Brytyjską wokalistkę r’n’b Estelle wszyscy kojarzą tylko dzięki piosence “American Boy” nagranej z Kanye Westem. Potem były jeszcze dwie płyty, jednak nie specjalnie przebiły się w świadomości słuchaczy. Wątpię, żeby czwarty album tego dokonał, chociaż ma swoje momenty.
Jak to w tym gatunku bywa jest to mieszanka elektroniki, ampli, bitów oraz tworzenia bardziej intymnej atmosfery. Pomocny w tym bywa delikatny fortepian („Conquerer”, gdzie w zwrotkach pojawia się… gitara elektryczna), dyskotekowa perkusja (lekko tandetne „Something Good / Devotion (Passion Interlude)”, które potem zmienia kierunek), róznego rodzaju pstrykania i cykania (najlepsze w zestawie „Make Her Say” czy „Time Share”), jednak jako całość zaczyna robić się bardzo nużąca i monotonna, nawet mimo jazzowych wstawek („Silly Girls”) oraz bardzo delikatnym i czarującym głosem Estelle.
Zabrakło tutaj zarówno dobrych melodii, jak i odrobiny świeżości, a może po prostu r’n’b stało się dla mnie zbyt nudne i przewidywalne? Sam nie wiem.
Zespół Warrena Hayesa nie próżnuje, choć ostatnio wydaje płyty koncertowe. „Sco-Mule” to tez album live, będący zapisem koncertu z Atlanty z 1999 roku, gdzie muzyków wsparł gitarzysta jazzowy John Scofield. Więc mniej więcej wiadomo, czego się spodziewać.
Całość jest po prostu instrumentalnym graniem, gdzie najważniejszy jest tutaj riff Scofielda, a reszta zespołu robi tak naprawdę za (jednak solidne) tło. Przejścia między riffami (od łagodnego do bardziej agresywnego) są po prostu czarujące, ale i sam zespół przykuwa uwagę, zwłaszcza perkusista Matt Abts (początek lekko „orientalnego” „Doing It to Death”), ale także klawiszowiec Dan Matrazzo (łagodne Hammondy w „Birth of the Mule” czy zgrane klawisze z gitarą w tle w tytułowym utworze) robi świetną robotę. Nie brakuje tutaj zarówno mocnych energetyków (ponad 15-minutowy „Kind of Bird”, gdzie kapitalnie gra perkusja z klawiszami, a bas elegancko towarzyszy w tle czy otwierający drugą płytę funkowy „Pass the Peas”), a jazz nie musi być grany tylko i wyłącznie na dęciakach.
Wadą może być niewielki brak reakcji publiczności oraz wersje alternatywne dwóch utworów zagrane na tym albumie. Wystraszyć może czas trwania poszczególnych utworów, jednak dla fanów blues rocka, jest to pozycja obowiązkowa i zdecydowanie najlepsze koncertowe wydawnictwo Gov’t Mule.
Kojarzycie taki zespół Thin Lizzy? W 2012 roku zagrał po raz ostatni i jego dawni muzycy wpadli na pomysł, by stworzył zespół, który będzie funkcjonował pod inna nazwą i grał podobną muzykę jak macierzysta formacja. I o dziwo ich debiutancki album spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem. Po drobnej roszadzie (basistę Marco Mendozę zastąpił znany z Lynch Mob Robbie Crane), postanowili pójść za ciosem i nagrać drugi album.
Nadal jest to rockowe i mocne granie, tym razem jednak produkcja zajął się Nick Raskulinecz, znany ze współpracy z Accept czy Alice In Chains. Nadal brzmi to troszkę jak Thin Lizzy, ale nadal to energetyczne i ostre, co słychać w opeerze, czyli tytułowym kawałku. Siarczyste riffy, świetnie zgrana sekcja rytmiczna oraz świetny wokal Ricky’ego Warwicka – niczego więcej nie potrzeba. Podobnie jest z „Bullet Blues”, gdzie nie brakuje także marszowej perkusji, a riffy Gorhama i Johnsona się świetnie uzupełniają, w bardziej podniosłym „Finest Hour”, stadionowym „Soldierstown” z iście marszowym tempem czy bardziej bluesowym, niemal akustycznym „Blindsided”. Całość jest tak równa, że w zasadzie każdy kawałek miażdży i porywa, sprawiając wielka przyjemność z odsłuchu.
Fani powinni się zaopatrzyć w wersję deluxe, zawierająca utwory w wersjach akustycznych oraz dwa dodatkowe kawałki. Widać, że debiut nie był dziełem przypadku, a nowy rozdział to najlepsze, co mogło trafić się zespołowi.
Zaległość z roku ubiegłego – nie pierwsza i nie ostatnia. Album ten został nagrany z okazji otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie, stąd nazwa płyty. Tym razem Stańko z zespołem (Ravi Coltrane – saksofon, David Virelles – fortepian, Dezron Douglas – kontrabas, Kush Abadey – perkusja) będzie przez jazz opowiadał o polskich Żydach.
Utworów jest tylko pięć, ale każdy jest inny i naznacza swoim własnym piętnem. „Gela” to przede wszystkim dość spokojne tempo sekcji rytmicznej (jednak zdarza się marszowy werbel), wsparte przez improwizujący saksofon, łagodnie grającym fortepianem (tez ma świetne solo) oraz będącą tutaj w tle trąbką. Zupełnie inne jest „Yankiel’s Lid”, gdzie swoje robi bardzo rytmiczny fortepian, do którego dołączają zgrane partie trąbki z saksofonem, a w tle perkusja tworzy odrobinę mroczniejszy klimat swoją grą. Następuje potem zwolnienie tempa, przyspieszona gra fortepianu, by Stańko mógł na saksofonie zagrać „egipsko”, saksofon ciągnie się i gra bardzo ekspresyjnie, by każdy instrument mógł dalej zabłysnąć przy swoim solo. W „Margolit L.” znów błyszczy najbardziej dialog Stańki z Coltranem oraz bardzo ponure solo tego ostatniego oraz mroczne pasaże Virellesa, podkreślające melancholijny nastrój. Melancholia też dominuje w dynamicznym „Polin”. Jednak dla mnie największe wrażenie sprawiły „The Street fo Crocodiles” inspirowane Bruno Schultzem (tym pisarzem), gdzie znów zaczyna delikatny fortepian, by skręcić w ponure tory, gdzie „grają” trąbka z saksofonem, by pod koniec spokojnie się wyciszyć.
Stańko nie należy do łatwych w odbiorze muzyków, którego dość długie kompozycje (ponad 5 minut) mogą wielu znużyć nadmiarem i tempem. Bardzo zmienny klimat też wielu może zniechęcić, ale trzeba spróbować zmierzyć się z tym. Tak po prostu.
Zespół legenda nie odpuszcza i pojawił się kolejny album po remasteringu kierowanym przez Jimmy’ego Page’a. o takich legendarnych albumach pisze się najtrudniej, bo wszystko na ten temat już napisano. Tym razem jednak jest to album dwupłytowy i z dodatkowym materiałem, gdzie można usłyszeć utwory w mniej znanych aranżacjach.
Wiadomo, że będzie sporo rocka i bluesa, co dostajemy już w „Custard Pie” (świetny bas i klawisze) czy bardziej gitarowym „The Rover”, gdzie Page bluesa czuje bardzo mocno (a nawet troszkę brzmi jak… saksofon?), a perkusja dopomaga mu w tym. „In My Time of Dying” bardziej pachnie country (troszkę przesterowana gitara), długie popisy perkusyjne, jednak w połowie gitara z perkusją grają coraz dynamiczniej, bardziej rock’n’rollowo, rozkręcając się totalnie, stając się niemal progresywnym numerem. Wolniejszy jest „Houses of the Holy”, gdzie Page z sekcją rytmiczna troszkę łagodzą swoje tempo, co jest skontrastowane z „Trampled Under Foot” z funkową elektroniką. Ale tak naprawdę z tej płyty pamiętany jest jeden utwór – epicki „Kashmir” ze zgranymi smyczkami (efekt „orientalny”) oraz gitarą Page’a, co słychać coraz lepiej.
Druga płyta zaczyna się od „In the Light” z bardziej elektronicznym i dziwacznym wstępem, tworzącym niemal kosmiczny klimat. Nawet jeśli pojawia się gitara, to zostaje zdominowana przez klawisze udające klawesyn. Folkowy i krótki instrumental „Bron-Yr-Sur” pozwala się odprężyć lekkością z jaką gra Page. W podobnym tempie jest grany „Down by the Seaside”, gdzie w tle ładnie grają delikatne klawisze i łagodna gitara, jednak w połowie robi się zadziorniej, by pod koniec wrócić do początku. Podobnie działa „Ten Years Gone”. Jednak druga płyta jest bardziej zwarta i przebojowa, ale też pewne sztuczki (zgranie perkusji z sekcją rytmiczną, mocne tempo) zaczynają powoli nużyć. Pewnym wyrwaniem z marazmu jest zaskakujące „Boogie with Stu” z bardzo fajnym fortepianem czy akustyczne „Black Country Woman” (przynajmniej na początku) z harmonijką ustną i mocny akcent w postaci „Stick Again”.
Z kolei trzecia płyta to inne wersje utworów z tego albumu, m.in. „Kashmir” w Rough Orchestra Mix czy Sunset Mix „Boogie with Stu”. Nadal Robert Plant czaruje i co poniektórych (zwłaszcza panie) doprowadza do ekstazy swoim charakterystycznym głosem.
Oczywiście dla fanów jest to propozycja obowiązkowa. Natomiast poszukujący początków współczesnej muzyki rozrywkowej powinni zapoznać się, bo przeszłość zawsze warto poznać.
Zespół Toto to jedna z najpopularniejszych kapel, która swoje lata świetności miała w latach 80., dzięki takim przebojom jak „Rosanna”, „Hold the Line” czy „Africa”. W zeszłym roku hucznie obchodzili swoje 35-lecie działalności, jednak pojawiły się wieści, ze będzie nowy album – pierwszy od dziesięciu lat. Ekipa w składzie: Steve Lukather (gitara elektryczna, bas i wokal), Joseph Williams (wokal), David Paich (klawisze), Steve Porcaro (klawisze) i Keith Carlock (perkusja) postanowili dać z siebie wszystko i wrócić do czasów swojej świetności.
Za produkcję „Toto XIV” odpowiada C.J. Vanston, który współpracował m.in. z Joe Cockerem, Barbrą Streisand, Tiną Turner czy Princem. Że będzie rockowo i z pazurem, to słychać już w otwierającym całość „Running Out of Time” z szybkimi riffami Lukathera, pachnącymi ejtisami klawiszami (czy tylko mi to się kojarzy z „Policjantami z Miami”?) oraz nakładającymi się wokalami w refrenie. Jest moc, energia, a jednocześnie przebojowy potencjał. Nawet jeśli pojawiają się pewne momenty wyciszenia, to jest to cisza przed riffem. Widać to bardzo w „Burn”, który rozpoczyna delikatny fortepian oraz pulsująca perkusja, choć gra ona dość spokojnie, nawet gitara jest łagodna. Półtorej minuty później perkusja uderza mocniej, Lukater dostosowuje się do perkusji, a wokal Williamsa znów się nakłada i tak co zwrotkę. Nie brakuje też zarówno bardziej bluesowych zagrywek („Holy War”, która przypomina dynamiką Asię czy „21th Century Blues”, gdzie śpiewa Lukather i pojawia się saksofon) czy chwytliwych, ale bardzo prostych melodii (singlowy „Orphan”).
Jak tez powszechnie wiemy, każdy szanujący się zespół musi nagrać balladkę. Czymś takim jest „Unknown Soldier” (znowu Lukather na wokalu), gdzie dominuje akustyczna gra gitary oraz pianino ze smyczkami oraz chóralnym refrenem. Co nie znaczy, że nie pojawia się gitara elektryczna, przewijająca się między zwrotkami, nie wywołując żadnego zgrzytu. Znacznie delikatniejsze jest niemal elektroniczne „The Little Things” (czarujące dzwoneczki na początku) czy skręcające w jazz „Chinatown” (śpiewają Paich, Williams i Lukather), choć nie do końca mnie porwały. Spokojniejszy środek to próba innego, mniej przebojowego oblicza oraz troszkę łagodniejszego klimatu, jednak z tej grupy najlepiej prezentuje się „All the Tears”.
Dla mnie Toto najciekawsze i najlepsze jest z gitarą elektryczną w tle, gdzie gra albo łagodnie lub potrafi zaszaleć. A tutaj jest sporo takich kawałków, ale jedno nie ulega wątpliwości. Toto powraca ze sporą dawka energii oraz wieloma potencjalnymi przebojami. Dobrze, ze wracają.
Fani progresywnego rocka znają twórczość Stevena Wilsona bardzo dobrze. Zarówno jego działalność z Purpucine Tree, Blackfield, solowe dokonania czy remastering płyt King Crimson. Teraz Wilson powraca z nowym materiałem, utrzymanym nadal w stylistyce progresywnego rocka.
„Hand. Cannot. Erase” to koncept-album, zainspirowany historią Joyce Holland. Miała 38 lat, mieszkała w Londynie, miała pracę i przyjaciół, Aż pewnego dnia… zniknęła bez śladu. Po dwóch latach znaleziono jej ciało – we własnym łóżko. A że nie będzie to przyjemna podróż, słyszymy już w „First Regret”, gdzie do dźwięków dzieci nakłada się najpierw ponura elektronika, a następnie melancholijny fortepian. Ale „3 Years Later” to Wilson w najczystszej postaci – różnorodny wobec nastroju, tempa. Dynamiczna perkusja w refrenie skontrastowana z łagodną grą gitary akustycznej, fortepianu oraz basu. Mocniejszy jest tytułowy utwór, gdzie Wilson pozwala zaszaleć swojej gitarze. „Perfect Life” zaczyna się mrocznie od nieprzyjemnych klawiszy oraz dziwacznego Mooga, by potem dołączyła elektroniczna perkusja oraz głos Katherine Jenkins opowiadającej o „idealnym życiu”, którą w połowie zastępuje Wilson. Mocne wrażenie robi drugi kolos, czyli „Routine” zaczynający się od fortepianu niemal żałobnego, do którego potem dołącza się głos Ninet Tayeb (zwyciężczyni izraelskiego Idola, rekomendowana przez Aviva Geffena) oraz minimalistyczna perkusja. Fortepian ożywia się, gitara zaczyna się aktywizować, by w okolicy 2:40 wyciszyć się całkowicie, dając pole do niemal sakralnego głosu żeńskiego oraz tajemniczej gitary oraz fletu, usypiającego czujność, bo dalej dochodzi do eksplozji. Jeszcze bardziej przeraża „Home Invasion” z agresywną grą gitary oraz sekcji rytmicznej, które płynnie przechodzi do „Regret #9” zdominowanym przez mellotron oraz gitarę elektryczna (druga połowa), dopiero pod koniec pojawia się wyciszenie.
Łamańce, eksperymenty i zmienność nastrojów jest tutaj standardem, a Wilson garściami czerpie zarówno z własnego dorobku jak i klasyków gatunku z King Crimson na czele. Słychać to także w „Ancestral”, gdzie poza fortepianem (dość chętnie wykorzystywanym przez Wilsona tutaj) są cymbałki, flet, smyczki, wokal Tayeb, wspierający głos Nicka Beggsa, mocny riff gitarowy oraz jazzowa końcówka. Sam głos Wilsona jest dość wyciszony i stonowany, co nadaje tylko jeszcze większej siły emocjonalnej.
Rock progresywny tak naprawdę umarł gdzieś w połowie lat 70., jednak wielu twórców czerpie z tego nurtu i potrafi ubarwić ją współczesną realizacją. Wilson kiedyś bardziej eksperymentował i szalał w tym gatunku, jednak czas wariactw chyba dobiegł końca. Smutna, melancholijna to płyta, która mimo pewnych niedoskonałości (nie do końca wykorzystany wokal Tayeb, większa odwaga i brawura realizacyjna) jest płyta na pewno interesującą i udaną, nadrabiająca emocjami oraz warsztatem.
Adam Ostrowski zwany Ostrym to jeden z najlepszych polskich raperów, od lat potwierdzający swoją formę i regularnie nagrywający swoje płyty. Teraz postanowił pokazać swój 15 (!!!) studyjny album pod bardzo filozoficznym tekstem „Podróż zwana życiem”.
Tym razem za produkcję odpowiadał sam Ostry razem z Chrisem Van Rootselaarem i Jaapem Wievelem (cała trójka pod nazwą Killing Skills) i tym razem postawiono na żywe instrumenty, a bity i sample zredukowano do minimum. I to już słychać w „Prologu”, który jest mroczny (elektronika, sample oraz obróbka cyfrowa głosu) i przerażający. Ale nie brakuje tez zarówno różnego rodzaju cykaczy („Nowy dzień”), imitacji smyczków („Hybryd”), elementów jazzu (fortepian i Hammond w „Wampiry budzą się po 12.00” czy trąbka w „Grawitacji”), minimalistycznej perkusji („Pistolet do skroni”) czy nawet elektrycznej gitary (tytułowy kawałek). Znalazło się też miejsce dla skreczowania („Rise of the Sun” czy „Post Scriptum”), czyli jak zwykle Ostry miesza stare z nowym i tworzy nową jakość. Każdy z utworów brzmi po prostu znakomicie – bity nie wywołują znużenia, produkcja jest zrobiona na najwyższym poziomie (to Ostry, wiadomo), podkład wchodzi w ucho naprawdę szybko i zostaje na długo.
Sama nawijka Ostrego nigdy nie schodzi poniżej bardzo wysokiego poziomu. Tak też jest tutaj.nie tylko jest świetnym technikiem (przyśpieszenia w „Ja, ty, my wy, oni”), ale też bardzo trafnym obserwatorem rzeczywistości. Hipokryzja, rodzina, przyjaźń, rozrachunek z samym sobą, pewność siebie – to wszystko znajdziecie w jego tekstach. I to bardzo trafnych jak cholera. Ostry zaprosił do siebie tylko dwójkę gości: Czeszkę Sachę Vee oraz amerykańskiego rapera Cadillaca Dale’a, którzy ubarwili prawie każdy kawałek.
Ostry, choć wydaje się weteranem, powrócił w wielkim stylu i pokazuje, że oldskul ma swoje pazury i to nie tylko na pokaz. Sam raper mówi, że do realizacji tego albumu przygotowywał się całe życie. I to słychać. Jesteście gotowi na tą podróż? Nie zawiedziecie się.
Ta dziewczyna (naprawdę nazywa się Marina Diamandis) do tej pory wydała dwie płyty balansuje między indie popem a elektroniką pachnącą nową falą lat 80. Trzecia płyta może być punktem zwrotnym albo rozczarowaniem. Tytuł „FROOT” intryguje, więc co będzie dalej?
Za produkcję odpowiada sama Marina oraz David Kosten znany tez jako Faultline, który współpracował m.in. z Flaming Lips czy Bat for Lashes. I to właśnie z tą ostatnią kojarzy się otwierający całość „Happy” z fortepianowym tłem oraz delikatnym głosem Mariny, który się nawarstwia. Jednak to była tylko zasłona dymna, gdyż tytułowy utwór to elektro pop z ładnie grającymi klawiszami oraz lekko funkową gitara w tle. Jednak album jest bardziej różnorodny niż się to może wydawać. Nie brakuje fragmentów wyciszenia (gitarowy początek „I’m a Ruin”), jednak dominuje tutaj melodyjnie, popowe granie, gdzie melodyka i bogactwo brzmienia nie pogrąża wyciszonego i przestrzennego głosu Mariny. Czasami jest to bardzo delikatnie robione („Gold”) i zachowuje się spójność materiału z różnego rodzaju smaczkami (organy w „Can’t Pin Me Down”, „morskie” dźwięki w łagodnym „Sollitare” czy bardziej rockowe „Better Than That”) i w zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek utwór. Całość jest naprawdę równa, a zmiana brzmieniowa działa tutaj zdecydowanie na plus.
Dwanaście piosenek brzmi bardzo intrygująco i potrafi podziałać na uszy słuchacza. Jest chyba bardziej intymnie, ale nie bez potencjału przebojowego. Więcej niż tylko ładna muzyka.
Ten wokalista najbardziej znany jest jako perkusista metalowej grupy Underorth oraz frontman i gitarzysta zespołu The Almost. Ale także udziela się solowo i postanowił o tym przypomnieć wydając swój drugi album.
Że jest to zupełnie inne brzmienie słychać już w otwierającym całość dynamicznym „Wake Us Up” (perkusja tutaj szaleje). Całość jest z jednej strony bardzo lekka i przebojowa, okraszona delikatną elektroniką („Praise Him” czy bardzo lotne „A Love Like Yours”) oraz mocno „chrześcijańskim” tekstem. Nie brakuje tutaj zarówno akustycznego grania (poczatek „Keep Me In” czy klaskane „You Alone Are God”), eksperymentów popowych („Hold Me Close” czy mocne uderzenia perkusyjne w „All He Says I Am”), ale te spokojniejsze utwory działają mocno usypiająco, co może być też winą warstwy lirycznej.
Także sam wokal Gillespie’ego nie specjalnie wybija się z grona przeciętnych, choć zarówno produkcja jak i realizacja jest zrobiona po prostu solidnie. Ale po mocnym i dynamicznym początku, nagle gubi się cała energia. I nawet Jezus nie jest w stanie tego wybronić.