Peter Sellers – Życie & Śmierć

Ostatnio coraz mocniej emocje wywołują gwiazdy z pierwszych stron, a dokładniej ich prywatne życie. Tak już było, jest i będzie. Bo nie zawsze wielki czy wybitny artysta oznacza wielkiego człowieka, co wielu fanów wśród widowni sprawie ogromny ból rozczarowania. To temat na szerszą wypowiedź, ale nie o tym (do końca) chciałem opowiedzieć.

peter_sellers1

Każdy kinoman słyszał (lub powinien) słyszeć o Peterze Sellersie – jednym z najpopularniejszych aktorów brytyjskich lat 60. i 70., któremu nieśmiertelność przyniosła rola inspektora Clouseau w serii filmów „Różowa Pantera” (jak sam aktor stwierdził tytuł „brzmi jak nazwa klubu ze striptizem”). Jednak film Stephena Hopkinsa nie jest tylko zbiorem anegdot czy typową biografią. Sam początek, gdzie widzimy samego aktora włączającego telewizor, w którym widzimy film ustawia wszystko. Bliżej tutaj realizacją oraz klimatem do takiej zabawy gatunkiem jak w przypadku „Amerykańskiego splendoru”, gdzie prawda z fikcją przeplatają się ze sobą. Mocno pokazują to sceny, kiedy kluczowe postacie z życia aktora nagle otrzymują twarz… Petera Sellersa, co wywołuje dezorientację. Mimo, że przeskakujemy w czasie, między planem filmowym i życiem prywatnym aktora, całość jest bardzo klarowna, budując mocny portret człowieka „bez osobowości i właściwości”. Osoby z kompleksem bycia sławnym, próbującym wyrwać się z szufladki komika, ale też mającego wiele na sumieniu. Mitoman, egoista, niedojrzały człowiek pozbawiony empatii oraz szacunku do innych, wywołujący zarówno wściekłość (niszczenie zabawek syna w odwecie za „próbę” naprawy jego samochodu), miewa swoje fochy (odchodzi z „Casino Royale”), jednocześnie ma wiele uroku osobistego (początek związku z Britt Elkind, próba uwiedzenia Sophii Loren), co tworzy dziwną mieszankę.

peter_sellers2

I wszystko to jest znakomicie wygrane przez Geoffreya Rusha, który niemal wygląda jak kalka Sellersa. Przejmuje jego gesty (bardzo mocno to widać w scenach realizacji poszczególnych filmów), znakomicie wygrywa każdy stan jego pokręconej psychiki. Człowieka, którego trudno nie podziwiać, ale jeszcze trudniej polubić, potrafiącego być każdym, lecz nie sobą. Dobitnie pokazuje to scena, gdy Sellers przegląda się w lustrze i nie widzi swojego odbicia. Także jego przygotowania do kolejnych filmowych ról (zwłaszcza do inspektora Clouseau, którym staje się w… samolocie czy przed zdjęciami w studio) budzą ogromne wrażenie. To jest wielka rola, zasługująca na wszelkie możliwe nagrody. Poza nim jest tutaj bardzo bogaty drugi plan ze świetnymi rolami Emily Watson (pierwsza żona Sellersa), Charlize Theron (druga żona Sellersa), Johna Lithgowa (reżyser Blake Edwards) oraz Stanleya Tucci (Stanley Kubrick).

peter_sellers3

Fabularna biografia Petera Sellersa jest nieodgadniona i złożona niczym sam Sellers – mistrz kreacji, wodzący za nos, zawsze wchodzący w swoją rolę. Ale to kolejne potwierdzenie tezy z początku tego tekstu: że szeroko rozumiany artysta to też człowiek, niepozbawiony wad, słabości oraz własnych demonów. Tylko, ze my widzowie nie zawsze chcemy tego wiedzieć ani oddzielić. A sam film to perła w kinie biograficznym.

peter_sellers4

8/10

Radosław Ostrowski

Duch

Jaki jest jeden z najpopularniejszych motywów kina grozy, poza wampirami, zombie i wilkołakami? Są to duchy i nawiedzone domostwa. Zawsze jest jednak tak, że obydwa te motywy łączą się ze sobą. Ciekawe dlaczego? Początek starego filmu Tobe’a Hoopera niczego nietypowego nie zapowiada, chociaż… Może po kolei. W pewnym osiedlu mieszka sobie rodzina Freelingów – rodzice i troje dzieci plus pies. Najmłodsza córka, blondwłosa Carol Anne, gdy ją widzimy po raz pierwszy rozmawia ze śnieżącym telewizorem. Może bawi się z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Ale później zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy, aż pewnej nocy podczas burzy dziewczynka znika. Jedynie słychać jej głos w… telewizorze.

duch1

Reżyser razem z producentem Stevenem Spielbergiem (podobno ten drugi był reżyserem „Ducha”) postanowili połączyć kino familijne z kinem grozy, nawet mieszając je obok siebie. Początek jest wręcz spokojny, sielankowy. Widzimy nasze osiedle, gdzie mieszkają ludzie, a życie toczy się spokojnie. Także nasza familia nie wybija się z tego obrazku: jest radość i szczęście, każde z dzieci ma swój pokój (najstarszy syn ma też wiele gadżetów z „Gwiezdnych wojen”). Tylko Carol Anne siedzi przed telewizorem, ale wtedy jak kończy się program i śnieży ekran.

duch2

Hooper potrafi jednak porządnie przestraszyć i nie potrzebuje stosować skomplikowanych bajerów. Wystarczy tylko śnieżący ekran, przerobiony niczym echo głos dziecka oraz prosty montaż (scena w kuchni z krzesłami). Plus jeszcze grzmoty i światło, a także praktyczne efekty specjalne (niepokojące drzewo i klaun godnie znoszą próbę czasu). Odpowiedzi na pytania, co się stało, poznajemy bardzo powoli, chociaż podejrzewamy udział zjawisk paranormalnych. Kiedy pojawia się paranaukowe trio i później „czyszczycielka” domu, napięcie zaczyna gwałtownie rosnąć, a poczucie zagrożenia wzrasta. Niby mamy tylko sprzęt do filmowania i nagrywania, ale nie wydaje się to wygłupem. I ani razu się nie zaśmiałem – takie to było. Najbardziej zapamiętałem scenę wyciągania dziewczynki z drugiej strony (tak to światło w tym mroku waliło po oczach) oraz finałową walkę z domem zakończoną ucieczką i… o, nie więcej wam nie powiem, to trzeba samemu zobaczyć.

duch3

Do tego jest to dobrze zagrane, przez wówczas kompletnie mało znanych aktorów, co tylko dodaje pewne posmaku realizmu. Zarówno Craig T. Nelson, jak JoBeth Williams pasują do ról rodziców, wierząc im bez jakiegokolwiek poczucia szarży, zwłaszcza w scenach, gdzie muszą pokazać swój lęk. Ale i tak największe wrażenie zrobiła Heather O’Rourke wcielająca się w Carol Anne – naturalna, bardzo ciepła dziewczynka, przez większość filmu grająca tylko głosem. Plus świetny drugi plan w postaci Beatrice Straight (zajmująca się sprawami paranormalnymi dr Lesh) oraz mówiąca bardzo niskim głosem Zelda Rubinstein (jasnowidzka Tangina Barrons).

duch4

Echa filmu Hoopera były obecne choćby w wariackim „Naznaczonym” Jamesa Wana, co może świadczyć o statucie „Ducha”. Sam film dobrze znosi próbę czasu, m.in. dzięki próbie sięgania po mniej oczywiste środki niż jump-scare’y czy chropowata muzyka. Absolutnie dzieło godne miano klasyka.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek ciemności

Peyton Westlake jest młodym naukowcem, pracującym nad syntetyczną skórą. Problem w tym, że ta skóra jest w stanie wytrzymać tylko półtorej godziny. Naukowiec jest związany z urzędniczką, Julie i wydaje się szczęśliwym człowiekiem. Ale szczęście ma to do siebie, że nie jest dane raz na zawsze. Zwłaszcza, gdy przyczyną jest gangster Robert Durant, niszcząc laboratorium oraz dość poważnie masakrując naszego protagonistę. Od tej pory Westlake (uznany za zmarłego) planuje zemstę i jednocześnie próbuje udoskonalić swoje dzieło.

czlowiek_ciemnosci4.jpg

Fabuła tego troszkę mało znanego filmu Sama Raimi brzmi jak jakaś komiksowa historyjka. I rzeczywiście tak wygląda, ale nie jest to w żadnym wypadku obelga. Opowieść jest prosta, ale sposób realizacji jest w typowym dla pierwszych filmów reżysera. Czyli mamy sporo szybkich zbliżeń na twarz, świadomie tandetne efekty komputerowe (co się dzieje z umysłem bohatera, zbitki wspomnień) czy ujęcia pod bardzo nietypowymi, wręcz krzywymi kątami. Nie jest to jednak klasyczna historia superbohatera z wątkiem (istotnym) romansowym w tle. Jest dużo mroczniej i nie tylko ze względu na przemoc czy brudne zaułki. Kryminalna intryga dość szybko się rozwiązuje, ale i tak jest budowane napięcie wynikające z działań Westlake’a jak akcja w Chinatown czy przejęcie pieniędzy.

czlowiek_ciemnosci1

Raimi jednocześnie jest efekciarski (drugie starcie Westlake’a z Durantem w helikopterze), podkręcając napięcie oraz zaskakując pomysłową inscenizacją. Widać skromny budżet, ale absolutnie to nie przeszkadza. Można było lepiej poprowadzić wątek romansowy czy bardziej skupić się na rozbudowaniu tego świata, ale i tak wyszło dobrze.

czlowiek_ciemnosci2

A największym atutem jest świetny Liam Neeson w roli głównej. Początkowo Westlake jest bardzo cichym, opanowanym, lecz zdeterminowanym naukowcem. Ciekawiej dzieje się, gdy jest strasznie poharatany, albowiem jego psychika staje się niestabilny. Łatwiej wybucha, staje się bardziej agresywny i żądny krwi. To rozdarcie między dwoma obliczami czyni postać Westlake’a tragiczną, a jego los zwyczajnie porusza. Równie świetny jest Larry Drake w roli elegancko ubranego, choć nie przebierającego w środkach Roberta Duranta. Nie do końca wykorzystano Frances McDormand jako ukochaną protagonisty, ograniczając się do tła, zaś Colin Friels jest (stereo)typowym korporacyjnym czarnym charakterem.

czlowiek_ciemnosci3

„Człowiek ciemności” to adaptacja komiksu, który nigdy nie został zrealizowany. Film ma swój mroczny klimat, niejednoznacznego bohatera oraz przy okazji zadaje pytanie o bycie człowiekiem, trzymaniu swoich żądz na wodzy oraz walce z samym sobą. Niepokojące kino rozrywkowe na poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Beats of Freedom – Zew wolności

„Beats of Freedom” to film dokumentalny, który postawił sobie jeden konkretny cel: opowiedzieć o polskiej muzyce rockowej lat 80. oraz jej wpływie na ówczesne życie. By było ciekawiej przewodnikiem po tej wyprawie będzie brytyjski dziennikarz Chris Salewicz, który przyjechał do kraju i przeprowadził rozmowy.

beets_of_freedom1

Sam film to kolaż rozmów, materiałów archiwalnych, zdjęć i przede wszystkim piosenek. Utwory, gdzie mamy m.in. Kult, Perfect, Maanam, Dezerter. Te dźwięki idealnie współgrają ze zdjęciami i jednocześnie przypomniano jak bardzo były to utwory antysystemowe i jaką miały siłę rażenia. No i musiał się pojawić Jarocin, który wydawał się być prawdziwym wentylem bezpieczeństwa. Ale też widzimy jak władza próbowała kontrolować i infiltrować to środowisko, dzięki dokumentom z IPN, a także problemy z cenzurą, czy można było utrzymać się z płyt, a także jakie problemy miała Trójka z graniem Maanamu. Twórcy bardzo starają się, by przedstawić te realia oraz przyczyny tego boomu na rocka w tym okresie buntu, beznadziei i szarości. Dla mnie to nie było nic nowego, a informacje te były powszechnie znane. Chociaż z drugiej zaskoczyły mnie takie detale jak własnoręczne wykonanie gitary basowej przez Lecha Janerkę czy jak powstały niektóre teksty Maanamu.

beets_of_freedom2

Więc dla kogo powstał ten film? Dla młodego odbiorcy, który historię w szkole skończył na 1945 roku i dla widzów z zagranicy. Osób, dla których nie znają tego okresu, a pewne anegdoty (m.in. jak nagrywać album podczas stanu wojennego od Tomka Lipińskiego – bezcenne) dodają jakby smaczku, przez co seans jest przyjemny.

beets_of_freedom3

To przykład sensownego filmu edukacyjnego, mającego na celu uświadomić i przypomnieć pewien szczególny okres. Chociaż można było bardziej rozwinąć, ale jak na godzinny materiał, wyszło dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Rejs

Trudno mierzyć się z filmami, które w pewnych kręgach uznawane są za pozycje kultowe. Zwłaszcza, jeśli się nie widziało ich w dniu premiery (bo nie było się wtedy na świecie) albo z powodu dużej nieświadomości kinomana. Dlatego z pewnymi obawami zmierzyłem się z (podobno) komedią Marka Piwowskiego, gdzie połowa materiału została wycięta przez cenzurę. Może to miało wpływ na status kultu czy pewnego niezrozumienia. Więc jak jest naprawdę?

rejs1

Punktem wyjścia jest moment, gdy gapowicz wchodzi na statek płynący przez Wisłę. Kapitan robi z niego specjalistę od spraw kulturalno-oświatowych (kaowiec), który próbuje zorganizować życie kulturalne. Dzień kapitana, tańce, śpiewy – wszystko to sprawia wrażenie scen improwizowanych, gdzie fabuła bardzo, bardzo luźno idzie z punktu A do B. Tylko, że fabuła praktycznie nie istnieje, gdzie humoru oparty jest z jednej strony oparty na absurdalnych dialogach, pełnych nowomowy oraz dowcipnych monologach (wypowiedź o kondycji polskiego kina i różnicach między filmem krajowym a zagranicznym – dzisiaj troszkę zdezaktualizowała, chyba), z drugiej na scenach z muzyką Kilara wyglądających jak żywcem wzięte z kina niemego (widzimy ruch ust, ale nie słyszymy słów), opartych na prostych gagach jak podczas „zniknięcia” kiełbasy przez… wędkę czy sceny surrealistycznych układów tanecznych.

rejs3

Wszystko to jest tylko spojrzeniem na kraj, gdzie dowódca jest zdezorientowany, a rządzą tak naprawdę drobni spryciarze, potrafiącym manipulować i kierować ludźmi przy władzy. Dla mnie problemem jest czas trwania (niecała godzina) i mocna ingerencja w bardzo poszatkowaną fabułę. Żałuję, że nie zachowało się więcej materiału, bo było tutaj naprawdę duże pole do popisu, by pewne wątki rozwinąć (śledztwo w sprawie napisu w damskiej toalecie czy rozbudowanie zgaduj-zgaduli) czy interakcji kaowca z resztą pasażerów. Jeszcze to bardzo urwane zakończenie, gdzie statek płynie dalej.

rejs2

Tylko dokąd płynie ten tańczący i bawiący się okręt (czy tylko mi to troszkę przypomina – może na siłę – chocholi taniec z „Wesela”?) przez noc? A wszystko to bardzo dobrze zagrane w sporej części przez amatorów jak Jan Himilsbach (Sidorowski) czy Andrzeja Dobosza (Filozof). A najbardziej zapada w pamieć Zdzisław Maklakiewicz jako inżynier Mamoń.

rejs4

Szkoda, że ten „Rejs” kończy się tak szybko, zwłaszcza że będący przewodnikiem w tym szaleństwie Stanisław Tym bardzo dobrze się odnajduje w postaci fałszywego kaowca. Trafny portret epoki (zakłamanie, bierność, brak jakiegokolwiek buntu) pełzający w oparach absurdu. Poczucie humoru zdecydowanie nie dla wszystkich.

7/10

Radosław Ostrowski

Podpalaczka

Całość zaczyna się dość zagadkowo i tajemniczo. Widzimy ojca z dziewczynką, którzy nocą biegną przez ulice miasta. A wtedy widzimy jadący samochód z trzema osobami, wyglądającymi niczym tajniacy – garniaki, okulary, pistolety. Próbujemy rozgryźć co jest grane i po udanej ucieczce, poznajemy przeszłość. Okazuje się, że ojciec (Andy) wcześniej razem z przyszłą żoną brali udział w tajnym eksperymencie prowadzonym przez Sklep, gdzie uczestnicy dostają nowe leki. Później okazuje się, że budzą pewne nadprzyrodzone umiejętności, a Charlie jest córką posiadającą umiejętność pirokinezy. Dlatego interesuje się nimi rząd.

podpalaczka1

Kolejna adaptacja powieści Stephena Kinga, którego dorobek był (i dalej będzie) przenoszony na ekran multum razy. Za „Podpalaczkę” odpowiadają legendarny producent Dino De Laurentis oraz reżyser Mark L. Lester, który rok później stworzy klasyka ery VHS – „Komando”. Czy to właściwe osoby do thriller zmieszanego z kinem inicjacyjnym? Film z jednej strony próbuje budować atmosferę niepokoju i osaczenia (początek), by potem obserwować osobę, która chce normalnie żyć, ale nie jest to możliwe. Ale to napięcie jest psute z jednej strony retrospekcjami (uzasadnionymi), a z drugiej perspektywą osób ścigających ich (kapitana Hollacka i Rainbirda), co pozwala poznać przeszłość protagonistów. Tylko, że to wszystko ledwo liźnięte i psychologicznie zarysowane, a pewne odstępstwa wobec pierwowzoru (mocne skrócenie pobytu w siedzibie Sklepu oraz wątek związany z prowadzeniem gry między Andy a Hollackiem) pozbawiają całości emocjonalnego wydźwięku.

podpalaczka2

Reżyser najpewniej się czuje w scenach prezentujących moc Charlie, czyli pirokinezy. Dziewczynka nie w pełni kontroluje swoją moc, przez co dochodzi do wielu zgonów, eksplozji i potężnej siły destrukcji. Również kontrola umysłu przez Andy’ego równie robi wrażenie, co także jest zasługą udźwiękowienia oraz świetnej muzyki zespołu Tangerine Dream. Imponuje finałowe starcie, w którym dziewczynka – niczym bohaterka innej książki Kinga „Carrie” – dokonuje bezwzględnej, krwawej i brutalnej zemsty na wszystkich. Prawdziwy popis pirotechników (gorzej z efektami specjalnymi, bo sceny odbijających się pocisków wyglądają śmiesznie) i kaskaderów, którzy robią cuda.

podpalaczka3

„Podpalaczkę” próbują ratować aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Problemem może być (przynajmniej dla mnie była) Drew Barrymore, która brzmiała nienaturalnie, wręcz nadekspresyjnie. Słychać, że jeszcze brakuje tu obycia, chociaż jest spory potencjał w tej postaci. Lepiej wypada David Keith jako jej ojciec, który próbuje ją chronić przed całym światem. Jednak najciekawszy jest niezawodny George C. Scott jako agent Rainbird – zimny zabójca, potrafiący manipulować innymi ludźmi dla swoich korzyści. Sceny, w których próbuje wkupić się w łaski Charlie to prawdziwy popis.

podpalaczka4

Sam King określił „Podpalaczkę” jako najgorszą ekranizację według jego dorobku. Jak nie byłbym aż tak surowy, ale film Lestera nie do końca wykorzystuje swój potencjał. Najlepiej wypadają sceny nadprzyrodzone, jednak całości brakuje w tym – nomem omen – ognia. Niezłe, ale mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Taksiarze z Waszyngtonu

Waszyngton – stolica najpiękniejszego kraju świata, gdzie każdy może być tym, kim tylko się żywnie podoba. Tam też działa firma taksówkarska D.C. Cab, gdzie pracują ludzie światli, inteligentni oraz kompletnie postrzeleni. Do tej firmy postanawia dołączyć Albert Hockenberry – syn przyjaciela szefa firmy, Harolda. Chłopak jest pełen zapału i entuzjazmu, chcąc rozkręcić cały interes, co nie będzie takie łatwe.

taksiarze1

Film Joela Schumachera to komedia oparta na sile charakterów i mogła powstać tylko w latach 80. Tylko wtedy nosiło się takie wdzianka, słuchało się muzyki Giorgio Morodera oraz Ireny Cary, a takiej bandy pomyleńców razem nie mogło się pojawić w takiej ilości. A co to za postacie: lekko hipisowski szef z miotaczem ognia w domu (!!!), czarnoskóry naciągacz i oszust, niespełniony muzyk, dwóch mięśniaków z bandanami na głowach, mający obsesje na punkcie teorii spiskowych Dell czy próbujący podrywać dziewuchy Xavier. Już samo to jest wystarczającym źródłem humoru oraz masy całkiem przyjemnych gagów (ucieczka przed konkurencją otwierająca film czy zdobycie pieniędzy od tancerki erotycznej), które może nie zaskakują finezją, ale doprowadzają do ataku śmiechu. Początkowo film jest takim zbiorem scenek, gdzie nasz bohater próbuje odnaleźć się w tej pokręconej zbieraninie, która musi walczyć z inspektorem pracy i konkurencją.

taksiarze2

Schumacher opisuje tych bohaterów z nutką sympatii, chociaż nie są to bohaterowie idealni. Ale dopiero jako zgrany zespół są w stanie stworzyć coś wartościowego, a nawet odzyskać swoją reputację. Niby to po amerykańsku, ale czuć takiego energetycznego kopa. Dopiero ostatnie pół godziny dodaje wątek sensacyjny (porwanie dzieci z sierocińca i Alberta), co uzasadnia pełne zjednoczenie sił oraz pomysłowy zestaw gagów ze świetnie zrealizowaną sceną pościgu za porywaczami.

taksiarze3

I jeszcze ma bardzo wdzięczną obsadę z ciepłym Adamem Baldwinem jako sympatycznym Albertem na czele. Z tego grona bohaterów zdecydowanie wybija się Mr. T (twardy Samson), postrzelony Gary Busey (Dell) czy udający przystojniaka Paul Rodriguez (Xavier). Ale cały zespół jest bardzo zgranym składem, który mógłby ubarwić nie jeden film i czuć silną chemię, co daje sporo radości.

taksiarze4

„Taksiarze” to kawał przyzwoitej komedii, która mogła powstać tylko w jednym czasie, dając całkiem sporo frajdy. Troszkę zapomniane dzieło, chociaż nie zasługuje na pamięć nielicznego grona widzów. Nie tak zabawny jak filmy z tego okresu, ale nadal daje radę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Linia życia

Człowiek niemal od zawsze interesował się tym, co znajduje się po drugiej stronie życia. Co jest po śmierci i czy w ogóle coś jest, dając pole do spekulacji naukowcom, filozofom, a także filmowcom. Jedną z takich prób odpowiedzi będzie „Linia życia” przygotowana przez Nielsa Andersa Opleva, czyli twórcy pierwszej części trylogii „Millennium” wg książek Stiga Larssona. Jednak prawda jest taka, że już ta historia została opowiedziana 27 lat temu.

linia_zycia1

„To dobry dzień by umrzeć” – to pierwsze słowa wypowiedziane w tym filmie, a ich autorem jest dziwacznie ubrany Nelson. Wygląda bardziej jak detektyw z kryminału niż student medycyny, którym jest naprawdę. Razem z czterema kolegami z uczelni postanawia zrealizować bardzo niebezpieczny eksperyment: wejść w stan śmierci klinicznej, by znaleźć odpowiedź na pytanie o życie i śmierć. Robią to nocą w tajemnicy na uniwersyteckiej kostnicy, w budynku dawnego kościoła. Pozornie wszystko się udaje, a za Nelsonem chcą pójść pozostali członkowie grupy: zbuntowany David, potajemnie nagrywający swoje kochanki Joe, rozmarzony Randy i zahukana Rachel. Ale po pewnym czasie zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

linia_zycia2

Joel Schumacher nigdy nie był uważany za ambitnego filmowca, posiadającego swój własny styl. Ale tutaj próbuje zahaczyć o temat uniwersalny, gdyż zaświaty interesują każdego bez względu na pochodzenie i wiarę (lub jej brak). I dochodzi do mało odkrywczych wniosków, że nie należy bawić się w Boga. To, co się dzieje po eksperymencie, reżyser przedstawia w konwencji thrillera, gdzie dochodzi do przebudzenia dawnych win oraz demonów: śmierci bliskich, przypadkowej ofiary, znęcania się psychicznego czy braku emocjonalnej bliskości. Wydaje się to trywialne i banalne?

linia_zycia3

Jednak realizacja jest tutaj pierwszorzędna, a Schumacher konsekwentnie buduje aurę mistyczności. I jest to nie tylko zasługa miejsca przeprowadzania eksperymentu (te freski, kolumny), ale całej warstwy audio-wizualnej. Sceny „wizji” po śmierci wygląda niesamowicie – dla każdej postaci jest inna – lecz także „ataki” i pojawienie się zmor nadal budzi strach (dotyczy to głównie wątku Nelsona), najpierw zmianą kolorystyki, by potem zaatakować muzyką sakralno-popową, co świetnie buduje napięcie (fantastyczna robota Jana De Bonta oraz Jamesa Newtona Howarda).

linia_zycia4

Drugim mocnym punktem jest świetnie poprowadzona młoda obsada, z aktorami którzy dopiero mieli się wybić do pierwszej ligi. Film kradnie wyborny Kiefer Sutherland jako charyzmatyczny Nelson. Jest siłą napędową całego przedsięwzięcia, a każde następne zdarzenie pokazuje jego niebezpieczny charakter – skupienie na sobie, pychę, zazdrość. Te cechy charakteru widać na początku, ale eksperyment tylko je podkreśla, a bohater coraz bardziej skręca w stronę paranoi. Poza nim jeszcze widzimy Kevina Bacona (David – najbardziej odpowiedzialny z całej grupy), Olivera Platta (wnoszący sporo humoru Randy), Williama Baldwina (przystojniak Joe) oraz Julię Roberts (Rachel). Każde z nich ma w sobie tyle charakteru, że nie jesteśmy w stanie przejść obojętnie wobec nich, zmuszeni do walki ze swoimi lękami.

linia_zycia5

Sama historia może i nie jest oryginalna, ale „Linia życia” okazuje się mocnym thrillerem z konsekwentnie budowanym klimatem oraz w pełni zgraną obsadą. Może nie do końca wykorzystuje swój potencjał, ale jako kino rozrywkowe dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Straszy, smuci i może rozpocząć pewną dyskusję, chociaż wcale nie jest to wymagane.

7/10

Radosław Ostrowski

Rejs w nieznane

Wszyscy pamiętamy to, co robił Guy Ritchie na przełomie wieków. To, jak odświeżył kino gangsterskie w UK, dodając teledyskową wręcz formę, smolisty humor oraz barwnych bohaterów. Nic dziwnego, ze porównywano go do samego Quentina Tarantino. Ale w 2002 roku ten zdolny Brytyjczyk wpakował się w wielką kabałę i do tej pory zastanawiam się jak można było zrobić taki film jak „Rejs w nieznane”.

rejs_w_nieznane1

Ale po kolei. Punktem wyjścia filmu jest wycieczka trzech par z Włoch do Grecji. Oczywiście wszystkie pary są Amerykanami. Jak to bogaci – są wybredni, chcą się bawić i zaszaleć. Tylko jedna osoba sprawia wrażenie zmuszonej do eskapady, czyli Amber Leighton. Kobieta ma bardzo wysokie przekonanie o sobie i potrafi doprowadzić wiele osób do szewskiej pasji. Tak jak Giuseppe – rybaka, będącego członkiem załogi. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności oboje zostają uwięzieni w łódce pośrodku morza, a ich animozje doprowadzają do większych uszkodzeń. Aż trafiają na bezludną wyspę, gdzie są zdani na siebie.

rejs_w_nieznane2

Początek nie jest nawet najgorszy i nawet ten lekko slapstickowy humor nie drażnił, choć reżysera stać było na znacznie więcej. Jednak, gdy mamy tylko dwójkę naszych antagonistów, „Rejs” zaczyna się kompletnie sypać jako komedia, stając się festiwalem niepotrzebnych bluzgów, wzajemnych wyzwisk i upokorzeń. Role zaczynają się odwracać, co mogłoby dać komediowe spięcie, ale nie do końca zostało to wygrane. Ritchie wydaje się tutaj wręcz prymitywnym dresiarzem, zupełnie pozbawionym czegokolwiek. Psychologia postaci leży, gdyż te animozje mają doprowadzić do zakochania się, wreszcie miłości. W tym wydaniu brzmi to po prostu fałszywie, sztucznie, a miedzy bohaterami zwyczajnie brakuje chemii. Co jeszcze gorsze, końcówka skręca w tak melodramatyczne tony, że przyprawia to o prawdziwy ból.

rejs_w_nieznane3

Ten film mógłby być nawet średniakiem, gdyby nie fatalne aktorstwo. Ale czy może być inaczej, gdy główną rolę dostaje Madonna (ówczesna żona reżysera). Jej Amber jest tak odpychająca, jak tylko to jest możliwe, także pod względem fizycznym. Nawet, gdy zaczyna robić się mniej agresywna, to przesadza w drugą stronę. Samym głosem doprowadza do irytacji, a rzadko zdarza się taka reakcja z mojej strony. Troszkę lepszy jest Adrianno Giannini jako Giuseppe, który jest mocno przerysowany, jednak potrafi być zabawny (zabawa w kalambury czy rozmowy z kapitanem). Tylko między tą parą nie ma zgrania, a „miłość” między nimi nie jest w żaden sposób przekonujący.

rejs_w_nieznane4

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o tym filmie (ok, wyspa ładnie wygląda, ale to raczej jej zasługa niż filmowców), ale kompletnie nic się nie zgrało. „Rejs w nieznane” rozbił bank Złotych Malin i zakończył współpracę z producentem Matthew Vaughnem. Rehabilitacja oraz powrót do formy zajął Brytyjczykowi wiele, wiele lat. Dzięki czemu udało się zapomnieć o tym gniocie, który jest propozycją dla „koneserów”.

2/10

Radosław Ostrowski

Chłopcy z ferajny

Amerykanie kochają gangsterów i traktują ich niczym bogów. Bo jak inaczej wyjaśnić fascynację Bonnie i Clyde, donem Corleone czy Carlito Brigante. Jednak w 1990 roku pewien reżyser postanowił zerwać z tą mitotwórczą otoczką gangsterskiego życia, w czym pomógł mu życiorys Henry’ego Hilla. Nie słyszeliście o nim? Był kimś, prawdziwym królem życia, co miał wszystko – żonę, dzieci, kochankę i dużo forsy. Ale popełnił błąd, idąc w dochodowy, lecz niebezpieczny interes, czyli handel narkotykami. Za to go aresztowano, został objęty Programem Ochrony Świadków, sypnął wszystkich i to był jego najgorszy dzień w życiu.

chlopcy_z_ferajny1

Jego historię opisał w swojej książce Nicholas Pileggi, a utwór ten wpadł w ręce Martina Scorsese. I tak narodzili się „Chłopcy z ferajny”, czyli nieśmiertelny klasyk kina gangsterskiego inny niż wszystko. Reżyser bardzo szybko opowiada historię Hilla, ale jednocześnie jest bardzo dokładny, przedstawia barwne tło tego świata. Ale mafia tutaj nie jest tutaj miejscem ludzi honoru, chociaż funkcjonuje tutaj niepisane prawo. Być może wynika to z faktu, ze reżyser opisuje to wszystko z perspektywy ulicy, małych płotek, a nie największych szych półświatka. Hill oprowadza nas po tym świecie, gdzie szybko zdobywa się szacunek, tylko trzeba zrobić tylko dwie rzeczy: nie sypać kumpli i zawsze trzymać gębę na kłódkę (pierwsze aresztowanie Hilla).

chlopcy_z_ferajny2

Problem jednak zaczyna się w momencie, gdy nie potrafisz zachować równowagi między byciem królem życia, któremu wszystko wolno, a swoim życiem rodzinnym. Wtedy może bardzo łatwo uderzyć woda sodowa oraz zachłyśnięcie się sukcesem. Scorsese też pokazuje jeszcze jedną rzecz – zdrada czy jeden błąd może się skończyć w jeden sposób, czyli śmiercią. A skąd będziesz wiedział, ze idziesz do odstrzału? Nie będziesz, bo zrobi to przyjaciel, któremu ufasz i będzie miał uśmiech na twarzy. Co gorsza, strzał może pojawić się znikąd i pod wpływem kompletnie nieobliczalnego zachowania innych ludzi. Tutaj śmierć jest bardzo gwałtowna, a jej przyczyną może być źle rzucone słowo, nerwowość czy słowo mające być żartem (śmierć Spidera). Dodatkowo całość jest polana kapitalną muzyką z epoki (Cream, Rolling Stones), dynamicznym montażem oraz bardzo długimi ujęciami kamery (pierwsze wejście do knajpy).

chlopcy_z_ferajny3

To wszystko nie miałoby siły, gdyby nie rewelacyjny scenariusz i reżyseria Scorsese oraz genialne aktorstwo. Tutaj błyszczy Ray Liotta, który zagrał tutaj rolę życia – opanowany, niemal spokojny głos, ogromna pewność siebie. Hill to facet, który wie, co chce („zawsze chciałem być gangsterem”) i trudno go nie podziwiać. Pod koniec coraz bardziej zaczyna świrować (dragi robią z mózgu wodę), dostaje paranoi, a wszystko to jest wygrane bez cienia fałszu. Równie znakomity jest Robert De Niro jako błyszczący i jednocześnie mądry Jimmy Conway, będący mentorem i przyjacielem Henry’ego. Ale całość bezczelnie skradł Joe Pesci (zasłużony Oscar) jako psychopatyczny, nieobliczalny Tommy DeVito. Stojąc obok niego nie wiesz, co może zrobić i zabić za byle co. Mały człowiek z wielką energią, a jedyną kobietą w tym zestawie jest Karen (fantastyczna Lorraine Bracco) – kobieta, próbująca się ogarnąć w tym gangsterskim świecie, czasami ma swój głos w tym filmie. Scena, gdy atakuje swoją kochankę przez domofon czy próbuje zabić Henry’ego to prawdziwa kanonada aktorstwa.

chlopcy_z_ferajny4

„Chłopcy z ferajny” mimo ponad 25 lat na karku to znakomite kino gangsterskie, gdzie nie ma tutaj stylowo pokazanej przemocy, lojalność mocno wystawiona jest na kark, a amerykański sen się musi skończyć. Jeśli dodamy do tego bardzo gorzki finał, otrzymujemy znakomitą petardą, pełną błyskotliwej obserwacji oraz dużej dawki czarnego humoru. Śmiało można postawić na półce obok „Ojca chrzestnego”.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski