

Już jedno takie zderzenie wywołało kolizję w roku 2004, gdy Linkin Park spotkał się z Jayem-Z. Teraz panowie doszli do wniosku, że jak raz się udało, można zrobić to drugi raz. Tym razem kapela zrobiła „After Collision”, a nawijaczem został tu Eminem.
Niby wszystko jest tak jak wcześniej, bo nadal są ostre brzmienia i kawałki z „Meteory”, ale jednocześnie świeższe piosenki zmieszane z rapowaniem tym razem Eminema. Wyjątkiem jest tutaj instrumentalne intro („Dark Side of the Moon”). Co najważniejsze całość ta wypada bardzo przekonująco. Eminem nawija świetnie i słychać, że jest w formie, a co najważniejsze bardzo pasuje on do tego, co gra Linkin Park. Najbardziej jest to słyszalne w „Something Real”, „Tomorrow” oraz „Forfeit the Game”. Jest ostro, elektronika świetnie współgra z mocną gitarą elektryczną i tak przez 13 utworów. Chester drący ryja oraz rapujący Mike się świetnie uzupełniają, tworząc mocną mieszankę wybuchową. Jednak zdarzają się również spokojniejsze numery („Hardly Anything There” bazujący na „Castle of Glass” czy „World in Grey” oparte na „Shadow of the Day”), ale są one bardzo rzadko. Trudno jest mi wskazać zarówno najlepszy czy najsłabszy, bo całość jest naprawdę równa i interesująca.
Nie jest to tak przełomowe czy zaskakujące jak „Collision Course”, ale to nie jest płyta, której twórcy musieliby się wstydzić. To naprawdę bardzo udane granie.
8/10
Radosław Ostrowski
















