Eminem & Linkin Park – After Collision

after_collision

Już jedno takie zderzenie wywołało kolizję w roku 2004, gdy Linkin Park spotkał się z Jayem-Z.  Teraz panowie doszli do wniosku, że jak raz się udało, można zrobić to drugi raz. Tym razem kapela zrobiła „After Collision”, a nawijaczem został tu Eminem.

Niby wszystko jest tak jak wcześniej, bo nadal są ostre brzmienia i kawałki z „Meteory”, ale jednocześnie świeższe piosenki  zmieszane z rapowaniem tym razem Eminema. Wyjątkiem jest tutaj instrumentalne intro („Dark Side of the Moon”). Co najważniejsze całość ta wypada bardzo przekonująco. Eminem nawija świetnie i słychać, że jest w formie, a co najważniejsze bardzo pasuje on do tego, co gra Linkin Park. Najbardziej jest to słyszalne w „Something Real”, „Tomorrow” oraz „Forfeit the Game”. Jest ostro, elektronika świetnie współgra z mocną gitarą elektryczną i tak przez 13 utworów. Chester drący ryja oraz rapujący Mike się świetnie uzupełniają, tworząc mocną mieszankę wybuchową. Jednak zdarzają się również spokojniejsze numery („Hardly Anything There” bazujący na „Castle of Glass” czy „World in Grey” oparte na „Shadow of the Day”), ale są one bardzo rzadko. Trudno jest mi wskazać zarówno najlepszy czy najsłabszy, bo całość jest naprawdę równa i interesująca.

Nie jest to tak przełomowe czy zaskakujące jak „Collision Course”, ale to nie jest płyta, której twórcy musieliby się wstydzić. To naprawdę bardzo udane granie.

8/10

Radosław Ostrowski

Rob Zombie – Venomous Rat Regeneration Vendor

Venomous_Rat_Regeneration_Vendor_CD

Ten rzeźnik był mi znany jako twórca horrorów („Dom 1000 trupów”, „Bękarty diabła” czy remake „Halloween” Johna Carpentera), ale to była ledwie część jego dorobku. Frontman zespołu White Zombie, od wielu lat działa solo jako zaprawiony w bojach heavy metalowiec. I teraz parę dni po premierze jego nowego filmu (jeszcze nie pokazywanego w Polsce „The Lords of Salem”) pojawia się jego nowa płyta (tytuł jest za długi, bym go zapamiętał).

Album ten zawiera 12 piosenek, a za produkcję odpowiada Bob Marlette (współpracował m.in. z Black Sabbath, Marilynem Mansonem czy Alice Cooper). I jeśli myślicie, że lubicie heavy metal, bo słuchacie Metalliki czy innego Slayera, to znaczy tylko jedno – nie znaliście Zombiego. Poza nim jeszcze grają John 5 (gitara), Piggy D. (bas) i Ginger Fish (perkusja). Pojawiają się tutaj elektroniczne wstawki („Rock and Roll (In a Black Hole))” czy pojawiające się zmodyfikowane odgłosy („Teenage Nosferatu Pussy”), ale i tak najważniejsze jest rockowa rzeź robiona przez Zombiego, który albo szepcze albo się drze. Stanów pośrednich nie stwierdzono. Gitara z sekcją rytmiczną grają głośno, ostro i jeszcze ostrzej. Niby jak w każdej płycie metalowej, ale tutaj to naprawdę może wywołać ból uszu (singlowe „Dead City Radio And The New Gods Of Supertown” czy „We’re An American Band”).

Powiem tak: słuchacie tego na własną odpowiedzialność i na własne ryzyko. Jest ostro i naprawdę heavy z domieszką metalu. Rzeźnicka jatka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

OMD – English Electric

english_electric

New romantic i elektroniczna muzyka lat 80. wraca do łask. Powróciło Ultravox, przypomniało o sobie Pet Shop Boys, a teraz do gry wraca Orchestral Manoeuvres in the Dark, czyli OMD. Reaktywowana w 2006 roku kapela pod wodzą wokalistów Andy’ego McCluskeya (bas i klawisze) i Paula Humphreysa (klawisze) wspieranych przez Malcolma Holmesa (perkusja) i Martina Coopera (klawisze) po 3 latach przerwy wracają z drugą płytą po reaktywacji.

„English Electric” mógłby powstać 30 lat temu, gdyż synth popowe brzmienia nadal pozostały znakiem rozpoznawczym (romantyczne klawisze i syntetyczne chórki), choć pojawiły też lekko uwspółcześnione dźwięki (najbardziej słychać to w „The Future Will Be Silent”) oraz eksperymenty (futurystyczne miniatury: ambientowe „Decimal” z przerobionymi głosami ludzi, lekko hałaśliwe „Atomic Ranch” i otwierające „Please Remain Stated”, a także rozbudowane „Our System” czy „Kissing the Machine” ze zmodyfikowanym głosem Claudii Brucker z Propagandy). Nadal jest melodyjnie i przebojowo, zaś całość jest naprawdę odprężająco przyjemna z potencjałem na radiowe hity tak jak singlowy „Metroland”, „Helen of Troy” czy bardziej melodyjne „Dresden”. Tu się dzieje i to wiele.

Drugim znakiem rozpoznawczym poza warstwą melodyjną jest bardzo emocjonalny wokal McCluskeya – czasem delikatny („Metroland”), czasem bardziej ekspresyjny i żywiołowy („Dresden”), jednak nigdy nie przekraczający granicy kiczu tak jak muzyka.

Ekipa z Merseyside pokazała, że można połączyć stare z nowym i wychodzą na tym chyba najlepiej ze wszystkich wracających kapel grających new romantic. Piękny album.

8/10

Radosław Ostrowski

Iggy and the Stooges – Ready to Die

ready_to_die

Legendarny zespół The Stooges, który stworzył podwaliny pod punk rocka w 2003 roku po prawie 30 latach wznowił działalność. W międzyczasie nagrali jeden album, a w zespole doszło do jednej zmiany – zmarłego w 2009 roku gitarzystę Rona Ashtona zastąpił powracający do kapeli James Williamson. W tym składzie (Iggy Pop, Scott Ashteron, Steve Mackay, Mike Watt i Williamson) nagrali swój zaledwie piąty album „Ready to Die”.

Panowie mają już swoje lata (najmłodszy członek zespołu ma 55 lat), ale nie zamierzają jeszcze przejść na emeryturę. Za muzycznie to rockowe granie z lat 60. i 70., czyli z czasów szczytowej formy The Stooges. Nie brakuje tu zarówno ognia (singlowy „Burn”), jest trochę do tańca („Sex & Money” z chrypliwym saksofonem Mackaya), garażowych brzmień („Job”) czy czystego rock’n’rolla („Gun”, „DD’s”, gdzie znów pojawia się saksofon). W tych numerach nie brakuje energii i zadziorności, co patrząc na wiek jest imponujące. Jednak poza ostrym i energetycznym ogniem, pojawiły się też spokojniejsze, które są bardziej adekwatne do wieku naszych twórców. Jednak w porównaniu do reszty wypadają trochę słabiej. Są to pachnące country „The Departed” oraz ballada „Unfriendly World”, jednak one nie są złe czy nieudane, ale raczej wynika to z braku przyzwyczajenia. Pop bardziej kojarzy się z punk-rockowym szaleństwem niż liryzmem.

Album jest dość krótki (nieco ponad 30 minut), ale więcej nie trzeba. Pop jest w swoim żywiole, zaś drugą istotną osobą jest James Williamson, który dorzuca do gara i dzięki czemu nie tracą swoje energii i ostrego zacięcia. Całość jest przednia, a kapela jeszcze nie zamierza przenieść się do krainy wiecznych łowów.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Joe Bonamassa – An Acoustic Evening at the Vienna Opera House

acoustic

36-letni gitarzysta jest jednym z najbardziej zapracowanych muzyków. Działalność solowa, z zespołem Black Country Communion czy gościnne występy u innych – jest tego sporo. Teraz pojawia się jego nowa płyta koncertowa.

Ten dwupłytowy album to zapis koncertu akustycznego, który odbył się w Wiedeńskiej Operze. Utwory są lekkim podsumowaniem dorobku Bonamassy, zaś aranżacja akustyczna nie zaszkodziła brzmieniu. Poza gitarą przewijają się tu m.in. na harfa klawiszowej, banjo, mandola, skrzypce, fisharmonia, dzwonki i instrumenty perkusyjne. Brzmi to bardzo pomysłowo („Slow Train” zaczynające się od gitary idącej z prędkością pociągu oraz skrzypcami), nie brakuje samych instrumentalnych kompozycji („From the Valley”), zaś atmosfera bardzo kameralna i niektóre instrumenty dobarwiają poszczególne utwory („Disclocated Boy” z bębenkami czy smyczki w „Driving Towards the Daylight”). Nie zabrakło też i coverów („Jockey Full of Bourbon” Toma Waitsa z pianistycznym wstępem, „Slow Gin” czy „Segull”). 20 kompozycji, które wypadają po prostu wybornie. Nadal jest przebojowo, choć spokojniej, zaś aranżacje zasługują na uznanie, bo nie ma mowy o jakiejkolwiek monotonii.

No i sam gospodarz jest w wybornej formie – zarówno jeśli chodzi o grę na gitarze (wystarczy posłuchać „Woke Up Dreaming”), jak i o wokal, który na przestrzeni przeszedł ewolucję z chrypliwego krzyku w bardziej głęboki głos.

Nie będę rozdrabniał się i pisał o poszczególnych utworach, bo w tym przypadku nie ma tu żadnego sensu. Całość jest równa, muzyka fantastyczna, a wokal bezbłędny. Tak powinny brzmieć koncerty.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hugh Laurie – Didn’t It Rain

didnt_it_rain

Kolejna płyta aktora, który na zawsze pozostał w pamięci jaki dr House. I tak jak poprzednia ruszamy w bluesowe rejony wzięte z Nowego Orleanu.

14 piosenek wyprodukowanych przez Joe Henry’ego, czyli się tu nic nie zmieniło. Udało się zebrać muzyków znających się na rzeczy, czyli Copper Bottom Band. Znowu aranżacje są naprawdę pomysłowe, choć nie ma tu odkrywania Ameryki. Laurie nadal gra na fortepianie i na gitarze, zaś poza tym pojawiają się zarówno perkusja (szalona i szybka w otwierającym „The St. Louis Blues” czy „Vickersburg Blues”), mandolina („Junkers Blues”), świetne dęciaki (m.in. solo saksofonu w „Junkers Blues”), oldskulowe organy, klarnety, akordeon (tango „Kiss of Fire”), kontrabas, harmonijki ustnej („Vicksburg Blues”) czy gitary elektrycznej. Innymi słowy jest po staremu. Nadal dominuje spokojniejsze granie (bardzo oszczędne „Send Me To The ‚Lectric Chair” ze smyczkami, banjo, perkusją i pianinem), choć i paru szybkich numerów nie zabrakło (singlowy „Wild Honey”), choć tych drugich jest chyba trochę więcej (przynajmniej są pomysłowo zaaranżowane).

Druga niezmienna rzecz to taka, że Laurie nadal ma świetnego czuja i w tej muzyce czuje się jak ryba w wodzie. Nadal słucha się go przyjemnie, a covery w jego wykonaniu potrafią uwieść, choć to nadal blues, przy którym można popić szklankę whisky.

I tak jak przy poprzedniej płycie Laurie zaprosił gości, którzy śpiewają trochę więcej niż przy poprzedniej płycie. Tym razem są to: pochodząca z Gwatemali Gaby Moreno („Kiss of Fire”), wokalistka soulowa Jean McClain („I Hate a Man Like You” czy „Didn’t It Rain”) oraz bluesmana Taj Mahal („Vicksburg Blues”). I znów cala trójka się spisała.

Tej płyty tak jak poprzedniczki słucha się wybornie, widać pewien progres i konsekwentną realizację. Nie ma tu żadnego udawania i nadal on brzmi naturalnie, a „Unchain My Heart” może nie jest tak przebojowe jak Joe Cockera, ale też brzmi świetnie.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Deep Purple – Now What?!

now_what

Ten zespół to jedna z żywych legend rocka w ogóle. Mimo roszad i zmian składu, nadal zachowali swój styl i trzymają się wybornie. Formacja Deep Purple po 7 latach wróciła do studia, by nagrać swój dziewiętnasty album. Jak to się prezentuje?

Ekipa w składzie Ian Gillan (wokal), Roger Glover (gitara), Steve Morse (gitara), Ian Paice (perkusja) i Don Airey tym razem poprosiła legendarnego producenta Boba Ezrina (produkował płyty m.in. Alice’a Coopera, Pink Floyd i Kiss). 11 piosenek brzmi po prostu rewelacyjnie. Pierwszy utwór może wprawić wielu w konsternacje. „A Simple Song” zaczyna się bardzo spokojnie i lirycznie grającą gitarą i perkusją – to ma być Deep Purple? Potem dołącza się Gillan, równie spokojny jak reszta, ale w połowie jakby za pomocą jakiegoś przycisku, perkusja wali mocniej, gitara brzmi ostrzej, a klawisze szaleją (stare, dobre Purple), by pod koniec znów się wyciszyć. A dalej mamy to, co w tej ekipie najlepsze – mocna gitara, silny wokal, szalejące Hammondy oraz sekcja rytmiczna w świetnej formie. Całość ma siłę bomby atomowej – brzmi jednocześnie oldskulowo, ale i nowocześnie („Out of Hand”). Nie brakuje szybkich kawałków („Hell to Pay”, gdzie refren śpiewają wszyscy), ale tak naprawdę najlepiej wypadają w długich kompozycjach, gdzie każdy instrument ma swoje „pięć minut”. Tu należy wspomnieć „Above and Beyond” z kapitalnymi, fanfarowymi klawiszami (najciekawszy pod tym względem jest „Vincent Price”, którego klimatu pozazdrościłby niejeden horror), „Blood for a Stone” z bluesowymi zwrotkami oraz naprawdę mocnymi gitarami czy najdłuższym „Uncommon Man” (rewelacyjne riffy) z bardzo długim wstępem. I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, tylko po co? Bardzo równa, zróżnicowana i pachnąca starymi Purple’ami.

Równie niezmienna jak stylistyka kapeli jest jej wokalista. Nie wiem jak Ian Gillan to robi, ale czas się go nie ima. Może i nie ma tu drugiego „Child in Time”, ale brzmi on wybornie (wystarczy posłuchać „Vincent Price” czy choćby singlowego „All the Time in the World”). Wydanie deluxe zawiera jeszcze cover „It’ll Be Me” Jerry’ego Lee Lewisa, który dla fanów będzie wielką niespodzianką (przynajmniej dla mnie był – świetne pianino i klawisze).

Cały album zespół dedykował zmarłemu Jonowi Lordowi. Poza tym udowadniają, że mimo upływu lat trzymają się wybornie. Krążą słuchy, że panowie za rok znów nawiedzą studio. Nie wiem jak wy, ale to może wypalić. I choć mamy dopiero końcówkę kwietnia, „Now What?!” może już walczyć o miano najlepszej płyty roku 2013. Tak się powinno grać rocka.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fall Out Boy – Save Rock And Roll

save_rocknroll

Ten amerykański kwartet serwujący punk/pop-rocka w ostatnim czasie przeżywał mocny kryzys. W 2009 roku kapela zawiesiła działalność, ale w tym roku Patrick Stump (wokal, gitara), Pete Wentz (gitara basowa), Joe Trohman (gitara) i Andy Hurley (perkusja) zdecydowali wrócić do siebie. A przy okazji wydali nowy album.

„Save Rock and Roll” zawiera 11 kawałków, a za produkcję odpowiada muzyk Butch Walker. I pierwsze co uderza, to obecność smyczków (zaproszono Londyńską Orkiestrę Symfoniczną), do których dołącza perkusja i bas. Czyżby gitarzysta został zwolniony albo miał się w ogóle nie pojawić? Jest, ale gdzieś w cieniu, zaś muzyka bardziej skręca w stronę popu. A na pierwszy plan wysuwa się syntezator i perkusja, co słychać potem w „My Songs Know What You Did In The Dark” oraz w „Alone Together” (z głosami dzieci w refrenie). Choć trudno odmówić chwytliwości, to coś tu jest nie tak, bo coś za delikatnie i mało rockowo (w tytule jest przecież Save Rock And Roll, a nie Save Pop). Sytuacja powoli się zmieniła w „The Mighty Fall” (wreszcie słyszalna gitara, która jeszcze przewinie się w „Death Valley” z dubstepową końcówką oraz „Rat a Tat”), choć podkład lekko hip-hopowy. Nie brakuje też akustycznej gitary („Young Volcanoes”).

Nie można odmówić mocnego wokalu Stupmpa, który potrafi przyciągnąć uwagę plus do tego całkiem niegłupie teksty, w których nie zabrakło mowy o balandze, miłości, buncie. Ale zespół ściągnął paru gości, którzy trochę uatrakcyjniają album – Foxes („Just One Yesterday”) raper Big Sean („The Mighty Fall), zaś na koniec petardy, czyli rapująca Courtney Love („Rat a Tat”) oraz Elton John, który jak zawsze gra też na fortepianie w tytułowym kawałku.

Dla mnie ten album jest za bardzo popowy i za spokojny jak na rockową kapelę. Z drugiej strony słucha się tego dobrze, chociaż liczyłem na coś zupełnie innego.

7/10

Radosław Ostrowski


Dr Misio – Młodzi

mlodzi

Ciągle słyszę o tym, jak to znani aktorzy próbują zmierzyć się z mikrofonem i śpiewaniem. Niektórym się to udaje wybornie (Hugh Laurie, Robert Downey Jr.), inni radzą sobie nieźle (Kevin Costner), ale są też tacy, co w ogóle nie powinni się za to brać. Do jakiego grona należy wcisnąć Arkadiusza Jakubika z zespołem Dr Misio?

Poza Jakubikiem zespół ten tworzą: gitarzysta Paweł Derentowicz, basista Mario Matysek, klawiszowiec Radek Kupis i perkusista Jan Prościński, a ich debiutancką płytę „Młodzi” wyprodukował Olaf Deriglasoff, czyli będzie tu rockowo. I to już słychać w „Dziewczynach” – z surową gitarą i elektroniką, budująca lekko psychodeliczny klimat (do tego można dołączyć „Pudelka”). Gitara potrafi mocno przyłoić tak jak perkusja („Życie”, „Pies”), ale nie brakuje spokojniejszych fragmentów (początek i koniec „Mentolowych papierosów”), a całości dopełniają tutaj klawisze i rytmiczny bas („Pies”). Trudno w zasadzie wyróżnić jakiś konkretny numer, bo całość trzyma naprawdę równi poziom, a każdy utwór to pełna i konkretna opowieść.

Pozytywnie zaskakuje wokal Jakubika, który może bardziej szepce lub się drze, ale pasuje do całej konwencji i współtworzy ona klimat całości. Druga istotna kwestia to teksty, za które odpowiadają Krzysztof Varga i Marcin Świetlicki i są to naprawdę dobre, dające do myślenia. Nie brakuje nostalgii („Mentolowe papierosy”, „Młodzi”) czy trochę poważnych obserwacji rzeczywistości („Śmierć w Tesco” czy „Plan motywacyjny”), i nie obyło się bez rzucania mięsem („Mr Hui”).

Taki debiut zdarza się naprawdę rzadko. Dr Misio wystrzelił jak petarda i pytanie czy to będzie jednorazowy wyskok, a może będzie ciąg dalszy. Bardzo liczę na to drugie, bo „Młodzi” to mocny treściowo i formalnie album, który może jeszcze namieszać w tym roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paul Anka – Duets

duets

W tym roku Paul Anka obchodzi  55-lecie działalności artystycznej i z tej okazji pojawia się okolicznościowe wydawnictwo. Nie, nie jest to żaden Greatest Hits, ale płyta z duetami. I jest tu czego posłuchać, a parę z nich może być zaskoczeniem.

Utworów ogólnie jest 16, co przesłuchując ostatnie płyty to spora liczba, zaś aranżacja każdej z piosenek jest dość zbliżona i oszczędna, bez swingujących fragmentów. Po prostu Anka dołącza się do wykonawcy w jego utworze. Zaś gości jest tu sporo i to bez podziału pokoleniowego czy gatunkowego. Bo choć jest to ogólnie przyjęty pop (wyborne „This Is It” z Michaelem Jacksonem – świetne chórki w refrenach oraz delikatną elektroniką), to nie zabrakło tu jazzu („I Really Miss You” z Leonem Russellem), latynoskich klimatów („I Really Miss You” z Glorią Estefan), country („Do I Love You (Yes, In Every Day)” z Dolly Parton) czy charakterystycznych dla siebie swingujących klimatów („Pennies from Heaven” z Michaelem Buble i „Les filles de Paris” z Chrisem Botti). Ale też czasem pojedyncze instrumenty potrafią zaskoczyć (trąbka w „You Are My Destiny” z Patti LaBelle), ale wśród gości nie zabrakło Toma Jonesa, Celine Dion czy samego Franka Sinatry. To nie są wszyscy wykonawcy, ale już samo to pokazuje, że jest to poważne przedsięwzięcie.

Zaś sam Anka czuje się tu jak ryba w wodzie, zaś partnerzy są traktowani na równi z nim. Jako całość wypada ona bardzo elegancko, może odrobinę monotonnie, choć aranżacje niektórych utworów nie są takie oczywiste („She’s the Lady” z lekko latynoskim zacięciem). Choć wydaje się, że jest to album dla osób w wieku minimum 55 lat, to jednak trudno odmówić dobrej realizacji i wysokiego pułapu. Ciekawy zestaw.

7,5/10

Radosław Ostrowski