Rock’n’Rolla

Londyński półświatek zawsze był interesującym miejscem pokazywanym przez brytyjskich filmowców. Renesans brytyjskiej gangsterski zawdzięczamy Guy’owi Ritchie, który pokazywał to środowisko z dużym przymrużeniem oka oraz ogromnym dystansem. Nie inaczej jest w przypadku „Rock’n’Rolla”, która była pierwszym filmem zrealizowanym po rozwodzie z Madonną, mający zakończyć ten mroczny okres w karierze reżysera. Czy udało się odbić od dna?

rocknrolla2

Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Archie – prawa ręka trzęsącego miastem Lenny’ego Cole’a. Facet ten ma wpływy, koneksje i jest bardzo cwany. Właśnie dobija interes z pewnym rosyjskim biznesmenem, chodzącym ze swoimi karkami. Chodzi o kupno działki, na którą trzeba mieć pozwolenie. Kosztuje to siedem milionów euro, więc trzeba zorganizować forsę, a by przypieczętować transakcję, Jurij ofiarowuje swój szczęśliwy obraz jako rękojmię. Niestety, obraz zostaje skradziony, podobnie jak forsa. Cole, a dokładniej Archie ma poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć obraz oraz doprowadzić sprawę do gładkiego końca. W cała aferę są wplątani pewna znudzona księgowa, jej kochanek oraz jego paczka znana jako Dzika Banda, a także pewien rockowy muzyk, Johnny Quid, uważany za zmarłego.

rocknrolla1

Całość jest poszatkowana oraz mocno w stylu Ritchiego. To znaczy, mamy muzyczną mieszankę różnych stylów i gatunków oraz okresów, szybki, wręcz teledyskowy montaż w kilku scenach (sam początek to rewelacja), wyraziste postacie, smolisty czarny humor. Brzmi to jak stary, dobry Guy Ritchie. Intryga coraz bardziej się komplikuje, a kilka wątków dodaje smaczku: wychudzony, naćpany Quid, ukrywający się przed swoim ojczymem, poszukiwania obrazu Ruska, kradzież forsy oraz (pozornie zbędny) poszukiwania kreta wśród gangsterów. I pytanie: kto kogo wpuszcza w maliny, oszuka i wyjdzie z tego mając kupę forsy i bez szwanku. Nie zabraknie pomysłowo zainscenizowanych scen akcji (druga kradzież forsy, zakończona strzałami i gonitwą), dużo postrzelonych gagów (taniec One-Two ze Stellą i obok napisy, byśmy zrozumieli o czym gadają) oraz smolistego humoru (amerykańskie rybki!!!). No i ten akcent, dodający smaczku. Nie zabraknie niespodzianek, retrospekcji i chociaż zdarzają się drobne przestoje, nie ma tutaj mowy o nudzie.

rocknrolla3

No i jeszcze ci aktorzy, którzy dają z siebie kopa. Prawdziwymi gwiazdami są tutaj Mark Strong oraz Tom Wilkinson. Ten pierwszy jako Archie bardzo dobrze wykonuje swoją robotę jako przewodnik po świecie podejrzanych spelun, ulicznych informatorów oraz budzi respekt swoim obojętnym, lecz groźnym spojrzeniem. Drugi z łysiną na głowie potrafi wzbudzić strach, ale tak naprawdę jest facetem z ogromnym ego oraz przekonaniem o swojej niezachwianej potędze. Razem tworzą mocny duet niczym niezniszczalna stal. Po drugiej stronie mamy drobnego cwaniaka One Two (Gerard Butler w świetnej formie) oraz partnerującym mu kumpli Mumblesa (Idris Elba) iukrywającego swoją orientację Przystojnego Boba (Tom Hardy). Tutaj czuć chemię, widać jak zgrana to jest paczka. Do tego dodajmy jeszcze szarżującego Toby’ego Kimbella (Johnny Quid) oraz apetyczną Thandie Newton (Stella) i mamy brytyjski koktajl gangsterski a’la Ritchie.

rocknrolla4

Brytyjczyk wrócił na swoje stare śmieci i chociaż „Rock’n’Rolla” nie ma takiej mocy jak „Porachunki” i „Przekręt”, to nadal kawałek dobrego, wyspiarskiego kina gangsterskiego, zrobionego z klasą oraz kopniakiem niczym riffy elektrycznej gitary. Udany powrót i mocna zwyżka formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Zagraniczny korespondent

Johnny Jones jest dziennikarzem amerykańskiej gazety, zajmujący się tematyką kryminalną. Ale tym razem naczelny daje mu kompletnie inne zadanie – ma pojechać do Europy (do Londynu dokładnie) i przeprowadzić wywiad z holenderskim dyplomatą Van Meerem. Człowiek ten prowadzi rozmowy mające na celu powstrzymanie wybuchu wojny. Problem w tym, że polityk jest dość trudnym partnerem do rozmowy. Następnego dnia, gdy ma dojść do konferencji, Van Meer zostaje zamordowany na oczach tłumu, a Jones (zmuszony działać przez naczelnego jako Huntley Harverstock) zaczyna pościg i próbuje na własną rękę wybadać sprawę.

zagraniczny_korespondent1

Pierwszy film Alfreda Hitchcocka zrobiony na początku lat 40. jest mieszanką thrillera, kina szpiegowskiego oraz jednocześnie jest hołdem dla dziennikarzy. Początek jest bardzo spokojny, wręcz senny, ale reżyser bardzo konsekwentnie buduje napięcie. Sama scena morderstwa jest krótka i gwałtowna, pościg przykuwa uwagę (chociaż widać, że samochody jadą na ruchomym tle), by trafić na trop dużej afery szpiegowskiej. Kiedy wydaje się, że wiemy wszystko, dochodzi do kolejnej wolty (poznajemy głównego przeciwnika, odkrywamy mistyfikację i prawdziwe motywy działania) i kolejnej, by czekać z oczekiwaniem na rozwiązanie historii.

zagraniczny_korespondent2

Już tutaj widać pewną rękę Hitchcocka w budowaniu napięcia, co czuć w świetnej scenie w młynie, gdzie Jones obserwuje zamachowca czy nerwowej scenie próby zabójstwa dziennikarza na szczycie kościelnej wieży. Niby proste tricki, ale po latach nadal skuteczne. Do tego nie brakuje drobnych akcentów humorystycznych czy to w drobnych gagach (Jones uciekający przez dach hotelu trafia do… damskiej toalety) czy dialogach. Dwie tylko rzeczy psuły frajdę z seansu. Po pierwsze, nadekspresyjna muzyka, charakterystyczna dla tej epoki i dzisiaj po prostu archaiczna. Po drugie, wątek miłosny między naszym Jonesem a córką polityka Carol Fisher nie przekonuje mnie. Nie jest to wina aktorów, ale raczej deklaratywnych dialogów. Brzmi to sztucznie, a chemii między postaciami nie czuć – trzeba wierzyć na słowo.

zagraniczny_korespondent3

Nie mniej jest to bardzo dobrze zagrane kino z wybijającym się Joelem McCreą w roli głównej. Jones to typowy dla reżysera everyman wplątany w skomplikowaną intrygę. Nie jest jednak głupcem, działa za pomocą sprytu, chociaż działającego w sposób uczciwy i etyczny. Kontrastem dla niego jest kolega z pracy Scott Folliott (świetny George Sanders), który nie boi się nawet sięgać po szantaż, by zdobyć informacje. Ale ostatecznie ten sprawiający wrażenie nieporadnego i stonowanego Anglika okazuje się porządnym gościem. Podobnie fantastyczne wrażenie robi Herbert Marshall grający czarny charakter – elegancki, kulturalny dżentelmen z bardzo ciepłym głosem. Trudno odmówić mu fasonu, ale ukrywa się pod tym bezwzględny zbrodniarz. To na tych ludziach spoczywa największy ciężar, chociaż drugi plan jest bardzo interesujący i pełen barwnych postaci (fałszywy detektyw Rowley, wychudzony Stebbins czy powściągliwy idealista Van Meer).

zagraniczny_korespondent4

„Zagraniczny korespondent” ma większość elementów typowych dla kina Hitchcocka – buduje suspens, ma wciągającą, piętrową intrygę oraz kilka razy zaskakuje, nawet najbardziej doświadczonych kinomanów. Rozrywka na poziomie, a finałowa scena w radiu jest przykładem jak powinien działać etos ludzi prasy, będących naszymi uszami oraz oczami na świat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Obcy – decydujące starcie

Na pewno pamiętacie Ellen Ripley – kobietę, która jako jedyna z załogi Nostromo przeżyła konfrontację z Obcym. Błąkała się w kapsule ratunkowej po całym kosmosie i dopiero po 57 latach została odnaleziona. I to zwykłym fartem. Zdaje raport przed korporacją, ale nikt jej nie wierzy i zostaje zawieszona. Dawna planeta, na której znaleziono Obcego, dzisiaj jest kolonią ludzką. Właśnie w tej chwili stracono z nią kontakt, więc korporacja prosi Ripley o pomoc. Kobieta razem z odziałem marines wyrusza z misją ratunkową.

obcy_21

Po mrocznym oraz trzymającym wręcz za gardło horrorze Ridleya Scotta, producenci doszli do wniosku, że to może być początek nowej i przynoszącej duże dochody serii. Tym razem za tą część odpowiadał opromieniony sukcesem „Terminatora” James Cameron. Reżyser ten postanowił kompletnie wywrócić konwencję i zamiast klimatycznego, skupionego na klimacie oraz niepokoju horroru, skręcił w to, co umiał najlepiej – wysokobudżetowe kino akcji. Sam Obcy jest tutaj zredukowany do roli mięsa armatniego koszonego przez uzbrojonych po zęby gierojów (reżyser na początku wręcz fetyszyzuje uzbrojenie oraz dryl). Jednocześnie reżyser nie zapomina o budowaniu napięcia i poczuciu strachu. Brzmi to absurdalnie? Nic z tych rzeczy – przypomnijcie sobie sceny jak Ripley dostaje ataku i wyłazi z jej brzucha Obcy, po czym… okazuje się, że to był sen, pierwszą konfrontację z Obcymi skrytymi gdzieś w mroku (scenografia jest fantastyczna), a poczucie zagrożenia tworzone jest za pomocą jednej prostej rzeczy – detektora ruchu, a dokładniej jego dźwięku. Jego pulsacja wystarczy, by oczekiwać na obecność innych istot.

obcy_22

Cameron wie, jak podnieść stawkę i dlatego obecność jedynej ocalonej z kolonii dziewczynki Newt jest uzasadniona. Budzi ona w Ripley instynkt macierzyński (w wersji reżyserskiej odkrywamy, że straciła córkę), zmuszając ją do niemal fizycznej walki o ludzkość. Napięcie budowane jest konsekwentnie (jak wtedy, gdy bohaterowie czekają na Obcych wchodzących do centrali z zamkniętymi drzwiami – rewelacja), po drodze będzie parę wymian ognia, setki nabojów polecą w powietrze, padnie kilka mocnych zdań, niepozbawionych ironii, by zakończyć finałowym starciem Ripley z Królową. I to daje prawdziwego kopa. I zostawia furtkę na część kolejną, która powstała (to temat na inną opowieść).

obcy_23

„Obcy 2” to nie tylko popis fajerwerków Camerona, ale też bardzo pewnie poprowadzona obsada. Weaver tutaj przechodzi ewolucję z przerażonej własnymi wspomnieniami kobiety w prawdziwą heroinę kina akcji, sprawnie posługującą się giwerami (sklejenie miotacza ognia z karabinem i odbicie Newt są najmocniejszym przykładem), zdeterminowaną i nieustępliwą. Na drugim planie wspomnieć trzeba aż trójkę wojaków: opanowanego, spokojnego kaprala Hicksa (świetny Michael Biehn), rozgadanego, zgrywającego hojraka szeregowego Hudsona (nieodżałowany Bill Paxton) oraz jedyną laskę w składzie, czyli Vasquez (Jenette Goldstein). No i jeszcze syntetyczny android Bishop (Lance Henriksen), który tym razem jest tym dobrym robotem, rehabilitując te postacie po Ashu.

obcy_24

„Obcy – decydujące starcie”, mimo kompletnej zmiany tonacji, pozostaje naprawdę bardzo dobrym filmem akcji, potwierdzającym predyspozycje Camerona do kina akcji. Trzyma w napięciu (nie tak jak pierwszy „Obcy”), jest bardziej widowiskowy (nie tak bardzo jak następne filmy reżysera) i potrafi zapaść w pamięć. Godny, chociaż idący innymi ścieżkami, następca „Obcego”.

8/10

Radosław Ostrowski

Rain Man

Charlie Babbitt jest młodym japiszonem, który nie utrzymuje kontaktu ze swoim ojcem. Obecnie jego firma ma drobne problemy finansowe, ale daje sobie radę. Gdy dowiaduje się, ze ojciec zmarł jakoś nie przejmuje się tym. Szok przychodzi w momencie, gdy 3 miliony dolarów dostaje ośrodek w Wallbrook. Na miejscu odkrywa, że przebywa tam jego starszy brat Raymond, o którego istnieniu w ogóle nie wiedział. Licząc na połowę spadku, mężczyzna postanawia porwać swojego brata.

rain_man1

Barry Levinson to filmowiec, który nie posiada żadnego znaku rozpoznawczego, ale z reputacją bardzo dobrego rzemieślnika nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Ale „Rain Man” z 1988 roku uważany jest na największe osiągnięcie tego filmowca z Baltimore. Jest to spokojna, wyważona historia obyczajowa o zderzeniu dwóch obcych sobie ludzi. Wspólnie spędzone dni zmieniają Charliego – nie jest to jednak pokazane w sposób sentymentalny czy ckliwy. Levinson stawia na prostotę, próbując pokazać percepcję osoby z autyzmem. Dlatego mamy aż tyle zbliżeń na źródła dźwięku, mogącego doprowadzić do paniki (woda lecąca z kranu, syreny policyjne na autostradzie czy czujnik dymu). Te sceny podkręcają napięcie, ale powoli ta relacja zaczyna nabierać głębi. I nie chodzi tylko o to liczenie kart oraz wygranie kupy forsy w Las Vegas (fantastycznie zrealizowana scena gry w blackjacka). Początkowe spięcia, wynikające z niezmienności pewnych nawyków oraz rytuałów są źródłem humoru (majtki tylko z K-Martu) i wzruszeń, co podkręca bardzo wyciszona muzyka Hansa Zimmera. Trudno mi było być obojętnym, a nie poczułem emocjonalnego szantażu, czego się bardzo obawiałem.

rain_man2

„Rain Man” byłby tylko solidnym, dobrym filmem. Na wyższy pułap wznosi go aktorstwo. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do Toma Cruise’a, który tutaj pokazuje dramatyczny pazur. Egoistyczny dupek, wykorzystujący innych do swoich celów, skonfliktowany ze swoim ojcem. Początkowo ta postać odpycha swoim zachowaniem, jednak z czasem widać coś więcej – poczucie odrzucenia, krzywdy i zgorzknienie. Te sześć dni zmuszają naszego bohatera do przewartościowania swojego stosunku do innych i nie czuć w tej przemianie fałszu. Ale najważniejszy jest tutaj wielki Dustin Hoffman jako Raymond. Ten człowiek żyjący w swoim świecie nigdy nie staje się karykaturą czy parodią – wszelkie tiki (powtarzanie fragmentów filmu), mrukliwy głos, ciągłe powtarzane słowa czy bardzo specyficzny chód są spójną całością tej roli.  Sceny szału budzą autentyczny strach, a te nieobecne oczy potrafią zauroczyć.

rain_man3

„Rain Man” to proste, ale bardzo poruszające kino obyczajowe. Niby takich opowieści znamy setki, jeśli nie tysiące, ale to wszystko układa się w spójną całość. Nie ma tutaj zbędnej sceny, niepotrzebnych słów czy fałszywego gestu. Levinson pewną ręką daje tyle emocji, jakimi można obdzielić dziesiątki filmów, co świadczy o klasie tego dzieła. Bardzo dobre i piękne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Shotgun Stories

Mała wiocha bez perspektyw, gdzie mieszkają trzej bracia: Son, Kid i Boy. Panowie byli samotnie wychowywani przez matkę, gdyż ojciec zostawił ich bardzo dawno temu. Cała trójka żyje jakoś od pierwszego do pierwszego. Wszystko się zmienia, gdy dowiadują się o śmierci ojca. Mężczyzna związał się z inną kobietą, z którą miał czterech synów. Przyjście Sona na pogrzeb i powiedzenie wielu gorzkich słów staje się impulsem do spirali przemocy.

shotgun_stories1

Debiut reżyserski Jeffa Nicholsa jest bardzo spokojnym dramatem dziejącym się gdzieś na prowincji. I jak można wywnioskować to opowieść o nienawiści tak trującej serca, że może być ona odziedziczona. Nicholsa jednak nie interesuje pokazywanie scen przemocy – widzimy jedynie skutki tych wydarzeń oraz pojedyncze sceny bójek. Kameralność oraz bliższe skupienie na naszych bohaterach oraz ich egzystencji buduje klimat. Tak samo jak bardzo plastyczne kadry prowincji kontrastujące z dość skromnym stanem materialnym. Widać pewien skrywany żal i pretensje do tego ojca, który nie dał niczego. Podskórnie czuć napięcie oraz lęk, że może stać się najgorsze. Każde pojawienie się przyrodnich braci może skończyć się krwawą jatką, która samoczynnie się nakręca. I jedno pytanie: czy jest szansa na wyrwanie się z tego kręgu nienawiści? Odpowiedź wcale nie jest jednoznacznie prosta. Ale jest pewna nadzieja. Ale to sami sprawdzicie.

shotgun_stories2

Dla wielu to spokojne tempo oraz śladowa ilość przemocy (na cały film pada tylko jeden strzał) może dziwić. Przecież „Shotgun Stories” reklamowane było jako thriller/kino zemsty. Ale Nicholsa nie interesuje pokazywanie zemsty oraz scen ataków (pogryzienie psa przez węża czy finał bójki z użyciem noża poznajemy z relacji innych). Bardziej skupia się na psychologii bohaterów, którzy próbują zmienić swój los, szukając tego, co my wszyscy: miłości, wsparcia, pieniędzy.

shotgun_stories3

A wszystko świetnie zagrane. Stawce prowadzi Michael Shannon jako wycofany Son, próbujący żyć za pomocą hazardu. Małomówny, skrywający pewną tajemnicę (ślady po kulach na plecach), magnetyzujący samym spojrzeniem oraz obecnością. Nie jest jednak jedyną wartą uwagi, bo także trenujący kosza Boy (Douglas Ligon), jak i zakochany Kid (Barlow Jacobs) wykonują kawał dobrej roboty. Czuć silną więź między bohaterami, a reszta obsady gra bez słabych punktów.

shotgun_stories4

„Shotgun Stories” jest mocnym, klimatycznym dramatem z podskórnym budowaniem napięcia. Idzie pod prąd wobec typowych filmów tego gatunku i dobrze. Nichols powoli zaczyna zaznaczać swoją obecność na filmowej mapie, potwierdzając prawdę, że im mniej się pokazuje, tym lepiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni Władca Wiatru

Nie widziałem animowanej produkcji Nickelodeon, będącej fundamentem tej opowieści, więc na tą produkcję Shyamalana z 2010 roku, nie czekałem zbyt mocno. Do tego „wygrana” przy nagrodach Złotej Maliny, ostudziły całkowicie mój entuzjazm. Ale nie raz to gremium omijało prawdziwe ścierwa w historii kinematografii, więc może tym razem się pomylili.

Cała historia opiera się na świecie pełnym magii, czarów. Dawno temu był balans między władcami żywiołów: ziemi, wody, powietrza i ognia. Równowagę między tymi światami strzegł Awatar – potężny mag, panujący wszystkimi żywiołami. Jednak 100 lat temu zniknął bez śladu, a Władcy Ognia postanowili podporządkować sobie resztę świata. I wtedy przypadkiem brat z siostrą przypadkowo znajdują zamarzniętego chłopca. Okazuje się, że jest nim Aang – mag wiatru oraz kolejne wcielenie Awatara, a wygnany książę Ognia, Zuko musi schwytać chłopaka, by zmazać plamę na honorze.

ostatni_wladca_wiatru1

Shyamalan miał swoje momenty, gdzie potrafił budować napięcie, skupić się na bohaterach, nawet pokazując kompletnie statyczne i pozornie drobne sceny. Mając jednak dużo większy budżet, reżyser zwyczajnie się gubi, zapominając o swoich atutach. Największym problemem jest tutaj scenariusz, który jest nie tyle chaotyczny, ile bardzo, BARDZO skrótowy. Szybko przenosimy się z miejsca na miejsce: zaczynamy w krainie wyglądającej jak biegun, poznajemy Krainę Magów Wiatru, by przejść do więzionych magów ziemi, sporadycznie odwiedzić Władcę Ognia, planującego podbój świata, by w finale dotrzeć do Krainy Wody, gdzie dochodzi do finałowej konfrontacji. Coś tam po drodze jest tłumaczone, ale nie na tyle, by wejść w ten cały świat, gdzie magia i duchowość jest mocno obecna.

ostatni_wladca_wiatru2

Bohaterowie są strasznie jednowymiarowi, pozbawieni głębi, a interakcja między nimi pozbawiona jest jakiegoś sensownego uzasadnienia. Jest to tak mechaniczne, że aż niezrozumiałe. Psychologia postaci jest strasznie uproszczona, a naszym protagoniści (zwłaszcza wojownik Dokka) grają bardzo sztywno, jakby ktoś wsadził im kija w cztery litery. I jeszcze jedno: nasi protagoniści, czyli Aang wyglądający jak tybetański mnich oraz para mag/wojownik (Eskimosi) są grani przez białych aktorów, choć reszta ich naturalnego otoczenia wygląda bardziej naturalnie. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby te role były dobrze zagrane. Tak jednak nie było i to jeszcze bardziej kluło moje oczy. Zaś wrogowie, czyli wojownicy Władców Ognia to Hindusi – czarni jak noc, wykorzystujący wszelkie wynalazki i nowinki technologiczne.

ostatni_wladca_wiatru3

Czy w ogóle jest coś dobrego? O dziwo trzy rzeczy i sprawiają, ze jest to znośne. Po pierwsze, główny antagonista, czyli książę Zuko. Jest to rozdarty chłopak między szacunkiem swojego ojca i uznaniem swojego honoru, a podziwem dla Awatara. Dev Patel, grający tą rolę daje radę, podobnie jak jego wuj Iroh, będący jego mentorem. Drugim elementem jest strona wizualna z niezłymi efektami specjalnymi – scenografia i kostiumy robią dobre wrażenie, sceny akcji (zwłaszcza pod koniec) są zgrabnie zrealizowane, a finał niemal epicki. Wreszcie trzeci punkt, czyli kapitalna muzyka niezawodnego Jamesa Newtona Howarda, która ma wszystko to, czego filmowi brakuje – emocje, klimat oraz moc.

ostatni_wladca_wiatru4

Zakończenie sugeruje, że to zaledwie początek całej opowieści o naszym Awatarze, ale odbiór filmu zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na kontynuację. Shyamalan zrobił jeszcze kiepską przysługę. Dlaczego? Osoby nie znające pierwowzoru, czyli animowanego serialu zniechęcił do zapoznania się z nim, a fani tego chcieli reżysera ukrzyżować. Ostatecznie „Ostatni Władca Wiatru” nie sprawdza się ani jako adaptacja, ani jako samodzielny tytuł. Kompletna strata czasu oraz wielkie dno.

3/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w błękitnej wodzie

Cleveland Heep pracuje w apartamentowcu jako dozorca. Jąka się, ale jest bardzo pomocny i udzielający się innym. Największym jego problemem jest kwestia związana z basenem, a dokładniej z tym, iż ktoś w nocy włamuje się do basenu. Nakrywa kogoś, ale wpada do wody i traci przytomność. Gdy się budzi, widzi obok siebie przemoczoną kobietę. Imię jej Story, a Heep odkrywa jej pochodzenie nie z tego świata. Chce wrócić do siebie, ale stwory pilnują wejścia.

kobieta_blekit2

Film uważany jest za pierwsze duże potknięcie w dorobku Shyamalana i nawet jestem w stanie się z tym zgodzić. Ta dziwna mieszanka dreszczowca z baśnią, gdzie bohaterowie próbują poznać swoje prawdziwe miejsce na ziemi. Obecność każdego z bohaterów nie jest przypadkowa, pokazując silne powiązanie. Opowieść toczy się w typowym, spokojnym rytmie jaki znamy z poprzednich filmów Hindusa. Zapowiedzią całości może być wstęp pokazujący historię ludzi oraz morskich istot – narf. Shyamalan lekko podnosi stawkę i opowiada to wszystko absolutnie poważnie, chociaż mamy w tle galerię dość ekscentrycznych postaci: chińską studentkę, krzyżówkowicza i jego syna zafascynowanego płatkami śniadaniowymi, hipisów, opiekunkę zwierząt, atletę dbającego o połowę swojego ciała, pracującego na dziełem życia pod genialnym tytułem „Książka kucharska” oraz złośliwego, przemądrzałego krytyka filmowego. To nie wszyscy, ale najważniejsi bohaterowie. Klimat mroku budują świetne zdjęcia Christophera Doyle’a oraz magiczna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

kobieta_blekit1

Tylko, że całość brzmi mocno absurdalnie, a kilka pomysłów wydaje się mocno szalonych. Dotyczy to odnalezienia postaci mających pomóc wrócić Story do domu: Bractwa, Strażnika i Tłumacza. Wszystko to oparte jest na bardzo starej baśni, a Heep czerpie z tego całą swoją wiedzę. Szukanie sposobu za pomocą… haseł z krzyżówki, a następnie… opakowań po płatkach śniadaniowych. Brzmi idiotycznie? I mógłbym to potraktować jako żart, gdyby reżyser nie opowiadał to tak serio. Książka mająca zmienić oblicze świata – aż za poważne czy wyciąganie informacji od córki starszej pani (to akurat było zabawne). Nawet pierwsza konfrontacja Heepa ze stworem zamiast budować napięcie wywoływała śmiech. Humor dodaje postać krytyka, czyli pana Farbera (Bob Balaban, wyglądający jak James Newton Howard), ale to za mało. Dodatkowo wszyscy, bez zająknięcia wierzą w historię tej dziewczyny, choć wydaje się nierealna dla człowieka.

kobieta_blekit3

Aktorsko film budują dwie osoby i wywiązują się ze swoich zadań z nawiązką. Mowa tu o Paulu Giamattim, czyli sympatycznym panu Heep z mroczną tajemnicą oraz zjawiskowej Bryce Dallas Howard. On jest bardzo empatycznym, ciepłym facetem, ona nieświadomą swojego prawdziwego przeznaczenia i posiada zdolność „budzenia” mocy siedzącej w ludziach. Czuć między nimi chemię i to ta dwójka rozkręca całość. Reszta postaci jest ledwo zarysowana (poza Faberem), przez co trudno traktować ich poważnie.

kobieta_blekit4

„Kobieta” miała być – i pewnie jest – baśnią, skierowaną raczej do młodszego odbiorcy. Osoby w takim wieku jak ja albo dostrzegą pewne drugie dno (musiałem je chyba bardzo przeoczyć), albo uznają całość za przekombinowaną, dziwaczną hybrydę, pełną głupoty, absurdu oraz niemożnością rozgryzienia logiki. Mnie odrzuciło kompletnie. Do tego Shyamalan obsadził się w większej roli, pogrążając się mocniej niż zwykle. Początek upadku intrygującego reżysera.

4/10

Radosław Ostrowski

1000 lat po Ziemi

W niedalekiej przyszłości Ziemia stanie się planetą nie do zamieszkania przez ludzkość – mieszkańcy przebywają na Nova Prime, egzystując i walcząc z ursami, czyli zmutowanymi bestiami wyczuwającymi ludzi węchem. To tutaj przebywa się walczący z tymi istotami generał Cypher Raige. Oficer wyrusza na typową misję szkoleniową razem ze swoim synem, Kitai. Chłopiec chce bardzo być taki jak swój ojciec. Po drodze statek rozbija się, Cypher jest uziemiony, a nadajnik do wezwania pomocy oddalony o kilka dni drogi stąd, a Kitai będzie zdany na siebie.

1000_lat_po_ziemi1

Shyamalan wydawałoby się, że skończył się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Tym razem wsparty przez samego Willa Smitha (pomysł, produkcja, główna rola) zrealizował przygodowe kino SF w starym stylu. Jeśli ktoś spodziewał się spektakularnej rozpierduchy z dużym budżetem, powinien czuć się rozczarowany. „1000 lat…” to bardzo kameralne kino, wykorzystujące sztafaż SF do opowiedzenia historii o walce z własnymi demonami. Kitai żyje z brzemieniem odpowiedzialności za śmierć siostry, jest bardzo wystraszony i reaguje bardzo emocjonalnie. Widać w nim strach, lęki i potrzebę akceptacji od oschłego, opanowanego przez wojskowy dryl ojca. Sceny wspólnych rozmów przez kombinezon wyposażony w podgląd mają swoją siłę. Chociaż nie porażają oryginalnością, mają w sobie spory ładunek emocjonalny. Jednocześnie Shyamalan nie zmienia tego w spektakularny, hollywoodzki happy end.

1000_lat_po_ziemi2

Z jednej strony widać, że postarano się zadbać o warstwę wizualną. Ziemia wygląda jak niczym nie zmącona obecnością człowieka raj – piękne lasy, wodospady, wulkany. Przyroda zachwyca, ale jednocześnie nie wybacza i bywa bezwzględna wobec obcych. Trzeba być wobec niej bardzo pokornym, by przetrwać. Z drugiej efekty specjalne (poza paskudną urgą) są takie sobie, wyglądają sztucznie, a scenografia z rozbitym statkiem wygląda bardzo teatralnie. Czuć to mocno w scenach akcji, zrealizowanych całkiem nieźle.

1000_lat_po_ziemi3

Aktorsko film opiera się wyłącznie na Willu (Cypher) i Jadenie (Kitai) Smith. I muszę przyznać, że panowie dają radę, chociaż Will dla wielu może być ciężkostrawny. Szorstki, bardzo spokojny głos oraz emocjonalny chłód sprawiają wrażenie wycofanego, zdystansowanego i pozbawionego emocji twardziela. Jaden jest bardziej ekspresyjny i widać powolną ewolucję od strachliwego, niepewnego chłopca w odpowiedzialnego, niepozbawionego sprytu wojownika.

1000_lat_po_ziemi4

„1000 lat po Ziemi” nie jest najlepszym filmem Shyamalana, ale powoli zaczyna wracać do formy. Bywa czasami nudnawy, gubi tempo, ale daje całkiem niezłą rozrywką z niegłupim przesłaniem. Ale na wielki powrót Hindusa trzeba było troszkę poczekać. 

6/10

Radosław Ostrowski

Zdarzenie

W 2008 roku pewien amerykański reżyser hinduskiego pochodzenia nakręcił film, który powszechnie był (do czasu jego następnego filmu) uważany za najgorszą rzecz w jego dorobku. „Zdarzenie”, bo o tym filmie mowa, to film jedyny w swoim rodzaju i dla mnie dość nierówny. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się w Nowym Jorku, gdzie w Central Parku dochodzi do dziwnego, tytułowego zdarzenia. Ludzie nagle stoją w miejscu, zaczynają się cofać i… popełniają samobójstwo. Czym? Wszystkim, co się nawinie pod ręką – spinką do włosów, pistoletem, samochodem wjeżdżając na drzewo. Co jest przyczyną? Atak biologiczny, awaria reaktora atomowego, terroryści, kosmici, natura się zbuntowała? Nie wiadomo. I wtedy poznajemy Elliota Moore’a – nauczyciela biologii z Filadelfii. Ostatnio jednak coś nie układa mu się z żoną, Almą. Jest jakieś spięcie, może krąży jakiś facet. Oboje decydują się – za poradą władz – wyjechać z miasta, ale po drodze dochodzi do ataków w innych miastach.

zdarzenie1

Brzmi intrygująco? Reżyser ma ciekawy pomysł i potrafi budować napięcie, co widać przez pierwszy kwadrans: sceny w Central Parku i spadający ludzie z placu budowy – mrozi krew. Dalej też potrafi wzbudzić dezorientację oraz suspens: czy to ucieczka przed wiatrem na otwartym polu (wiem, że to brzmi idiotycznie, ale jak to jest zrobione), spotkanie z żołnierzem czy scena, gdy nauczyciel matematyki jedzie na stopa razem z rodziną i jest dziura w naszyciu. Do tego świetnie budująca poczucie zagrożenia muzyka Jamesa Newtona Howarda, klimat bezradności i takiej apokalipsy. Troszkę to przypominało „Wojnę światów”, tylko bez efektów specjalnych.

zdarzenie2

Z drugiej strony, „Zdarzenie” sprawia wrażenie filmu głupiego, wręcz durnego. I to jest wina dialogów, które brzmią sztucznie. Najmocniej to czuć pod koniec, gdy bohaterowie trafiają do domu zamieszkanego przez ekscentryczną panią Jones, której zachowanie bije na głowę wszystko – oskarżenia o próbę kradzieży, zabójstwo, uderzenie dziecka w dłoń. Żarty ocierają się o absurd (hot dogi dają radę, ale tekst o aptekarce – grube jaja), dialogi sprawiają ból uszom (rozmowy z panią Jones – na samą myśl zaczynam się śmiać czy rozmowy naszej pary – poza tą finałową, która była udana), wątek państwa Moore i ich problemów małżeńskich jakiś ledwo liźnięty, niedopracowany. A samo zakończenie wielu może rozczarować brakiem wyjaśnienia na przyczynę tej sytuacji. Sytuacji, która może się powtórzyć.

zdarzenie3

Aktorsko film kładzie Mark Wahlberg, któremu Shyamalan chyba celowo postawił kłody pod nogi. Albo wypowiada zdania kompletnie bez sensu i nie na miejscu (rozmowa przed śmiercią pani Jones czy gadka z plastikowym drzewem), albo ma to spojrzenie. Miało ono chyba wyrażać zagubienie, dezorientację i strach, a mówiło ono: „Mark, w coś ty się za kabałę wpierdolił”. Na partnerującą Zooey Deschanel przynajmniej można popatrzeć (te wielkie oczy), bo też nie ma tu zbyt wiele do zaprezentowania. Chemii między nimi brak, więzi też nie czuć – spece od castingu dali ciała. Najciekawsza postać to kolega matematyk Julien (John Leguizamo), ale dość szybko znika z ekranu. I jeszcze świrnięta pani Jones (znana ze „Split” Betty Buckley) – takiego dziwadła jeszcze nie widziałem.

zdarzenie4

Shyamalan „Zdarzeniem” strzelił sobie w stopę, zaliczając spektakularną wpadkę, którą – podobno – przebił kolejnym tytułem. Realizacja solidna, suspens też jest, ale scenariusz jest słaby, aktorzy też poniżej możliwości, a o dialogach nie chce mi się gadać. Duże rozczarowanie, balansujące między śmiertelną powagą a zgrywą.

5/10

Radosław Ostrowski

Osada

UWAGA! Tekst zawiera spojlery!

Jest rok 1897. Gdzieś w Pensylwanii znajduje się mała osada otoczona lasem Covington, gdzie spokojnie żyją sobie ludzie pod wodzą Edwarda Walkera. Ale w tej okolicy obowiązują zasady, na skutek paktu między mieszkańcami a mieszkającymi w okolicy potworami. Nie można używać koloru czerwonego, nie można przekraczać granicy lasu, by nie wystraszyć stworów. Jednak pewien mieszkaniec imieniem Lucius Hunt łamie ten pakt, sprowadzając nieszczęście na całą wioskę.

osada1

Wiele osób po obejrzeniu zwiastuna dało się nabrać, gdyż M. Night Shyamalan znowu wszystkich wpuścił w pole. Poniższy opis zapowiadałby horror w strojach z epoki, ale tak naprawdę jest to melodramat z elementami mroku i strachu. Poza naszym wycofanym Luciusem istotną postacią jest córka burmistrza, niewidoma Ivy oraz podkochujący się w niej upośledzony umysłowo Noah. Bardzo powoli i stopniowo odkrywamy karty dotyczące tego paktu oraz tajemnicy związanej z założeniem tytułowej osady. Shyamalan skupia się bardziej na tej miłości – tłumionej, niewypowiadanej, sygnalizowanej spojrzeniami, niedopowiedzeniem. Również sama obecność tajemniczych bestii – przez sporą część widzimy tylko drobne fragmenty, skąpane w mroku i noszące czerwone płaszcze. Ich obecność (zdarte ze skóry zwierzęta, późniejsze znaki na drzwiach) oraz ciągłe fotografowany las budują aurę niepokoju, tajemnicy. Także dźwięk buduje strach jak w scenie czekania Ivy przed drzwiami na Luciusa i ucieczka do piwnicy czy ucieczka przed monstrum w lesie. „Osada” ma fantastyczne zdjęcia (zwłaszcza nocą) oraz kapitalną, liryczną muzykę.

osada2

I wszystko byłoby świetne, gdyby nie wyjaśnienie całej tajemnicy, czyli ostatnie 30 minut. Osada założona przez starszych kontroluje mieszkańców, wszystkie stwory to mistyfikacja, mająca na celu odstraszyć ludzi do opuszczenia. Dlaczego? Miasto jest siedliskiem zła i krzywdy, o czym opowiadają mieszkańcy. Ale zarówno otwarcie tajemniczych pudełek ze zdjęciem oraz spotkanie ze… strażnikiem chroniącym rezerwatu samochodem, wprawiło mnie w totalną konsternację zakończoną głęboką myślą: że co, kurwa? Że wewnątrz rezerwatu założono XIX-wieczną osadę, by się ukryć przed cywilizacją? Pomysł karkołomny, by stworzyć własną utopię nie jest niczym nowym i to nawet daje radę. Dla wielu osób to rozwiązanie może wydawać się idiotyczne, bo jak to mogło się udać zrobić to niezauważonym? Nie wiem, ale mindfuck gwarantowany.

osada3

Na szczęście ten finał jest zgrabnie maskowany świetnym aktorstwem, ze szczególnym wskazaniem na młodych aktorów. Film kradnie prześliczna debiutantka, czyli Bryce Dallas Howard jako Ivy. Niewidoma, ale bardzo wrażliwa, czarująca i inteligentna kobieta. Ona trzyma ten film na barkach i nie można oderwać od niej oczu. Wycofany Joaquin Phoenix jest świetny w roli ciekawego świata Luciusa – to jest ten typ aktora, który samą obecnością jest w stanie zbudować postać, a najbardziej pamięta się scenę wyznania wobec Ivy. Również Adrien Brody jako upośledzony Noah potrafi skraść film swoim dziwnym zachowaniem, nie popadając w parodię czy przerysowanie. Ze starszej gwardii najlepiej wypada William Hurt, czyli burmistrz Walker. Zawsze spokojny, opanowany i starający się trzymać całe otoczenie, nie pozbawiony jednak wrażliwości.

osada4

„Osada” to film dość nieoczywisty, bardzo stylowy, kapitalnie wygląda audio-wizualnie. Romantyczny horror, wodzący za nos i z obowiązkowym twistem made by Shyamalan. Jeśli ktoś spodziewa się klasycznego horroru, będzie rozczarowany, ale ta mieszanka działa skutecznie, z czym bywało różnie. Hindus z klasą w dobrej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski