, które wypada zdecydowanie na plus.

7/10

Radosław Ostrowski


Black Sabbath – 13

13

Na ten album chyba najbardziej wyczekiwali fani ostrego grania. Legendarny zespół Black Sabbath zdecydował się powrócić w pierwotnym składzie. No, prawie. Złamał sie tylko perkusista Bill Ward, którego zastąpił Brad Wilk (Rage Against the Machine). Ozzy Osbourne, Tommy Iommi i Geezer Butler powrócili z kompletnie nowym materiałem, co wzbudziło różne odczucia i obawy, że jest to zwyczajny skok dla kasy. Jak jest naprawdę?

Za produkcję dziewiętnastego albumu pt. „13” odpowiada Rick Rubin – legendarny producent, który współpracował m.in. z Red Hot Chili Peppers, Johnnym Cashem czy Linkin Park. I z tej mieszanki powstało mroczne, ostre brzmienie heavy metalowe, z którym kojarzone jest Black Sabbath. Jest tu budowany mroczny klimat od samego początku za pomocą zmiany tempa (bas i perkusja) oraz ostrości riffów (od bardzo delikatnego i spokojnego na początku przez ostrzejszy w środku i pod koniec z powrotem). I mimo że ten zabieg jest wykorzystywany cały czas, nie ma tu miejsca na nudę. Słychać to zarówno w otwierającym całość „End of the Beginning”, wybranym na singla „God is Dead?”, gdzie gitara Iommiego naprawdę robi zadymę i słucha się jej z niekłamaną frajdą czy w „Age of Reason”. Ale nie tylko te długie utwory są warte uwagi. Tak jak w „Loner”, gdzie najbardziej wybija się perkusja (zwłaszcza w drugiej połowie) i lekko podrasowana gitara czy w najkrótszym „Zeitgeist” zaczynającym się śmiechem, który potem zastępuje akustyczna gitara i równie oszczędna perkusja. Dzieje się tu wiele, jest mocno i z łomotem.

No i najważniejsze: znów słyszymy Ozzy’ego Osbourne’a, który obojętnie co by zrobił i tak będzie się kojarzył z Black Sabbath. Jest on zazwyczaj spokojny i stonowany, ale gdy podnosi głos (choć nie nazwałbym tego darciem ryja) to czuć większą ekspresję i nadal posiada tą charyzmę, która przykuwała 40 lat wcześniej. Także tekstowo i tematycznie mamy mroczne klimaty z wiarą gdzieś w tle.

Szczerze nie byłem przekonany do tego przedsięwzięcia wyczuwając w tym raczej chęć szybkiego zarobienia na fanach i na sentymentach. Ale nie tym razem. Może i Bóg nie żyje, ale bogowie metalu zmartwychwstali i wrócili w chwale. Cieszycie się z tego, prawda?

8/10


The National – Trouble Will Find Me

Print

Tym albumem zainteresowałem się dzięki… bardzo intrygującej okładce, nie znając istnienia amerykańskiego zespołu The National. Jak podaje Wikipedia, zespół działa od 1999 roku, tworzy go pięć osób i nagrał do tej pory 5 płyt. Poza tym znani są z tego, że grają smutne piosenki. Mając tą podstawową wiedzę, podjąłem wyzwanie i sięgnąłem po „Trouble Will Find Me”.

Sam nazwa wskazuje, muzyka indie jest z jednej strony melodyjne i ładne, z drugiej brudne i pełne różnych elektronicznych przebitek dźwiękowych. Za  produkcję odpowiadają bracia Aaron i Bryce Dessner (gitary i klawisze) i jest tak jak wspominałem. Melodyjne gitary budują bardzo melancholijny klimat („I Need My Girl”, „Bulletproof”), gdzie jeszcze wspiera ich delikatna elektronika i sporadycznie szybka sekcja rytmiczna („Humiliation”, „Sea of Love”). Jednak muzycy poza gitarami i klawiszami korzystają z różnych instrumentów – fortepianu („Pink Rabbits”, „Heavenfaced”), gitary akustycznej („I Should Liv in Salt”) czy smyczków („Fireproof”, „This Is The Last Time”). Nudy tu nie ma, choć dominują tutaj spokojniejsze kompozycje, które brzmią po prostu ładnie i pozwalają się wyciszyć.

Tak samo wyciszający jest wokal Matta Beringera, który nie popisuje się, a wręcz przeciwnie jest bardzo spokojny, stonowany, wręcz pozbawiony emocji. Brzmi to dość dziwnie, ale tworzy to bardzo intrygująca całość do spółki z niezłymi tekstami.

The National są smutni, ale ich smutek nie brzmi zbyt depresyjnie czy mrocznie. Nie wiem jak poprzednie płyty, ale tej słuchałem z może nie wielką, ale przyjemnością. To udana płyta do słuchania po ciężkim dniu.

8/10

Radosław Ostrowski