Novika – Heart Times

heart_times

Katarzyna Nowicka jest jedną z bardziej znanych twarzy polskiej sceny klubowo-elektronicznej. Zaczynała w zespole Futro, potem współpracowała z Andrzejem Smolikiem, a od paru lat robi na własny rachunek. I niedawno ukazała się jej trzecia solowa płyta „Heart Times”.

Tak jak w przypadku poprzedników, za produkcję odpowiada Bogdan Kondracki, który odpowiadał za płyty m.in. Ani Dąbrowskiej, Moniki Brodki czy Karoliny Kozak. I mamy do czynienia z albumem naszpikowanym elektroniką, co nie jest zaskakujące. Jednak nie tylko klawisze i syntezatory odgrywają istotną rolę (ich „głębia” i rozwarstwienie powoduje, że potrafią one naprawdę oczarować), bo zdarza się i akustyczny numer („Safest” napisany przez Skubasa), pojawiają się też inne dźwięki jak głos dziecka („Mommy Song”) i całość jest lekko przyprawiona melancholią jak na początku „She’s Dancing”, sam zaś nie nazwałbym tej płyty mocno taneczną. Klimatem bliżej jej do Jessie Ware czy The xx, czyli bardzo delikatniejszego brzmienia, chociaż nie zabrakło kilku potencjalnych przebojów, które mogą namieszać w radiowych stacjach i wszystko to trzyma naprawdę równy, wysoki poziom.

Sama wokalistka śpiewa naprawdę dobrze, bardzo delikatnie i kobieco. Po prostu, a jej angielski brzmi bardzo przekonująco (jedynym polskim utworem jest „Scenariusz”). Zaś sama wokalistka ma naprawdę silne wsparcie i pojawia się wielu gości, m.in. Encharted Hunters („Useless People”, „Mommy Song”), Kasia Piszczek („Bad News”) czy Marsija („Partner in Crime”) i wszyscy spisali się bardzo dobrze. Tekstowo też jest nieźle, zaś tematyką po prostu życie ze wszystkimi wadami i zaletami.

Innymi słowy, dobrze że w naszym kraju powstaje jeszcze ciekawa i niebanalna muzyka, którą możemy śmiało przedstawić na Zachodzie bez wstydu i kompleksów. Rzadko sięgam po elektronikę, bo mnie zazwyczaj albo drażni albo przynudza. A tutaj słucha się tego przyjemnie i można się przy niej zrelaksować. Chyba już wiecie, co trzeba zrobić?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Myslovitz – 1.557

Myslovitz__1.577

W zeszłym roku doszła dość porażająca wiadomość: zespół Myslovitz opuścił Artur Rojek. W takich sytuacjach są dwa wyjścia: albo kończymy działalność i idziemy na emeryturę albo ciągniemy to dalej i szukamy kogoś nowego. Członkowie zespołu zrobili to drugie i zamiast Rojka pojawił się Michał Kowalonek z zespołu Snowman. I teraz wyszła nowa płyta zespołu z nowym wokalistą. Jaki jest tego efekt?

Album ma 10 piosenek w pop-rockowej estetyce, czyli jest to bardzo delikatnie brzmiąca gitara elektryczna, nadal zmieszana z elektroniką i basem. Niby to brzmi inaczej, ale po staremu. Nadal nie brakuje prostego grania, z ciekawymi aranżacjami (gitary w „Być jak John Wayne” oraz ciekawy riff pod koniec) oraz klawiszami. Nie brakuje skrętów w stronę nowej fali („Koniec lata”), skocznych melodii (zapętlająca się perkusja i klawisze w singlowym „Prędzej, później, dalej” czy „Wszystkie ważne zawsze rzeczy”), gitara potrafi jeszcze zaszaleć („Telefony”), perkusja szybko wali („Trzy procent”, „Być jak John Wayne”). Nudno nie jest, może trochę za spokojnie, ale to na szczęście jedyna poważna wada. Muzycy jednym słowem dają radę.

Także teksty też są ciekawe, nie przynudzają i nie drażnią jakimiś rymami. Ale najważniejszą sprawę zostawiłem na koniec. Wielu bardzo obawiało się nowego wokalisty – Michała Kowalonka. Wynikało to z bardzo rozpoznawalnego głosu poprzednika, ale moim zdaniem „nowy” wybronił się i śpiewa naprawdę dobrze. Szepcze („Koniec lata” czy „Telefony”, gdzie trochę przypomina Lecha Janerkę), jest bardziej delikatny od Rojka („Trzy sny o tym samym”) i nie próbuje go naśladować, co dla mnie jest zaletą.

Stwierdzam krótko: „1.557” to nowy początek dla zespołu Myslovitz, a Kowalonek okazał się nie gorszy od Artura Rojka. Kolejna udana płyta tego zespołu.

8/10

Radosław Ostrowski

She & Him – Volume 3

volume_3

No i znów duet Ward/Deschanel postanowił nagrać płytę. Po części II i płycie świątecznej, przyszła pora na część III. Wiedziałem czego się mniej więcej spodziewać i chyba nie było zaskoczenia.

Tak jak poprzednio jest to nostalgiczna podróż w czasie, utrzymana w stylistyce lat 60., nadal słucha się tego z frajdą i nadal jest zróżnicowanie między spokojniejszymi a szybszymi numerami („I Cound’t Been Your Girl”), a obie grupy. Znów grają nam smyczki (bardzo szybkie w „Never Wanted Your Love”, spokojniejsze w „Turn to White”), śpiewają chórki, gitara gra bardzo lekko i łagodnie, fortepian nadal czaruje („London”), pojawia się też wibrafon („Something’s Haunting Me”), ukulele („Turn to White”) i dęciaki („Together”, „Snow Queen”). Nudno nie jest, ale bardzo sympatycznie spędza się przy niej czas.

Ciągle zaskakuje mnie wokal Zooey Deschanel, której dziewczęcy głos nadal potrafi oczarować . Jak ona to robi? Nie mam pojęcia, ale nadal to działa. Pan Ward bardziej gra niż śpiewa, ale też wychodzi mu to nieźle („Baby”) Także teksty opowiadające o miłości w takim starym stylu, trzymają poziom i nie zgrzytają.

Wybaczcie, że pisze tak krótko, ale więcej nie trzeba. Taka nostalgiczna podróż w czasie jest bardzo fajna i raz na jakiś czas warto wziąć udział w takiej wycieczce.

7,5/10

Radosław Ostrowski

She & Him – Volume Two

Volume_Two

Po sukcesie i dobrym przyjęciu debiutu, duet She & Him ruszył za ciosem i po dwóch latach pojawili się z druga płytą, pod prostym tytułem „Volume Two”.

Płyta ta również zawiera 13 piosenek, choć bardziej jest tu wyczuwalna stylistyka country z domieszką indie. Innymi słowy jest podobnie jak w przypadku poprzedniczki. Delikatnie gra gitara (najbardziej w „Lingering Still” z mandoliną), nie mogło zabraknąć fortepianu, perkusja wali jak trzeba, chórki są, pojawiają się za to smyczki, jest jeszcze gitara hawajska („You & Me”). Nadal jest to bardzo melodyjne, ładne, oldskulowe i urocze – to chyba najwłaściwsze określenie.

Jednak tutaj w porównaniu do poprzednika jest tutaj bardziej spokojnie, co jednak mi nie przeszkadza, ale nadal jest pewne zróżnicowanie aranżacyjne (akustyczne „If You Can’t Sleep” czy kończące album „If You Can’t Sleep” a capella). Całość jest delikatniejsza i bardziej stonowana, choć nadal ładna i także działa bardzo odprężająco („Home” czy „Lingering Still”). Głos Zooey jest nadal dziewczęcy i czarujący, Ward przede wszystkim gra, a śpiewa tylko w tle (wyjątkiem jest „Ridin’ In My Car”), czyli bez zmian tutaj. Także teksty są dobrze napisane i słucha się tego z przyjemnością.  Trudno tu wyróżnić jakiś utwór, bo całość jest dość wyrównana i trzyma poziom.

Duet konsekwentnie trzyma się stylistyki wyznaczonej przez debiut i robi to nadal dobrze. na tę porę roku wręcz to idealny materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Myslovitz – Nieważne jak wysoko jesteśmy…

niewazne_jak_wysoko_jestesmy

Świetne recenzje i bardzo dobry odbiór wśród publiczności – to spore osiągnięcia zespołu Myslovitz. Na ósmą już płytę trzeba było czekać aż pięć lat, w trakcie których doszło do niesnasek i po wydaniu tego albumu Rojek opuścił zespół. Ale nie będę tu dyskutował o rozpadzie, ale zadam pytanie jak brzmi ta płyta.

Ten album wyprodukował sam zespół, a całość zawiera 9 piosenek. Czuć inspirację poprzednimi dokonaniami, ale nie ma tutaj nudy. Na sam początek dostajemy mocny cios, czyli naprawdę „Skazę” (spokojny początek, szybka perkusja, klawisze i ostra gitara pod koniec, a Rojek się drze). Nie brakuje odrobiny psychodelii (łagodnej w „Art Brut” czy trochę mocniejszej w „Ukryte” pachnącej „Skalarami”), melancholii („Przypadek Hermana Rotha” z instrumentalną końcówką czy „Srebrna nitka ciszy” z akustyczną gitarą i fortepianem), a nawet punkowego brudu i energii („Ofiary zapaści Teatru Telewizji” czy „Efekt motyla”). Zespół kolejny raz bardzo zaskakuje, a całość jest spójna, bardzo interesująca i energetyczna.

Rojek znów zaskakuje, choć nadal śpiewa bardzo delikatnie. Potrafi jednak mocno podrzeć się („Skaza”), recytować („Ofiary zapaści Teatru Telewizji”, końcówka „Bloga filatelistów polskich”), czy też wyrazistym falsetem („21 gramów”). Teksty są całkiem dobre, choć czasami mocno ocierające się o grafomanię („21 gramów”), tematyka też jest dość różnorodna: miłość („Ukryte”), starość („Przypadek Hermana Rotha”), szpanerstwo („Skaza”), nienawiść („Ofiary zapaści Teatru Telewizji”). Nie brakuje ciekawych fraz czy metafor i słucha się tego bez bólu.

Ostatnia płyta nagrana z Rojkiem na pokładzie jest przykładem, że ekipa jeszcze się nie wypaliła i jest w stanie zaskoczyć. Pytanie czy najnowsza płyta będzie w stanie tego dokonać? Przekonamy się wkrótce.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Myslovitz – Happiness Is Easy

Happiness_Is_Easy

Eksperyment psychodeliczny był jednorazowym wybrykiem, bo po dwóch latach Myslovitz znów wróciło trochę do poprzedniego brzmienia i bardziej melodyjnych utworów. I tak powstało „Happiness is Easy”.

Album zawiera 13 piosenek, a za produkcję odpowiadają Maciej Cieślak (Lenny Valentino) i Rafał Paczkowski (realizator dźwięku współpracujący m.in. z Raz, Dwa, Trzy, Lady Pank czy Andrzejem Piasecznym). Zaczyna się od rock’n’rollowego „Fikcja jest modna” z prostą, ale chwytliwą gitarą i perkusją. Nie zabrakło smutnych i melancholijnych dźwięków (klawisze + mocna gitara w „Ściąć wysokie drzewa”, gdzie wspiera muzyków Andrzej Smolik czy „W deszczu maleńkich żółtych kwiatów” z Marią Peszek) czy wpadających w ucho melodii („Mieć czy być”, „Nocny pociąg aż do końca świata”). Perkusja nadal, gdy trzeba wali szybko („Spacer w bokserskich rękawicach”), bas rytmizuje, gitary są zazwyczaj delikatne („Kilka uścisków, kilka snów”), choć nie brakuje mocniejszych fragmentów („Złe mi się śni”). Ale czuć pewne zmęczenie materiału, jest solidnie, ale wszystko jest dość oczywiste. Nie brakuje jednak pewnych zaskoczeń jak „Gadające głowy 80-06” – delikatny utwór grany na gitarach i ciekawych klawiszach, „Ty i ja i wszystko, co mamy” (pianistyczny początek, marszowa perkusja i surowa gitara) czy bardziej akustyczny „Książę życia umiera” z wyrazistymi klawiszami.

Rojek nadal robi to, co zawsze tylko bardziej (melancholijny, stonowany, mniej krzyczący czy agresywniejszy), teksty też trzymają fason, gdzie mowa, m.in. o miłości („W deszczu maleńkich żółtych kwiatów”), ale też i o Internecie („Nocnym pociągiem aż do końca świata”), życiu („Gadające głowy 80-06”), przemocy („Ściąć wysokie drzewa”), rozczarowaniu („Znów wszystko poszło nie tak”).

Myslovitz poniżej pewnego poziomu nie schodzi, ale tutaj czuć pewną powtarzalność i monotonię. Nadal jednak eksperymentują i szukają ciągle nowego, tworząc udane i melodyjne piosenki.

7/10

Radosław Ostrowski

Myslovitz – Skalary, mieczyki, neonki

Skalary_Mieczyki_Neonki_

W trakcie realizacji „Korovy” zespół nagrał materiał, który miał się różnić od tego, z czego znamy ich dotychczas. Z 9 godzin nagrań będących totalną improwizacją, wybrano godzinę i wydano dwa lata po nagraniu i wydano jako „Skalary, mieczyki, neonki”.

Album ten jest ostatnia płytą wyprodukowaną przez Tomasza Bonarowskiego, ale tym razem zespół poszedł po bandzie, bo dominuje tutaj eksperymentalne i instrumentalne granie, zaś piosenek jest raptem cztery. Muzycy idą w stronę psychodelicznych klimatów i brzmień. Monotonne solówki gitary elektrycznej, okraszone elektroniką i perkusją mogą niektórych znudzić zwłaszcza czasem trwania (większość utworów jest powyżej 4 minut), budując atmosferę tajemnicy i niejednoznaczności. Klawisze są bardzo ponure i tajemnicze („Man on the Machine”), czasem pojawi się gitara (najostrzej brzmi w „Death of a Cocaine Dancer” i „Sean Penn Song”), nie brakuje tutaj pomysłowych dźwięków („Beastie Fish” ze skreczami czy zapętlająca się perkusja w „Nr 9”).

Zespół stworzył coś, czego do tej pory w jego dyskografii trudno znaleźć, czyli muzykę czysto eksperymentalną, co dla fanów było wielkim szokiem i konsternacją. Nie nazwałbym tego albumu złym, ale to dziwne doświadczenie i jak dla mnie trochę za długi. Mimo to uważam ten eksperyment za udany i mający kilka ciekawych nagrań, choć pierwszy odsłuch może odstraszyć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kult – Prosto

kult__prosto

Ten zespół działa już 30 lat, osiągnął status kapeli kultowej i tak jak Metallica skończył się na „Kill’em All”. Innymi słowy, ostatnie wielkie płyty przypadły na lata 90., ale mimo tego Kult jest jedną z najpopularniejszych kapel polskich. Po dobrze przyjętej „Hurra!”, świetnym koncercie „MTV Unplugged” wydaje się, że powoli skład pod wodzą Kazika wraca do formy. Czy „Prosto” potwierdza te przypuszczenia?

Album ten zawiera 16 piosenek, zaś za produkcję odpowiada Adam Toczko – uznany realizator dźwięku, który współpracował, m.in. z Liroyem, Edytą Bartosiewicz, Monika Brodką czy z zespołami Apteka, Coma i Vader. I brzmieniowo to Kult, który znamy częściowo naśladowany przez Buldoga. Sekcja dęta, gitara, perkusja i klawisze + Kazik na wokalu, tu się nic nie zmieniło. Perkusja wali mocno, czasem szybko, klawisze brzmią nadal jak organy, dęciaki grają swoje, czasem gitara tylko robi za tło, ale i tak wypada całość lepiej niż „Poligono Industrial”. Nie zabrakło instrumentalnego wstępu („Teide”).  Tempo nadal się zmienia i zaskakują aranżacje (początek „Dzisiaj jest mojej córki wesele” kościelne organy, gitara akustyczna i bas), melodie wpadają w ucho, ale też nie brakuje tu pazura (tytułowy utwór z wyraźnie brzmiącą gitarą i „akordeonem” zgranym z dęciakami oraz zmieniającą tempo perkusją czy „Moja myszko” z zadziorną gitarą), a nawet rapowania („Mój mąż”, „Największa armia świata wzywa cię”). Słucha się całości bez znużenia czy monotonii, co w przypadku trwania całości (prawie godzina) jest istotnym czynnikiem.

Kazik jak zawsze nie jest wokalistą, który imponuje swoim niesamowitym głosem, ale potrafi przekazać emocje, bez względu na to czy robi to ze spokojem, krzyczy czy klnie. Poniżej pewnego poziomu, ten człowiek nie schodzi. Zaś tekstowo mamy to, co zawsze – z jednej strony zgorzkniałego cynika, który jest rozczarowany i wk***ony rzeczywistością,  m.in. polityką („Prosto”, „Bomba na parlament”), kompromitacjami („Dlaczego tak tu jest”), kibicami (wyznanie piłkarza w „Nie chcę grać w reprezentacji”), zawiścią („Układ zamknięty”), religią („Modlitwa moja”), nałogami („Największa armia świata wzywa cię”), okraszając to czarnym humorem („Zabiłem ministra finansów”) i ciekawymi obserwacjami („Sport każdy przyzna to rozrywka, a nie Bóg, honor, ojczyzna„). Druga jego twarz to wrażliwy facet, poruszający tematykę niepolityczną, jednak tutaj też nie zabrakło ironii więc nie zabrakło i o miłości (ironiczna „Moja myszko”, ponury „Mój mąż”), o Bogu („Twoje słowo jest prawdą”, „Modlitwa moja”), ale też i o wnukach („Dobrze być dziadkiem”).

Już „Plamy na słońcu” KNŻ pokazywały, że mamy do czynienia z progresem. Kazik znów błyszczy wnikliwą obserwacją, świetnymi frazami, zaś muzyka znów nabrała żywotności i dynamiki, choć pod koniec jest trochę lżej i dowcipniej. Dowód na to, że dobry Kazik to wkur***ny Kazik.

8/10

Radosław Ostrowski

Joanna & The Forests – Jaśniebajka

jasniebajka

Dawno, dawno temu, gdy podobno grano jeszcze prawdziwą muzykę (cokolwiek to znaczy), czyli w latach 90. działał zespół Firebirds. Nagrał on 3 płyty, taki pop-rock, ale więcej niż sympatyczny, mieli jeden wielki przebój „Harry”, po czym został rozwiązany. Ale w zeszłym roku doszło do cudu. Nie, nie reaktywował sie Firebirds, ale wróciła jego frontmanka Joanna Prykowska z nowym projektem. Powstały w 2009 r. zespół Joanna & the Forests poza Prykowską tworzą jeszcze: Przemek Lorek (gitara), Zbigniew Szmatłoch (gitara) i Ferid Lakhdar (bas, klawisze). A w zeszłym roku wyszła debiutancka płyta.

Piosenek jest 11 i są to brzmienia, które fachowcy uznają za alternatywę, zaś całość tworzy bardzo nierealny klimat. Zaczyna się od „Nieba” z fajną gitarą w tle, klawiszami i pod koniec mocno uderzającą perkusją. Magia tez pojawia się w „Królestwie” (akordeon, cymbałki, skrzypce, flet, fortepian) – gdzie instrumenty tworzą bardzo piękną całość. I ta atmosfera w zasadzie trwa do samego końca, gitara elektryczna gra bardzo delikatnie, klawisze brzmią bardzo pięknie, bas jest rytmiczny. Zdarzają się ostrzejsze brzmienia (krótka „Baletnica” z mocną perkusją i brudną gitarą), ale niezbyt często. Nie brakuje pójścia też w stronę oldskulowych dźwięków (organy w „Jaskółce”), ale każdy utwór jest dopieszczony, pomysłowy i zaskakujący, z ciekawymi mieszankami dźwięków (gitara, bębny, fortepian i akordeon w „Oddaleniu” czy dzwoneczki z klawiszami w „Prawdziwym sercu”). Jestem naprawdę zaskoczony.

Drugą niespodzianką jest wokal pani Prykowskiej, który niewiele się zmienił, ale tutaj jest bardziej stonowany i delikatny, dopełniający klimatu tej płyty i współgrający z muzyką. Także teksty brzmią naprawdę ciekawie.

Jest to płyta lekko bajkowa, ale jak wiadomo są różne bajki. Trochę niedoceniona i chyba za szybko zapomniana to opowieść. Moim zdaniem niesłusznie. Ja się nie zawiodłem i mam nadzieję, że wy też nie.

8/10

Radosław Ostrowski


Myslovitz – Korova Milky Bar

korova_milky_bar

Na kolejny album Myslovitz tym razem trzeba było czekać trzy lata. Sprawdzona ekipa razem ze sprawdzonym producentem Tomaszem Bonarowskim wkroczyła w XXI wiek z albumem pod wielce tajemniczym tytułem „Korova Milky Bar”.

Tytuł zaczerpnięto z „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgessa, zaś album składa się z 11 piosenek utrzymanych w charakterystycznym brzmieniu zespołu mocno inspirowane brytyjskim rockiem lat 90. Jednak znów panowie zaskoczyli klimatem – bardziej refleksyjnym i melancholijnym oraz trochę większą obecnością klawiszy (m.in. końcówka „Acidland”, gdzie jeszcze pojawia się dźwięk jak z adaptera). Gitary są bardziej stonowane („Bar mleczny Korova”), choć czasem grają mocno („Sprzedawcy marzeń” czy „W 10 sekund przez całe życie”)), bas jest rytmiczny („Za zamkniętymi oczami” z dźwiękami samolotu pod koniec), nie brakuje akustycznej gitary („Wieża melancholii”), ale coraz bardziej wybijają się klawisze, które wzmacniają ten smutny klimat płyty. Nawet w tych mocniejszych i żywszych kompozycjach czuć niepokój i mrok jak w „Siódmym koktajlu” (fraza „Uwierz, gdybym tylko miał broń/Byłbyś pierwszy kogo bym odwiedził z nią/A ty myślisz, że nie mogę nic/Zawsze mogę do gardła skoczyć ci„).

Także teksty też wyewoluowały. Nie brakuje ponurych obserwacji rzeczywistości pełnej smutku, fałszu („Sprzedawcy marzeń”), narkotyków („Nigdy nie znajdziesz sobie przyjaciół, jeśli nie będziesz taki jak wszyscy”), smutku, beznadziei („Wieża melancholii”), samotników („Kilka błędów popełnionych przez dobrych rodziców”) i pędu („W 10 sekund przez całe życie”), zaś Rojek znów prezentuje wysoką formę.

„Korova Milky Bar” nie przeskoczyła „Miłości w czasach popkultury”, ale to nadal bardzo udana płyta. Nie zabrakło melodyjności, trochę pop-rockowego zacięcia i dobrych tekstów. Całość trochę smutna, ale nadal urzekająca.

8/10

Radosław Ostrowski


PS. Rok później wyszła anglojęzyczna wersja tej płyty, gdzie poza utworami z tej płyty (poza „Szklanym człowiekiem” i „Nigdy nie będziesz miał przyjaciół…”) pojawiły się anglojęzyczne wersje piosenek „Chłopcy”, „Dla ciebie” i „Długość dźwięku samotności”.