Lista Schindlera

O wojnie, zwłaszcza II wojnie światowej powstało multum filmów i nadal powstaje. Dlaczego mimo lat pozostaje źródłem inspiracji i niezwykłych historii? Nie mam pojęcia, choć ciągle jest historia zaskakująca, mało znana, ale warta uwagi. Czymś takim została historia Oskara Schindlera – niemieckiego przedsiębiorca, który ocalił życie ponad tysiąca Żydów. Ale kiedy za taka opowieść biorą się Amerykanie – zawsze jest ryzyko, że to spieprzą. Zatrudnienie Stevena Spielberga nie uspokajało, bo jego poprzednie „poważniejsze” filmy spotkały się z moją dezaprobatą.

lista_schindlera1

Tym razem efekt okazał się kompletnie zaskakujący i na pewno jest zrobiony z większym rozmachem niż „Pianista” Polańskiego – również bardzo dobry film. Pierwsze, co uderza to stawianie na realizm – reżyser nie boi się pokazać krwi, egzekucji i przemocy bez hollywoodzkich ozdobników, co najdobitniej pokazał w scenie likwidacji żydowskiego getta oraz paleniu zwłok na Chujowej Górce (autentyczna nazwa), które do dzisiaj robią porażające wrażenie. Choć jest do dość skrótowo pokazana historia, jest ona bardzo spójna, poruszająca i fantastycznie poprowadzona. Udało się zachować realia życia w getcie, skontrastowane z dość hedonistycznym życiem Schindlera, lubiącego luksus, szampana i dziewczyn.

A jednocześnie nadal wyczuwalna jest atmosfera zagrożenia życia, zwłaszcza gdy trafiają do obozu w Płaszowie, kierowanym przez demonicznego Amona Gotha. Tu życie zależy od… w zasadzie nie wiadomo od czego, a śmierć staje się czymś normalnym. Konfrontacja i starcie pragmatycznego Schindlera z Gothem jest esencją tego filmu, który jest nie tylko hołdem dla zmarłych Żydów oraz ludzi pomagającym im, ale też wielkim humanistycznym dziełem. Całość okraszona jest fantastycznymi, czarno-białymi zdjęciami Janusza Kamińskiego (od tej pory stałego operatora Spielberga) oraz kapitalną muzyką Johna Williamsa, także scenografia budująca autentyzm miejsca oraz montaż do dzisiaj robią wrażenie.

lista_schindlera2

Jednak to wszystko nie miałoby tak wielkiej siły wrażenie, gdyby nie znakomite aktorstwo. Dla Liama Neesona Schindler stał się rolą życia. Bardzo subtelnie pokazał kogoś, kogo można nazwać dobrym Niemcem. Choć na początku Schindler jest dość pragmatycznym biznesmenem (zatrudnia Żydów do swojej fabryki, bo są tani), powoli dochodzi do stopniowej przemiany bohatera dostrzegającego brutalną rzeczywistość – przełomem staje się likwidacja getta. Wtedy mężczyzna decyduje się oszukać swoich pobratymców i za pomocą łapówek ratować ludzi. Jego przeciwieństwem jest Amon Goth (brawurowy Ralph Fiennes) – powiedzieć o nim, że to skurwysyn to tak jakby wywnioskować, że łysy nie potrzebuje grzebienia. To po prostu bydlak tak skażony ideologią, że aż tłumi swoje uczucia wobec swojej gospodyni Żydówki. A zabijanie innych sprawia mu po prostu przyjemność, co we mnie wzbudziło odrazę. Jest jeszcze trzeci gracz, czyli Izaak Stern (niezawodny Ben Kingsley) – nie pozbawiony sprytu i spierający swoich ludzi księgowy. Tych trzech panów zawłaszczyło ten film. Warto tez wspomnieć, że w epizodach pojawiają się polscy aktorzy tacy jak Henryk Bista (jednoręki pan Lowenstein), Jerzy Nowak (Fischel Friehof) czy Andrzej Seweryn (Julian Scherner) i nie zawodzą.

lista_schindlera3

Mało kto się spodziewał, ze Spielberg nakręci tak niezwykły, poruszający i rozbrajający film. Można śmiało zaryzykować, ze to jeden z najlepszych filmów w dorobku tego reżysera. I nie tylko dlatego, że wygrał ceremonię Oscarów za rok 1993. Ambitne, głęboko humanistyczne i pełne wiary w ludzi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niezniszczalni

Tytułowi Niezniszczalni to grupa najemników. A jak powszechnie wiadomo najemnicy to goście,którzy zabijają za pieniądze. Grupą dowodzi niejaki Barney Ross, a jej członkami są: nożownik Lee Christmas, karateka Yin Yang, strzelec Gunnar Jensen oraz mięśniacy: Toll Road i Hail Caesar. Grupka dostaje kolejne zlecenie do wykonania: zabicie generała Garzy – dyktatora wysepki Vilena kontrolowanego przez byłego agenta CIA Jamesa Monroe.

niezniszczalni1

30 (mniej więcej) lat temu niejaki Sylvester Stallone – jeden z największych filmowych mięśniaków i twardzieli Hollywood wpadł na pomysł zrobienia filmu z etatowymi twardzielami czasów popularnych wtedy kaset VHS. Ale wtedy nie doszło do realizacji z dwóch powodów: strasznie napiętego kalendarza oraz rywalizacji Sylwka z Arnoldem Żelaznym. Ale w końcu udało się doprowadzić sprawę do końca w 2010 roku, kiedy to nastąpiła symboliczna zmiana warty, a napakowanych mięśniaków zastąpiły herlawe człopaczki pokroju Matta Damona (seria Bourne’a). Stallone nie tylko wymyślił historię i napisał jaki taki scenariusz, ale tez podjął się reżyserii tego cudeńka. Plan był prosty: miało być oldskulowo, w starym brutalnym stylu (i zero komputera) i z wielkimi gwiazdami lat 80. Co z tego wyszło?

niezniszczalni2

Po kolei: scenariusz jest tylko i wyłącznie pretekstem do pokazania kolejnych scen akcji (wielkie cztery rozróby, z czego największa to finałowa rozgrywka na wyspie w okolicy pałacu), gdzie poznajemy Niezniszczalnych, ich szczątkowe dylematy i sucharowe żarty (i tak śmieszne niż te z „Familiady”). Z kolei gdy dochodzi do walki bohaterowie używają wszelkich środków do zmniejszania populacji takich jak karabiny, pistolety, noże i pięści. Takiej brutalności nie powstydziliby się fani slasherów (ręce i głowy lecą), co w czasach zdominowanych przez kategorię PG-13 jest błogosławieństwem. I nie mam żadnych wątpliwości, ze wszystko zostało zrobione dzięki pomocy pirotechników i kaskaderów, choć komputer jest obecny w śladowych ilościach (ogień pod koniec). Psychologia jest mocno uproszczona, ale historia ma ręce i nogi. Nawet dylematy moralne są dość szybko rozwiązywane. Jedyna rzecz przeszkadzająca to zbyt chaotyczny montaż w scenach akcji przypominający trochę trylogię Bourne’a – kamera trochę gubi wątek i czasami nie widać kto komu co robi (najbardziej rzuca się to w scenie „rozpoznania”).

niezniszczalni3

Druga sprawa to obsada. Stallone zebrał parę znanych twarzy – w tym samego siebie – choć z tego pokolenia na pewno jest Dolph Lundgern (lekko szajbnięty Gunnar) i grający bad Guya zapomniany Eric Roberts. Młodsi Jet Li (w latach 80. popularny w Chinach) i Jason Statham świetnie uzupełniają ekipę, popisują się swoimi umiejętnościami, podobnie zapaśnik WWE Randy Coulture oraz Terry Crews. Jednak jedynym facetem, który pokazuje swój talent aktorski to grający byłego członka grupy Toola Mickey Rourke, który przyjmuje zlecenia. A scena, w której opowiada o „stracie duszy” naprawdę porusza.

niezniszczalni4

Do historii przeszła słynna scena w kościele, gdzie dochodzi do przyjęcia zlecenia. Tam Stallone, Bruce Willis (Church) i Arnold Schwarzenegger przerzucają się autoironicznymi tekstami, choć bardziej chcielibyśmy zobaczyć ich w akcji. Ale jedno trzeba przyznać „Niezniszczalnym”: to surowe, bezkompromisowe kino, choć nie pozbawione wad. Na szczęście zostały one poprawione w „dwójce”, ale o tym innym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Good Morning, Vietnam

Jest rok 1965. Wojna w Wietnamie już trwa, ale żołnierze czują się wystarczająco przygnębieni. Do Sajgonu przybywa nowy prezenter radiowy, szeregowiec Adrian Cronauer, który będzie prowadził poranną i popołudniową audycję. Zdobywa sympatię żołnierzy dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu – puszczanie „zakazanego” rock’n’rolla, nabija się ze wszystkiego i zdarza mu się przekazać ocenzurowane wiadomości, co znacznie nie podoba się jego przełożonym.

vietnam1

O Wietnamie powstała cała armia filmów, które podejmowały ten temat na poważnie („Full Metal Jacket”, „Pluton”, „Czas Apokalipsy”), inne wykorzystywały en wątek jako tło wydarzeń (mroczna „Drabina Jakubowa” czy akcyjniak „Uniwersalny żołnierz”). Nie zabrakło też humorystycznego spojrzenia na walkę z osobnikami nazywanymi Żółtkami. I właśnie ten nurt reprezentuje klasyk Barry’ego Levinsona z 1987 roku. Ale czy może być inaczej, jeśli poznajemy tą opowieść z perspektywy radiowca, w dodatku opartą na faktach? Reżyser sprytnie ogrywa obraz wojny, nie pokazując przez większość czasu ekranowego walki i krwi. Co za to widzimy? Dzień zwyczajny w Sajgonie, żołnierzy czyszczących broń czy jadących do swoich baz, gdzie zaczyna panować atmosfera lekkiej beztroski oraz samych Wietnamczyków. Wszystko to okraszone świetna muzyką z tego okresu oraz naszprycowaną żartami pozbawionymi ducha poprawności politycznej (przemontowany wywiad z Nixonem, gdzie były wiceprezydent opowiada m.in. o swoim pożyciu).

vietnam2

Punktem kulminacyjnym całego filmu jest wysadzenie baru w powietrze, którego świadkiem jest Cronanuer. To jeden z momentów przypominających o powadze miejsca i ze wojna to nie jest zabawa, choć cenzura wojskowa nie pozwala o tym mówić. I choć dalej nie brakuje humoru, od tej pory film staje się poważniejszą opowieścią pokazującą bezsens wojny i jej głupotę (cenzurowane wiadomości). Sami Wietnamczycy czują się z tym różnie (wizyta w wiosce), a przyjaźń Adriana z pewnym chłopakiem może kosztować jego karierę. Ale chyba ostatecznie udaje się zyskać sympatię miejscowych. Symbolizuje to scena wspólnej gry w softball Wietnamczyków z Amerykanami (piłki zastąpiono dużymi owocami), co pozwala na małą nadzieję.

vietnam3

Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film nie miałby takiej siły ognia, gdyby nie kapitalna kreacja Robina Williamsa, który po prostu rozsadza ekran swoją osobą. Gdy Cronauer siada za mikrofonem, staje się wielkim wulkanem energii i źródłem nieprawdopodobnej siły komizmu. Strzela żartami jak Rambo z karabinu, a jego talent parodystyczny jest nieosiągalny dla wielu komików. W dodatku jest to bardzo niepokornym buntownikiem, dla którego dyscyplina, regulaminy po prostu nie istnieją. Widać to też w jego bardzo swobodnym stroju. Ale to jednocześnie uczciwie podchodzący do sprawy facet, traktujący wszystkich równo i z otwartością (lekcje z Wietnamczykami – bezbłędne). Wielu chyba by chciało mieć takich niezawodnych kolegów w pracy. Reszta obsady, choć świetna (z Forrestem Whitakerem na czele) robi tak naprawdę za tło dla Williamsa i jego szalonej kanonady.

Jeśli jeszcze nie namierzyliście tej stacji, zapamiętajcie – „Good Morning, Vietnam”. Fantastyczna tragikomedia będąca one man show Williamsa, który ukradł ten film wszystkim. Kiedy ostatnio tak się śmialiście do rozpuku?

8/10

Radosław Ostrowski

Park Jurajski

Tytułowy park należy do dość ekscentrycznego milionera Johna Hammonda, a w nim może zwiedzać dinozaury. Co z tego, że wyginęły? Za pomocą umieszczonych w bursztynach komarach z krwią gadów, genetyka jest w stanie zrobić cuda. Ale park musi być bezpieczny i w celu sprawdzenia bezpieczeństwa zostają wysłani na wyspę Isala Nubla naukowcy: Alan Grant, Ellie Sattler i Ian Malcolm. W tym czasie na wyspę przybywają wnuki Hammonda, a jeden z pracowników zamierza wykraść DNA dinozaurów. Żeby jednak było więcej atrakcji zbliża się burza deszczowa.

park_jurajski1

Spielberg znów w służbie komercji i dobrej zabawy. Tym razem przeniósł na ekran bestsellerową powieść Michaela Crichtona i zaserwował nam żywe dinozaury. Poza tym jest to tak naprawdę rasowy thriller, który nie wyróżnia się niczym innym od reszty. Przeraża w dość sprawdzony i skuteczny sposób, skręcając niemal w stronę horroru (pierwszy atak dinozaura, gdzie najpierw widzimy dzieło zagłady stwora, a dopiero potem jego samego). Osadzenie akcji w opuszczonej wyspie, w czasie burzy (jedna noc i dwa dni) tylko potęguje atmosferę osaczenia, zaś działa chciwego komputerowca tylko bardziej nakręcają spirale wydarzeń. I nie brakuje tutaj krwi, choć nie jest to brutalny shasher. A mimo lat, dinozaury prezentują się naprawdę okazale i imponująco, zaś scena zobaczenia pierwszego dinozaura nadal robi wrażenie. Jednak problem polega na tym, że Spielberg gra znaczonymi kartami i nie robi już takiego wrażenia jak w dniu premiery. To solidne kino, gwarantuje całkiem przyzwoitą zabawę.

park_jurajski3

Swoje też robią naprawdę trzymający fason aktorzy. Sprawdza się tutaj zwłaszcza Sam Neill, czyli dr Grant. Niepozbawiony sprytu, trochę zachowawczy, a strojem budzi skojarzenia z samym Indianą Jonesem. Razem z Laurą Dern (dr Sattler) tworzy naprawdę mocny duet, choć razem nie pojawiają się zbyt często. Kontrapunktem dla nich jest matematyk dr Malcolm (świetny Jeff Goldblum), którego sceptycyzm i zdrowy rozsądek mocno kontrastuje z jego poczuciem humoru oraz wyglądem luzaka.

park_jurajski2

Jednak z całej obsady chyba najbardziej w pamięci utkwił John Hammond poprowadzony przez nieżyjącego już Richarda Attenborough – to ekscentryczny przedsiębiorca, który sprawia wrażenie serdecznego i sympatycznego staruszka, dbającego mocno o swój biznes. Ale jak każdy człowiek bawiący się w Pana Boga, musi ponieść karę za swoją pychę. Bo jak wiadomo – „natura zawsze znajdzie sposób”.

To nie jest najlepszy film w dorobku Spielberga, ale mimo upływu lat pozostaje kawałkiem dobrej rozrywki z dinozaurami w rolach głównych. Czego o ciągu dalszym nie da się powiedzieć, ale to temat na inną opowieść.

7/10

Radosław Ostrowski

Dobry człowiek

John Halder pracuje jako wykładowca akademicki w ogarniętych nazizmem Niemczech. I nagle dostaje wezwanie do Kancelarii Rzeszy, a to wszystko przez napisaną wiele lat temu powieści, w której wypowiedział się w sprawie eutanazji. Dostaje propozycję napisania artykułu na ten temat. Pozornie ten drobny ruch zmienia jego życie na zawsze, otwierając mu drogę do awansu. Ale na tym może ucierpieć jego przyjaźń z Żydem Mauricem.

good1

Adaptacja sztuki C.P. Taylora dokonana przez Vicente’a Amorina sięga po sprawdzony już temat człowieka uwikłanego w ideologię nazistowską. Czyli mamy moralne dylematy, pozornie bezpieczne kompromisy, tylko cena jest trochę za wysoka. Paranoja jest tutaj symbolizowana przez muzyczne omamy bohatera oraz jego rodzinę – matkę z demencją i chorą psychicznie żonę. Nawet nie o to chodzi, że film jest wtórny, ale historia jest mało wciągająca. Realizacja dość kameralna, przypominająca bardziej teatr telewizji (dialogi, na ekranie zazwyczaj dwie, trzy osoby), a wnioski wydają się oczywiste od samego początku. Bo nie trzeba być tylko dobrym człowiekiem, ale za wszelką cenę zachować swoje przekonania, bo może być za późno, gdy się przejrzy na oczy. Tylko, że ja to wszystko wiem i nie jest to dla mnie nic nowego. Dlatego dylematy naszego „dobrego” (niezawodny Viggo Mortensen) nie angażują do samego końca.

good2

Mimo to całość ogląda się naprawdę nieźle, także dzięki dobrym rolom Jasona Isaacsa (Maurice) i Jodie Whittaker (zapatrzona w nazizm Anne), jednak ja liczyłem na coś więcej. A tak mamy kolejne, teatralne kino. Szkoda.

good3

6/10

Radosław Ostrowski


Hook

Kim jest Piotruś Pan? To pytanie retoryczne. Chłopiec, który nie chciał dorosnąć, mieszkał w Nibylandii i walczył z kapitanem Hakiem. A wyobraźmy sobie taką sytuację, że Piotruś Pan dorósł, ma dzieci i mieszka w USA. Poznajcie Petera Banninga – prawnika, który ma dwójkę dzieci. Zaniedbuje trochę syna i ma dobre relacje z córką, ale jest strasznie zapracowany. Ale kiedy jego dzieci zostaną porwane przez kapitana Haka, początkowo Peter traktuje to jak żart, jednak pojawienie się wróżki Dzwoneczka zmusza go do weryfikacji swoich myśli oraz podjęcia konfrontacji z Hakiem. Tylko jak tego dokonać?

hook1

Steven Spielberg postanowił zrobić własną wersję historii o Piotrusiu Panie. W zasadzie jest to film przygodowy skierowany do naprawdę szerokiego grona odbiorców. A co tam się dzieje? Poza walką dobra ze złem, jest tutaj jeszcze większa konfrontacja – o rodzinę, odnalezienie w sobie dziecka, co w świecie pełnym pośpiechu i zapracowania jest naprawdę trudne. Ale jak to w baśniach i bajkach bywa – wszyscy dostajemy drugą szansę. Reżyser bardzo sprytnie ogrywa wszelkie chwyty kina przygodowego i klasycznej baśni – Nibylandia wygląda tutaj naprawdę bajkowo, piraci są piratami, czyli obdartymi, trochę brudnymi i nieogolonymi facetami. No i są Zagubieni Chłopcy, czyli nigdy nie dorastające dzieciaki walczące z piratami – niewinne, bawiące się i używający swojej wyobraźni.

hook2

Nie mogło też zabraknąć humoru, przeplatanego w scenach akcji jak finałowa konfrontacja z Hakiem, gdzie użyty jest karabin strzelający kurzymi jajami czy podczas pierwszego spotkania Petera z Zagubionymi Chłopcami. Same sceny akcji są poprowadzone z energią oraz naprawdę szybkim tempem, w czym pomaga zarówno świetna praca operatora Deana Cundeya (kontrast między Nibylandią a mroźnym Londynem) jak i kapitalna muzyka Johna Williamsa, które posiadają tą magię potrzebną przy tego typu produkcjach. A sama historia Piotrusia Pana mocno trzyma się i wciąga do samego finału, ciekawe co by na to powiedział James Barrie.

hook3

Jednak ten film nie udałby się tak bardzo, gdyby nie fantastyczne kreacje. Zarówno dzieciaki (ze świetnym Dante Biasco jako niepokornym Rufio czy Charliem Korsmo w roli Jacka, syna Petera) jak i ci bardziej doświadczeni aktorzy poradzili sobie bezbłędnie. Ale tak naprawdę film zawłaszczyli sobie dwaj panowie. Robin Williams w roli dorosłego Piotrusia Pana jest po prostu wyborny, a jego dość powolna transformacja oraz odnajdywanie wewnętrznego dziecka jest bardzo przekonująca. A moment, gdy przelatuje nad Nibylandią jest po prostu piękna. Ale kim byłby Piotruś Pan bez kapitana Haka, brawurowo poprowadzonego przez Dustina Hoffmana. Charyzmatyczny, demoniczny, trochę na granicy przerysowania, ale nie popadający ani w przesadę ani w groteskę. Ale jednocześnie jest znużony czekaniem na ostateczną rozgrywkę miedzy sobą a Piotrusiem (próba samobójcza). Drugi plan to zdecydowanie nieodżałowany Bob Hoskins, czyli oddany i trochę komiczny Smee.

hook5

„Hook” nie spotkał się z życzliwym przyjęciem krytyków, ale widownia waliła nogami do kin. I znowu udało się Spielbergowi zrobić ocierający się o geniusz film familijny, idealnie skrojony dla wszystkich i jednocześnie z  sercem i ciepłem tak charakterystycznym dla tego twórcy.

hook4

8/10

Radosław Ostrowski


Indiana Jones i ostatnia krucjata

Rok 1938. Doktora Indianę Jonesa prosi o pomoc tym razem ekscentryczny kolekcjoner dzieł sztuki, Walter Donovan. Celem ma być znalezienie świętego Grala – kielicha, po którego wypiciu można otrzymać życie wieczne. Wcześniej milioner prosił o pomoc ojca Indy’ego, ale ten zaginął w Wenecji…

indy_33

Po zbyt mrocznej „Świątyni Zagłady” Spielberg nakazał Indy’emu znów szukać cudownego artefaktu, od którego będą zależeć losy całego świata. A czy może być zaskoczeniem, jeśli po taki artefakt, rękę będą chcieli położyć przydupasy Adolfa H. (spotkanie Indy’ego z samym Fuhrerem do dziś potrafi bawić)? Czyli w zasadzie mamy powrót do stylistyki „Poszukiwaczy…”, mianowicie wielką przygodę na horyzoncie. Jednak w tym układzie pojawia się nowy zawodnik – dr Jones senior, który ponad 40 lat zajmował się badaniami nad Gralem. A poza tym jest to, co zawsze – dużo strzelania, bijatyk okraszonych humorem (sekwencja walki w czołgu, gdzie Indy próbuje odbić ojca i Brody’ego), wspaniałej muzyki Johna Williamsa oraz niezwykłości. Ale czy może być inaczej, jeśli poszukiwany artefakt jest mocno związany z wiarą? Czymś, co dla naukowca (a takim na pewno jest Indy) jest rzeczą trudna, wręcz niewygodną. Ale nadal tą konfrontację dobra ze złem ogląda się z wielka frajdą, choć jest ona mocno oparta na schematach, które dzisiaj wydają się lekko archaiczne.

indy_31

Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia tu ogromną frajdę – sam początek, który można nazwać genezą. Ucieczka młodego Indy’ego ze zrabowanym krzyżem w 10 minut przedstawia skąd Indy ma taki strój, dlaczego boi się węży i czemu nosi bicz. Ridley Scott na genezę Robin Hooda potrzebował dwóch godzin. I wracają też starzy znajomi Salah i Marcus Brody, choć ten ostatni stał się nie radzącym sobie w otwartej przestrzeni naukowcem. Po raz kolejny Douglas Slocombe (już w trakcie kręcenia tracący wzrok) potwierdza swoje umiejętności jako operator (weneckie kanały czy trzy finałowe próby do zdobycia Grala), akcja trzyma w napięciu, a zakończenie jest satysfakcjonujące i idealne (niestety, chciwość doprowadziła do powstania następnej części, ale to temat na dłuższą rozmowę). Poza tym, nie chcielibyście osiągnąć życia wiecznego?

indy_32

Jeśli chodzi o obsadę, to jak mówiłem wrócili starzy znajomi – Harrison Ford (nikt inny nie mógłby być Indym), John Rhys-Davies (Salah) i Denholm Elliott (Brody). Jednak jest tutaj jedno potężne wzmocnienie – fantastyczny Sean Connery jako profesor Jones. Elegancki dżentelmen, który bardziej radzi sobie z książkami niż w akcji (zamiast spalić linę, podpalił podłogę), ale chemia między nim a synem jest bardzo silna i namacalna, choć panowie mocno nie przepadają za sobą. A młodsze wcielenie Indy’ego, czyli River Phoenix świetnie wczuł się w tą postać. Ale Indy, no nie ma ręki do kobiet, gdyż dr Schneider (Alison Doody) okazuje się podstępną nazistką. I jest jeszcze Donovan (Julian Glover w formie), który ma wręcz obsesję na punkcie nieśmiertelności. Czarne charaktery wypadają tutaj naprawdę dobrze.

indy_34

Może nikogo nie przekonam, ale dla mnie „Ostatnia krucjata” to nie tylko najlepsza część przygód naszego dzielnego poszukiwacza przygód, ale też esencja kina przygodowego czy w ogóle rozrywki na najwyższym pułapie, który dla wielu wydaje się nieosiągalny. I to ostatnie ujęcie – takie powinno być zwieńczenie całej serii. Więcej nie trzeba mówić, prawda?

indy_35

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 


Na zawsze

Pete to facet, który zajmuje się lataniem samolotami gaszącymi pożary. Ma bardzo fajną dziewczynę, która jednak mocno boi się o niego oraz kumpla Ala, z którym razem rusza na akcje, zaś on sam leci w dość brawurowy sposób. Niestety, podczas jednej akcji, ratując przyjaciela Pete poświęca swoje życie. Mężczyzna trafia do zaświatów, gdzie Hap daje mu zadanie bycia inspiracją dla następnego pilota. Pada na niejakiego Teda Bakera, który później zostaje partnerem dziewczyny Pete’a i nie będzie to dla niego łatwa droga.

na_zawsze1

Po raz Spielberg postanowił nakręcić dwa filmy w tym samym roku. „Na zawsze” to remake filmu z 1943 roku, będący mieszanką kina akcji z love story. I o dziwo, nie gryzie się to ze sobą. Wątek metafizyczny jest tutaj naprawdę ciekawie pokazany, jednak Pete nie wie jak ciężkie to będzie dla niego zadanie. Mimo iż jest duchem, nadal ma ludzkie emocje i odczucia. A jednocześnie udaje się reżyserowi dość przekonująco pokazać świat po odejściu człowieka z perspektywy osób mu najbliższych. Można zarzucić, ze jest to odrobinkę sentymentalne i ckliwe, ale ku mojemu zaskoczeniu jest to naprawdę nieźle poprowadzone. Wisienką na torcie są tutaj jednak sceny pożarów oraz lotnicze ujęcia. Czuć w nich siłę pożaru, moc silników oraz poczucie zagrożenia. Wtedy czuć rękę reżysera, a strona wizualna jest naprawdę mocnym plusem.

na_zawsze2

Byłoby to dość ciężkostrawne dzieło, gdyby nie naprawdę solidna gra aktorska. Błyszczy najbardziej Richard Dreyfuss. Pete to pewny siebie oraz niezwykle odważny facet, który nie boi się wyzwań. Zachowuje się trochę jak nieodpowiedzialny heros, który poza samolotem jest bardziej powściągliwy. Swoją śmierć Pete traktuje z zaskoczeniem, ale zadanie bycia inspiracją traktuje z typową dla siebie brawurą, czasami nie patyczkując się. Trudno nie polubić tego faceta. Jest jeszcze naprawdę piękna Holly Hunter, która musi pogodzić się ze stratą partnera, nie do końca zerwała z przeszłością. Na drugim jest niezawodny i trochę jowialny John Goodman (Al) oraz rzeczywiście wyglądający jak model Brad Johnson jako młody i trochę niedoświadczony Ted Baker.

na_zawsze3

Jednak „Na zawsze” zostało zapamiętane z innego powodu – po raz ostatni zagrała tutaj Audrey Hepburn. I choć pojawia się tylko w dwóch scenach jako Hap (Śmierć?), emanuje z niej nieopisane ciepło i mocno zapada w pamięć, co świadczy o jej nieprzeciętnym talencie.

na_zawsze4

Choć ten melodramat nie zalicza się do zbyt udanych produkcji, to jednak seans nie był czasem straconym. Bardzo proste, ale angażujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Imperium Słońca

Rok 1941. W Szanghaju na razie panuje spokój, ale wojna coraz bardziej zaczyna być obecna. Właśnie tutaj mieszka Jim Graham – syn brytyjskiego dyplomaty. Kiedy Japończycy atakują Pearl Harbor, zaczynają zajmować miasto, w skutek zbiegu okoliczności, chłopak zostaje rozdzielony od rodziców i sam musi przetrwać. Dopóki nie kończy się jedzenie, wszystko jest dobrze. I wtedy trafia na obrotnego Amerykanina Basiego. Kiedy razem z nim próbują obrobić dom, trafiają do obozu jenieckiego.

imperium_slonca1

Kiedy Spielberg, postanowił porzucić robienie rozrywki na wysokim poziomie i wejście w poważne sprawy, to początki tego kierunku nie wytrzymują jakoś próby czasu. Tym razem w oparciu o autobiografię Jamesa Ballarda, postanowił opowiedzieć o wczesnym dojrzewaniu dziecka w czasie wojny. Tylko znów jest jeden poważny problem – nie zrobiło to na mnie wrażenia. O ile jeszcze początek i pierwsze wyjście na miasto Jima po opanowaniu oraz hecy w samotnym domu jeszcze przykuwały moja uwagę, o tyle sceny obozowe (druga połowa filmu aż do niemal samego końca) sprawiały wrażenie sztucznych. Niby było poważnie, niby racje żywnościowe się zmniejszały, ale nie do końca potraktowane jest poważnie. Bo czuć pewną atmosferę zabawy (Jim biegający za różnymi rzeczami, którymi wymienia się z innymi), a nawet jeśli były gwałtowne sceny, to pokazywano je dyskretnie i subtelnie. Dlatego losy Jima przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie i za przeproszeniem, gówno mnie obchodziło, co się dalej wydarzy. Technicznie to jest nadal kino z wysokiej półki, tylko środek jest strasznie pusty.

imperium_slonca2

Jedynie z całej obsady przykuło moja uwagę dwóch jegomości. Pierwszy miał 13 lat i nazywał się Christian Bale, ale już wtedy chciał być aktorem. Jako Anglik Jim poradził sobie świetnie, gdzie jako dziecko trzymane w kloszu i nie zdający sobie sprawy z tego, co się działo dookoła, musiał przetrwać. Jednocześnie jest zafascynowany samolotami, zwłaszcza japońskimi. A jego nauczycielem stanie się Basie, grany przez niezawodnego Johna Malkovicha, który tutaj jest obrotny, cwany i wzbudzający zaufanie. Jednak potrafi być podstępny i nie zawsze uczciwy (złamane słowo o ucieczce).

Początki zrobienia poważnych filmów przez Spielberga, dzisiaj należy uznać za nie do końca udane. Zbyt sentymentalne, mało angażujące i za łagodne. „Imperium” jest troszkę lepsze od „Koloru purpury”, ale do wielkich dzieł brakuje mu sporo.

6/10

Radosław Ostrowski

Kolor purpury

Początek XX wieku dla czarnoskórych Amerykanów był bardzo trudny i ciężki. I nie chodzi tu tylko o rasizm czy nietolerancję, ale też czarni sami sobie gotowali piekło. Mocno się o tym przekonała Celia – młoda dziewczyna, która była gwałcona przez swojego ojca. W końcu – wbrew swojej woli – zostaje żona Alberta, wdowca z czwórką dzieci. Ale na miejscu okazuje się, że jedno więzienie zmieniła na drugie. Wszystko staje się jeszcze gorsze, gdy mężczyzna wyrzuca siostrę Celii ze swojego domu, bo nie chciała się z nim przespać. Od tej pory życie Celii zmienia się w koszmar.

kolor_purpury1

Pierwszy poważny film Stevena Spielberga, którego traktowałem niemal jak swojego sensei. Tym razem zmierzył się z powieścią Alice Walker oraz problem tam dotykanych: przemoc wobec kobiety, stereotypowe traktowanie czarnych czy próba wewnętrznej walki o samowyzwolenie się. Co prawda nie jest to aż tak okrutne i dosadnie brutalne jak w „Zniewolonym”, ale też nie do końca ten film mnie przekonuje. I nie chodzi mi o przewidywalność wydarzeń, tylko o stereotypowe pokazanie postaci w wymiarze wręcz zero-jedynkowym. Jakby było tego mało, scenki niby humorystyczne (robienie śniadania przez Alberta, podgrzewając piec za pomocą nafty) wydawały się dość prymitywne i infantylne. Owszem, trudno przejść obojętnie wobec traktowania Celii przez męża, jednak nawet tło wydarzeń wydaje się mało ciekawe i niezbyt wyraziste (wyjątkiem wydaje się niejaka Sofia). I nawet piękne zdjęcia (zwłaszcza początek na purpurowym polu czy sceny czytania listów siostry z Afryki, gdzie światy obydwu sióstr przeplatają się ze sobą), które miejscami ocierają się o kicz i sentymentalizm („afrykańskie” plenery czy pojednanie córki z ojcem-pastorem w rytm muzyki gospelowej), o co nigdy tego faceta wcześniej nie podejrzewałem (słychać to także w muzyce).

kolor_purpury2

Jeśli zaś chodzi o grę aktorską, najbardziej bronią się tutaj dwie postacie. Pierwsza to dorosła Celia, czyli debiutująca na ekranie Whoopi Goldberg, która udźwignęła i bardzo wiarygodnie pokazała wyciszoną, wycofaną kobietę tłumiącą swoje emocje i bojąca się swojego męża-brutala (Danny „jeszcze nie jestem na to za stary” Glover). Wszelkie próby ucieczki kończą się porażką, choć poznaje po drodze parę postaci stanowiących inspirację. I tą jest bardzo wyrazista Sofia, brawurowo poprowadzona przez Oprah Winfrey zanim zaczęła prowadzić swój talk-show. Jest ona harda, dumna, pewna siebie i nie pozwala sobie w kaszę dmuchać. Ale nie potrafi panować nad swoim temperamentem, bo jak ktoś ja uderzy, to nie ma przebacz, bo odda z cała siłą, co w jednym przypadku odbije się rykoszetem. Więcej nie zdradzę, a reszta po prostu jest i jakoś tam przewija się w tle.

kolor_purpury3

„Kolor purpury” okazał się dla mnie pierwszy dużym rozczarowaniem od Spielberga. Choć został doceniony przez różne gremia (11 nominacji do Oscara, Złoty Glob za rolę Whoopi Goldberg), dzisiaj nie robi zbyt dobrego wrażenia i podtrzymuje tezę, że im więcej nominacji do Złotego Rycerzyka, tym film jest gorszy. Tutaj wyszła naprawdę nudna i przez dość sporą część czasu pozostawiająca obojętnym. A chyba nie o to w kinie chodzi.

5/10

Radosław Ostrowski