Akcja na Eigerze

Jonathan Hemlock wydaje się niepozornym profesorem sztuki z dość sporą kolekcją dzieł sztuki. Mało kto wie, że jest płatnym zabójcą działającym na zlecenie organizacji wywiadowczej C-2. Przeszedł na emeryturę, ale organizacja wymusza na nim zabicie dwóch ludzi odpowiedzialnych za śmierć przyjaciela. Drugi zabójca ma uczestniczyć podczas wspinaczki na górę Eiger.

eiger1

Co by się stało, gdyby Clint Eastwood został agentem 007? Proponowano mu tą rolę w „Żyj i pozwól umrzeć”, ale uznano go za zbyt brutalnego. Clint jednak się nie zraził i zrobił własnego Bonda, bo tak należy odebrać film „Akcja na Eigerze”. Innymi słowy, to kino sensacyjno-szpiegowskie, które broni się głównie dzięki ironicznemu humorowi oraz intrygującemu punktowi wyjścia całej fabuły.  Jednak sama opowieść toczy się dość spokojnym torem, co nie znaczy, że nie brakuje emocji. Tych nie brakuje zarówno na samym początku (zabójstwo agenta) czy podczas pierwszego odwetu. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć także scenom przygotowań do wspinaczki oraz samego wejścia na górę, która wygląda imponująco. Wielu jednak może znużyć dość spokojne tempo jak na film sensacyjny czy przewidywalne zakończenie, jednak na plus trzeba pochwalić lekkość całej opowieści niepozbawionej dość gorzkiej refleksji na temat pracy rządowej. Zdjęcia trzymają klasę (zwłaszcza te górskie, ale też samo biuro siedziby C-2), a muzyka Johna Williamsa sprawnie buduje napięcie.

eiger2

Co do aktorów, trzeba przyznać, że Eastwood ma dobrą rękę. W roli głównej radzi sobie świetnie, choć trudno na początku uwierzyć, by był w stanie zagrać inteligenta. Ale kiedy wchodzi do akcji, to pytania znikają szybko – muszę mówić coś więcej? Poza nim jest kilka intrygujących postaci granych jak Ben Bowman (solidny George Kennedy) – stary przyjaciel oraz alpinista czy lekko ciotowaty wróg Miles Millough (Jack Cassidy), którzy ubarwiają całą opowieść.

eiger3

Solidne, choć troszkę za spokojne kino akcji, gdzie Eastwood próbuje bawić się historią. Lekka i bezpretensjonalna rozrywka, choć ciutkę się zestarzała, to jednak nadal trzyma fason.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Breezy

Poznajcie Breezy – młodą hipiskę, która włóczy się po Los Angeles z gitarą w ręku. Szuka swojego miejsca na ziemi, jest prosta i naiwna. Szukając miejsca do noclegu przypadkowo poznaje starszego pana Franka Harmona, który sprzedaje nieruchomości i jest samotnikiem. Mężczyzna pozwala jej tymczasowo zamieszkać i powoli coś zaczyna iskrzyć.

breezy1

Clint Eastwood odpuścił sobie zabijanie i schował colta, a nawet odpuścił pokazywania siebie przed kamerą, robiąc coś, o co mało kto go podejrzewał – nakręcił melodramat.  Wiem, wiem, przecież nakręcił kilka lat później „Co się wydarzyło w Madison County”, ale chyba przy swoim trzecim filmie zaskoczył najbardziej. Pozornie wydaje się kolejnym romansem młodej, dopiero wchodzącej w życie nastolatki z niemłodym mężczyzną, a takie relacje były mi już znane wcześniej (kojarzycie taki film „Miedzy słowami”?), jednak opowieść ta pozostaje wiarygodna, m.in. dzięki bardzo subtelnemu nastrojowi, dobrym dialogom oraz lirycznej muzyce i miejscami zachwycającym zdjęciom (plaża oraz widok na ocean – zachwyca nadal). A jednocześnie padają tutaj pytania o sens miłości, która w wieku średnim gaśnie i czy można wpuścić ją, gdy zapuka do drzwi.na to trzeba samemu odpowiedzieć. Może to jest lekka bajka, która jest troszkę naiwna i krzepiąca, ale Eastwood robi to z fasonem i klasą, a i emocji też nie brakuje.

breezy2

Swoje też robią świetnie dobrani aktorzy w głównych rolach. Kay Lenz w roli tytułowej sprawiać może wrażenie irytującej dziewczyny, której naiwność powaliłaby każdego. Czarująca dziewczyna, która przeszła wiele, ale nie daje się złamać czy wprawić w depresję. Niemal istna dobroć, ale nie przestaje być postacią z krwi i kości, która poszukuje swojego domu. Partneruje jej niezawodny William Holden, który idealnie pasuje do cynicznego i zgorzkniałego Franka, przyzwyczajonego do samotności. Powoli miedzy tą dwójką rodzi się nić porozumienia, a nawet coś więcej. Tylko że Frank boi się reakcji otoczenia jak zareaguje na taką relację i rodzi się pytanie – czy uda się przełamać wątpliwości i zaryzykować?

„Breezy” pozostaje mniej znanym, ale bardzo intrygującym romansem pokazującym inne oblicze Brudnego Harry’ego. Niegłupi, niepozbawiony liryzmu, ciepła oraz pewnej aury, która towarzyszy tego typu opowieściom. Pierwszy bardzo ważny film w karierze reżysera.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

 

Mściciel

Miasteczko Lago leży gdzieś na Dzikim Zachodzie, gdzie znajduje się dochodowa kopalnia złota. I właśnie tutaj przybywa tajemniczy jeździec znikąd, którego imię pozostaje do końca zagadką. Podczas drobnego spięcia zabija trzech ludzi, którzy mieli chronić kopalnię oraz miasteczko. Właściciel kopalni oraz burmistrz z szeryfem decydują się zatrudnić nieznajomego, by zabił trzech mężczyzn, którzy wyszli z więzienia i planują zemstę. W zamian za władze na miastem, rewolwerowiec zgadza się.

msciciel1

Po swoim debiucie Clint Eastwood nie odpuścił reżyserowania i postanowił się zmierzyć z gatunkiem, w którym czuł się naprawdę dobrze – westernem. Ale postanowił przeszczepić stylistykę spaghetti westernów i nadać jej odrobinę metafizyki, potęgowaną przez oniryczną muzykę. Pozornie tylko Lago wydaje się typowym miasteczkiem z szeryfem na pokładzie, hotelem, kościołem oraz damą do towarzystwa. Poza tym są Indianie oraz Meksykanie stanowiący mniejszość i są też tak traktowani. Jednak są to tylko pozory, gdyż mieszkańcy ukrywają bardzo mroczną tajemnicę związana z linczem oraz morderstwem, ale więcej wam nie powiem (i tak już powiedziałem za dużo). Całość jest bardzo mroczna, Eastwood obnaża hipokryzje oraz tchórzostwo mieszkańców, którzy niemal bez sprzeciwu zgadzają się na warunki nieznajomego (owszem, podejmują próbę zabicia go, ale dość nieudolną). Trzeba wygonić ludzi z hotelu, by miał gdzie mieszkać? No problem. Kolejka dla wszystkich? Świetnie. Rozebrać stodołę? Ekstra. Zgwałcić kobietę? Nie ma sprawy, on ma władzę, jest bezkarny.

msciciel2

W to wszystko zostaje wpleciona scena linczu, gdzie po raz pierwszy mamy okazję zobaczyć heroizm mieszkańców oraz to, jak honor, moralność i uczciwość są tylko i wyłącznie słowami, pozbawionymi jakiegokolwiek znaczenia. Finałowa konfrontacja z dominującą czerwienią, napisem HELL oraz bardzo gorzkim zakończeniem daje wiele dróg do interpretacji.

msciciel3

Kim jest tajemniczy rewolwerowiec grany przez niemal małomównego Clinta Eastwooda (skąd my znamy to wcielenie?)? Bezwzględnym i prymitywnym zabijaką? Aniołem sprawiedliwości? Głosem tłumionego przez mieszkańców sumienia? A może samym diabłem obnażającym hipokryzję? Pozostali aktorzy prezentują dobry poziom, jeśli chodzi o grę, jednak tak naprawdę zwracamy uwagę na Brudnego Eastwooda.

„Mściciel” jest znacznie lepszym filmem od debiutu, jednak osoby szukające dynamicznej akcji, strzelanin oraz zadymy mogą poczuć się lekko rozczarowani. Osoby szukające mniej konwencjonalnych westernów powinny znaleźć coś dla siebie. Nie wiem czy ten film oglądał Sergio Leone, ale mógłby być dumny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Zagraj dla mnie Misty

Poznajcie Dave’a – to przeciętny, choć przystojny facet pracujący jako radiowy disc jockey, gdzie przez pięć godzin gra dość spokojna muzykę jazzową. Kiedyś wyrywał laski na potęgę, ale to mu już przeszło. W barze, który służy mu za pocztę poznaje swoją fankę – Evelyn. Kobieta coraz bardziej chce być częścią życia naszego DJ-a, ale on traktuje jak jednorazową zdobycz. W dodatku chce wrócić do swojej byłej żony, co komuś się nie spodoba.

misty1

Rok 1971 był bardzo ważny dla Clinta Eastwooda. Po pierwsze, stworzył drugą ikoniczną postać – inspektora Harry’ego Callahana, zwanego Brudnym Harrym. Po drugie, zadebiutował jako reżyser, choć z dzisiejszej perspektywy to mniej znany film. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że jest to thriller o starciu mężczyzny z psychofanką. Problem w tym, że reżyser zbyt szybko rozwiewa wątpliwości, co do stanu psychicznego Evelyn (rozmowa z sąsiadem), a reszta jest dość mocno przewidywalna, jeśli chodzi o fabułę. Technicznie trudno się do czegoś przyczepić (zwłaszcza wybija się jazzowa muzyka), a kilka scen dzięki montażowi (szybka jazda bohatera przeplata ze scena niszczenia jego portretu) jest pewne napięcie oraz tempo. Jest to też pewne ostrzeżenie dla wszystkich macho – uważajcie, jaką kobietę podrywacie, o może was zaatakować nożem i nie tylko. Tylko pytanie co z tym fantem zrobić?

misty2

Film ten jest pamiętany, także dzięki Eastwoodowi próbującemu troszkę zmienić swój wizerunek twardziela oraz macho. Tutaj wydaje się troszkę bardziej romantykiem, walczącym ze swoją żądzą, ale wydaje się mocny tylko w gębie bez swojego Magnum .44. ale i bez broni jest w stanie rozwiązać swoje problemy za pomocą siły. Problemem była dla mnie Jessica Walter jako Evelyn – dla mnie była troszkę za teatralna i szybko można było odkryć co jest z nią nie tak. Na bazie kontrastu obsadzono Donnę Mills jako byłą żonę, Tobie (tą dobrą). Jeszcze można zwrócić uwagę na wyluzowanego Ala (James McEichin), który jest kolegą z radia.

misty3

Z dzisiejszej perspektywy, debiut Eastwooda jest dopiero raczkowaniem faceta, którego następne filmy miały dopiero zmiażdżyć widownię. Poza muzyką oraz samym Clintem, którego nigdy dość, nie ma tutaj zbyt wiele do zaoferowania. Zaledwie niezłe.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Wojna Charliego Wilsona

To były prawdziwe zdarzenia. Były one wspaniałe i zmieniły świat, ale końcówkę oczywiście spieprzyliśmy.

Być może to, co zobaczycie zabrzmi nieprawdopodobnie, ale działo się naprawdę. Charles Wilson był teksańskim kongresmenem, który miał spore znajomości i dwie poważne słabości – alkohol i młode kobiety. Pod wpływem przypadkowego impulsu (wiadomości w telewizji) dowiaduje się o wydarzeniach w Afganistanie. Polityk postanawia podjąć działania (jako członek Podkomisji Obrony może zwiększyć budżet na tajne operacje), w czym pomaga mu poważana bywalczyni salonów oraz doświadczony agent CIA. We trójkę dokonują karkołomnych operacji, by pogonić Sowietów z Afganistanu.

charlie_wilson1

Jak się miało okazja, ta dość pokręcona komedia polityczna była ostatnim filmem nakręconym przez zmarłego w tym roku Mike’a Nicholsa. Facet z pewnym dystansem i humorem opowiada historię tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwa. Nie brakuje tutaj dowcipnych dialogów (autorem scenariusza był Aaron Sorkin, który ma nosa do fabuł oraz dialogów – ci, co widzieli „Ludzi honoru”, „The Social Network” czy „Newsroom” wiedzą o czym mówię), oglądałem ten film ze zdumieniem i niedowierzaniem. Ponieważ polityków pokazuje się jako skorumpowanych bydlaków albo kompletnych idiotów. Nichols pokazuje mechanikę władzy, jednak trudno mi uwierzyć, że to można było tak łatwo to załatwić. Ale zakończenie jest bardzo gorzkie, pokazujące zatrzymanie się w pół drogi oraz krótkowzroczność polityki USA. Jak możliwe, ze takie mocarstwo potrafi rządzić tak idiotycznie? Plusem są wiernie odtworzone realia lat 80-tych (muzyka, scenografia, kostiumy i fryzury), dowcipne i niepozbawione ironii dialogi oraz solidna realizacja. Może się nie podobać propagandowy charakter (Amerykanie są ok, Ruscy nie), ale mocne wrażenie robi wizyta w obozie uchodźców – takich rzeczy się nie da wymazać.

charlie_wilson3

Od strony aktorskiej prezentuje się film naprawdę dobrze. Pozytywnie zaskakuje Tom Hanks w nietypowej dla siebie roli polityka-imprezowicza. Ale jak się okazuje ten facet ma zasady i zawsze dotrzymuje składanego słowa, co świadczy o pewnej klasie. A że lubi wypić szkocką oraz otaczać się pięknymi kobietami – jako singlowi mu wolno. Mniej mi się podobała Julia Roberts (ze szczególnym uwzględnieniem fryzur), która jest mniej wyrazista jako religijna oraz mająca spore wpływy bywalczyni salonów. Ale i tak obojgu aktorom szoł ukradł wyborny Philip Seymour Hoffman jako cyniczny i doświadczony agent CIA Avrakatos. Ma najlepsze teksty, niejasną motywację swoich działań i swoją obecnością rozsadza po prostu ekran. Tak potrafią wielcy aktorzy, prawda?

charlie_wilson2

Nichols pożegnał się z kinem w moim zdaniem dobrym stylu. Wielu może uznać, ze ta produkcja jest zbyt lekka jak na tematykę, ale ma dość wywrotowe przesłanie i kilka mocnych kwestii dających do myślenia. Ci dzielni Amerykanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Bliżej

W Londynie poznajemy czwórkę postaci, których losy się połącza i będą przeplatać. Dwoje Amerykanów i dwoje Anglików. Zaczyna się wszystko od wypadku – ona Alice wpada pod auto, on Dan odwozi ją do szpitala. Parę lat później Dan poznaję fotografkę Annę, która robi mu zdjęcia do okładki jego powieści. Potem mężczyzna „umawia” ja przez Internet z przystojnym lekarzem Larrym. I tak ten czworokąt będzie się zmieniał na przestrzeni lat.

blizej1

Mike Nichols wiele razy udowadniał, że analiza uczuć i emocji jest jego mocną stroną. Tym razem wsparł się sztuką teatralną Patricka Marbera, by opowiedzieć o ludziach miotających się i szukających tego, czego człowiek szuka od zawsze – miłości. A czymże jest ta miłość? Skażona kłamstwem, zdradą, zboczeniem, brakiem stałości, gdzie nasi bohaterowie gubią się, odbijając jak piłeczki we flipperze. W dodatku reżyser ciągle miesza chronologię – przesuwa akcję do przodu, by potem nagle się cofnąć (nie dając nam żadnych wskazówek), jednak nie wywołuje to żadnego chaosu. A gdzie w tym wszystkim jest prawda? Nikogo ona nie obchodzi, a kiedy w końcu ją dostają – wywołuje ona upokorzenie i ból. W to wszystko jeszcze zostają wplecione inteligentne dialogi i pozorny emocjonalnie chłód, który nadaje postaciom odrobiny tragicznego rysu. Dobitnie to słychać w będącej klamrą piosence Damiena Rice’a „Blower’s Daughter”. Jesteśmy brutalnymi świadkami upadku wszystkich tych ważnych wartości – miłości, lojalności, zaufania.

blizej2

W dodatku całość jest naprawdę dobrze poprowadzona przez aktorski kwartet. Dobrze poradziła sobie Julia Roberts i Jude Law. Ona wydaje się silna i twardą kobietą, która pozwala sobie na flirt w pracy, potem wychodzi za mąż, ale nadal nie przestaje kochać swojego kochanka. On jest niespełnionym pisarzem i wydaje się być człowiekiem, który chce wszystkiego, czyli niczego niczego konkretnego. Chwiejny i niezdecydowany. Ale szoł ukradła dwójka aktorów grająca bardziej złożone postacie, mianowicie znakomita Natalie Portman (striptizerka Alice) i wyborny Clive Owen (lekarz Larry). Ona jest najtrudniejsza do rozgryzienia – wydaje się niewinna, ale swoją niewinność straciła dawno i potrafi być bardziej wyrachowana i zimna niż niejeden facet. On wulgarny, niemal prymitywny, nawet w pracy szukający mocnych seksualnie doznań, ale nie ukrywający swojej natury. To ich sceny oraz dialogi wybrzmiewają najmocniej.

blizej3

Nichols przypomina dość brutalną prawdę, że wszystko potrafi być piękne, dopóki człowiek nie spotka drugiego człowieka. Wtedy nakładamy więcej masek niż aktorzy w teatrze i ciągle pojawia się jedno pytanie: dlaczego musimy sobie komplikować sprawy, które wydaja się proste i jasne. Sam nie wiem, a może nie chce tego wiedzieć?

blizej4

8/10

Radosław Ostrowski

American Gangster

Amerykanie kochają swoich gangsterów do tego stopnia, że mają oni swoją legendę i mit. Był don Corleone, Tony Montana, Henry Hill, John Dillinger czy Al Capone. Do tego grona postanowił dołączyć Frank Lucas, który na początku lat 70. handlował heroiną, która była czystym towarem – bez brudu, zanieczyszczeń itp. O jego opowieści, a także o tropiącym go gliniarzu Richie Robertsie opowiada film Ridleya Scotta.

american_gangster2

Pozornie film wydaje się zlepkiem klisz z opowieści gangsterskich i policyjnych. Z jednej strony mamy wzlot i upadek gangstera, który traktuje swoją profesję jako biznes, jest pragmatyczny oraz stara się zachować niezależność („Człowiek z blizna”, „Chłopcy z ferajny”), z drugiej mamy uczciwego policjanta na czele oddziału antynarkotykowego („Serpico”, „Nietykalni”). Scott opowiada tą historię z perspektywy tej dwójki, która chce na własny sposób spełnić amerykański sen. Dla Lucasa snem jest władza, niezależność oraz szacunek, dla Roberta jest to uczciwość i prawo. Osadzenie tego w realiach lat 70. (świetne stroje, scenografia oraz muzyka z epoki), nadaje pewnego ciekawego posmaku. Nie brakuje tu zarówno scen akcji (dostarczenie pozwu, nalot na kryjówkę Lucasa czy próba zamachu), które trzymają w napięciu i tworzą, choć przez większość wydarzeń pozornie nie dzieję się nic. Obserwacja, inwigilacja, korupcja, mafia, rodzina – ten kolaż broni się świetnie, nie brakuje kilku dobrych dialogów oraz znakomitych scen. Można się na siłę przyczepić, że nie ma tutaj niczego nowego, a zakończenie jest troszkę rozciągnięte, jednak jest to rozrywka z najwyższej półki.

american_gangster1

Największym atutem jest jednak znakomity duet antagonistów. Denzel Washington w roli czarnego charakteru to rzadkość, a jago gangster Frank Lucas jest po prostu bezbłędny. Nie pozbawiony sprytu i inteligencji, traktuje swoją profesję jak człowiek interesu. Facet dba o swoją rodzinę (pomaga im i wykorzystuje do swojego procederu), ale potrafi też być brutalny i bezwzględny (zabicie Tango na ulicy). Rasowy mafiozo. Na podobnym poziomie gra Russell Crowe, który wydaje się tym dobrym gliniarzem z mocnym kręgosłupem moralnym. Jego nie można kupić ani złamać, dociekliwy i konsekwentnie dążący do celu, jednak życie prywatne to rozsypka – nieudane małżeństwo, przypadkowe kobiety. Oglądanie starcia tej dwójki sprawia wielką frajdę, aż trudno mi było kibicować tylko jednej stronie. Poza tym duetem jest też dość mocny drugi plan, gdzie przewija się m.in. Josh Brolin (skorumpowany detektyw Trupo), dawno nie widziany Armand Assante (don Cattano) czy John Hawkes (detektyw Speerman).

american_gangster3

Scott sięga po tradycję kina gangsterskiego i gwarantuje naprawdę świetną rozrywkę. Chciałoby się rzec, że takich gangsterów już nie ma. I takiego kina też nie. Stylowe kino sensacyjna na wysokim poziomie, nawet bardzo wysokim.

8/10

Radosław Ostrowski

Dowcip

Profesor Vivian Bearing jest wykładowcą akademickim specjalizującym się w barokowej poezji. Prowadziła dość spokojne życie, ale stan zdrowia pogarsza się. Trafia w końcu do szpitala, gdzie diagnoza zostaje postawiona szybko: zaawansowany rak jajników. Choć szansy na wyzdrowienie nie ma żadnych, otrzymuje ostrą chemioterapię.

dowcip1

Po wpadce, jaka był film „Z Księżyca spadłeś?” Mike Nichols postanowił odnaleźć swoją zgubioną formę podczas pracy dla telewizji. A że padło na HBO, efekt przerósł chyba największe oczekiwania. Sam film jest wykładem, pokazujący powolne umieranie, gdzie ani leki, ani terapia, ani nawet intelektualna próba przełknięcia tej sytuacji nie są w stanie pomóc. Sonety Jonna Donne’a, w których specjalizuje się nasza bohaterka dodają bardzo interesującej refleksji na temat śmierci, stanowiąc pewną wartość dodaną. W ślad za mocną treścią, która potrafi poruszyć i zmusić do refleksji, idzie niemal ascetyczna forma – bardzo stonowane przestrzenie szpitalne, retrospektywy mieszające się z pobytem w szpitalu (m.in. znakomita scena, gdy bohaterka wyobraża siebie na wykładzie, a wtedy przychodzi pielęgniarka zabrać ją na badania), równie stonowana muzyka będąca kompilacją dzieł klasycznych.

dowcip2

Przy okazji Nichols pokazuje stosunek lekarzy i badaczy wobec naszej pacjentki, traktując ją niemal jako królika doświadczalnego („wielki obchód”), niemal ignorując jej cierpienie i ból. Jedyną osoba, która próbuje nawiązać emocjonalny i bliższy kontakt jest pielęgniarka. Nic dziwnego, że film jest pokazywany w szkołach medycznych, by pokazać jak nie powinni zachowywać się lekarze.

dowcip3

Jednak największym atutem poza świetna reżyserią i bezbłędną warstwą techniczną (i scenariuszową) jest wybitna kreacja Emmy Thompson, która zwraca się niemal bezpośrednio do kamery, zwierzając się ze swoich obaw i lęków. Powoli dostrzegamy jak pewna siebie i twarda kobieta dokonuje ostatecznego bilansu, godząc się ze śmiercią, widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Pozostali aktorzy (m.in. Christopher Lloyd, Aurora MacDonald czy Jonathan Woodward) robią przy niej za tło, co potrafią zrobić tylko wielcy.

Tak udanego filmu Nichols nie zrobił chyba od czasów swojego debiutu. Mocne, inteligentne, ale także poruszające i refleksyjne kino. Co z tego, ze na mały ekran skierowany?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Z Księżyca spadłeś?

Wiele mil kosmicznych stąd znajduje się planeta, gdzie mieszkają sami mężczyźni. Ich narządy rozrodcze są strasznie małe, więc rozmnażają się przez klonowanie. Wódz Grayston wysyła swojego najlepszego agenta, by przybył na Ziemię i zapłodnił jedną z kobiet, by dokonać podboju. Ale nie jest to takie proste jak się wydaje.

z_ksiezyca1

Mike Nichols zaczął nowy wiek od filmu, który odniósł kasową porażkę. Z czego to wynika? Być może z faktu, ze scenariusz napisało czterech kolesi (powszechnie wiadomo, ze gdy jest więcej niż dwóch scenarzystów, efekt jest zazwyczaj słaby). Sam humor oparty na seksie jest, niestety dość niskich lotów, choć taka metoda podboju i ubranie tego w komediowe szatki wydawało się całkiem niezłym pomysłem. Tylko, że sama opowieść jest mało wciągająca, podejście naszego agenta (nazwiskiem Harold Anderson) jest zaskakująco naiwne i na początku jest to nawet zabawne. Jednak świszczący penis to nie jest zbyt fajna rzecz, a parę wątków (praca w banku, agent lotniczy tropiący naszego bohatera) nie do końca kleją się w całość. Jest parę niezłych gagów (nieudany seks), a i aktorzy też dają sobie radę (m.in. Annette Bening, Ben Kingsley, John Goodman czy grający główną rolę Garry Shamling).

z_ksiezyca3

Nie będę was jednak dłużej oszukiwał. Jako komedia jest nieśmieszna, choć punkt wyjścia był naprawdę ciekawy. Niestety, to najsłabszy film  karierze Nicholsa, który jest kompletną stratą czasu. Unikać jak kosmitę, chyba że jesteście nawaleni.

4/10

Radosław Ostrowski

Barwy kampanii

Henry Burton jest wnukiem legendarnego działacza społecznego, który włącza się do kampanii prezydenckiej gubernatora Jack Stantona – polityka wzbudzającego dość spore zaufanie. Jednak droga będzie wyboista i to nie tylko z powodu konkurentów, ale też słabostek prezydenta oraz ambicji jego żony.

barwy_kampanii4

Politycznych satyr, które nie pozostawiają na rządzących suchej nitki powstało mnóstwo, a same mechanizmy władzy wywołują raczej obrzydzenie i niechęć (kto oglądał „Idy marcowe” czy „House of Cards” wie o co chodzi), z tego powodu wiele starszych produkcji wydaje się dość archaicznych. Czy film Mike’a Nicholsa, który jest jawną aluzja do kampanii prezydenckiej Billa Clintona nie opowiada niczego, co bym nie wiedział – „Polityka to tarzanie się w błocie i każdy się musi ubrudzić” (Kazik Staszewski). Podczas kampanii wychodzi na jaw małostkowość ludzi, którzy marzą tylko o jednym celu – mieć władzę, tylko i wyłącznie, czasami po trupach (próba kompromitacji senatora Harrisa zakończona… śpiączką czy szukanie materiałów na kryształowego niemal Pickera), zdrady wewnątrz sztabu (afera z fryzjerką oraz spreparowanie rozmów przez jednego z członków sztabu) oraz gładkich słówek wygłaszanych dla wyborców. Moralność i uczciwość już dawno odeszły, wykorzystywana przez doświadczonych wyjadaczy. Owszem, bywają lekkie nudne momenty (zwłaszcza między jednym a drugim wiecem), jednak nie brakuje też ironicznego humoru (wykrycie zdrady, gdzie o mało nie dochodzi do odstrzelenia jaj) oraz gorzkich refleksji. Nie ma się do czego przyczepić, ale też niespecjalnie porywa jako całość.

barwy_kampanii1

Jeśli coś w filmie Nicholsa się sprawdza, to jest to naprawdę świetna obsada. Zaskakująco dobrze wypada tutaj John Travolta, który jest mocno stylizowany na Clintona. Stanton sprawia wrażenie wiarygodnego i przekonującego mówcę (świetna scena w stoczni), który wie jak przykuć uwagę, z odrobiną charyzmy. Partneruje mu w tym równie mocna Emma Thompson, która jest bardziej bezwzględna w dążeniu do celu od męża. Także grający główną rolę Adrian Lester w roli młodego i naiwnego Burtona radzi sobie naprawdę dobrze. Ale i tak szoł skradli niezawodni na drugim planie Billy Bob Thornton (doświadczony szef kampanii Richard Jemmons) oraz Kathy Bates (trzymająca mocny kręgosłup moralny Libby Holden).

barwy_kampanii2

Sam film wyszedł jako więcej niż przyzwoitą satyrą polityczną, choć nie zaskakującą niczym nowym. chyba w tym temacie nie da się już niczego nowego w tym temacie. Za to można pokazać zawsze intrygujące moralne dylematy.

barwy_kampanii3

7/10

Radosław Ostrowski