Caro Emerald – The Shocking Miss Emerald

The_Shocking_Miss_Emerald

Trzy lata temu objawiła się światu pewna holenderska wokalistka, która mieszała retro z nowoczesnością. Teraz Caro Emerald po świetnie przyjętym debiucie pojawia się ze swoim najnowszym albumem, gdzie dzieją się różne rzeczy.

„The Shocking Miss Emerald” konsekwentnie idzie drogą wyznaczoną przez debiut, czyli łączymy otoczkę retro (w tym przypadku swing i jazz) z bardziej współczesnym rytmem. Nie brakuje tutaj skreczy (singlowe „Tangled Up” mieszające tango z rapem), trochę wodewilu („Coming Back As a Man”), pójścia w klimaty Bonda („I Belong to You”) czy odrobiny mroku („Black Valentine”). Całość jest naprawdę równa, każdy z instrumentów ze świetnymi dęciakami i rytmicznym kontrabasem na czele + skrecze i ziomalska konsoleta pasuje do całości i tworzy bardzo intrygującą tkankę („Completely”). Poza tym pojawiają się dość często smyczki („One Day”), gdzieś w tle przewija się gitara elektryczna („Black Valentine”), pianino („Pack Up the Louie”), mandolina („Liquid Lunch”). Owszem, przypomina to trochę stylem Michaela Buble czy Dianę Krall, ale moim skromnym zdaniem Emerald jest bardziej do tańca i skoczniejsza od pozostałej dwójki.

Jej dość delikatny głos dopełnia tego obrazu, który jest trochę jakby wzięty z dawnej epoki. Razem z niezłymi tekstami tworzy to bardzo ciekawą i intrygującą całość. Innymi słowy: byłem w szoku i mnie zatkało, że tak można łączyć stare z nowym. Warte czasu i pieniędzy, nie tylko dla starszych.

8/10

Radosław Ostrowski


Bruce Springsteen – Collection 1973-2012

collection_19732012

Ktoś dawno temu kiedyś powiedział, że najlepszymi płytami są składanki – zapewne to był jakiś krytyk. Ale z drugiej strony takie albumy zawierają w pigułce dorobek konkretnego artysty. Zazwyczaj takie składanki wydaje się na specjalne okazje albo po to, by wyciągnąć kasę od fanów. Jak jest w przypadku Bruce’a Springsteena, który w tym roku obchodzi 40-lecie działalności?

Album ten jest kompilacją największych przebojów Bossa od początku swojej działalności, gdzie porównywano go do Elvisa Presleya aż po ostatnią płytę, gdzie bardzo krytycznie patrzy na otaczającą go rzeczywistość. Najpierw mamy rockową gitarę elektryczną, gdzie towarzyszą jej dęciaki i fortepian („Rosalita”,”Thunder Road”, „Born to Run”), a także harmonijka ustna i klawisze („Badlands”, „The Promised Land”) – te utwory cechuje pomysłowa aranżacja i bogate brzmienie. Potem gitara ustępuje miejsca innym instrumentom jak w „Hungry Heart” z pięknymi klawiszami i pianinem, gra akustycznie („Atlantic City” z harmonijką tylko do towarzystwa) czy skrętów w lekko popową stylistykę (podniośle brzmiący „Born in the U.S.A.”. „Dancing in the Dark” czy „Streets of Philadelphia”). Innymi słowy są to najważniejsze hity w dorobku tego twórcy.

Boss sam piszę muzykę i teksty, co nie jest żadnym zaskoczeniem, bo w obu tych polach obraca się wybornie. Głos też ma bardzo charakterystyczny i pełen emocji. Także w tekstach, gdzie opisuje zwyczajne życie, ludzi zagubionych, odrzuconych, rozczarowaniu. A wszystko to w prostych słowach, bez zbędnego patosu czy nadmiernego poetyzowania, co potrafi naprawdę niewielu.

Dla mnie ten album trochę przybliżył mi postać Bossa, którego znałem z ostatniej płyty (naprawdę świetnej). I od tego właśnie są kompilacje, a ta jest naprawdę wyborna.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Alice in Chains – Facelift

facelift

Ekipa, o której chcę wam teraz opowiedzieć uważana jest za jeden z najważniejszych zespołów muzyki grunge. Powstali w Seattle w 1987 roku w składzie: Jerry Cantrell (gitara, kompozytor), Mike Starr (bas), Sean Kinney (perkusja) i Layne Staley (wokalista). Kapela przeszła różne perturbacje wokalne, ale mimo tego nadal funkcjonuje. Zanim opowiem o ich najnowszym dziecku, zrobię mała podróż w czasie i przedstawię poprzednie dokonania tej kapeli.

Debiut „Facelift” pochodzi z 1990 roku, zawiera 12 kawałków wyprodukowanych przez Dave’a Jerdena, który współpracował m.in. z Red Hot Chili Peppers czy Jane’s Addiction. I jest to stricte rockowe granie, bez udziwnień i żadnych dodatków, by się w radiu podobało, a całość podana w naprawdę mrocznym klimacie. Cantrell serwuje naprawdę świetne riffy i to bez popisywania się („We Die Young”, „Man in the Box”czy „Love, Hate, Love”), za to ciężko i ponuro, choć pojawia się też najbardziej rockowy instrument świata – fortepian („Sea of Sorrow”, które trochę mi przypomina „Enter Sandman” Metalliki). Czasem jednak gitara zagra bardzo spokojnie (początek „Bleed the Freak”), ale potem sekcja rytmiczna i gitara elektryczna robią swoje, przywracając wszystko do normy. Nie brakuje skrętów w psychodelię („Love, Hate, Love”), brudnej zadymy („It Ain’t Like That”) i w ogóle rozróby („Put Your Down” ze „strzelającą” perkusją na początku), a nawet zaskoczeń (rock’n’rollowe „I Know Somethin’ (Bout You)”).

Poza Cartwellem drugą istotną postacią w zespole jest Layne Staley, którego wokal czasami na granicy rozstrojenia i przedłużeń niczym Ozzy Osborne (przynajmniej mnie się kojarzył), który sprawdza się zarówno, gdy trzeba trochę pokrzyczeć, jak i trochę uspokoić atmosferę, co akurat robi bardzo rzadko. Druga istotna kwestia to teksty, które nie mówią o takich banałach jak love. Jest tu i śmierć, toksyczny związek, brud tego świata – tu nie ma niczego przyjemnego, a nawet jest odwrotnie.

Wcześniej nie kojarzyłem za bardzo tego zespołu, ale zacznę uważniej obserwować. Alicja, choć w łańcuchach, to jednak pokazuje moc i siłę.

8/10

Radosław Ostrowski

Editors – In This Light and on This Evening

in_this_light_and_on_this_evening

Na trzeci album redaktorów trzeba było czekać dwa lata. Ale chyba nawet najwytrwalsi fani nie spodziewali się tego, co wyszło.

Tym razem mamy 9 piosenek, a produkcją zajął się Mark „Flood” Ellis, który współpracował m.in. z New Order, Depeche Mode, a-ha czy U2. Już w tytułowym utworze czujemy, że coś tu jest inaczej. Dlatego, ze wysunięto na pierwszy plan syntezatory (pulsujący bas, podrasowana gitara i pianino), budujące bardzo ponury klimat. Może wprawić w zakłopotanie i konsternację, nigdy nie byłem pewny czy słyszę przesterowaną gitarę czy syntezator jak w singlowym, przebojowym „Papillon”. Zespół tym razem bardzo poważnie eksperymentuje, inspirując się m.in. OMD (początek „Bricks and Mortars”) czy Depeche Mode (zapętlający się „The Boxer”), nie zapominając o melodyjności („You Don’t Know Love”). Jednak po „You Don’t Know Love” robi się zbyt monotonnie i dla mnie za spokojnie, choć pojawiają się pewne ciekawe dźwięki (podrasowana gitara w „The Big Exit”). Za to pewnym bonusem jest dodatkowy utwór, będący koncertową wersją „No Sound But the Wind”, ale nawet to nie jest w stanie uratować tej płyty.

Wokal Toma Smitha jest tak rozpoznawalny, że nie można go pomylić, jednak tutaj udaje się parę razy zaskoczyć (szeptanie w tytułowym utworze, trochę przypominające Nicka Cave’a czy w „The Boxer”), ale teksty są już trochę słabsze niż na poprzednich płytach co nie jest już takie dobre.

Ten album wielu wprawił w konsternację, także i mnie. Na razie jest to najsłabsza płyta tego zespołu, który gdzieś zgubił tą swoją dynamikę, choć klimatu (lekko melancholijnego) nie można odmówić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Editors – An End Has a Start

an_end_has_a_start

Dwa lata po swoim debiucie zespół Editors zdecydował, że nie zwalniają tempa i trzeba nagrać nowy materiał. Jak powiedzieli, tak też zrobili i pojawił się „An End Has a Start”, który kontynuował to, co zaczęli w „The Back Room”.

Tutaj za produkcję odpowiadał Garret „Jacknife” Lee, który współpracował m.in. z U2, Snow Patrol czy R.E.M. Zaczyna się z wysokiego C, czyli z mocnych uderzeń perkusji i szybkiej gitary („Smokers Outside the Hospital Doors” i tytułowy utwór). Potem następuje lekkie zwolnienie tempa i wyciszenie jak w „The Weight of the World”, gdzie sekcja rytmiczna dominuje, gitara w refrenach szaleje i pojawiają się w tle chórki, co daje lekko epickie brzmienie, „When Anger Shows” (spokojne zwrotki z dominacją klawiszy i pianina, zaś w refrenach gitara „brudzi”) czy bardzo zaskakujący początek ” Push Your Head Towards the Air” (akustyczna gitara, fortepian, podrasowana gitara oraz perkusja), ale jednak dominuje tu bardziej szybkie tempo (singlowe „Bones” z szybką perkusją, której nie jest w stanie przegonić gitara czy „The Racing Rats”). Zaskakuje za to bardzo spokojny (jak na nich) koniec płyty, w tym wypadku pianistyczny „Well Worn Hand”, który jest najsłabszym utworem. Widać, że zespół ciągle próbuje tworzyć coś nowego, a nie tylko wykorzystywać sprawdzone patenty.

Smith nadal zalatuje Curtisem, ale potrafi też podnieść głos („The Racing Rats”) i być zadziornym. Tekstowo też jest pewien progres, bo mamy tutaj szerszą tematykę, m.in. wyścigu szczurów, gniewu, rozstania. Czyli na plus.

Widać, że zespół próbuje się rozwijać i szuka ciągle czegoś nowego. Ta płyta bardziej podoba mi się od debiutu, który też jest dynamiczny i przebojowy. Ale chyba tutaj wszystko jest bardziej dopracowane.

8/10

Radosław Ostrowski

Editors – The Back Room

the_back_room

Dawno, dawno temu, Bóg się znudził muzyką, która była grana i wymyślił punk, który podchwycili Brytyjczycy. Najpierw było Sex Pistols, potem Joy Division, z którego wiele zespołów czerpie do dnia dzisiejszego. I właśnie opowiem wam o jednej z kapel-córek Joy Division. Poznali się na uniwesytecie w Birmingham roku 2002 i było ich czterech. Tom Smith (wokal, gitara), Russell Leetch (bas, klawisze), Geraint Owen (perkusja, zastąpiony przez Edwarda Laya) i Chris Urbanowicz (gitara) się zwali. Nazwę zespołu zmieniali aż trzy, by ostatecznie nazwać się Editora, a w 2005 roku zadebiutowali ze swoją płytą.

„The Back Room” zawiera 11 piosenek, za których produkcję odpowiada Jim Abbiss znany ze współpracy z m.in. Arctic Monkeys, Kasabian czy Adele. Całość pachnie punk rockiem polanym elektroniką. Nie brakuje tutaj szybkich gitar („Munich”, „Lights”), mocnej perkusji („All Sparks”), trochę spokojniejszych brzmień („Camera” z rytmicznym basem i klawiszami oraz rozkręcającą się perkusją), melodyjności („Bullets”), ale ogólnie całość jest bardzo róznorodna i słucha się tego z dużą frajdą mimo paru lat po premierze. Nie ma tutaj czegoś, co byłoby nie udane czy mocno odstawało od reszty, co też nie zdarza się zbyt często.

Również wokal Toma Smitha, który wielu kojarzy się z Ianem Curtisem (najbardziej to słychać w kończącym „Distance”), jest delikatny, gdy trzeba zadziorny, ale nie jest ani przez moment sztuczny. Także niezłe teksty mówiące o miłości i samotności trzymają poziom.

Mówiąc najprostszymi słowami: „The Back Room” to udany album, od którego zaczęła się kariera Anglików, którzy mieli być odpowiedzią na amerykański Interpol. Dalej było równie ciekawie, ale to temat na oddzielną historię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Vienio – Profil pokoleń vol. 1

profil_pokolen

Mówi się, że w hip-hopie nie dzieje się nic ciekawego, z czym nie do końca się zgadzam. Do rąk moich trafił dość intrygujący album „Profil pokoleń vol. 1” niejakiego Vienia, współtwórcy legendarnej Molesty. W tym albumie raper postanowił na nowo nagrać utwory polskich niezależnych artystów lat 80. i 90. Brzmi ciekawie? Ale efekt nie do końca spełnił oczekiwania. Po kolei.

Za produkcję odpowiada niejaki Pereł, który całkiem nieźle sobie radzi, choć idzie w trochę bardziej oldskulowego brzmienia, co czasem wydaje się średnie („Moja krew” z marszową perkusją nie brzmi zbyt dobrze), ale jednak pojawiają się dość ciekawe eksperymenty jak w „Cząstce mnie” z reggae’owym fortepianem czy „Elektroniczna cywilizacja” z masą elektronicznych dźwięków. To są przykłady pomysłowego łączenia dźwięków. Szkoda, że reszta nie dorównuje tym perełkom. Sama nawijka Vienia jest całkiem przyzwoita i słucha się tego bez przeszkód. Vienio całkiem zgrabnie interpretuje na nowo starsze utwory, co akurat jest plusem.

Ale żeby nie było tak do końca słodko pozostaje jeszcze ostatnia kwestia – goście. Cały problem polega na tym, że są oni w zasadzie ograniczeni do refrenów. Z drugiej strony, na jakim albumie hip-hopowym mógł się pojawić, m.in. Kapitan Nemo, Sztywny Pal Azji, Tomasz Lipiński czy Dezerter. Jedyny poza rapującymi Mr. Bormanem i Mioushem facetem, który ma więcej do powiedzenia jest Jarex z Bakshishu. Dlaczego nie można było tego zrobić z pozostałymi? Nie wiem.

Sam pomysł na tą płytę był więcej niż ciekawy, ale chyba liczono na więcej niż to, co ostatecznie wyszło. Może przy drugiej części (wydaje mi się, że jednak będzie) wyjdzie lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dead Can Dance – In Concert

in_concert

Podobno martwi potrafią tańczyć, jednak zrobili sobie długą przerwę i nie wiadomo, co mogło z tego wyjść. Duet Brendan Perry/Lisa Gerrard po 16 latach powrócili z bardzo ciepło przyjętą płytą „Anastasis”. Potem była trasa koncertowa, której zapis został wydany na płycie kompaktowej.

Ja posiadam edycję deluxe, która zawiera 16 piosenek pochodzących z całego dorobku duetu. Choć trochę się różnią od wersji płytowych (różnice są naprawdę subtelne), to jednak udaje się wytworzyć magię i tajemniczą atmosferę, co jest absolutnie zaletą. Nadal mamy podróż po etnicznych dźwiękach – perkusje, bębny, tamburyny, elektronicznie brzmiące smyczki, imitacja cymbałów, wokalizy Lisy Gerrard („Apage, „Kiko”), która pojawia się raczej sama, ale bywa też i w tle („Rakim”) – czy to mogło nie wypalić? Mogło, ale tym razem się udało. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to trochę bierność publiczności, ale w przypadku takiej muzyki jest to uzasadnione, bo jest to bardziej do słuchania niż tańczenia czy śpiewania. Zwłaszcza, że w sporej ilości, utwory te są tylko wokalizami („The Host of Seraphin”, gdzie słychać obydwa głosy) – jest to bardziej muzyka do przeżywania niż słuchania i odstawienia później na półkę. W zasadzie mógłbym opowiedzieć o każdym utworze, ale to się mija z celem. Radzę każdemu z was samemu przesłuchać ten album, bo jest to doświadczenie bardzo indywidualne. Dlatego też wyjątkowo oceny nie będzie.

Ray Wilson – Chasing Rainbows

chasing_rainbows

Dawno, dawno temu z górskiej Szkocji przybył niejaki Ray Wilson. Najpierw założył swój zespół Stillskin, potem przez dwa lata był wokalistą Genesis, znów wrócił do Stillskin i nagrywa też solowe płyty. Mieszkający w Poznaniu muzyk postanowił po kilku latach nagrać kolejny solowy materiał.

„Chaising Rainbows” zawiera 12 piosenek utrzymanych w stylistyce rockowej, choć gitara nie zawsze wybija się na pierwszy plan (zazwyczaj gra bardzo delikatnie i jest akustyczna), ale jest (elektryczna też się znajdzie jak w „I See It All”). Czasami pojawi się solo saksofonu („Wait for Better Days”, „Follow the Lie”), zacznie się od fortepianu („She Doesn’t Feel Loved”), pojawią się skrzypce („Whatever Happened”) czy organy („The Life of Someone”), czyli innymi słowy jest bardzo zróżnicowanie i nie ma tu miejsca na nudę, co jest zasługą kompozytora Petera Hoffa. Brzmi to pięknie, po prostu i tyle.

Także wokal Raya Wilsona jest bez zarzutu i brzmi bardzo dobrze, aż chce się go słuchać. Śpiewa bardzo spokojnie, ale jednak potrafi przykuć uwagę, co nie zawsze się udaje. Także niegłupie teksty zasługują na uznanie.

Ktoś może powiedzieć, że ściganie tęczy mija się z celem, ale Ray Wilson zaprzecza niemożliwym i pokazuje kolejny raz, że potrafi zaskoczyć. Płyty słucha się z bardzo wielką przyjemnością, każdy instrument nie pojawia się przypadkowo, zaś wybór singli (balladowa „Rihanne” i trochę bogatsze „Easier That Way”) był trafiony. Czy muszę mówić, że powinniście mieć ten album?

8/10

Radosław Ostrowski

30 Seconds to Mars – Love, Lust, Faith and Dreams

love_lust_faith__dreams

Ten zespół bardzo mocno podzielił wszystkich. Jedni go uwielbiają (zwłaszcza przedstawicielki płci piękniejszej), inni nienawidzą zarzucając naśladownictwo innych i brak własnego stylu. Po czterech latach Jared Leto i jego ekipa znana jako 30 Seconds to Mars wraca z nowym, czwartym albumem. Co tym razem wyszło?

„Love, Lust, Faith and Dreams” zawiera utworów równo 12, a za produkcję odpowiada Jared Leto i Steve Lillywater, który współpracował m.in. z Dave Matthews Band i U2. I jak na zespół rockowy, to za mało słychać tu gitary elektrycznej, a za dużo tu syntezatorów. Poza śpiewanymi piosenkami są dwa utwory instrumentalne („Pyres of Varanasi” i „Convergence”), ale całość jest niestety taka sobie. Muzyka, w której pojawia się elektroniczna perkusja, wokale, smyczki i perkusja normalna wywoływała we mnie poczucie dezorientacji i chaosu, zaś klawisze drażniły mnie.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego na temat wokalu Jareda Leto, że on tak ładnie się drze, że czasem zajeżdża jak Bono, ale jest on tak nieznośny i tak sztuczny, że aż mnie wszystko boli. Nawet teksty z wybitnymi frazami („oh oh oh oh”) nie są w stanie tego uratować.

Wierzcie mi, naprawdę chciałem polubić 30 Seconds to Mars, ale to nadal jednak nie moja półka. Przeciętny zespół, który tak naprawdę niczym specjalnie się nie wyróżnia. Tylko dla najwytrwalszych fanów (-ek) Jareda.

5/10

Radosław Ostrowski