Odwet – wersja reżyserska

Kiedy zaczyna się cała opowieść, Michael Cochran odbywa swój ostatni lot w służbie armii. W dniu przejścia do cywila dostaje zabytkową broń oraz zaproszenie od przyjaciela: meksykańskiego biznesmena Tiburona Mendeza. Przyjaciel przyjmuje go z otwartymi ramionami, proponuje wspólne polowania czy grę w tenisa. Tylko jest jeden mały szkopuł: młoda, piękna i pociągająca żona biznesmena. Do romansu jest strasznie blisko, a tutaj kwestie zdrady są rozwiązywane w sposób bardzo bezwzględny.

Adaptacja powieści Jima Harrisona planowana była od momentu wydania, czyli od 1979 roku. zainteresowany był sam John Huston wspierany przez producenta Raya Starka. Mimo zaangażowania do napisania scenariusza Waltera Hilla oraz obsadzeniu w rolach głównych Jacka Nicholsona i Orsona Wellesa, „Odwet” utknął w martwym punkcie. Sytuację zmienił zainteresowany projektem Kevin Costner, który po sukcesie „Nietykalnych” oraz „Byków z Durham” zebrał wystarczająco duży kasy, by zostać producentem wykonawczym, zagrać główną rolę, a także zatrudnić reżysera Tony’ego Scotta. W dniu premiery film został bardzo chłodno potraktowany przez krytykę oraz widownię, jednak po latach zaczęto cieplej myśleć o tym dziele. Niemniej w 2007 roku na DVD wyszła reżyserska wersja filmu, skrócona o ok. 30 minut i to ta wersja jest oceniana.

odwet1

Szczerze mówiąc byłem dość mocno zaskoczony faktem, że reżyser kojarzony z kinem akcji idzie w stronę romansu zmieszanego z kinem zemsty. I nie byłem przekonany czy młodszy z braci Scott będzie w stanie przekonująco pokazać relacje między trójką postaci. Miłość od pierwszego wejrzenia, żądza krwi, zemsta (i to z obydwu stron), przemoc. Zaskakuje tutaj bardzo spokojne tempo oraz bardzo naznaczona melancholią muzyka. Scott spokojnie buduje napięcie, mimo pewnej przewidywalności. Przynajmniej na początku, bo historia dzieli się na dwie części i każda wydaje się kończyć odwetem. Niby stawka jest tutaj kobieta, zaś los wobec niej nie jest zbyt łaskawy, ale tu chodzi o coś więcej: honor, godność, respekt.

odwet2

Klimat przypomina powieści lub filmy spod znaku czystej pulpy, co czuć mocno w dialogach. Krótkich, treściwych, bez zbędnych ekspozycji i tego typu dupereli. A że jest to romans, to nie mogło zabraknąć scen kipiących erotyzmem, bo sam związek wydawał mi się mocno naciągany i nie do końca mnie kupił. Bardziej interesowała mnie relacja kumpli oraz motyw wzajemnej zemsty, gdzie tak naprawdę nikt nie wygrywa, co jest dość nieoczywistym rozwiązaniem. Podobnie jak brak jednoznacznego podziału na dobro i zło. Niby na początku sprawa wydaje się jasna, lecz z każdą minutą pojawia się więcej odcieni szarości, przez co trudno kibicować bohaterom. Drugą niespodzianką były dla mnie zdjęcia, mocno przesiąknięte jeszcze stylem z lat 80. – światło przebijające się przez okna, mocna kolorystyka, skupienie na spojrzeniach. To nadal działa, podobnie jak dość oszczędnie użyte sceny przemocy: krótkie, ale intensywne.

odwet3

Muszę przyznać, że Scottowi udało się zebrać dobrych aktorów, który wykorzystują swój czas oraz pole do popisu. Troszkę zaskoczył mnie Kevin Costner, początkowo wyglądający jak starszy brat Toma Cruise’a z „Top Gun”. Niby przystojniak i troszkę sztywny, jednak w drugiej połowie zmienia się, nabiera mroku oraz żądzy zemsty. Fason trzyma Anthony Quinn, wcielając się w biznesmena prowadzącego nie do końca legalne interesy. Władczy, pełen majestatu godnego „Ojca chrzestnego”, ale na swój sposób lojalnego i trzymającego się zasad. No i najbardziej pociągająca z całej trójki Madeleine Stowe, od której nie można oderwać oczu.

„Odwet” to mniej znany i mniej oczywisty film w dorobku Tony’ego Scotta, który nie skupia się na dynamicznej akcji czy efekciarskiej rozwałce. Być może dlatego z czasem nabrał większego szacunku oraz uznania widzów. Mimo zahaczania o kicz, pozostaje strawnym oraz mniej oczywistym spojrzeniem na kino zemsty.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek na torze

Rok 1950, gdzieś na Śląsku. Wszystko zaczęło się dość niewinnie, bo jedzie pociąg nocą. Jednak spokojna jazda zostaje przerwana z powodu człowieka na torze. Przejechanym mężczyzną był zwolniony wcześniej maszynista Orzechowski. Jednocześnie okazuje się, że na semaforze była zapalona tylko jedna lampa. Czyżby maszynista z zemsty dokonał sabotażu? Jeśli tak, to dlaczego stanął na torze? Specjalnie powołana komisja ma ustalić przebieg wydarzeń.

czlowiek na torze1

Andrzej Munk swoim debiutem z 1956 roku niejako rozpoczął nurt zwany polską szkołą filmową. Filmy te zaczęły dotykać tematów jakie wiele lat wcześniej były nietykalne. I nie chodzi tylko o czas wojenny (AK, Powstanie Warszawskie), ale też ówczesną rzeczywistość. „Człowiek na torze” ma tutaj formę tzw. produkcyjniaka. Czym były te produkcje? To były toczące się historie w środowisku robotniczym, skupione wokół kolektywu i realizacji jakiegoś planu. Postacie też wydają się wycięte z kartonu: młody idealista, kolektyw, wierny ideologii postępowiec, nie potrafiący się dostosować konserwatyści, sabotażyści czy wrogowie klasowi. Pierwsze minuty, kiedy komisja próbuje zebrać fakty, wydają się iść w tym kierunku. Lecz Munk jest bardziej cwany niż się wydaje i obnaża cała konwencję, pokazując jej pustkę oraz nijakość. Wszystko zaczyna nabierać więcej odcieni szarości.

czlowiek na torze2

Reżyser wykorzystuje te elementy do stworzenia kryminału. Wszystko skupia się wokół śledztwa, gdzie poznajemy relację trzech osób: członka komisji – zawiadowcę Tuszkę, mechanika Zaporę oraz dróżnika Sałatę. Każda z tych retrospekcji zaczyna rzucać nowe światło nie tylko na wydarzenia, ale i na samego Orzechowskiego. Niby kolejarz starej daty (jeszcze z czasów I wojny światowej), nie dostosowujący się do socrealistycznych norm, ale jest to profesjonalista, dla którego praca jest sensem życia. Bo gdzieś w realizacji tych wszystkich planów narzucanych przez system, człowiek wydaje się praktycznie nikim. Dla naszego maszynisty pójście na kompromisy (palenie gorszym węglem, wyrabianie się z czasem) wydaje się być niemal równoznaczne ze zdradą. Zdradą etosu pracy, etyki. Prawdę tą pokazuje tak naprawdę tylko zderzenie wszystkich relacji ze sobą, gdzie pewne rzeczy zaczynają nabierać nowego znaczenia.

czlowiek na torze3

Nadal wrażenie robi fantastyczny montaż oraz dialogi, do których ucho ma Jerzy Stefan Stawiński. Do tego najbardziej zaskakujący jest tutaj brak muzyki. Jej role pełnią tutaj dźwięki wydawane w tle przez pociągi oraz maszynerię. To nadaje rytmu całości, a nawet potrafi zbudować napięcie (scena przesłuchania dróżnika), co nadal robi wrażenie. Tak samo jak kapitalne aktorstwo, które za nic nie chce przejść do lamusa. Wielkie wrażenie robi Kazimierz Opaliński jako pozornie ostry Orzechowski oraz Zygmunt Maciejewski w roli wprowadzającego nowe porządki Tuszkę, a także Zygmunt Listkiewicz jako Zapała, powoli znoszący zachowania Orzechowskiego. Nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nawet dzisiaj wydaje się rzadkością.

Dla wielu problemem może być dość spokojne tempo oraz propagandowa nowomowa będąca gdzieś w tle. Ale „Człowiek na torze” trzyma w napięciu niczym rasowy dreszczowiec. Munk wymierza cios socrealizmu, burząc panujące filmowe normy, a za nim poszli kolejni reżyserzy.

8/10

Radosław Ostrowski

Tam i z powrotem

Łódź, rok 1965. PRL-owski system nie jest dobry dla wszystkich, zwłaszcza jeśli nie jest w zgodzie z nim. Jedną z takich postaci jest dr Andrzej Hoffman – chirurg z przeszłością AK-owską. Zostawił w Anglii żonę w ciąży, zaś wszelkie próby zdobycia paszportu są skazane na porażkę. Do tego jeszcze strasznie „przykleił” się do niego pewien ubek, pragnący zmusić go do szantażu. W szpitalu poznaje Piotra Jurka – dawnego kolegę z oddziału. Niespełniony malarz, będący na utrzymaniu kasjerki. Też ma problemy z powodu przeszłości. By móc żyć w zgodzie z samym sobą, Jurek postanawia dokonać napadu na konwój bankowy, lecz nie jest w stanie tego zrobić sam.

tam i z powrotem1

Wojciech Wójcik był jednym ze speców kina sensacyjnego przed pojawieniem się Władysława Pasikowskiego. Tym razem postanowił wykorzystać prawdziwą historię napadu na bank, by odtworzyć świat uznany za dawny. Świat, gdzie w cenie było łapówkarstwo, kłamstwa, oszustwa. Ludzie starający się funkcjonować przyzwoicie byli wykluczeni albo upokarzani za swoją przeszłość. Wtedy niewygodną, a dzisiaj chlubną. Wójcik samą intrygę prowadzi bardzo powoli, mimo korzystania z konwencji heist movie. Sam napad pokazany jest w bardzo krótki sposób, lecz ważniejsze jest tutaj całe tło. Udaje się bardzo dokładnie odtworzyć mentalność oraz realia lat 60. Bardzo szczegółowa scenografia (mieszkanie Hoffmana, pani Krysi czy sale szpitalne), z masą charakterystycznych rekwizytów pokroju telewizora, płyty z pocztówkami robi piorunujące wrażenie. Sama historia, choć prezentowana bardzo powoli, potrafi wciągnąć i zaangażować. Sam napad to popis pracy montażysty (zmarłego przed premierą Marka Denysa), tak samo robotę robią zdjęcia oraz dialogi.

tam i z powrotem3

Jednocześnie reżyser niejako przy okazji stawia jedno ważne pytanie: ile można w stanie zrobić, by poczuć się wolnym? I do czego można się posunąć? Do zbrodni? Czy może warto zawsze pozostać przyzwoitym, mimo niesprzyjających okoliczności? Widać to bardzo mocno w postawach naszych bohaterów: bardzo wycofanego i antysystemowego (choć nie czyniącego tego wprost) lekarza oraz mocno cynicznego, egoistycznego Piotra.

tam i z powrotem2

Mam tylko jeden, poważny problem: nasz bohater. A w zasadzie jego nadmierna kryształowość, przez którą miałem wrażenie, że obserwuje wręcz świętego, nie człowieka. Jedynym przełamaniem tego charakteru jest udział w napadzie oraz finałowa scena (wymuszona przez producentów). Niemniej zaskoczyła mnie kameralność i precyzyjna praca scenarzystów oraz Wójcika.

tam i z powrotem4

Film na wyższy poziom wznoszą aktorzy. Kolejny raz klasę potwierdza Janusz Gajos, ale w jego przypadku to jest standard, gdzie drobnymi spojrzeniami buduje bardzo wyrazistą postać troszkę niezłomnego profesjonalisty w swoim fachu. Ale ciekawszy jest Jan Frycz jako Piotr. Troszkę egoista, który – dosłownie – dusi się w kraju, lubi troszkę wypić. Jednak jego moralność jest w odcieniach szarości, tworząc dość intrygujący duet z Gajosem. Za to na drugim planie najbardziej błyszczy śliski Olaf Lubaszenko (kulejący porucznik Niewczas) oraz wygadany i obrotny Mirosław Baka (waluciarz Król).

Moim skromnym zdaniem „Tam i z powrotem” to najbardziej dojrzały film w dorobku Wojciecha Wójcika. Fantastyczny scenariusz, bardzo pewna reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo daje wiele satysfakcji. Bardziej ambitny film sensacyjny ze złożoną psychologią postaci.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wielki Szu

Kim był Szu? To wielki szuler oraz oszust, który jest w stanie wygrać z każdym wszystko. Właśnie wyszedł z więzienia, ale w domu nikt na niego nie czeka. Żona zaczęła nowe życie, daje mu połowę majątku, a nasz bohater wyrusza przed siebie. Przystankiem na jego drodze jest małe miasteczko Lutyń, gdzie poznaje taksówkarza o imieniu Jurek. Młody chłopak bardzo lubi grać w karty, zaś Szu – niejako wbrew swojej woli – staje się mentorem.

wielki szu1

Dla Sylwestra Chęcińskiego najbardziej znanym dokonaniem jest trylogia o Kargulach i Pawlakach. Ale w latach 70. i 80. reżyser rzadko w rewiry kina gatunkowego. Szansą na to stała się historia kanciarza, dla którego karty nie mają żadnych tajemnic. Trudno tutaj mówić o intrydze, bo wszystko skupia się na kolejnych partyjkach, gdzie ofiarami padają zarówno drobne płotki, jak i grube ryby. Jedynym klejem dla całości jest relacja uczeń-mistrz między Szu a Jurkiem. Problem jednak w tym, że chłopak jest dość narwany i żądny pieniędzy. Czy będzie jednak w stanie wyciągnąć wnioski czy na to już będzie za późno? Chęciński bardzo zgrabnie pokazuje zarówno realia małego miasteczka, jak i dużych miast. Chociaż tutaj najważniejszymi miejscami są hotele, dancingi, knajpy czy domy nowobogackich. W tych miejscach znajdują się drobne cwaniaczki, członkowie wpływowych rodzin oraz zapaleni gracze. A że całość toczy się w czasach Gierka, kiedy modny był konsumpcyjny styl życia, wszystko zaczyna nabierać innego kontekstu. Jednak reżysera bardziej interesują drobne przekręty oraz lekcje, jakie musi wyciągnąć młody adept.

wielki szu2

Sama realizacja też jest zrobiona w sposób więcej niż solidny. Bo trudno nie zwrócić uwagi na lekko noirową w tonie muzykę Andrzeja Korzyńskiego czy stylowe zdjęcia Jerzego Stawickiego. Reżyser pewnie opowiada, podrzuca kolejne postacie (nawet jeśli ledwie zarysowane, są istotne) oraz umie budować napięcie (gra z dwoma oszustami czy finałowa konfrontacja Jurka z Denelem), w czym pomaga skupiony na detalach montaż. Do tego jeszcze parę niezapomnianych tekstów czyni z „Wielkiego Szu” film kultowy.

wielki szu4

Ale to wszystko nie miałoby wartości, gdyby nie dwie fenomenalne kreacje. Najważniejszy jest tutaj Jan Nowicki w roli tytułowej. Na pierwszy rzut oka wydaje się eleganckim oraz opanowanym dżentelmenem, lecz tak naprawdę jest bezwzględnym kanciarzem i szulerem. Z kamienną twarzą oraz wewnętrznym spokojem będzie w stanie pozbawić cię majątku. Bo on tak chce i zna masę sztuczek. Nawet jak nic nie robi, ma tonę charyzmy, jaką można obdzielić tysiące aktorów. Partneruje mu Andrzej Pieczyński i ten kontrast jest znakomicie wygrany. Jurek wydaje się być wyszczekany, pewny siebie oraz w gorącej wodzie kąpany. Wydaje się wchłaniać nauki mistrza, ale ostatnia lekcja będzie dla niego strasznie bolesna. Może jednak coś z niej wyciągnie? Z drugiego planu – dość bogatego – trudno wskazać kogoś, kto nie zapada w pamięć. Nieważne, czy to Leon Niemczyk (władczy Mikun), Karol Strasburger (Denel), Jan Frycz (pozornie twardy Jarek) czy apetyczna Dorota Pomykała (prostytutka Jola) – wszyscy trzymają poziom wysoki.

wielki szu3

„Wielki Szu” może nie ma jakiejś spójnej fabuły, a po drodze jest wiele znaków zapytania (zakończenie), nie mniej film wciąga. W zasadzie nie ma u nas zbyt wiele filmów o hustlerach, a ten godnie znosi próbę czasu, pokazując troszkę inną twarz Chęcińskiego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Warto obejrzeć cyfrowo zrekonstruowaną wersję filmu, jeśli się pojawi w telewizji.

Spokój

Kiedy poznajemy Antoniego Gralaka, przebywa w więzieniu. Za co siedział? Nie zostaje nam to powiedziane wprost, jednak powrót do dawnego życia jest niemożliwy. Przyszła żona go zostawia, w domu nikt na niego nie czeka, zaś perspektyw na przyszłość brak. Niemniej chce zacząć nowe, uczciwe życie – znaleźć pracę, mieszkanie i dom. Powoli zaczyna się na nowo odnajdywać w nowej rzeczywistości oraz mieć spokój. Pytanie tylko na jak długo?

spokoj1

Wszyscy znamy Krzysztofa Kieślowskiego jako twórcy idącemu ku metafizyce. Jednak początki jego kariery to dokumenty oraz przyglądanie się ówczesnej rzeczywistości. Pierwsze fabuły nadal miały jeszcze ten dokumentalny sznyt, tak jak telewizyjny „Spokój”. Trudno mówić o fabule stricte, bo jest to dość luźny ciąg scenek, które łączy ze sobą osoba Gralaka. Zwykły szaraczek, starający się żyć w porządku wobec wszystkich. A jednocześnie ma on dość proste, wręcz zwyczajne marzenia. Czyli własny kąt, żona, dzieci, praca. Bo innego jest potrzebne do szczęścia? Problem jednak w tym, że w pracy dochodzi do coraz większych spięć między kolegami a kierownikiem budowy. A to materiał pojawia się coraz mniejszy, a to cement zostaje okradziony. Widmo strajku wisi w powietrzu. Zaś koledzy są troszkę nieufni. Jakiego wyboru dokona Gralak? O ile jakiegoś dokona.

spokoj2

Pachnie to kinem moralnego niepokoju, a ze względu na tematykę film czekał 4 lata na półce. Reżyser niemal trzyma się i przygląda wszystkiemu. Nawet podczas rozmowy w knajpie jest w stanie skupić się niekoniecznie na rozmówcach, tylko kimś gdzie w tle. Kamera czasami sprawia wrażenie kręcącej z ręki, co dodaje tego paradokumentalnego stylu. Podobnie jest z bardziej stonowanymi kolorami oraz raczej niezbyt wyrafinowaną formą (nie oznacza to, że jest niechlujnie). Dialogi też wydają się naturalne, przez co film wydaje się zapisem epoki. A najbardziej zapada w pamięć bardzo otwarte zakończenie, zaś dalsze losy bohatera stoją pod znakiem zapytania.

spokoj3

Ale Kieślowski miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Jerzego Stuhra. Tutaj aktor nie tylko współtworzy dialogi, lecz wciela się w Gralaka. I jest niesamowity. Jednocześnie pełen energii, pasji, lecz także wyciszony. Pozornie prosta postać, aczkolwiek bardzo łatwo można się z nią identyfikować. Bardzo niewiele brakuje, by w którymś momencie eksplodował. Takie kreacje zostają w pamięci na długo. Z drugiego planu najbardziej wybijają się dwie postacie: kierownik Zenek oraz Mietek. Ten pierwszy w wykonaniu Jerzego Treli sprawia wrażenie surowego, ale sprawiedliwego. Jak sam mówi: „wypruwam żyły”, jednak ma trochę za uszami. Za to Michał Sulkiewicz jako Mietek wydaje się być przyjacielem oraz wsparciem dla bohatera i też jest prostym gościem, co nie daje sobie w kaszę dmuchać.

„Spokój” to bardziej przystępny, trzymający się ziemi Kieślowski w prawie reporterskim stylu. Wielu może przeszkadzać ten paradokumentalny styl oraz bardziej luźna konstrukcja scenariusza, za to jednak zaskakuje autentyzm realiów oraz fantastyczna kreacja Jerzego Stuhra. Czy dziś łatwiej jest znaleźć spokój?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bez znieczulenia

Jerzy Michałowski – reporter, dziennikarz, człowiek szanowany. Wręcz autorytet. Można powiedzieć, że żyje w luksusie, dobrobycie. Ma żonę, dwójkę dzieci (starsza studiuje w Moskwie), wpływowego przyjaciela. Żyć nie umierać. Ale całe to udane zaczyna się sypać. Najpierw był wywiad w programie telewizyjnym, wydana zostaje jego książka, a żona chce się rozwieść. To dopiero jednak początek.

bez znieczulenia1

Kiedy myśli się o Andrzeju Wajdzie, raczej nie łączy się go z kinem moralnego niepokoju. Owszem, był szefem Zespołu Filmowego X, gdzie kręcili najważniejsi twórcy tego nurtu (Feliks Falk, Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, Radosław Piwowarski, Jerzy Domaradzki). Ale raczej nie nakręcił żadnego filmu w tym nurcie, prawda? Nie do końca. Był najpierw „Człowiek z marmuru”, a następnie w 1978 roku pojawił się ten tytuł. Scenariusz napisany wspólnie z Agnieszką Holland pokazuje powolną, ale stopniową agonię. Jak jedno zdarzenie, niczym kostki domina, doprowadza do upadku. Człowiek uważany za autorytet staje się kompletnie nikim. I niczym. Przyjaciele mają związane ręce, nagle wykłady zostają odwołane, a ważny wyjazd przemyka. Każde zdanie, każde słowo, każda decyzja może zostać wykorzystana przeciwko nam. Bo dla systemu jesteśmy bezwartościowi i do zastąpienia. Życie zawodowe i prywatne stanowi niebezpieczny zespół naczyń połączonych. Jak mówi adwokat: „Każdemu można wszystko udowodnić. A wina to pojęcie elastyczne”. Wszystko widzimy w tej mikroskali, bez podpinania do jakiegoś szerszego kontekstu, co jest dość zaskakujące. Szczególnie jak się oglądało ostatnie dokonania Mistrza.

bez znieczulenia2

Wajda nie korzysta tutaj z symboli, patosu też unika jak ognia, a wszystko ogląda się troszkę jak reportaż. Dialogi (czy nawet monologi) może wydają się troszkę rozbudowane oraz pełne intelektualnych kwestii, ale jest też bardzo przyziemnie. I nie czuć tutaj żadnych zgrzytów, a aura fatalizmu coraz bardziej zaczyna być odczuwalna. Zaś finał jest jak cios obuchem, chociaż nie jest on zaskoczeniem. Czy może jest? Kompletnie zaskakuje tutaj brak muzyki, co jeszcze bardziej kłuje i drażni uszy. Tym bardziej tutaj czuć pewien pazur, bezwzględność sytuacji.

bez znieczulenia3

Jeśli jest coś, co może przeszkadzać, to miejscami zbyt szybkie cięcia montażowe. No i jeszcze dość tajemnicza rola Krystyny Jandy, której za cholerę nie umiem rozgryźć. Studentka (chyba?), praktycznie milczy cały film – poza zakończeniem – i wprowadza się do mieszkania profesora jakby nigdy nic. Dlaczego? Jaka jest jej motywacja? Nie mam tego pojęcia, a jej obecność nie wydaje się aż tak istotna.

bez znieczulenia4

Za to strzałem w dziesiątkę było obsadzenie Zbigniewa Zapasiewicza w roli głównej. Aktor często pojawiał się w rolach intelektualistów i ta rola nie jest wyjątkiem. Ale ten bohater wydaje się troszkę bierny, jakby pozbawiony własnej woli. Każda jego próba wyjścia z sytuacji kończy się zderzeniem, klęską, porażką – tym, czego obawiał się najbardziej. Ale jednocześnie kibicowałem mu do końca. Nie tylko on błyszczy najbardziej. Równie mocny jest Andrzej Seweryn jako adwersarz naszego bohatera (Jacek), który bardzo chce się przebić i sprawia wrażenie zbuntowanego wobec establishmentu. Jednak pod tym wszystkim kryje się zakompleksiony chłopaczek. Tak samo wyrazisty epizod ma Jerzy Stuhr (adwokat żony Jerzego), będący prawdziwie śliską kanalią, grający bardzo nieczysto. No i jeszcze jest ona: Ewa Dałkowska, czyli Ewa. Żona, która ma dość męża, chce zacząć nowe życie i – ostatecznie – pociąga go na dno. Wydaje się być jedyną ważną osobą w życiu naszego bohatera, chociaż jej motywacja wydawała mi się nie jasna. Ale nie jest to postać demonizowana, że to „zła kobieta była” (scena rozprawy).

„Bez znieczulenia” to Wajda bardziej kręcący z pazurem i bez chodzenia na kompromisy pokazuje cenę za bycie sobą. Że za każdą podjętą decyzję tamten ustrój bardzo brutalnie wystawiał rachunek. Bez względu na cokolwiek. Strasznie depresyjny seans.

8/10

Radosław Ostrowski

Ona się doigra

Brooklyn, czyli mocno „czarnoskóra” dzielnica Nowego Jorku. To tutaj mieszka niejaka Nola Darling – dziewczyna o zamiłowaniu artystycznym. Tworzy kolaże, wcześniej próbowała grać na fortepianie, ale nic nie wyszło. Co ją wyróżnia z tłumu? Że spotyka się z trzema facetami naraz. Dlaczego? próbujemy w trakcie seansu znaleźć odpowiedź na to. Jamie jest dojrzały oraz odpowiedzialny, Greer jest przystojny i ma fioła na swoim punkcie. Za to Mars ubiera się jak raper i nie radzi sobie z dorosłym życiem, ale potrafi być zabawny.

ona sie doigra1-1

W 1986 roku nikt nie wiedział kim jest Spike Lee. „Ona się doigra” to reżyserski debiut, mocno inny od kolejnych tytułów. Jest to zdecydowanie kameralna opowieść, gdzie sprawy rasowe czy polityczne praktycznie tu nie istnieją. Przecież na planie nie było żadnego białego aktora. Sam film ubrany jest w konwencję dokumentu, gdzie (nieobecne na ekranie osoby) słyszymy rozmowy na temat Noli. Opowiadają o niej jej chłopacy, koleżanka, dawna lokatorka, a nawet sama zainteresowana. Jaki wyłania się z tego obraz naszej bohaterki? Niezdecydowana, zagubiona, pewna siebie, a może jest nimfomanką oraz seksoholiczką? Reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne karty, choć sama bohaterka wydaje się bardzo nieosiągalna. Utrzymanie całości w czarno-białej taśmie oraz jazzowej muzyce tworzy bardzo specyficzny klimat. Troszkę melancholijny, trochę nostalgiczny, ale zdecydowanie intymny. Nie brakuje tutaj formalnych eksperymentów, zabawy montażem (przyspieszona scena erotyczna), zaś sam seks pokazany jest w bardzo delikatny, nienachalny sposób. Takiego operowania oświetleniem w tego typu scenach nie widziałem od dawna.

ona sie doigra1-3

Spike Lee tutaj klimatem bardziej przypomina pierwsze filmy Jima Jarmuscha, bo jako takiej akcji tu nie ma. Wszystko tu opiera się na dialogu, nastroju oraz klimatu. Ale jednocześnie czułem, że coś wisi w powietrzu i ten układ musi zostać zweryfikowany. Bo panowie nic o sobie nie wiedzą. Przynajmniej na początku. Bo pojawia się pytanie – kogo ostatecznie wybierze? O ile kogoś wybierze. Bo czemu jest ich aż tylu facetów? Czyżby nie istniał idealny mężczyzna posiadający wszystkie potrzebny cechy: powaga, poczucie humoru oraz pewność siebie? Sami poznajcie odpowiedź, bo sam wam jej nie udzielę.

ona sie doigra1-2

No i jest to cudownie zagrane przez mniej znanych aktorów. Wyjątkiem jest tutaj niedojrzały Mars grany przez samego reżysera, który pasuje do niedojrzałego pseudorapera. Strasznie pociągająca jest Tracy Camilla Jones w roli głównej. I kompletnie mnie dziwi, że nigdy więcej o niej nie słyszałem, bo miała zadatki na gwiazdę. Podobnie wcielający się w pozostałych partnerów Tommy Hicks (Jimmy) oraz John Canada Terrell (Greer), tworząc bardzo wyraziste charaktery.

ona sie doigra1-4

„Ona się doigra” rozpoczęła karierę Spike’a Lee, pokazując spory talent młodego filmowca. Tytuł był tak ważny dla reżysera, że dwa lata temu (w formie serialu) twórca na nowo ożywił ten tytuł dla Netflixa. Czy jest tak udany? O tym powiem innym razem, zaś sam film rekomenduję. Lee się nie doigrał i bardzo dobrze.

8/10

Radosław Ostrowski

Remo: Nieuzbrojony i niebezpieczny

Tajnych agentów ze służb, których nazw nie jestem w stanie wymienić. Każda zajmuje się tym samym: utrzymywaniem porządku w kraju. Kiedy wymiar sprawiedliwości szwankuje, oni wkraczają do akcji. Kimś takim stał się Remo Williams – gliniarz, który został uznany za zmarłego. Dostał nową twarz, dokumenty, ale musi jeszcze przejść szkolenie u mistrza sztuk walki.

remo1

Nakręcony w latach 80. „Remo” jest dzieckiem swoich czasów. Reżyser Guy Hamilton postanowił zrobić za spore pieniądze B-klasowy film akcji. Niby wydaje się być w stylu Bonda, ale sama fabuła jest pretekstowa. Intryga toczy się wobec dwóch wątków: szkolenia Remo oraz śledztwa w sprawie biznesmena branży wojskowej. A dokładnie jego projektu satelity, o którym niewiele wiadomo. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórcy postanowili się zwyczajnie zabawić i wrzucili wszelkie szalone pomysły. Czego tu nie ma: ucieczka z remontowanej Statuy Wolności (albo jej imitacji), chodzenie boso po świeżym betonie czy infiltracja fabryki i ucieczka przed cholernie zdolnymi… dobermanami. Jeszcze nigdy psy nie były tak kreatywne. Jednocześnie to wszystko jest wzięte mocno w nawias, nie traktuje się do końca serio, co czyni tą produkcję odporną na czas.

remo2

Jak na film klasy B jest bardzo porządnie wykonany. Odpowiedzialny za zdjęcia Andrew Laszlo daje odpowiedniej przestrzeni oraz sznytu, dzięki czemu sceny akcji wyglądają imponująco. W tle przygrywa odpowiednio podniosła mieszanka orkiestry z elektroniką. Ale najmocniejszą stroną jest tutaj relacja między Remo a Chiunem. Nie do końca jest to związek uczeń-mistrz, lecz serwowano najwięcej humoru i ciętych one-linerów, jakie zostaną w pamięci na dobre. Reżyser trzyma to wszystko na pulsie, by nie popaść w karykaturę.

remo3

Również aktorzy wypadają fantastycznie. Brawurowo w naszego protagonistę gra Fred Ward. Mieszanka pewności siebie, wręcz brawury zmieszany ze ślamazarnością. Początkowo można odnieść wrażenie, że jest wręcz kompletną pierdołą, ale budzącym sympatię od samego początku. Ale film kradnie Joel Gray jako Chiun. Początkowo ten wybór mógł się wydawać obraźliwy, wręcz rasistowski, bo Żyd (biały) ma grać Azjatę. Dziś coś takiego by nie przeszło, a sam aktor początkowo miał wątpliwości. Pomogła kapitalna charakteryzacja oraz odpowiednio dopasowany głos. Sama postać to bardzo konserwatywny facet, z niemal rasistowskimi uprzedzeniami oraz ostrymi tekstami. A sceny szkolenia oparte na absurdalnych pomysłach są niesamowicie zabawne.

Dzisiaj taki film jak „Remo” nie miałby prawa powstać. Mocno absurdalny, z troszkę pretekstową fabułą, łamaniem politycznej poprawności oraz wręcz szalonymi scenami akcji. Bez popadania w karykaturę, ale też nie traktujący się zbyt serio. Rzeczywiście niebezpieczny.

8/10

Radosław Ostrowski

Honor Prizzich

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu. A co w przypadku, kiedy twoją rodziną jest mafia? Taką rodzinę w swoim życiu miał Charley Partana. Pracuje dla włoskiej rodziny Prizzich jako cyngiel, będąc prawą ręką Dominica Prizzi. Podczas ślubu oraz wesela mężczyzna zauważa pewną piękną kobietę, w której zakochuje się od razu. Panna Irene Walker wygląda pociągająco i apetycznie, ale szybko znika. Nie jest w stanie o niej zapomnieć, lecz rodzinne interesy są ważniejsze. Ktoś wykosił kasę z kasyna i trzeba odzyskać forsę (a także zabić złodzieja). A wtedy okazuje się, że stoi za tym… poznana dziewczyna ze ślubu/wesela.

honor prizzich1

John Huston pod koniec swojej kariery podejmował się kolejnych wyczynów z innymi gatunkami. Po filmie sportowym i musicalu, przyszła kolej na kino gangsterskie. Tym razem na warsztat wziął powieść Richarda Condona, która klimatem troszkę przypomina „Ojca chrzestnego”. Niby mamy to, czego się spodziewać: inicjacja krwi, bogate wesele, spotkania mafijne, układy z policją. Jednak reżyser to wszystko bierze w nawias, niejako parodiując kino gangsterskie. Niby akcja dotyczy wokół poważnych pieniędzy oraz honoru, ale jednocześnie wszystko podlane jest to czarnym humorem. Honor jest tutaj tak naprawdę tylko pustym słowem, pretekstem do kolejnych knowań i intryg. Dla mafii liczy się tylko forsa, konwenanse oraz „honor”. A najgorsze jest to, że przed rodziną Prizzich nie da się uciec – bezwzględnością biją wszystkich.

honor prizzich2

Sama intryga jest tutaj mocno pogmatwana. Miłość miesza się tutaj z wyrachowaniem i cynizmem, a dawne urazy wracają ze zdwojoną siłą. I co jest tutaj ważniejsze – uczucie czy pieniądze. A jednocześnie reżyserowi udaje się pokazać poczucie paranoi, nieufności oraz podejrzeń. Nie do końca wiadomo, komu można zaufać. Nawet czarny humor nie jest w stanie tutaj złagodzić tego niepokojącego klimatu. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie dość niewielka ilość przemocy. Pierwsza egzekucja jest poza ekranem, zaś krew pojawia się rzadko. Włącznie z nerwową sceną porwania.

honor prizzich3

Reżyser w samej formie zrealizował staroświecki w formie film. Nadal imponują kostiumy oraz scenografia, zaś w tle dużo gra muzyka klasyczna. Jeszcze w tym wszystkim mamy gorzki finał, którego się nie spodziewałem. Śmiech tutaj idzie z przerażeniem oraz niedowierzaniem.

honor prizzich4

No i udało się zebrać prawdziwą śmietankę aktorską. Na pierwszy rzut oka Jack Nicholson do roli mafioza w średnim wieku, wydaje się nie pasować. Ale Partanna to nie jest typowy gangster: czyta magazyny, gotuje i… zakochuje się. Aktorowi udaje się zachować naturalność w każdym momencie, a jego otępiałe spojrzenie kryje więcej. Fantastyczna jest Kathleen Turner – jedna z bardziej pociągających aktorek lat 80. Odpowiednio balansuje między delikatnością a manipulacją, chce się jej wierzyć, choć nie powinno. Ale film kradnie dla mnie William Hickey jako don Corrado Prizzi. Może i wygląda jak zombiak, jednak jest bardzo przebiegły i podstępny. Tak samo wrażenie robi Anjelica Huston jako niedoszła żona Partanny. Choć pojawia się rzadko, trudno zapomnieć tej modliszki, mającej gdzieś honor rodziny.

Kto by się spodziewał, że pod koniec życia Huston nadal będzie miał tyle biglu. „Honor Pizzich” jest zgrywą z konwencji kina gangsterskiego, gdzie większą robotę robią sceny obyczajowe niż wątki kryminalne. I nadal potrafi rozśmieszyć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Casino Royale

James Bond – nie wiem, czy jest ktoś, kto nigdy nie słyszał tego nazwiska. Symbol szpiega idealnego, na ekranach jest obecny od 1962 roku i nie zamierza przechodzić na emeryturę. Ale w całym cyklu pojawił się w 1967 roku film-bękart. Stworzy poza głównym nurtem, będący niejako parodią przygód 007. W dniu premiery wręcz zarżnięty przez krytyków, ale czy mogło być inaczej, skoro całość kręciło pięciu reżyserów (w tym John Huston) oraz trzech scenarzystów (plus jeszcze siedmiu niewymienionych)? Jak mówi porzekadło: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Punkt wyjścia był nawet niezły. Nasz agent 007 przebywa sobie na emeryturze, a na całym świecie zaczynają ginąć agenci tajnych służb. Ale sir James nie chce wracać do pracy szpiegowskiej. Kiedy jednak zostaje zniszczona jego rezydencja, a M ginie… cóż, Anglia wzywa. A wrogiem jest tajemniczy dr Noah, szef organizacji Smerch, wykorzystujący kobiety jako agentów. Zadaniem ich jest dyskredytacja reputacji agenta 007, a następnie… zniszczenia świata. Czyli klasyka gatunku. Bond ma jednak wyjście: wszyscy jego agenci będą się nazywać… James Bond, a także dojdzie do infiltracji tej grupy. Zwerbowany zostaje także specjalista od bakarata, Evelyn Trumble oraz… córka Bonda i Maty Hari.

casino royale1-1

Trudno mi powiedzieć o fabule, bo jest po prostu szalona. Nadążenie za nią jest czasami wręcz niemożliwe, bo dzieje się tu dużo i szybko. I nie mogłem pozbyć się wrażenie, że wiele rzeczy wyleciało podczas montażu (m.in. schwytanie Trumble’a przez Le Chiffre’a), co wywołuje dezorientację. historia wydaje się być bardzo niespójna, zaś przeskoki oraz nagłe urywanie wątków zwyczajnie irytuje. By było jeszcze ciężej, humor jest tutaj prawdziwym szwedzkim stołem: od seksualnych podtekstów przez gry słowne aż po natężenie absurdu, jakiego nie powstydziłby się Monty Python (gdyby brał dragi), co widać w finałowej konfrontacji. I jest to, niestety, strasznie nierówne: od błysku po żenadę.

casino royale1-2

Pomysłów jest mnóstwo (sceny tortur umysłu, szkoła szpiegów we Wschodnim Berlinie czy szkolenie mające uodpornić na urok kobiet), z czego część jest warta uwagi. No, ale właśnie: tylko część. Bo cel i zamysł głównego antagonisty jest niedorzeczny, nawet jak na parodię. Można się miejscami uśmiać, tylko że wszystko wydaje się przedobrzone i przekombinowane. Wrażenie nadal robi scenografia (tytułowe kasyno czy szkoła szpiegów, wzięta żywcem z jakiego filmu okresu ekspresjonizmu) oraz bardzo zwiewna muzyka jazzowa.

casino royale1-3

Do tego udało się zebrać naprawdę imponującą obsadę. Choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że część osób nie wiedziała w co się pakuje. Najbardziej z tego grona błyszczy David Niven, będący zaprzeczeniem wizerunku agenta 007 z ekranu. Wręcz purytański, ale zawsze przygotowany i inteligentny. Na początku się jąka, ale potem to przechodzi. A mimo wieku, nadal potrafi spuścić łomot. Drugim mocnym punktem jest Peter Sellers, czyli Trumble. Nie jest tak safandułowaty jak inspektor Clouseau, ale ma pewne problemy z przyjmowaniem nawyków Bonda. Tylko w kategorii żartu należy traktować fakt, że głównego złego gra… Woody Allen i jest po prostu sobą oraz Orson Welles. Do tego jeszcze masa pań (tutaj błyszczą Deborah Kerr jako próbująca uwieść agentka Mimi oraz Ursula Andress wcielająca się w Vesper), wyglądających bardzo ponętnie, przez co można zapomnieć – na chwilę – o niedociągnięciach.

casino royale1-4

Trudno jednak traktować „Casino Royale” jako dostarczającą świetniej rozrywki parodię agenta 007. Mocno się postarzała, efekty specjalne i pościgi wydają się śmieszne, ale z drugiej strony ma to swój specyficzny urok. Miejscami ten urok nadal potrafi oddziaływać, choć to nie dla każdego.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307