Myslovitz – Miłość w czasach popkultury

Milosc_W_Czasach_Popkultury

Tym razem zespół pod wodzą Rojka zrobił sobie dwa lata przerwy. I jak się okazało, mieli stworzyć płytę najbardziej interesującą.

„Miłość w czasach popkultury” uważana za jedną z najlepszych polskich płyt lat 90-tych zawiera 12 piosenek pachnącym rockiem brytyjskim, co już słychać w otwierającym album „Chłopcy”. Gitary, bas, perkusja i klawisze tworzą bardzo interesujący klimat, z wypracowanym już przez lata stylem. Czasem pojawiają się spokojne fragmenty (środek „Nienawiści”), „Długość dźwięku samotności” (klawisze udające smyczki) czy „Noc”. Nie zabrakło też ballad jak „Peggy Sue nie wyszła na mąż” czy „Kraków”, nadal zmieniane jest tempo, Rojek ma świetny głos (zarówno gdy trzeba powrzeszczeć jak w tytułowym utworze, uspokoić jak w „My”, „Kraków” czy „Dla Ciebie”. Ale dominują tutaj szybsze kawałki, ale tak naprawdę trudno się do jakiegokolwiek numeru przyczepić.

Teksty nadal trzymają poziom, gdzie pokazana jest toksyczna miłość („Dla Ciebie”), samotność, rozstanie („Aleksander”), stagnację („Chłopcy”) czy zdradę („My”).

Tutaj wszystko się ze sobą współgrało i stworzyło naprawdę mocną całość. Tu wszystko jest dopięte, dopracowane i zaskakująco chwytliwe. Nie wypada nie znać.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Myslovitz – Z rozmyślań przy śniadaniu

z_rozmyslan_przy_sniadaniu

I znów minął rok, a zgodnie z ówczesną tradycją pojawiła się już trzecia płyta Myslovitz – „Z rozmyślań przy śniadaniu”.

Zmiany tutaj są dwie. Po pierwsze mamy tu 17 piosenek, zaś tym razem za produkcję odpowiada Tomasz Bonarowski, z którym będą tworzyć kilka następnych płyt. Współpracował także m.in. z Comą („Pierwsze wyjście z mroku”), Illusion czy Lechem Janerką („Dobranoc”).

Płytę można określić jednym słowem: rock’n’roll pełną gębą. Przynajmniej na początku („Zwykły dzień”, „Scenariusz dla moich sąsiadów”, „Przebudzenia”), bo potem jest różnorodnie. Tempo jest zróżnicowane, zmienia się nawet w trakcie utworu („Uciekinier”, gdzie w połowie perkusja wali mocno i szybko, a gitara „maluje” emocje), czasem gitara zabrzmi naprawdę surowo („Anioł”, „Margaret”), szybkiego tempa („Filmowa miłość”) czy wyciszenia i spokoju („Przemijania”).

Znowu należy pochwalić teksty, ale to jest już standard. Tak jak tytuły inspirowane filmami („Wielki błękit”, „Do utraty tchu”, „Uciekinier” czy „Myszy i ludzie”) czy bardzo wpadające w ucho frazy i poetyckie metafory. Zaś tematyka: miłość (aż do końca nawet), samotność, przemijanie czy czerpanie garściami z życia. Rojek też trzyma fason pokazując różnorodność swego głosu.

Płyta wytrzymała poprzeczkę zawieszoną przez poprzednika i nadal trzyma równy poziom. To kolejna udana produkcja tej kapeli, która powoli zaczynała się stawać coraz popularniejsza.

8/10

Radosław Ostrowski

Myslovitz – Sun Machine

sun_machine

Chłopaki z Mysłowic zdecydowali, że nie ma co zwalniać tempa i rok po swoim debiucie nagrali druga płytę z angielska wziętym tytułem „Sun Machine”.

Doszło wtedy do dwóch poważnych zmian – do grupy dołączył Przemysław Myszor, który tutaj gra na gitarze a na następnych płytach także na klawiszach, zaś producentem tego albumu został Andrzej Paweł Wojciechowski, który wówczas odpowiadał m.in. za płyty O.N.A., Renaty Przemyk i Martyny Jakubowicz.

I początek przypomina debiut, czyli jest bardzo przebojowo, gitara miejscami jest trochę brudniejsza („Blue Velvet”), sekcja rytmiczna nie zawodzi. Nie brakuje też odniesień do rocka lat 60. („Z twarzą Marilyn Monroe”, „Jim Best” z zapętlającą się perkusją na końcu czy „Funny Hill”) i słucha się tego z niekłamaną frajdą. Ale panowie nadal szukają czegoś nowego i udaje im się zaskakiwać jak w balladzie „Amfetaminowa siostra”. Na początku bardzo delikatnie gra gitara i bas z perkusją, by pod koniec podostrzyć atmosferę, z delikatną gitarą i wyraźnym basem. Jednak na mnie największe wrażenie zrobiła najdynamiczniejszy w całym zestawie „Bunt szesnastolatki”, gdzie śpiewa basista Jacek Kudelski (i to całkiem nieźle). Nie ma tutaj takiej psychodelii jak w debiucie, ale całość jest skoczna i wszystko ze sobą się komponuje. Ale żeby nie było tak różowo, to ten album ma jedno słabe ogniwo – cover „Historii jednej znajomości” utrzymana w melancholijnym tonie (klawisze i gwizdy, jakieś kroki). Nie jest źle, ale na mnie działa dość usypiająco. Drugą niemiłą niespodzianką jest „Good Day My Angel”, tym razem śpiewany przez Iana Harrisa, który śpiewa nieźle, jednak poza tym mamy powtórkę z rozrywki.

Reszta się nie zmieniła i trzyma poziom poprzedniczki. Nadal mamy wokal Rojka, który brzmi lepiej z każdym utworem. Także teksty są już lepsze, choć tematyka nie zmieniła się (miłość, ale też o nałogu i sławie), to jednak nie brakuje trafnych fraz, ciekawych metafor czy odrobiny ironii jak w „Buncie szesnastolatki”, „Z twarzą Marilyn Monroe” czy „Amfetaminowej siostrze”.

W krótkim czasie mamy skok jakościowy w porównaniu do debiutu. Chociaż te piosenki miały potencjał na hity, niegłupie teksty i coraz lepiej śpiewający Rojek. Może jeszcze nie wszystko było idealne, ale całość wypada znów bardzo powyżej przeciętnej. Ale najlepsze jeszcze przed nami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Myslovitz – Myslovitz

myslovitz

W 1992 roku został założony zespół, który okazał się jedną z najważniejszych kapel rockowych nie tylko lat 90., czyli zespół Myslovitz. Przed premierą swojego nowego albumu (już z nowym wokalistą), postanowiłem dokładnie się przyjrzeć poprzednim dokonaniom zespołu. Ekipa wówczas w składzie: Artur Rojek (gitara i wokal), Wojtek Kuderski (perkusja), Jacek Kuderski (bas) i Wojtek Powaga (gitara) swój pierwszy album nagrali w 1995 roku pod prostym tytułem „Myslovitz”.

Płyta zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez Iana Harrisa (odpowiedzialny za koncertowe brzmienia m.in. New Order czy U.K. Subs). Ekipa na początek serwuje nam dość surowe, rockowe granie (pierwsze 6 numerów: spokojna „Kobieta”, trochę szybsze „Papierowe skrzydła” czy tytułowy utwór), chwytliwe kompozycje, fajnie brzmiące gitary i rytmiczną perkusję. Czyli to Myslovitz, jakie kojarzy się w większości, ale nie brakuje też zaskoczeń jak akustyczne „Przedtem” (gitara, Rojek i powoli dołącza cała reszta) czy „Krótka piosenka o miłości” z akordeonem oraz oldskulowymi klawiszami w tle. W połowie jednak dochodzi do zmian. Niby są to ballady, ale brzmią trochę inaczej. W „Maju” spokojny bas i gitara w zwrotkach są skontrastowane z mocniejszym brzmieniem w zwrotkach, a pod koniec dołącza jeszcze trąbka – efekt jest porażający. W „Wyzwaniu” wyraźniej słyszalne są klawisze, zaś pod koniec gitara idzie w bardzo psychodeliczne klimaty, zaś w „Deszczu” słychać… deszcz z burzą na początku, a na koniec dwie anglojęzyczne numery. „Good Day My Angel” z delikatnie grającą gitarą, basem i fortepianem tworzy melancholijny klimat (zresztą o od połowy płyty dominuje), a odkąd pojawiają się klawisze, to robi się jazda kończąca się sapaniem.  Zaś kończący album najdłuższy „Moving Revolution” to mała psychodelia budowana za pomocą gitary (ostatnie 3 minuty to dziwna gra) i klawiszy, by pod koniec zmienić się w rockowe szaleństwo.

W parze z muzyką idą teksty pełne smutku, mówiące głównie o miłości, ale też o marzeniach („Papierowe skrzydła”) czy braku buntu („Moving Revolution”). Drugim znakiem rozpoznawczym był głos Artura Rojka, który już tutaj wykazuje potencjał – zarówno gdy śpiewa bardzo delikatnie, wręcz szepcze („Przedtem”, „Kobieta”), podnosi głos („Papierowe skrzydła”, refren „Maj”), ale zawsze jest autentyczny.

Już debiutem Rojek i spółka pokazali, że można stworzyć fajną i dobrą muzykę na wręcz europejskim poziomie. Jednak następne albumy miały być jeszcze ciekawsze, ale o tym potem.

8/10

Radosław Ostrowski

She & Him – Volume One

volume_1

Ten duet okazał się małym zaskoczeniem dla fanów muzyki. On – Matthew Ward, znany też jako M Ward, gitarzysta i wokalista folkowy, ona – Zooey Deschanel, aktorka kojarzona przede wszystkim dzięki filmowi „500 dni miłości” oraz serialowi „Jess i chłopaki”. Ten duet powstał w 2006 roku i w tym czasie nagrał cztery płyty. Zanim opowiem o ostatniej, cofnijmy się do początku, gdy pojawiła się pierwsza płyta o prostym tytule „Volume 1”.

Album ten zawiera 13 piosenek utrzymanych w gatunku zwanym indie (i nie chodzi tu o państwo) pop. Zarówno tempo jak i instrumentarium jest bogate i interesujące. Najważniejsze są tu dwa instrumenty: gitara (delikatnie grająca zarówno akustyczna jak i elektryczna w „Why Do You Let Me Stay Here?”) Warda oraz fortepian, na którym gra Deschanel. Poza nimi pojawiają się też smyczki („Sentimental Heart”, „I Thought I Saw Your Face Today”), gwizdy („I Thought I Saw Your Face Today”), ksylofon („Change is Hard”), gitara hawajska („Take It Back”) czy chórków („I Was Made for You”).  Czasami pachnie to latami 60. i trochę country („Got Me”), co tylko dodaje smaczku. Jednak nawet te spokojniejsze numery nie są monotonne i naprawdę odprężają, co się niewielu udaje, a część piosenek to covery, całkiem nieźle zrobione („You’ve Really Got a Hold on Me” Smokeya Robinsona, „I Should Have Known Better” The Beatles oraz tradycyjna pieśń „Swing Low, Sweet Chariot” śpiewana a capella).

Zaś co do śpiewu, tutaj dominuje pani Deschanel, której głos jest bardzo dziewczęcy, delikatny i wręcz żywcem wzięty z innej epoki, dodając sznytu i luzu. Zaś pan Ward przede wszystkim gra, a jeśli podśpiewuje, to raczej w tle. Innymi słowy każdy robi to, co potrafi. Także teksty są całkiem przyzwoite (autorstwa Zooey Deschanel).

Mówiąc krótko, mamy do czynienia z dobrą płytą, która nie udaje, że serwuje coś więcej niż miłe spędzenie czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Carla Bruni – Little French Songs

little_french_songs

Zanim została pierwszą damą Francji, była modelką i piosenkarką. Ale ponieważ mąż Sarkozy nie jest już prezydentem, to trzeba się z czegoś utrzymać. To jest chyba najważniejszy powód, dla którego Carla Bruni nagrała swoją czwartą płytę.

Jak sama nazwa wskazuje są to piosenki francuskie, czyli śpiewane po francusku, a produkcją zajęła się Bénédicte Schmitt. Pytanie tylko czy warto spędzić czas przy tym albumie? Jest to przede wszystkim płyta popowa i bardzo spokojna, bez żadnych ostrych gitar czy popisówek. Chociaż jest tu bardzo zróżnicowany zestaw piosenek. Ale w większości piosenek pojawia się gitara akustyczna, czasem sama (otwierający album „J’arrive a toi” czy na początku „Dolce Francia”), a czasami w sporym towarzystwie. A pojawiają się tu i skrzypce („Darling”), flety („La valse posthume”), perkusja („Mon Raymond”), klaskanie („Pas une dame”), kontrabas (częściowo śpiewany po angielsku „Little French Song”), trąbka („Lune”) czy bardzo zaskakujące tykanie („Le pingoiun”), ale te urozmaicenia pojawiają się bardzo rzadko i w połowie zaczyna się robić dość monotonnie, zaś gitara zaczyna działać usypiająco. Trochę szkoda, bo ten album miał potencjał na miły, chilloutowy album.

Zaś sami Bruni bardzie recytuje niż śpiewa, ale nie jest to żadna wada. Miało to pomóc w zrobieniu płyty bardziej przystępną, co częściowo się udaje. A język francuski brzmi naprawdę przyjemnie (choć nic nie zrozumiałem z tekstów).

Efekt chyba był inny niż się spodziewano, ale ta płyta jest zaledwie niezła. Chociaż sam do końca nie wiedziałem, czego się należy spodziewać. Ale mimo to czuję pewien zawód i nie sądzę, żebym wracał do tych piosenek zbyt często.

6/10

Radosław Ostrowski


Perfect – Perfect

perfect

Ten zespół jest jedną z najważniejszych ikon polskiego rocka. Powstały pod koniec lat 70-tych, od lat ją popularni i mają masę przebojów m.in. „Autobiografię” czy „Kołysanka dla nieznajomej”, dzięki którym zespół Perfect przeszedł do historii. W tym roku dla fanów zespołu gratka – po raz pierwszy na płycie CD wydany debiutancki album nazwany „Perfect” z 1981 roku nagrany w składzie: Grzegorz Markowski (wokal), Zbigniew Hołdys (gitara, wokal), Zdzisław Zawadzki (bas), Ryszard Sygitowicz (gitara) i Piotr Szkudelski (perkusja).

Album zawierał 9 piosenek, za których brzmienie odpowiadał Zbigniew Hołdys. I mimo upływu ponad 30 lat, ta muzyka jest nadal żywotna. Nie zabrakło tutaj pierwszych hitów zespołu jak „Lokomotywa z ogłoszenia”, zahaczające o The Police „Bla, bla, bla” czy „Chcemy być sobą”, w których prosta linia melodyczna ze świetnie grającymi gitarami Hołdysa i Sygitowicza, bardzo delikatnym, ale niepozbawionym emocji oraz siły wokalu Markowskiego oraz zgranej sekcji rytmicznej. Trochę mocniej, z wyrazistszymi gitarami jest „Bażancie życie”. Wyjątkiem od stricte rockowego grania jest „Niewiele ci mogę dać” z fortepianem w tle oraz bardziej balladowa „Nie płacz Ewka” z delikatnymi gitarami. Brzmi to nadal znakomicie, zaś żeby było jeszcze lepiej, dodano trzy dodatkowe numery: „Po co” (znowu mocna i ostra gitara), „Opanuj się” i bluesowy „Pepe wróć” (najspokojniejszy z całej trójki).

Drugim silnym wyróżnikiem były świetne teksty pisane przez Bogdana Olewicza, który portretował ówczesną rzeczywistość, w której dominował bełkot i niezrozumienie młodych („Bla, bla, bla”), bunt („Chcemy być sobą”) czy kryzys („Pepe wróć”), jednak co najciekawsze, mimo upływu lat, one nadal są aktualne.

Płyta ta została świetnie wydana, a sama muzyka jest z rodzaju tych wiecznie żywych. I bardzo dobrze, że już jest dostępny na płycie kompaktowej. Jeśli nie znacie, to znać powinniście.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Krzysztof Kiljański – Powrót

powrot

Ten jazzujący wokalista najbardziej stał się znany dzięki swojej debiutanckiej płycie, gdzie zaśpiewał m.in. duet z Kayah. A potem przez lata była cisza, choć nadal funkcjonował i nagrywał. I właśnie teraz ukazuje się jego trzeci album. Czy jest to jednak udany „Powrót”?

Album jest zawiera 12 piosenek utrzymanych w delikatnej, jazzowo-popowej stylistyce. Poznać ją można nie tylko po charakterystycznych brzmieniach perkusji, ale także fajnie grających klawiszach („Zapomnę”, „Po prostu”), delikatnej gitarze elektrycznej oraz akustycznej („Księżycowa kołysanka”) i przede wszystkim fortepianu. Pojawia się także pstrykanie („Po prostu”) i bas („Chodź do mnie”) zaś całość jest lekka i relaksująca. Choć tak naprawdę stricte jazzowy jest tylko „Kochać i być”, gdzie jeszcze pojawiają się skrzypce. Nie zabrakło też żywszych kompozycji jak „Zapytaj czy” z kastanietami czy „Zawsze obok mnie” z mocniejszą perkusją i gitarą elektryczną, urozmaicając spokojny klimat.

Sam wokal Kiljańskiego też jest bardzo delikatny i romantyczny, bardzo pasujący do całości i współtworzący klimat. Także teksty całkiem nieźle mówiące o tematyce miłosnej. Wokalista także pojawia się w dwóch zgrabnych duetach: z Dorotą Miśkiewicz („Naprawdę”) oraz Haliną Młynkovą („Podejrzani zakochani”).

Nie będę oszukiwał, „Powrót” nie powalił mnie na kolana. Okazał się solidną płytą, której słucha się z frajdą, choć liczyłem trochę na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Petula Clark – Lost in You

petula_clarklost_in_you2013proof

To kolejny dowód na to, że wiek wykonawcy jest sprawą drugorzędną, gdy chodzi o talent. W tym przypadku mamy do czynienia z 81-letnią wokalistką z Wielkiej Brytanii, która na całym świecie jest znana z jednego przeboju. Teraz pojawia się z kompletnie nową płytą, choć zawartość nie jest taka nowa.

„Lost in You” zawiera 12 piosenek, z czego większość to covery. Jednak początkowo można było podejrzewać, że jest to próba ściągnięcia kasy od swoich wiernych fanów. Ale jednak nie. Pierwsze co uderza, to bardzo elegancka oprawa muzyczna. Nie zabrakło fortepianu („Lost in You”), ale zdarza się też pójście w stronę country (zaskakujący cover „Crazy” duetu Gnarls Barkley czy „Never Enough” ze świetną gitarą), czysto akustycznego grania (nowa wersja „Downtown” rozpisana na gitarę, smyczki i fortepian), organów („Reflections”), ale wszystko to zrobione jest z energią i pasją. Całości słucha się zaskakująco dobrze i daje to więcej przyjemności niż można się było spodziewać. Nawet elektronika tutaj nie drażni („He Loves and She Loves” czy „Every Word You Say”) i brzmi bardzo ciekawie.

Drugim zaskoczeniem jest głos pani Clark – bardzo delikatny i pełen ciepła, bez żadnych popisówek, ale jednocześnie bardzo poruszający. Jak to się udało zrobić? Nie mam pojęcia, ale słyszę jak to działa.

Muszę przyznać, że ta płyta zaskoczyła mnie. Spodziewałem się zramolałej, wręcz archaicznej muzyki, a dostałem ciepły i pozytywny album. Gdyby wszyscy emeryci nagrywali takie płyty jak Petula Clark, świat muzyki byłby ciekawszy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rod Stewart – Time

time

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać – w latach 70. i 80. był jednym z najpopularniejszych wokalistów rockowych. W ostatnim czasie nagrywał płyty z serii „The Greatest American Songbook” wykonując klasykę muzyki rozrywkowej z lat 40. i 50. Jednak teraz wraca z nowym już bardziej gitarowym repertuarem.

„Time” zawiera 12 piosenek, za których produkcję odpowiada sam Stewart. Jednak jeśli ktoś się spodziewał czysto rockowego grania, to się zawiedzie niemiłosiernie. Owszem, jest gitara, ale przede wszystkim akustyczna, zaś nawet jak się pojawi ostrzejsza, to jednak robi ona za tło („Beautiful Morning” czy „Live the Life”, choć bardziej się wybija w „Finest Woman”). Tak naprawdę są to bardziej popowe piosenki, które jednak są zarówno melodyjne jak i okraszone przede wszystkim irlandzkimi dźwiękami, co najbardziej słychać w singlowym, dynamicznym „She Makes Me Happy” (skrzypce). Poza tym pojawiają się dęciaki (saksofon w „Beautiful Morning” czy trąbki w „Finest Woman”), chórki żeńskie („Time”), fortepian (eleganckie „Pictures in a Flame”, które stylistycznie pasuje do serii The Greatest American Songbook), smyczki. Jednak poza zróżnicowanym tempem i aranżacjami, jest jeden dość nieprzyjemnie zaskakujący „Sexual Religion” z dyskotekową perkusją i syntezatorami imitującymi tybetańsko-wschodnie dźwięki, które nie bardzo pasują do samego Stewarta, mimo pojawienia się saksofonu.

Za to sam wokalista trzyma formę. Jego głos jest dość miękki, choć słychać, że swoje przeszedł. Jednak pasuje on do reszty i wypada więcej niż dobrze, zaś teksty są całkiem niezłe i dotyczą tematyki miłości czy przemijania. Nie ma się czego wstydzić i brzmi to nie najgorzej.

Stewart po skokach w stronę swingu, tym razem wraca do gitarowego grania, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mimo wieku nadal ma co pokazać i słucha się go może nie z ogromną, ale przyjemnością. I wydaje mi się, że na tą wiosnę, co tak późno przyszła, będzie to odpowiedni album.

7/10

Radosław Ostrowski