Człowiek z żelaza

Sierpień 1980 roku był bardzo gorącym miesiącem. I chodziło tylko o temperaturę powietrza, ale wręcz polityczną temperaturę, zwłaszcza w Polsce. Wybuchły strajki w wielu zakładach pracy, zaś symbolem stała się Stocznia Gdańska im. Lenina. Tam też zostaje wysłany bohater filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza” – dziennikarz Winkel z Warszawy. Zadanie dostaje od samego szefa Radiokomitetu: ma stworzyć reportaż, który ma skompromitować jednego z liderów strajku, Macieja Tomczyka.

czlowiek z zelaza2

„Człowiek z żelaza” nie jest – jakby można było sugerować się tłumaczeniem na angielski – polską adaptacją „Iron Mana”. To kontynuacja nakręconego wiele lat wcześniej „Człowieka z marmuru”, który był ostrym aktem oskarżenia na system komunistyczny oraz szansą na rozliczenie z czasem stalinowskim. Ten film powstał niejako na społeczne zamówienie. Krąży taka fama, że jak Wajda odwiedzał stocznię gdańską (pod pretekstem nadzoru nad filmem telewizyjnym) robotników poprosili twórcę, by nakręcił o nich film i zaproponowali tytuł. Scenarzysta Aleksander Ścibor-Rylski był wtedy poza krajem, ale udało się Wajdzie przekonać go do napisania fabuły. Jednocześnie wykorzystano wszelkie dostępne materiały zarówno z telewizji, jak i od świadków wydarzeń. To bardzo pomogło w odtworzeniu tych historycznych momentów. Zaś sama realizacja przebiegła w ekspresowym tempie: zdjęcia zaczęły się w styczniu, a sam film miał premierę na MFF w Cannes (27 maja 1981), do polskich kin trafił pod koniec lipca.

czlowiek z zelaza1

Dziwię się, że ten film w ogóle udało się zrealizować. Czy oznacza to, że jest to film warty uwagi? I tak, i nie. Konstrukcyjnie jest to powtórka z „Człowieka z marmuru”, czyli mamy dziennikarskie śledztwo, tylko że w innym otoczeniu. Winkel spotyka się zarówno ze swoimi znajomymi (Dzidek), kontaktami z UB, jak i kluczowymi postaciami z życia Maćka (pani Hulewicz, Agnieszka). Czyli przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością. I nawet wtórność byłbym w stanie przełknąć, jednak problemem poważnym był dla mnie balans między prywatną a polityczną perspektywą. W pierwowzorze cała polityczna warstwa stanowiła tylko dla losów bohaterów. Tutaj jest odwrotnie: to polityka wychyla się na pierwszy plan, przez co postacie sprawiają wrażenie marionetek. Są ledwie zarysowane, stając się niejako schematami czy kliszami: partyjni aparatczycy i UB-cy (Badecki, Wirski, zastępca szefa Radiokominternu) kontra wierzący w przełom idealiści-strajkujący – przekonani o swojej słuszności. Brakuje tutaj jakichś mocnych odcieni szarości.

czlowiek z zelaza3

Także realizacyjnie można się przyczepić do wielu rzeczy: montaż jest miejscami niechlujny, zdjęcia bardzo nierówne, a kilka wątków wydaje się uciętych. Zupełnie jakby brakowało czasu. I ja rozumiem pośpiech, ale dla mnie ten film sporo traci. Nawet miejscami mocne dialogi nie były w stanie całkowicie tego zrekompensować. Film jest bardziej wyciszony, kameralny, co jeszcze bardziej zaskakuje.

czlowiek z zelaza4

Ze starej obsady wracają główni bohaterowie, czyli Jerzy Radziwiłowicz oraz Krystyna Janda. Ona wydaje się być bardziej wyciszona, zepchnięta niejako do roli wsparcia, pozbawiona zadziorności. Dojrzała kobieta, kradnąca jedną sceną cały film. Z kolei Tomczyk miał (przynajmniej tak ja to odbieram) ewoluować z narwanego chłopaka do dojrzałego lidera, ale wydaje się być zbyt nijaki. Najciekawszy jest tutaj sam Winkel grany przez znakomitego Mariana Opanię i to on (razem z Bogusławem Lindą) podnosi całość na wyższy poziom. Cyniczny, złamany przez życie alkoholik, który zbyt wiele widział, by poczuć entuzjazm strajkujących, a do tego ma delirium (zakaz sprzedaży alkoholu). Ale jego przemiana jest pokazana bez fałszu, o co było bardzo ciężko.

Ciężko mi ten film jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest kroniką ważnego okresu historycznego, ale z drugiej nie wywołuje on aż tak wielkiego zaangażowania jak poprzednik. Wtórny, niepozbawiony dłużyzn, lecz także ma kilka świetnych dialogów, dobrych ról oraz niezapomnianych scen (fragmenty z grudnia ’70 czy rozmowa z Agnieszką).

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z marmuru

Czerwiec 1976, czas strajku robotników w Radomiu i Ursusie. Ale tego tutaj nie zobaczycie, bo bohaterka jest Agnieszka. To młoda dziewczyna, próbująca nakręcić swój film dyplomowy, tylko że temat jest dość zaskakujący jak na ten wiek. Chce ustalić losy przodownika pracy – Mateusza Birkuta, którego historia urywa się w roku 1951. Kroniki, dokumenty – wszystko wyparowało. Zostali jeszcze ludzie, tylko czy uda się z nich wyciągnąć informacje?

czlowiek z marmuru3

Jeden z tych filmów Andrzeja Wajdy uważany za najważniejszy. Choć scenariusz powstał już w 1962 roku, nie było zgody na realizację. Próba rozliczenia z czasami stalinizmu była bardzo trudnym tematem, a wiele filmów próbujących opowiedzieć o tym (m.in. „Życie raz jeszcze” Morgensterna) trafiało na półki na wiele, wiele lat. Dopiero wsparcie udzielone przez ministra kultury Józefa Tejchmy spowodowało, że film udało się zrealizować, zaś mimo negatywnych recenzji (bo tylko takie zostały dopuszczone do druku przez cenzurę), obejrzało go ponad 2,5 miliona widzów. Z czego wynika fenomen tego dzieła?

czlowiek z marmuru1

Sama konstrukcja przypomina reportaż, gdzie mamy rozmowy z postaciami i wszystko przeplatane retrospekcjami oraz materiałami archiwalnymi. Ale w tej dziś klasycznej formie oraz konstrukcji tkwi największa siła tego filmu. Reżyserowi udaje się zrekonstruować czasy, kiedy do władza popierała oraz wspierała ruch robotniczy, wznosząc ich przedstawicieli na piedestał. Byli obecni wszędzie – na zjazdach partii, galeriach sztuki, byli pierwszymi celebrytami swoich czasów. Pod jednym warunkiem, że szli zgodnie z drogą oraz doktryną partii. Jak zaczniesz chcieć czegoś więcej, np. lepszych warunków pracy czy wstawisz się za kolegą oskarżonym o szpiegostwo, wtedy zostaniesz przeżuty, strawiony i wypluty. Wtedy zostaniesz wymazanym z pamięci, stając się kompletnie nikim.

czlowiek z marmuru5

Powolne odkrywanie kolejnych tajemnic przypomina oglądanie kryminału. Pojawia się więcej zagadek, postaci z bardzo zmienionymi losami (oskarżony o sabotaż teraz jest dyrektorem Huty Katowice, były ubek zostaje dyrektorem klubu, a początkujący reżyser staje się ważną osobistością). Sprytnym zabiegiem było wplecenie prawdziwych materiałów archiwalnych oraz stylizacja wielu scen na filmy z Kroniki Filmowej. Wajda wykorzystuje to, by zaatakować system pełen przekłamań i oszustw. A co gorsza, pewne zachowania (nie rób tego, nie mów o tym) pokazują pewną zgniliznę systemu, bojącego się pewnych niewygodnych tematów. Zupełnie jakby nie opowiadanie o pewnych rzeczach, miało być zamknięciem sprawy. Tylko, czy aby to na pewno właściwa droga?

czlowiek z marmuru4

Do tego Wajdzie udało się zebrać bardzo mocnych aktorów. Główne role dostali młodzi, dopiero zaczynający swoją drogę i wypadli fenomenalnie. Debiutująca Krystyna Janda (rola mocno inspirowana osobą Agnieszki Osieckiej – mało kto wie, że studiowała reżyserię w łódzkiej Filmówce) tutaj bardzo elektryzuje. Sprawia wrażenie zdeterminowanej, niepokornej, twardo dążącej do celu, nawet za cenę podstępu (włamanie się do Muzeum Sztuki czy próba rozmowy z Michalakiem za pomocą ukrytego mikrofonu). Tu czuć zarówno w bardzo energicznym sposobie wysławiania czy mowie ciała. Równie wyrazisty jest tutaj Jerzy Radziwiłowicz w roli zaginionego Birkuta. Początkowo sprawia wrażenie prostego człowieka ze wsi, ale z czasem staje się coraz bardziej niezłomnym monolitem. Uparty, nieustępliwy, nie potrafiący się do końca dostosować do nowych czasów oraz założeń partyjnych. Na jego losach widać jak system traktuje ludzi myślących inaczej. Na drugim planie nie brakuje masy wyrazistych kreacji ze świetnym Tadeuszem Łomnickim (reżyser Burski, będący typem karierowicza) oraz Michałem Tarkowskim (Wincenty Witek – przyjaciel Birkuta) na czele. A wartych uwagi epizodów jest tutaj więcej, ale polecam je samemu odkryć.

czlowiek z marmuru2

„Człowiek z marmuru” uważany jest za odpalający nurt kina moralnego niepokoju. Wajda tutaj dokonuje wręcz bezpardonowego ataku na system w sposób absolutnie bezkompromisowy. Mimo lat, nadal pozostaje ostrym kawałkiem kina, przypominając jeden z mrocznych fragmentów naszej przeszłości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Incydent

Punkt wyjścia tej historii wydaje się prosty i niezbyt interesujący. Małżeństwo w wieku średnim przeprowadza się do San Diego, gdzie czeka na nich nowa praca. Jadą autem przez niemal pustynny krajobraz, kiedy nagle samochód się psuje. Po jakimś czasie pojawia się dużą ciężarówka, której właściciel proponuje przewiezienie do zajazdu, by wezwać pomoc. Kobieta decyduje się wyruszyć, a mąż zostaje, by popilnować auta. Po pewnym czasie zauważa, że pojazd został uszkodzony (odpięto kable od silnika), zaś jego żona nigdy nie dotarła do umówionego miejsca.

incydent1

Jonathan Mostow dla wielu kinomanów to twórca kojarzony z trzecim Terminatorem (o którym niemal wszyscy chcą zapomnieć) oraz wojennym „U-571”. Najciekawszym filmem w jego dorobku pozostaje debiutancki „Incydent”. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się zbyt ciekawym thrillerem, bo wszystko wydaje się dość proste. Wiemy, że zaginięcie nie było przypadkowe, a intryga – mimo prostoty – potrafi wciągnąć. Motywacja antagonistów wydaje się prosta, a zagubienie i początkowa dezorientacja protagonisty zmienia się w determinację oraz walkę. Nawet jeśli wydaje się być pozbawiony przewagi. Tylko, czy uda się oszukać porywaczy i odnaleźć żonę?  Mimo wykorzystania otwartej przestrzeni, atmosfera zaszczucia i klaustrofobii jest bardzo namacalna. Każdy ruch może być tym ostatnim, zaś napięcie jest tutaj budowane bardzo pewna ręką. Rozmowa w banku, pościg oraz ukrywanie się w ciężarówce czy finałowa konfrontacja na moście pokazuje, jak wielki talent miał Mostow. Zdjęcia te pokazują bezkresną przestrzeń drogi, co tylko potęguje (przez ponad połowę filmu) poczucie bezsilności.

incydent2

Wszystko się zmienia w momencie, gdy nasz bohater zaczyna wykazywać się sprytem (moment przekazania forsy jednemu z członków gangu). Nie jest to jednak zmiana gwałtowna, bo mężczyzna musi dalej działać z ukrycia. Dochodzi jednak do otwartej konfrontacji i choć nadal czuć suspens, to jednak wszystko wydaje się bardziej efekciarskie niż efektowne. Ale i tak seans należy do bardzo przyjemnych.

incydent3

Tutaj aktorsko błyszczy Kurt Russell, który zawsze jest świetny. Tutaj gra everymana, wpakowanego w nienormalną sytuację, zaś w jego oczach dominuje głównie strach. Bardzo zależało mi na tym, by mu się udało, a początkowe, desperackie próby szukania (m.in. wyrwanie szefowi zamówień) to pokaz szerokiego zasięgu umiejętności aktora. Po drugiej stronie mamy J.T. Walsha w roli opanowanego antagonisty, który spokojnym głosem budzi przerażenie. I ten pojedynek potrafi elektryzować aż do samego końca.

„Incydent” wydaje się być troszkę zapomnianym thrillerem w dobrym stylu. Skromna produkcja, potrafiąca budować napięcie, pokazując świetną rękę Mostowa oraz ogromny potencjał jaki miał ten reżyser. Szkoda, ze już potem nie zbliżył się do tego poziomu.

7/10

Radosław Ostrowski

15:10 do Yumy

Dla Dana Evansa życie na Dzikim Zachodzie nie jest łatwe, zwłaszcza jak się jest ranczerem. Wszystko zależy od pogody, a ta jest nieszczególnie sprzyjająca. Upał, brak deszczu, zaś bydło się panoszy i zdycha. Podczas próby znalezienia rozpędzonego bydła, ranczer jest świadkiem napadu na dyliżans dokonanego przez gang Bena Wade’a. Bandyta w miasteczku Bisbee oddziela się od grupy (w czym pomaga pewna apetyczna barmanka) i zostaje schwytany. Ranczer w zamian za spore pieniądze ma dostarczyć zbira do pociągu jadącego do Yumy.

15.10 do Yumy1

Ja tą historie znałem z remake’u nakręconego w 2007 roku przez Jamesa Mangolda. A jak z adaptacją opowiadania Elmore’a Leonarda (klasyk amerykańskiej literatury popularnej) poradził sobie Delmer Daves? Historia jest prosta i pozbawiona jakiś zbędnych ozdobników: trzeba dostarczyć zbira na pociąg do więzienia. Tylko, że trzeba zmylić czujność reszty bandy. Jak to zrobić? Puścić dyliżans, a samego szefa dowieść w zmroku. Ale czy się uda wprowadzić w pole? Reżyser bardzo powoli, ale skutecznie buduje napięcie. I nie wynika ono tylko z oczekiwania na pociąg (troszkę przypominając pod tym względem „W samo południe”), co pomaga budować podskórny niepokój. Bo jest jeszcze ta dość dziwna relacja między Evansem a Wadem. Pierwszy wydaje się być prawym, choć szorstkim człowiekiem, ledwo wiążącym koniec z końcem. Ale ten drugi nie jest takim klasycznym złym. Jest bardzo opanowany, wręcz czarujący, zaś po przemoc sięga tylko w ostateczności. Tutaj granica między dobrem a złem się zaciera, co jak na rok produkcji jest zaskakujące.

15.10 do Yumy2

Ale czuć wiek realizacji przez parę detali, które dzisiaj mocno kłują w oczy. i nie chodzi o czarno-białe zdjęcia czy troszkę nachalną muzykę. Po pierwsze, niezbyt skomplikowane relacje w rodzinie Dana. Dzieci są dość wygadane i chełpią się, co zrobi, zaś żona jest wierna, wspierająca. W ogóle drugi plan niespecjalnie wybija się, opierając się na schematach (poza w/w jest jeszcze przedsiębiorca; pijak, próbujący się zrehabilitować; lojalny zastępca szefa), przez co troszkę potrafi przynudzić. Do tego wygląda to bardzo skromnie (małe miasta, niewielu mieszkańców) oraz wszystko wydaje się bardzo statyczne.

15.10 do Yumy3

Jednak najciekawszy element to duet głównych bohaterów w wykonaniu Glenna Forda oraz Van Helflina. Pierwszy gra z dużym luzem i budzi sympatię, mimo popełniania złych czynów. Bandzior, ale z klasą i fasonem. Co zarówno wtedy, jak i dziś robi spore wrażenie, zaś jego przemiana potrafi zaskoczyć. Z kolei Helflin w roli teoretycznie tego dobrego, sprawia wrażenie szorstkiego, niezbyt rozgadanego, ale z bardzo twardym kręgosłupem moralnym. Robi to, bo po prostu musi.

Ku mojemu zdumieniu ten klasyczny western nadal potrafi wejść, co jest zasługą świetnych dialogów oraz pewnej ręki reżysera. Krótki metraż, zintensyfikowana akcja oraz mocny duet na pierwszym planie to najmocniejsze atuty. 

7/10

Radosław Ostrowski

Potem nastąpi cisza

Rok 1944, czyli czas powolnego końca wojny. Do Polski wjeżdżają polskie wojska generała Berlinga, wprowadzające nowe, komunistyczne porządki. Tutaj mamy dwóch żołnierzy z bardzo różnymi postawami, choć obaj mają wspólne korzenie. Porucznik Kolski jest postępowy, czyli działający zgodnie z ideologią, wyruszając z zesłania szlakiem od Lenino. Podporucznik Olewicz, choć jest dość ceniony przez podwładnego, wcześniej należał do AK. Jedno zdarzenie powoduje, że Olewicz dezerteruje, zaś Kolski doprowadza do fatalnej decyzji.

potem nastapi cisza1

O Januszu Morgensternie już mówiłem, ale jego skromny dorobek jest wart odkrywania. Tak jak nakręcony w 1965 roku film „Potem nastąpi cisza”. Tytuł oparty na powieści Zbigniewa Safjana, podejmującej próbę rozliczenia z przeszłością, która jeszcze parę lat mogła być pokazana tylko w jeden sposób. My (w sensie „polskie” wojsko, komunistyczne) mamy rację, zaś ci z AK to „zaplute karły reakcji”, byli przemilczani, wymazywani. Najbardziej zaskakujące jest to, że w ogóle dopuszczone ten film do realizacji. Bo dylematy ludzi z podziemia dotyczące udziału w budowaniu nowego porządku jest czymś zaskakującym. Tak samo jak nieufność tej drugiej strony, podejrzewającą „nowych” o wszelkie złe rzeczy, spiskowanie, nielojalność. Jak tu nie myśleć o dezercji, ucieczce, ukrywaniu się?

potem nastapi cisza2

By było ciekawiej, reżyser łamie chronologię i przedstawia zdarzenia z trzech perspektyw: Kolskiego, Olewicza oraz majora Świętowca (dowódca obydwu). Największe wrażenie robiły losy tych dwóch pierwszych, pokazujące dwie skrajne postawy: tą pełną wątpliwości oraz prześladowań (Olewicz), jak i niemal posłusznych, lecz zderzonych z przeszłością (Kolski). Obaj – w różnych okolicznościach – czują się obco. W przypadku Kolskiego dobitnie pokazuje to scena odwiedzin dawnych znajomych, gdzie czuć różne postawy, mocno ukrywaną wrogość, tak samo Olewicz (rozmowa z oficerem wywiadu) w wojsku. Te właśnie momenty były dla mnie najciekawsze. Wreszcie jest też dowódca, który szybko zaczyna łączyć klocki ze sobą.

potem nastapi cisza4

Zaskakująco wielkie wrażenie robią tutaj sceny batalistyczny. Pomogło nie tylko wsparcie wojska, ale popisy pirotechniczne oraz wręcz pędząca praca kamery Jerzego Wójcika. Wystarczy wymienić nie tylko początek czy finał koło Drezna na skrzyżowaniu, ale przede wszystkim atak Niemców na miasto. Tutaj wręcz czuć zagrożenie, jak i rozmach inscenizacji, chwytający za gardło nawet dzisiaj. By jednak nie było słodko, „Potem nastąpi cisza” mocno zalatuje propagandą. Bo mamy tutaj światłego oraz widzącego więcej niż dyrektywy dowódcy (pozornie papierowa, ale Tadeusz Łomnicki jest w stanie ją ożywić), uczestnictwo w reformie rolnej, niby polskie, ale wspierane przez Sowietów wojsko. to tylko parę klisz z epoki czy scen wymuszonych przez cenzurę.

potem nastapi cisza3

Reżyser również świetnie prowadzi aktorów. Tutaj najbardziej wybijają się Marek Perepeczko z Danielem Olbrychskim jako Kolski i Olewicz. Obydwaj bardzo różni, ale bardzo ciekawie się uzupełniający. Pierwszy to pozornie służbista, który nie potrafi się dogadać z dawnymi znajomymi (tutaj najbardziej zapamiętuje się ironicznego Damiana Damięckiego oraz zjawiskową Barbarę Brylską). Ten drugi czuje się obcy w nowym otoczeniu, czyli wojsku. Niemniej stara się odnaleźć w tym nowym środowisku, choć jego ostatnia decyzja może wydawać się niezrozumiała. I niezapomniany epizod Ryszarda Filipskiego

Muszę przyznać, że „Potem nastąpi cisza” to zaskakująco uczciwe spojrzenie na okres wejścia nowej władzy na polskie rejony. Nie pozbawiona wpływów tamtego systemu, potrafi uderzyć batalistycznym rozmachem, świetnymi dialogami oraz pewną ręką Morgensterna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Akcja pod Arsenałem

Tą historię znamy, bo czytaliśmy o tym, choćby w szkolnej lekturze „Kamienie na szaniec”. Parę lat temu powstała ekranizacja tej książki, ale nie warto o tym wspominać. Na szczęście powstał wcześniej film opowiadający o akcji odbicia Jana Bytnara „Rudego” z ręki gestapo. O tym opowiedział w 1977 roku ceniony dokumentalista Jan Łomnicki.

akcja pod arsenalem1

Całą fabułę można niejako podzielić na dwie części. Pierwsza to pokazanie życia w okupowanych przez Niemców Warszawie roku 1943. Nie chodzi tylko o pokazanie akcji dywersyjnych (podmiana swastyki na polską flagę czy pozbycie się niemieckiego napisu z pomnika Mikołaja Kopernika), ale też na bardziej „codziennej” stronie życia. Najbardziej tutaj chwyta wątek miłości Alka z Basią, pozwalający na chwilę zapomnieć o wojnie, okrucieństwie. Pozornie wydaje się prosty, ale szczery. Kiedy dochodzi do najgorszego (aresztowanie Rudego), całość zaczyna przyspieszać. Reżyser niczym reporter stara się odtworzyć wszelkie przygotowania do akcji. „Rozbrojenie” Niemców, przenoszenie broni do nowych skrytek, kupno samochodu. No i najgorsze: czekanie na zgodę dowództwa, z którym nie można się skontaktować. Przy okazji dowiadujemy się, jak przekazywano informacje o transporcie (sprytnie wykonane rozmowy telefoniczne) oraz gdzie swoje wtyki mieli konspiratorzy. To budzi wrażenie i potrafi zaangażować.

akcja pod arsenalem2

Łomnicki robi wszystko, by nie tworzyć pomnikowych bohaterów (zwłaszcza całej naszej trójki: Rudego, Alka i Zośki). Każdy z nich ma swoje dylematy, momenty zwątpienia czy bezsensowności zabijania Niemców. Ci, którzy znają przebieg wydarzeń, nie będą zaskoczeni. Ale najbardziej zaskakujący jest fakt, że reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Nadal wrażenie robi bardzo dobrze zmontowana scena przeprowadzenia akcji czy oczekiwanie na telefon w barze. Wszystko to w niemal dokumentalnej stylistyce, ze stonowanymi wizualnie zdjęciami oraz dobrymi dialogami.

akcja pod arsenalem3

Dokumentalny sznyt widoczny jest także w doborze aktorów. Większość z nich grających konspiratorów to byli debiutanci, zaczynający swoją przygodę z kinem. Wyjątkiem był Jan Englert w roli Orszy, potwierdzając klasę i łącząc opanowanie z niepokojem. To tutaj pojawili się tacy rozpoznawalni aktorzy jak Adam Ferency (Heniek), Emilian Kamiński („Jur”) czy Paweł Wawrzecki („Jeremi”). Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o odtwórcach głównych ról, czyli Cezarym Morawskim („Rudy”), Ryszardzie Gajewskim („Alek”) oraz Mirosławie Konarowskim („Zośka”). Czuć między nimi zgranie oraz silną więź, która mogła powstać tylko w takich czasach.

Może przemawia za mną sentyment oraz nostalgia, ale mimo lat „Akcja pod Arsenałem” nadal pozostaje jednym z wyrazistych filmów wojennych z naszego podwórka. Nie wiem, czy potrafię powiedzieć coś więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Wrota Europy

Styczeń roku 1918. Wojna światowa jeszcze trwa, choć na Kresach tak mocno tego nie widać. Do małego szpitala umieszczonego w dworku Cichiniczach zostają skierowane trzy siostry z Czerwonego Krzyża. Zosia, Irena i Hala pomagają dr Mroczkowi, prowadzącemu ten szpital. Ale wkrótce w okolicy pojawiają się bolszewicy, co zmusi kobiety oraz cały personel szpitala przed poważnym dylematem.

wrota europy1

Okres I wojny światowej nie jest obecnie eksplorowany przez filmowców, także polskich. Jedną z prób spojrzenia na ten czas podjął się w 1999 roku wybitny operator Jerzy Wójcik. Razem ze scenarzystą Andrzejem Mularczykiem zdecydowali się przenieść na ekran opowiadanie Melchiora Wańkowicza. Ale osoby spodziewające się heroizmu, tysięcy statystów oraz masy scen batalistycznych muszą się rozczarować. Wojna tutaj jest pokazana z perspektywy rannych oraz pielęgniarek i lekarzy, czyli ludzi próbujących ratować życie innych. Ale problem w tym, że wróg tutaj jest bezwzględny, nie zna litości i posunie się do wszystkiego, co dehumanizujące. Czy jednak na pewno?

wrota europy2

Sama historia jest dość prosta, choć jest dodatkowy wątek. Jedna z pielęgniarek szuka swojego brata walczącego gdzieś na froncie. Wszystko jest jednak skondensowane do bardzo krótkiego metrażu (niecałe 80 minut), przez co można odnieść wrażenie chaosu. Tylko, że wojna jest chaosem, a każdy jest jej ofiarą. Nie brakuje dość skromnej, ale intensywnej sceny oblężenia szpitala (nieźle udźwiękowionej oraz sfotografowanej), będącej kulminacją całości. Można odnieść wrażenie, że oglądamy spektakl, bo wszystko toczy się w niemal jednej lokacji. Jednak to spokojne tempo oraz parę bardzo mocnych scen (egzekucja obrońców z perspektywy ich oczu, scena przy studni czy szał dowódcy bolszewików po śmierci przełożonego). Nawet narracja z kadru, gdzie poznajemy słowa z pamiętnika nie wywołuje irytacji. Chociaż tego zazwyczaj się spodziewamy po takich zabiegach. Do tego mamy naprawdę świetne dialogi oraz poruszającą muzykę Zygmunta Koniecznego.

wrota europy3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyło tutaj więcej niż przyzwoite aktorstwo w wykonaniu głównie mniej znanych (wtedy) twarzy. Dzisiaj każdy kojarzy Piotra Adamczyka (porucznik Sztyller), Mariusza Bonaszewskiego (dr Lesiewski) czy Agatę Buzek (Henrietta), ale wtedy jeszcze nie byli tacy rozpoznawalni. Wypadają naprawdę dobrze, jednak dla mnie najlepsze są dwie kreacje. Pierwsza to Zosia, czyli debiutująca na ekranie Alicja Bachleda-Curuś. Młoda, troszkę naiwna (jak pozostałe koleżanki) dziewczyna nieprzygotowana na to, co się wkrótce stanie, ale jednocześnie ma w sobie pewną wewnętrzną siłę. Takie zderzenie siły ze słabością zawsze na mnie działało. Drugą postacią był doktor Mroczek w wykonaniu Henryka Boukołowskiego. Lekarz odpowiedzialny, bardzo doświadczony, a jednocześnie świadomy okrucieństwa bolszewików. Sam ich dowódca (Andriej Jegorow) wydaje się bardziej złożony niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

„Wrota Europy” pozornie wydawać się mogą nudnym, powolnym filmem o wojnie bez nachalnego pokazywania wojny. Plusem zdecydowanie jest rzadko eksplorowane tło historyczne, wiarygodna realizacja (zwłaszcza zdjęcia oraz scenografia) oraz bardzo solidne aktorstwo. Warto odwiedzić te wrota, nawet jeśli to będzie jednorazowa wyprawa.

7/10

Radosław Ostrowski

Niezwyciężeni

Wojna secesyjna dobiega końca, lecz obie strony konfliktu nadal pozostają nieufne wobec siebie. Jednym z tych, którzy nie pogodzili się z wojną jest oficer Konfederacji, pułkownik James Langdon. Razem z rodziną oraz grupą zaufanych żołnierzy wyrusza do Meksyku, wesprzeć cesarza Maksymiliana. W tym samym kierunku zmierza emerytowany oficer Unii, pułkownik John Henry Thomas. On jednak chce sprzedać zebrane konie dla armii cesarza Meksyku.

niezwyciezeni2

Na hasło „western z Johnem Waynem” mniej więcej wiadomo, czego się należy spodziewać. To będzie raczej lekka rozrywka, pokazująca dość wyidealizowany obraz Dzikiego Zachodu. Lata się zmieniały, ale Duke nie zmienia się wcale. Nie inaczej jest zrobiony film Andrew McLaglena z 1969 roku, chociaż jest parę drobnych różnic. Przede wszystkim mamy tutaj zderzenie dwóch przeciwstawnych sił. Byli żołnierze Unii oraz żołnierze Konfederacji są niejako zmuszeni do wspólnego działania, zmierzając do jednego miejsca. Czuć tutaj (zwłaszcza po stronie szarych mundurów) pewne spięcia, mogące doprowadzić do siłowej konfrontacji. Nie liczcie jednak na to, bo dowódcy szybko znajdują wspólny język i zaprzyjaźniają się dość szybko. Od razu czuć klimat lekkiej przygody, gdzie zwaśnione strony łączą siły do wspólnego celu, pokonując wiele przeszkód.

niezwyciezeni1

Ku mojemu zdumieniu, „Niezwyciężeni” potrafią dostarczyć frajdy. Nie brakuje tu humoru, strzelanin, a nawet romansu czy romansów (trójkąt córka szefa Konfederatów/adoptowany syn pułkownika Unii/drobny chłopak lub pułkownik Thomas i wdowa po majorze Langdonie), poprowadzonych bardzo delikatne, z odrobiną ciętego humoru oraz docinków. Sama akcja też prezentuje się dobrze, z szerokimi ujęciami, dynamicznym montażem i napięciem. Nie brakuje paru niespodzianek po drodze (oddział Francuzów czy dowódca zapraszający Konfederatów do siebie) i te twisty nadal potrafią utrzymać uwagę.

niezwyciezeni3

Aktorsko jest solidnie, bez fajerwerków, ale też i bez poczucia wstydu. John Wayne pasuje do twardych, trzymających się zasad twardzieli. Prawych i sprawiedliwych. Jak ktoś lubi ten sposób grania, będzie zadowolony. Porządnie wypada też Rock Hudson jako niby antagonista, ale też mający pewne zasady oraz większe ryzyko na swoim koncie. Czuć tutaj chemię między tymi bohaterami oraz wzajemny respekt, który doprowadza do przełamania obaw i niechęci. Zaskakujący i nieoczywisty duet.

„Niezwyciężeni” to bardziej przygodowy film akcji czy klasyczny western niż dokonania w stylu Leone lub Peckinpaha. Ale czy każda taka opowieść musi być rozsadzeniem gatunku od środka? Lekka oraz przyjemna rozrywka w staroświeckim stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Na granicy

Pogranicze amerykańsko-meksykańskie to miejsce, gdzie przemyt innych ludzi to codzienność. Policjanci i szmuglerzy prowadzą między sobą wojnę, która wydaje się nie mieć końca. To tego posterunku trafia Charlie Smith. Przeprowadził się tu razem z żoną z Los Angeles, która marzyła o przeprowadzce w ten rejon. Już pierwsza akcja pokazuje, że łatwo nie będzie, bo ginie partner. Ale sąsiad Cat pomaga mu się zaadoptować i proponuje dodatkowy dorobek.

na granicy (1982)1

Brytyjski reżyser Tony Richardson najbardziej znany stał się dzięki swoim produkcjom z czasów tzw. „młodych gniewnych”. Późniejsze lata nie obfitowały w wielkie sukcesy, ale nie można powiedzieć, że powstawały filmy nieudane. Pozornie „Na granicy” wydaje się typowym kryminałem osadzonym na pograniczu. Ale reżyser unika prostego, czarno-białego podziału na dobrych, złych, ofiary i katów. Ważna jest tutaj chęć przejścia na drugą stronę oraz przymykający oko, biorący swoją dolę gliniarze. Intrygi jako takiej nie ma, bo widzimy Charliego ganiającego za „kojotami” (przewodnicy ludzi nielegalnie przechodzących przez granicę), obserwującego imigrantów czy męczącego się z żoną-zakupoholiczką. Tam ma wyglądać ten amerykański sen, do którego wszyscy dążą? Tylko przedmioty i pieniądze, a jak coś jest nie tak, to przymykamy oko? Ale jest pewien punkt zapalny, zmuszający Smitha do podjęcia trudnej decyzji. Dziecko jednej z Meksykanek zostaje porwane i ma zostać sprzedane innej rodzinie.

na granicy (1982)2

Ten dramatyczny wątek może i jest poprowadzony niespiesznie oraz schematycznie, ale potrafi zaangażować. Choć scen akcji (pościgi, strzelaniny) jest tu zaskakująco niewiele, reżyser potrafi poprowadzić je z odpowiednim wyczuciem oraz napięciem (finałowa konfrontacja podczas burzy piaskowej). Zderzenie pewnej przyzwoitości ze zgniłym, skorumpowanym światem ma w sobie coś z westernu. Wielu może przeszkadzać fakt, że wszystko widzimy tylko z jednej strony (resztę słyszymy w dialogach), ale ten obrazek potrafi uderzyć. Klimat potęgują także naturalistyczne zdjęcia oraz gitarowa muzyka Ry Coodera. Jedynym problemem dla mnie były niezrozumiałe cięcia montażowe, sprawiające wrażenie, iż pewne sceny nagle się urywają, zaś ich przebieg pozostaje tajemnicą. Wydaje mi się, że studio wpieprzyło się reżyserowi w robotę, bo wygląda to słabiutko.

na granicy (1982)3

Także złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o aktorach. Kompletnie zaskakuje Jack Nicholson, który bardziej pamiętany jest z energicznych, nadekspresyjnych występów. Smith w jego wykonaniu jest bardzo stonowany, bardziej przyglądający, niemal ciągle żujący gumę. Niemniej sprawia wrażenie twardego monolitu, którego sytuacja zmusza do balansowania ku ciemnej stronie. Bardzo dobrze partneruje mu Harvey Keitel, sprawiający wrażenie sympatycznego oraz porządnego gościa. Ale tak naprawdę jest śliski, podstępny i nie bojący się posunąć do morderstwa. Z drugiego planu najbardziej wybija się Valerie Perrine jako troszkę głupawa żona, wnosząc odrobinę humoru do tego ciężkiego filmu oraz Elpidia Carrillo w roli imigrantki Marii.

„Na granicy” to porządny kryminał w starym stylu, próbujący szerzej przyjrzeć się sytuacji na pograniczu. Ma pewne wady, bywa dość powolny, ale bardzo dobre aktorstwo oraz klimat rekompensują niedoskonałości.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciemny kryształ

Tysiące lat temu była planeta – piękna i żyzna. Ale wszystko zmieniło się, gdy rozbił się Kryształ. Wskutek tego zdarzenia, kraina coraz bardziej zaczęła przypominać pustynię, a pojawiły się dwie rasy: paskudni (nie tylko z wyglądu) Skeksowie oraz delikatni czarodzieje Mistycy. Ci pierwsi są żądni długiego życia, które zapewnia im znajdujący się w zamku Kryształ, zaś drudzy żyją pokojem oraz spokojem. Wśród drugiej rasy znajduje się ostatni z rasy Gelflingów zwany Jen. Według przepowiedni jest jedynym, który może naprawić Kryształ, umieszczając zaginiony odłamek. Jeśli tego nie zrobi przed pojawieniem się trzech słońc, Skeskowie będą rządzić po wsze czasy.

ciemny krysztal1

Jima Hensona wszyscy kojarzą dzięki stworzony przez niego Muppetom oraz ulicy Sezamkowej. Jednak w 1982 postanowił zapuścić się w rejony kina fantasy, w czym pomógł mu Frank Oz. Sama historia wydaje się dość prosta i pozbawiona jakiś skomplikowanych wolt. Młoda istota musi zmierzyć się z nieprzyjemnym światem, zaczyna odkrywać swoje przeznaczenie, znajduje sojusznika oraz odkrywa wiele ze swojej przeszłości. No i musi dojść do ostatecznej konfrontacji. Jednak największe wrażenie przy tym tytule robi coś zupełnie innego: realizacja. W „Ciemnym krysztale” nie pojawia się żaden żywy aktor, tylko stworzone przez ekipę Hensona marionetki, kukiełki oraz wszelkiego rodzaju monstra, sterowane mechaniczne albo przez ludzi. Każda z istot wygląda inaczej: Skeskowie przypominają paskudnie starzejące się sępy, pragnące wiecznego życia oraz władzy. Mistycy mają spore gabaryty, lecz budzą o wiele większą sympatię swoją łagodnością. Są też jeszcze inne istoty: mniejsi Gelflingowie, krabowate Garthrimy, szpiegujące Nietoperze i wiele innych. Ten świat jest naprawdę żywy oraz bogaty, że aż chciałoby się wejść głębiej.

ciemny krysztal2

Również wrażenie robi fantastycznie zrealizowana strona plastyczna. Nie tylko plenery oraz fauna, ale także przede wszystkim scenografia. Zarówno wszelkie przestrzenie zamku Kryształu, dom Aughry z ruchomym układem kosmosu czy ruiny siedziby Gelflingów zachwyca szczegółowością. Równie fantastyczna jest muzyka Trevora Jonesa, pełna epickiego rozmachu oraz klimatu, jakiego nie da się opisać słowami. Hensonowi udaje się stworzyć klimat klasycznych baśni, gdzie nie brakuje mrocznych scen (śmierć Cesarza Skeksów, zabieranie esencji życia), a także budujących suspens (finałowa konfrontacja). Nie wszystkie efekty specjalne (zwłaszcza optyczne) wytrzymały próbę czasu, ale nie kłują tak mocno w oczy, jakby się można było spodziewać.

ciemny krysztal3

Nie wiem, czy wiecie, ale Netflix pod koniec sierpnia wrzuca serialowy prequel osadzony w świecie „Ciemnego kryształu”. Zanim jednak wyruszymy w tą przygodę, sięgnijcie po oryginał. Może historia nie chwyta tak bardzo, ale realizacyjnie jest to bardzo unikatowe dzieło skierowanego dla młodego widza. Mroczne, lecz ekscytujące doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski