Anti Tank Nun – Fire Follow Me

Fire_Follow_Me

W zeszłym roku ta kapela w Polsce zrobiła zadymę i poważnie namieszała na naszym rynku. Titus na wokalu, 14-letni wówczas Igor Gwadera z gitarą robił co chciał, a sekcja rytmiczna naparzała aż miło. Teraz Przeciwpancerna Zakonnica kontratakuje i serwuje swój drugi album.

„Fire Follow Me” zawiera 10 heavy metalowych kawałków i wszyscy ci, którzy do tej pory traktowali tą kapelę jako ciekawostkę, po tym albumie zmienią zdanie. Kapela zaczyna szybko i ostro („First Spark”, „Fire Follow Me”) –  sekcja rytmiczna naparza, gitara brzmi wybornie (nadal uważam, że Iggy brzmi jak profesjonalista), a Titus drze ryja w zrozumiałym dla wszystkich jeżyku angielskim. Innymi słowy – szybcy i wściekli, tylko że zamiast samochodów mamy gitarę, perkusję, bas i Titusa. A nawet jeśli pojawia się spokojny fragment („Under the Big Black Tent” z akustyczną gitarą na pierwszym planie i szepczącym Titusem), to tylko na chwilutkę. Nie zabrakło tutaj bardziej rozbudowanych kompozycji (pachnące Black Sabbath „Iron Midget” czy najdłuższy w całym zestawie „The One Who’s Good”). Jeśli ktoś lubi ostre, rockowe granie, „Fire Follow Me” jest absolutnie dla niego. W innym wypadku, absolutnie odradzam. Siła i ogień w tym jest wielka, a ktoś nieobyty może się sparzyć.

9/10

Radosław Ostrowski


Alice in Chains – The Devil Put Dinosaurs Here

The_Devil_Put_Dinosaurs_Here

Po świetnie przyjętym „Black Gives Way to Blue” zespół Alice in Chains zrobił sobie krótką przerwę (4 lata), by znów zaserwować kolejny materiał. Wielu czekało na tą płytę z wielkimi oczekiwaniami i w końcu 28 maja wyszła w Polsce płyta „The Devil Put Dinosaurs Here”.

I tak jak przy poprzedniej za produkcję odpowiada Nick Raskulinecz i w zasadzie mamy to, co przy poprzedniej, czyli najprościej mówiąc młóckę. Ale za to jaką – nie jest tu aż tak ostro jak przy poprzednim, ale gitara też potrafi przyłoić („Hollow”, „Stone” ze świetnym solo na basie czy lekko orientalnie w tytułowym utworze). Zdarzają się też spokojniejsze kawałki jak „Voices” czy akustyczny „Choke”, które pozwalają się rozluźnić. Innymi słowy, jeśli podobała wam się poprzednia płyta, to i tak powinna was wprawić w zachwyt. Bo co tu jeszcze można powiedzieć zaskakującego? Chyba nic.

Reszta też trzyma poziom poprzedniczki od wokali zaczynając aż na tekstach kończąc. Nie będę tutaj zaskakiwał i powiem tak: jest to kolejna bardzo udana płyta zespołu, który potwierdza swoją wielką formę.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Alice in Chains – Black Gives Way to Blue

Black_Gives_Way_To_Blue

Kiedy w 2002 roku zmarł Layne Staley wszyscy byli przekonani, że Alice in Chains zakonczy swoją działalność. I tak na początku było, ale po trzech latach panowie postanowili wznowić działalność, ale planowali to zrobić pod inną nazwą. Jednak wrócono do szyldu Alice in Chains i z nowym wokalistą Williamem DuVallem z zespołu Comes with the Fall nagrali swój czwarty studyjny album po 14 latach przerwy.

Producentem „Black Gives Way to Blue” był Nick Raskulinecz, który współpracował m.in. z Foo Fighters, Stone Sour i Rush. Od razu uprzedzam fanów, stylistycznie nic się tu nie zmieniło. To nadal ciężkie granie z mrocznym klimatem, tylko mocniejsze. Tutaj Cantrell pozwala sobie na więcej (lekko orientalnie w „A Looking for View”), ale nadal brzmi brudno („Acid Bubble”, gdzie w połowie następuje przyśpieszenie i powrót do początku z basem i gitarą), perkusja wali jakby trochę mocniej i tak jak poprzednio zdarzają się momenty wyciszenia (początek „Your Decision” czy „When The Sun Roise Again” zagrane na akustycznej gitarze i ze wsparciem tabli – takie orientalne bębny, choć i elektryczne riffy się pojawiają, ale rzadko). Innymi słowy, to nadal Alice in Chains, tylko że przeniesione w XXI wiek i mocniejsze. Całość brzmi po prostu świetnie i nie ma tu miejsca na nudę, zaś największym dla mnie zaskoczeniem był tytułowy utwór nagrany z grającym na pianinie Eltonem Johnem.

Jak wspomniałem Layne’a Staleya zastąpił William DuVall, który tutaj śpiewa razem z Jerrym Cantrellem i panowie tworzą razem bardzo dobry duet. DuVall nie naśladuje zmarłego wokalistę i jest to absolutnie zaleta, współgrając z cała reszta kapeli. Teksty Cantrella dopełniają reszty – tutaj mamy do czynienia z przeszłością, relacjami z innymi, choć nie zabrakło także depresji i śmierci.

Zespół po latach powrócił z niebytu i to w wielkim stylu. Śmiało można ten album postawić obok poprzednich płyt. Czas żałoby minął i pozostało tylko delektowanie się muzyką.

9/10

Radosław Ostrowski


Alice in Chains – MTV Unplugged

MTV_Unplugged

Był kiedyś taki czas, że każdy szanujący się artysta lub zespół nagrywał płytę z utworami w wersjach akustycznych. Zresztą nadal tak jest, ale robione były kiedyś dla MTV. Rok po swojej ostatniej płycie i parę lat po nagranej dla tej serii płyty Nirvany do tego grona postanowiło dołączyć Alice in Chains.

Album jest zapisem koncertu, który odbył się 10 kwietnia 1996 roku w Brooklyn Academy of Music w Majestic Theater w Nowym Jorku, zaś za realizację odpowiadał Alex Coletti – uznany reżyser koncertów z serii MTV Unplugged, a całość zawiera 13 piosenek. Zaś zespół był wspierany przez Scotta Olsena, który grał na gitarze, tworząc ciekawy duet z Jerrym Cantrellem. Utwory te w tych wersjach nabrały nowej siły, a jednocześnie pozwalają bardziej się skupić na tekstach. Może i środki się zmieniły, ale ponury i melancholijny klimat pozostał („Sludge Factory” poprzedzone zagranym na basie wstępem „Enter Sandman” Metalliki). I nie mogło zabraknąć największy przebojów jak „Rooster”, „Would?” czy „Brother” – perkusja uderza naprawdę mocno, gitara akustyczna brzmi naprawdę pięknie, nawet lekko westernowo („Down in a Hole”), a Layne śpiewa po prostu wybornie. Czy można się tu do czegoś przyczepić? Ja nie potrafię, dlatego ten tekst jest taki krótki. I szczerze polecam ten album każdemu, kto uważa się za fana muzyki rockowej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alice in Chains – Alice in Chains

Alice_in_Chains

Po nagraniu znakomicie przyjętego albumu „Dirt”, w zespole Alice in Chains dochodziło do spięć. Ekipę opuścił Mike Starr, zastąpiony przez Mike’a Ineza, frontman zespołu Layne Staley wpadł w uzależnienie od narkotyków i zespół zawiesił działalność. Ale po trzech latach panowie zdecydowali się nagrać kolejny studyjny materiał pod prostym tytułem „Alice in Chains”.

Tym razem za produkcję odpowiadał Toby Wright, który współpracował m.in. z Kornem, Slayerem i Ozzym Osbournem. Brzmieniowo jest to kontynuacja „Dirt”, czyli brudny klimat, ostra gitara i ponure teksty (tym razem w większości napisane przez Staleya). Nie brakuje momentów wyciszenia („Heaven Beside You” z akustyczną gitarą na pierwszym planie czy „Shame on You” ze spokojniejszą perkusją oraz delikatniej grającą gitarą), ale są one bardzo rzadkie. Gitara gra trochę ciężej niż poprzednio („Head Creeps”, „So Close”), nie zabrakło wielu świetnych, brudnych riffów („Grind”, „Sludge Factory”), pojawia się wiele długich, ponad 5-minutowych kompozycji („Frogs” czy kończące album „Over Now”), jednak nie ma tu miejsca na nudę.

Jeśli chodzi o pozostałe aspekty tej płyty, nie zmieniło się wiele. Layne nadal brzmi świetnie, choć nie szaleje za bardzo przy mikrofonie. Tekstowo też jest trzymany poziom i tematyka też nie zmieniła się za bardzo: narkotyki, relacje z ludźmi i z Bogiem, a wszystko naprawdę ponure.

Brzmieniowo „Alice in Chains” kontynuuje to, co na poprzednim albumie – mroczny, brudny, ale jednak poprzednik zrobił na mnie silniejsze wrażenie. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to bardzo udany album.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Jeff Lynne – Armchair Theatre

Armchair_Theatre

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie byłem w planach, a moi rodzice zwyczajnie się nie znali, działał zespół Electric Light Orchestra, który mieszał rocka z muzyką lekko symfoniczną pod wodzą Jeffa Lynne’a, który już od 1986 roku działał na własny rachunek. I wtedy po założeniu krótko działające supergrupy Traveling Wilburys (skład Lynne, Tom Petty, Roy Orbison i Bob Dylan), z która nagrano dwie płyty w 1990 roku ukazuje się solowy debiut Lynne’a.

„Armchair Theatre” zebrał dość ciepłe recenzje, a wspominam o tej płycie, ponieważ w tym roku płyta została zremasterowana. Album ten zawiera 11 piosenek plus dwie dodatkowe, które nie były dostępne w wydaniu z 1990 roku, a wszystko lekko okraszone rock’n’rollem. Pierwsze, co mnie uderza to pełna oldskulowość oraz luz zmieszany z naprawdę bogatą i pomysłową aranżacją. Mamy tu czystego rock’n’rolla, odrobinę country („Don’t let Go”, „Nobody Home”), pójścia w pop („Don’t Say Goodbye”) i okraszone to wszystko obecnością chórków i smyczków („Every Little Thing” i „Stormy Weather”). Wokalistę wspierają Richard Tandy (klawiszowiec Electric Light Orchestra) i George Harrison (gitara i sporadycznie chórek), a także m.in. Michael Kamen (aranżacje smyczków), perkusista Mette Mathiesen czy saksofonista Jim Horn („Don’t Say Go”). To m.in. dzięki nim ten album jest taki lekki, przebojowy i pełen energii, bardzo ciepły.

Swoje musiał dać sam Jeff Lynne, którego głos jest naprawdę delikatny, bardzo leciutki, przypominający trochę oldskulowych rockmanów z lat 60. Zaś teksty są tak jak całość – lekka, bezpretensjonalna i mówiąca o relacjach z innymi ludźmi.

Nie jest to album, który może odmienił oblicze muzyki, doprowadził do odnalezienia lekarstwa na HIV czy innej niebezpiecznej zarazy, ale czas spędzony przy nim nie będzie w żadnym wypadku stracony. Bo to uczciwie mówiąc: dobry album. Niby niewiele, ale w obecnych czasach to naprawdę dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Dawid Podsiadło – Comfort and Happiness

Comfort_And_Happiness

Laureaci talent show maja to do siebie, że pojawiają się szybko i znikają jeszcze szybciej (zazwyczaj po 1 płycie). Dlatego niespecjalnie interesuje się tego typu programami. A tu pojawia się debiutancka płyta kolejnego uczestnika takiego programu, w dodatku rekomendowana przez Program Trzeci Polskiego Radia. Jej autorem (czytaj: wykonawcą) jest 20-latek z Dąbrowy Górniczej, Dawid Podsiadło.

Za „Comfort and Happiness” od strony producenckiej i muzycznej odpowiada Bogdan Kondracki, który jest jednym z płodniejszych polskich producentów. Przez większość czasu dominuje bardzo stonowane, wręcz akustyczne granie z domieszką elektroniki. Nawet jeśli pojawiała się gitara elektryczna, to była bardziej stonowana i delikatna („!H.a.p.p.y!”), choć pewnym wyjątkiem jest „Nieznajomy” z lekko oniryczną gitarą i mocniejszą perkusją. Ale nie brakuje tutaj ciekawych dźwięków jak cymbałki (singlowe „Trójkąty i kwadraty”), organy i elektroniczne wstawki w „Elephant” czy delikatny fortepian w „Vitane”. Nie brak tu zróżnicowania i czuć trochę inspiracji niezależną muzyką, której słucha się z niekłamaną przyjemnością. Lekko, bezpretensjonalnie i z odrobiną magii, której teraz w muzyce coraz trudniej znaleźć.

Zaś sam głos Dawida jest to ten z rodzaju bardzo delikatnych, ale jednocześnie intrygujących. Mnie ten wokal kojarzy się z Chrisem Martinem, wokalistą Coldplay i to z czasów śpiewania „Trouble” (najbardziej to słychać w „No Part II”). O dziwo zaskakująco dobrze wypadają naprawdę dojrzałe teksty, które nie są o życiu nastolatka, imprezach itp, ale o miłości, szukaniu swojego miejsca czy refleksji nad życiem. Absolutnie na plus.

W zasadzie jedyną poważną wadą są dwa powtarzające się utwory śpiewane po polsku i angielsku: „Nieznajomy” (Little Stranger) oraz „Trójkąty i kwadraty” (S&T), które poza tekstem niespecjalnie się różnią między sobą. Ale to już trochę czepianie się na siłę. Nie wiem jak wy, ale ja zaczynam obserwować dalsze poczynania tego chłopaka, który może namieszać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Editors – The Weight of Your Love

The_Weight_of_Your_Love

Ten rock dla brytyjskiego zespołu Editors jest istotny. Po odejściu Chrisa Urbanowicza, do zespołu dołączyli Jostin Lockey (gitara prowadząca) i Elliot Williams (klawisze, gitara). W takim właśnie składzie Anglicy wydali swój czwarty album „The Weight of Your Love”.

Nowy album, nowy skład i nowy producent – to ostatnie w przypadku zespołu jest stałą. Tym razem za produkcję odpowiada Jacquire King, który produkował płyty m.in. Kings of Leon, Toma Waitsa czy Nory Jones. I już słychać, że ekipa wraca brzmieniowo do korzeni (wraca gitara elektryczna), choć nie zabrakło miejsca na elektronikę (najbardziej wybija sie w „What Is This Thing Called Love?”). Kapela gra bardzo zróżnicowanie: nie brakuje skrętów w stronę popu („Honesty” czy „Nothing” ze smyczkami), melodyjnego grania gitary (singlowy „A Ton of Love” czy „Hyena”), wybijającego się basu (urwany „Formaldehyde” czy „Hyena”) czy nawet skrętu w stronę country („The Phone Book”). Brakuje mi trochę bardziej dynamicznych utworów jak „Munich”, ale ten album jest bardziej klimatyczny i nadal słucha się go dobrze, częściowo zacierając średnio udanego poprzednika.

Jeśli chodzi o wokal Toma Smitha, to nie zmienił się specjalnie, nie drażni i może jeszcze trochę zalatuje Ianem Curtisem. Nadal słucha się go dobrze, co nie wszystkim się udaje. Także w warstwie tekstowej jest pewien progres, choć tematyka nie jest zbyt zaskakująca.

„The Weight of Your Love” to częściowy powrót zespołu do melodyjnego, lekko rockowego grania. Nie ma tu aż tak elektronicznego cudowania jak w przypadku „In This Light and On This Evening”, ale też nie jest tak ostro brudno jak w przypadku pierwszych płyt. Niemniej widać, że grupa idzie w dobrą stronę.

7/10


Alice in Chains – Dirt

Dirt

Jak pisałem poprzednio zespół w 1992 roku wydał dwie płyty. Teraz czas na „Dirt” – jak sama nazwa wskazuje, brudną i nieprzyjemną dla wszystkich.

Album tak jak poprzedni wyprodukował Dave Jarden z lekkim wsparciem samego zespołu. I niby mamy to samo, czyli ostra brudna gitara i brudny klimat, tylko jeszcze bardziej odczuwalny. Gitara uderza mocniej i jest znacznie mniej przyjemna niż poprzednio. Melodyjność, która w ilościach śladowych była poprzednio wyparowała na rzecz surowych i miejscami naprawdę ostrych riffów, wspieranych przez szybszą i mocniej walącą perkusją (tytułowy utwór). Czasem wybije się bas (początek „Would?” i „Rain When I Die” z dziwnie brzmiącymi dzwonkami), nie brakuje naprawdę ostrego łojenia (otwierające „Them Bones”, lekko punkowe „Dam That River” czy krótki „Iron Giant” z głosem Toma Arayi – basisty Slayera), odrobiny psychodelii („Sickman” z mocną perkusją czy „Junkman”) czy łudzącego spokoju (największy przebój zespołu – „Rooster” czy zaczynający się ładną gitarą akustyczną „Down in the Hole”). Panowie grają dojrzalej i ciągle eksperymentują. Całość jest po prostu rewelacyjna i trudno się do jakiegokolwiek utworu przyczepić.

Zas co do wokalu – Layne nadal potrafi się zadrzeć i pójść coraz mocniej („Sickman”, „Junkhead”), ale tutaj bardziej jest spokojniejszy, trochę snujący się po całej płycie, co może być lekkim zaskoczeniem. Za to warstwa tekstowa nie zaskakuje, bo nadal jest mowa o ciemniej stronie życia, sporo jest o narkotykach, śmierci, wojny czy depresji. Pod tym względem to chyba najcięższy treściowo album zespołu.

„Dirt” to najmroczniejszy album w dorobku zespołu Alice in Chains, który jest pozbawiony praktycznie słabych punktów, nadal brzmi rewelacyjnie, wokal jest znakomity – tutaj wszystko gra i brzmi. Fani rocka powinni go mieć.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Alice in Chains – Sap

Sap

Po zasłużonym sukcesie debiutu, kapela z Seattle postanowiła, że nie będzie się opieprzać i w 1992 roku nagrali aż dwie płyty. Pierwsza to minialbum, a druga pełnoprawna płyta. Na dzisiaj ta pierwsza, czyli „Sap”.

Album wyprodukowany przez Dave’a Jardena i Ricka Parashara (m.in. Pearl Jam i Temple of the Dog) zawiera raptem 5 utworów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wykorzystano gitarę akustyczną, zaś elektryczna zostaje zepchnięta na drugi plan i gra bardziej łagodnie. Ale po kolei. Na początku dostajemy „Brothers” – poruszającą piosenkę z dominującą gitarą akustyczną, perkusją też spokojną i delikatnie grającą gitarą elektryczną z basem, zaś Layne’a wokalnie wspierają Chris Cornell, Ann Wilson i Jerry Cantrell. „Got Me Wrong” ma bardzo rytmiczne tempo (świetny bas z perkusją), jednak gitara elektryczna bardziej zaznacza swoją obecność i idzie bardziej w bluesa, by pod koniec bardziej pobrudzić. Zupełnym przeciwieństwem jest „Right Here” grane tylko na gitarze akustycznej i tamburynie i znów Layne jest wspierany wokalnie przez Cornella (lekki głos, który pod koniec trochę szaleje) do spółki z Markiem Armem (głębszy). W podobnym tempie utrzymany jest kończące album „Am I Inside”, gdzie Layne bardziej szepcze niż śpiewa. A całość jest utrzymana w bardziej melancholijnym tonie, ale nadal jest mrocznie.

Tekstowo nadal jest to Alice in Chains, ale tutaj skupia się na relacjach międzyludzkich. Opuszczenie, samotność – to się tu przewija parę razy.

Dla mnie jedyną wadą tego albumu jest to, że jest za krotki. Ale w końcu to minialbum, który pokazuje troszeczkę inne oblicze tej kapeli – bardziej stonowane, ale równie mocne i emocjonujące jak poprzednio.

8/10

Radosław Ostrowski