Dom przy Rillington Place 10

Mieszkanie na Rillington Road 10 wydaje się proste i pozornie nieciekawe. Ale kiedy w 1949 roku do mieszkania wprowadziło się młode małżeństwo nie wiedzieli co ich czeka. Zwłaszcza, że sprawca całego zamieszania był właściciel domu, niejaki John Christie – weterana I wojny światowej. Jak się potem okazało, mężczyzna był seryjnym mordercą, tylko że para przekonała się o tym po fakcie.

10_rillington_road2

Film Richarda Fleischera jest próbą rekonstrukcji wydarzeń od 1949 roku aż do 1953, gdy Christie został schwytany i skazany na śmierć. Pod względem formalnym jest on bardzo kameralnym, ale jednocześnie chłodnym i zimnym filmem, bardzo mocno ukrywającym emocje tak jak główny bohater. Wydaje się niepozornym obyczajowym filmem, który nagle i znienacka potrafi przyłożyć w łeb, stawiając bardziej na niedopowiedzenia i atmosferę, zaś same morderstwa są ledwie zasugerowane. Widzimy wtedy już tylko skutki oraz sceny ukrywania zwłok (wyjątkiem są otwierające całość mord z czasu wojny oraz zabójstwo ciężarnej Beryl Evans). Mimo tego Fleischerowi udaje się poruszyć i chwycić za gardło. Druga część filmu (po zbrodnie Evans) pokazuje dość nieudolne śledztwo oraz proces zakończony skazaniem na śmierć niewinnego męża oraz to, co się działo z Christie – kiedy musiał opuścić swój dom. Może ten chłód działać zniechęcająco, ale dzięki temu film działa mocniej i bardziej angażuje, dzięki gęstniejącemu klimatowi. Choć może zadziwiać nieudolność oraz naiwność śledczych oraz sądu (Christie wcześniej był karany), to jednak udało się dość wiernie odtworzyć całą sytuację.

10_rillington_road1

Również pod względem aktorskim jest to bardzo udane kino. Nie można zapomnieć Johna Hurta w pierwszej dużej roli niepewnego siebie megalomana Tima, który zapętla się we własnych kłamstwach. Także Judy Geeson jako dość twarda Beryl wypada przekonująco. Ale tak naprawdę cały film zawłaszczył sobie doskonały Richard Attenborough. Christie wydaje się niepozornym, lekko łysiejącym facetem w okularach, który mówi troszkę cichym głosikiem. Jednak pod ta maską kryje się opanowany seryjny zabójca, usypiający gazem, duszący swoje ofiary i kochający się z ich zwłokami. Jest on o tyle bardziej przerażający niż Hannibal Lecter czy inny słynny psychopata, bo sprawia wrażenie opanowanego, spokojnego człowieka nie rzucającego się w oczy. Jak sprawnym manipulatorem jest, pokazuje scena jego zeznań w sądzie oraz płacz wywołany wyrokiem śmierci na Timie.

Fleischer zrobił bardzo ponury i klimatyczny thriller, gdzie skupia się na samej zbrodni, nie wchodząc mocno w przeszłość bohatera, nie wiemy dlaczego zabijał. A że ktoś taki istniał naprawdę, potęguje tylko niepokój, czyniąc seans wyjątkowo nieprzyjemnym. I to naprawdę potrafi trzymać w napięciu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Indiana Jones i Świątynia Zagłady

Kontynuacje kultowych klasyków są uważane za coś naturalnego. Jednak w przypadku „Świątyni Zagłady” mamy do czynienia z prequelem. Rok przed pierwsza konfrontacja z nazistami, Indy zostaje otruty przez chińską mafię w Szanghaju podczas negocjacji po wykonaniu zadania. Udaje mu się uciec razem ze sprytnym dzieciakiem Short Roundem oraz piosenkarką Willie Scott, która przypadkowo zostaje wplątana w całą aferę. Ale samolot zostaje rozwalony i tak cała trójka znajduje się w Indiach, gdzie dostają zadanie odzyskania świętego kamienia z pałacu Pankor, gdzie ponownie miało powrócić Zło.

indy_21

Pozornie „Świątynia Zagłady” może wydawać się kolejnym przygodowym filmem, ale Spielberg postanowił całość bardzo umrocznić, choć prolog w Szanghaju wydaje się niepozorny (musicalowa wstawka, potem konfrontacja z chińską mafia zakończona strzelanina oraz totalnym chaosem), jednak pojawienie się na terenie Indii, mocno zmienia całą konwencję. Nietoperze, porwania dzieci i zmuszanie do niewolniczej pracy czy tajemnicza sekta planująca przejęcie władzy nad światem doprowadzają, że „Świątynia” bardziej skręca w kierunku wręcz horroru. Wystarczy sobie przypomnieć sekwencję rytuału kultystów, gdzie ich wrogowi zostaje wyrwane serce (bijące!) – to wystarczy, żeby doprowadzić do przerażenia. Owszem, czasami jest przemycany humor (postać piosenki przyzwyczajonej do luksusów zderzonej z innym światem – biedy oraz nędzy), jednak nie łagodzi on całej tonacji. Przez tą zmianę stylistyki, film został odrzucony przez fanów, jednak na mnie zrobiło to dobre wrażenie. Także sekwencje akcji są na naprawdę wysokim poziomie (ucieczka w wagonikach czy konfrontacja nad mostem), a techniczna robota jest wspaniała. Wszystko prowadzone jest pewną ręką i trzyma w napięciu do końca.

indy_22

Sami kultyści naprawdę budzą grozę, potęgowana przez scenografię (jaskinia, pałac) oraz niezawodząca muzykę Johna Williamsa. Ale nie jest to film pozbawiony wad – jest to bardziej film akcji niż kino przygodowe, brakuje łamigłówek, w dodatku jeszcze niejaka Kate Capshaw, która jest strasznie irytująca jako dama w opałach, którą zawsze trzeba ratować.

indy_23

Nie zawodzi za to Harrison Ford, który jako Indy jest jedynym słusznym wyborem i tylko to potwierdza. Razem z niejakim Jonathanem Quanem (cwany Short Round) tworzy naprawdę mocny duet zgranych kumpli.

Druga część opowieści o Indym była zbyt mroczna dla fanów, jednak dla mnie ta zmiana zaskoczyła pozytywnie, choć w tej opinii jestem osamotniony. „Świątynia Zagłady” to chwila oddechu na kolejna konfrontację z nazistami, ale to o tym później. Bardzo dobry, choć trochę inny film.

8/10

Radosław Ostrowski

E.T.

Te dwie literki powinny mówić więcej niż tysiąc słów. Oznaczają one istotę pozaziemską. I właśnie kogoś takiego poznał pewien chłopiec imieniem Elliott. Mieszkający z bratem i siostrą, ojciec zostawił go, matka pracuje i nie zawsze ma czas. Jednak kosmita został na Ziemi dość przypadkowo i próbuje wrócić do swoich.

et2

Spielberg tym filmem potwierdził, że mocno interesuje się sprawami pozaziemskimi. I znów wierzy w to, że można nawiązać dobry kontakt z istotami pozaziemskimi. Bo tytułowy E.T. nie jest jakimś morderczym potworem zamierzającym podbić wszystkie planety. Wygląda trochę komicznie (te oczy i ta twarz), ale jest bardzo uroczy – zwłaszcza jeśli nosi peruczkę i damskie ciuchy. Ale tak naprawdę jest to film o przyjaźni, gdzie dzieci okazują się być bardziej szczere i otwarte niż trochę nieufni dorośli. Całość mimo upływu lat nadal potrafi poruszyć, choć i tak najbardziej w pamięci pozostaje finałowa ucieczka z latającymi rowerami. Dla mnie jednak jest to troszeczkę sentymentalne i bardziej skierowane dla młodszego widza, z kilkoma pięknymi plastycznymi ujęciami (las, próba „wskrzeszenia” E.T. czy pierwszy kontakt Elliota z kosmitą). Owszem, nie można nie docenić muzyki Johna Williamsa (choć wydawało mi się, że temat przewodni trochę pachnie „Marszem Imperialnym”, a może mi się wydawało) czy pracy gości od efektów specjalnych, ale nie porwał mnie ten tytuł, mimo realizacji na naprawdę wysokim poziomie (w końcu to Spielberg).

et1

Dzieci jak to dzieci z USA grają po porostu świetnie. Nie można po prostu się na nich napatrzeć (ze szczególnym wskazaniem na Henry’ego Thomasa, który traktuje przybysza – choć nie od razu – jako przyjaciela) i są całkowicie naturalni. Także sam E.T. prezentuje się naprawdę wspaniale, a scena nauki słów jest naprawdę urocza :).

Doceniam sprawność realizacyjną Spielberga oraz techniczną precyzję, jednak dla mnie „E.T.” pozostaje dobrym filmem, miejscami ocierającym się o wielkie wzruszenia oraz emocje. Ale gdybym go obejrzał jakieś 15 lat temu, byłbym oczarowany. Ale chyba już z tego wyrosłem, na nieszczęście dla kosmity.

7/10

Radosław Ostrowski

Ósma strona

Szpieg to ma naprawdę trudne życie. Myślicie, że działa jak niejaki James Bond. W taki sposób wszystkie grupy wywiadowcze musiałyby zostać zlikwidowane. Szpiedzy to ludzie żyjący wokół nas, prowadzący normalne życie, choć są zmuszeni do okłamywania swoich bliskich. Na pewno kimś takim jest John Worricker – analityk MI5. Dostaje od szefa teczkę z danymi od swojego źródła, z których wynikają lokalizacje tajnych więzień CIA na całym świecie. I jest sugerowane, że brytyjski premier wiedział o wszystkim od początku. Kiedy szef MI5 umiera, Worricker próbuje rozgryźć całą intrygę.

osma_strona1

Brzmi mało efektownie? Reżyser David Hare jednak wie co robi. Zamiast na dynamiczne pościgi czy ostra rozpierduchę, stawia na powoli, ale bardzo uważnie budowaną intrygę oraz przedstawienie zakulisowych rozgrywek między polityką i tajnymi służbami. A jak wiadomo w tym świecie zaufanie i lojalność to towar deficytowy. Tu wszystko może być grą, skupia się bardziej na relacji miedzy ludźmi, które komplikują wszystko, a napięcie jest tutaj potęgowane każdym wypowiedzianym słowem. I nie pada tutaj ani jeden strzał!! Wszystko stonowane w kolorach zieleni, w sterylnych pomieszczeniach, a na ekranie widzieliśmy góra trzy-cztery postacie. Przy okazji są postawione pytanie na temat walki z terroryzmem i granicach moralnych – jak powinny działać tajne służby, kwestia honoru i lojalności też zostaje mocno poruszona.

osma_strona2

Choć wszyscy grający tutaj radzą sobie przynajmniej bardzo dobrze (m.in. Rachel Weisz, Michael Gambon czy Ralph Fiennes), to jest to tak naprawdę one man show Billa Nighy. Jego powściągliwość idealnie sprawdza się w roli szpiega, który używa szarych komórek i jest w tym równie bezwzględny jak James Bond. Wiadomo, że nie warto z nim zadzierać, choć wygląda niepozornie. Analizuje sytuację, wszystko sprawdza i ma dość dobre kontakty ze swoimi ludźmi, czego nie można powiedzieć o rodzinie, bo tu wszystko się sypie.

osma_strona3

Techniczne gadżety są tutaj jedynie dodatkami pokazującymi obecną rzeczywistość, a Hare pokazuje, że zawsze najważniejszy jest człowiek, zarówno w pracy szpiega jak i twórcy filmowego. Naprawdę dobra robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Poszukiwacze zaginionej Arki

Był kiedyś taki czas, że było się małym chłopcem marzącym o wielkich przygodach. I wtedy oglądało się takie filmy jak „Gwiezdne wojny” (stara trylogia), „Goonies” czy trylogia „Powrót do przyszłości”. Ale dla mnie wtedy liczył się tylko jeden facet. Niby był archeologiem, ale nie wyglądał na takiego. Skórzana kurtka, kowbojski kapelusz, bicz i pistolet – bardziej pasował do poszukiwacza przygód i awanturnika. Ale to właśnie jego wywiad prosi o pomoc, by odnaleźć legendarną Arkę  Przymierza zanim zrobią to naziści.

indy_11

I teraz w zasadzie mógłbym wymienić jedno nazwisko, by wszystko stało się jasne – dr Indiana Jones. Tego faceta wymyślił George Lucas, ale nie chciał reżyserować, gdyż przeszedł na reżyserską emeryturę. Dlatego poprosił o pomoc swojego przyjaciela, Stevena Spielberga, tworząc nowego herosa popkultury, a jednocześnie standard kina przygodowego. Skarb/artefakt cenny do zdobycia, dwóch antagonistów, pościgi, strzelaniny, humor i jedna szalona akcja goniąca kolejną szaloną akcję. Już sam początek (próba zdobycia złotego posążka z dżungli) mimo lat robi piorunujące wrażenie, a twarz Indy’ego przez kilka minut pozostaje tajemnicą. Wszystko to jest prowadzone pewną ręką, aczkolwiek jest kilka bzdur (po co Fuhrerowi żydowski artefakt?) i klisz (dr Jones sprawia wrażenie niemal nieśmiertelnego i nie do pokonania, niekończąca się amunicja), które dzisiaj zaczynają zwyczajnie przeszkadzać. Tak samo nie robią wrażenia efekty specjalne, nie wytrzymujące próby czasu.

indy_12

Jednak kilka scen zapada w pamięć bardzo mocno: sceny w dżungli i zdobycie posążka zakończone toczącą się wielką kulą, popisy mistrza miecza zakończone… jednym strzałem czy szalony pościg i próba (udana) przejęcia ciężarówki przez Indiego (po drodze trzeba było pozałatwiać hitlerowców z ciężarówki oraz konwoju). Wszystko to jest zrobione z nerwem i tempem, dzięki świetnej pracy kamery Douglasa Slocombe’a (piękne także kolorystycznie sceny w Kairze czy finał na wyspie) oraz kapitalnej muzyce Johna Williamsa z nieśmiertelnym „Raiders March” na czele.

indy_13

Ale to i tak nie miałoby tej siły ognia, gdyby nie Harrison Ford, który po prostu ożywił postać awanturnika, bez względu na cenę walczącego o zdobycie historycznych zabytków oraz dostarczenie ich do muzeum. Lubiący alkohol i kobiety, może nie do końca dba o siebie, ale to wypadkowa inteligencji oraz siły pięści, choć nie zawsze to pomaga. Indy jak każdy heros musi mieć kobietę, tutaj nazywa się Marion Ravenhood i wcieliła się w nią niezapomniana Karen Allen, tworząc portret silnej oraz bardzo pewnej siebie chłopczycy, nie dającej sobie w kaszę dmuchać. A ironiczne docinki świadczą o tym jak bardzo iskrzy między nimi, co tylko sprawia frajdę. Na drugim planie rządzi i dzieli znakomity Paul Freeman wcielający się w głównego antagonistę Jonesa, Belloqa – czarującego i zafascynowanego swoim fachem człowieka. Poza nim są jeszcze dwie postacie nierozerwalnie związane z serią – oddani przyjaciele, mający spore kontakty, obrotny Egipcjanin Salah (John Rhys-Davies z czasów, gdy nie był Gimlim) oraz dr Marcus Brody (nieodżałowany Denholm Elliott, który pojawia się dość krótko) – obydwaj bardzo dobrzy.

indy_14

„Poszukiwacze…” byli tylko wstęp do kolejnych wielkich przygód dra Jonesa. Następne części spotykały się z różnym odbiorem, jednak pozostały klasyką kina przygodowego oraz wzorcami dla wielu naśladowców tego gatunku, który lata świetności ma już dawno za sobą. Tak się właśnie tworzy historia.

8/10

Radosław Ostrowski

1941

Jest 13 września 1941. Minęło sześć dni od zdradzieckiego ataku Japończyków na Pearl Harbor. Jednak dla skośnookich to za mało, gdyż w okolicach USA pojawia się japoński okręt podwodny pod dowództwem komandora Mitamury, który miał pecha i nie mógł uczestniczyć w ataku 7 grudnia. By zmyć tą plamę na honorze, postanawia zaatakować… Hollywood. W tym samym czasie, życie w USA płynie pod znakiem strachu i paranoi, ale nie dla wszystkich. W LA mają odbyć się tańce, w domu jednej z rodzin zostaje przysłane działko przeciwlotnicze, a na niebie leci kapitan Kerso – psychol, który wszędzie widzi Japońców.

1941_1

Nikt przy zdrowych zmysłach nie był w stanie przewidzieć, co tym razem wymyśli Steven Spielberg. Kiedy dostał do ręki scenariusz dwóch studentów – Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a – nie spodziewano się takiego szaleństwa. Choć akcja toczyła się podczas wojny, film był komedią i to tą z rodzaju szalonych i naładowanych absurdem jak kasza skwarkami. Wszystko tu jest przerysowane do granicy możliwości – narwani i szaleni wojskowi jak pułkownik Maddox czy kapitan Kerso, honorowi Japończycy jak ich dowódca, choć reszta załogi nie była zbyt rozgarnięta (nie umieli obsługiwać kompas, choć 10-latek z Hitlerjudeng umie!!!), a jedyny opanowany generał Stilwell wzrusza się oglądając „Dumbo”. Słowo „normalność” nie jest tu znane, zastąpione stanem obłędu, obsesjami, nawet miłość musi przejść ciężka próbę w postaci mordobicia między marynarzami i żołnierzami. Poczucie humoru jest tutaj naprawdę mocne: od prostych, slapstickowych gagów (wspomniana bójka czy strzelanie do Japońców z działka) po seksualne podteksty (próba poderwania sekretarki generała przez jego adiutanta w samolocie co spowodowało… potoczenie się bomby na lotnisko) aż do docinków japońsko-niemieckich (obserwator kapitan von Kleinschmidt). Nie wszystkim musi odpowiadać takie poczucie humoru, co spowodowało kasową porażkę w kinach. Jak widać nie wszyscy byli gotowi na pokazanie fajtłapowatych Amerykanów i Japońców, a pastisz w stylu tria Zucker-Abrahams-Zucker jeszcze nie był wtedy znany. „1941” zapowiadał ten parodystyczny styl i trafił do krainy zapomnienia, niesłusznie.

1941_2

Cała obsada jest tutaj kapitalna, koncertowo wcielając się w swoje postacie. Tutaj zdecydowanie się wyróżnia brawurowy John Belushi (kapitan Kerso – scena otwarcia puszki Coca-Coli w samolocie śmieszy za każdym razem) i Dan Aycroyd (sierżant Tree – dowódca czołgu, z brawurowym monologiem uciszającym zamieszki), choć nie mają żadnej wspólnej sceny, to działają jak hekatomba. Nie można też nie wspomnieć Toshiro Mifune z kamienną twarzą i krzyczącego w swoim ojczystym języku, krzykliwego Christophera Lee (kapitan von Kleinschmidt – jedyny rozsądny facet na okręcie podwodnym), Neda Beatty’ego (Ward Douglas) strzelającego z działka czy Slima Pickersa (drwal Holly P. Wood). A to i tak nie wszyscy wymienieni w tym szalonym świecie, gdzie słowo „Japoniec” wywołuje strach.

1941_3

Obłęd – tak można określić film „1941”, jedyną wariacką komedię w dorobku Spielberga, który nigdy później nie poszedł tak mocno po bandzie. Nie wszystkim się spodoba to poczucie humoru, niemniej warto porwać się na tą karuzelę. Jedyny taki film w dorobku Stefana.

1941_4

7,5/10


Bliskie spotkania trzeciego stopnia

Wierzycie w UFO? Roy Neary początkowo nawet sobie tym głowy nie zawracał. Był zwykłym elektrykiem, który naprawiał usterki. Aż pewnej nocy w drodze do miejsca awarii zobaczył coś, czego nie był w stanie wyjaśnić w żaden sposób. Najpierw zaczęły świrować urządzenia elektryczne, potem zapaliło się wielkie światło, co spowodowało wysypkę na twarzy. Ale jak się okazało, to nie był jedyny przypadek pojawienia się rzeczy nie z tego świata.

bs3s1

Po sukcesie „Szczęk” nazwisko Spielberg zaczęło elektryzować, a na każdy jego film czekano z zapartym tchem. Tym razem po raz pierwszy zaczął obracać się wokół tematyki, która stała się znakiem rozpoznawczym – kosmitami, którzy są zagadką. Choć nie do końca, bo ich pojazdy pojawiają się dość szybko, ale ich motywacja pozostaje największą tajemnicą i siłą napędową tego zaskakującego filmu, przez co czułem się jakbym oglądał kryminał, prowadzony dwutorowo. Pierwszy watek dotyczy Roya (będący na fali Richard Dreyfus) oraz jego obsesji po bliskim spotkaniu ze statkiem kosmicznym, która doprowadza jego najbliższych w stan rozpaczy. Drugi wątek to badania oraz tajemnicze zjawiska, które próbują wytłumaczyć naukowcy pod wodzą Claude’a Lacomba (zaskakująca i świetna rola uznanego reżysera Francuisa Truffauta) – puste samoloty, które zaginęły w 1945, statek na pustyni czy tajemnicze dźwięki usłyszane w Indiach. Wszystko to się zazębia i łączy w genialnym finale, wywracając wszystko do góry nogami.

bs3s2

Spielberg (który także napisał scenariusz – po raz pierwszy i ostatni) jest bardzo wiarygodnym obserwatorem, gdzie pokazuje próby wytłumaczenia Tajemnicy (sami kosmici pojawiają się w finale – podobnie jak rekin w „Szczękach”), stopniowo podrzucając różne wskazówki dotyczące miejsca nawiązania kontaktu, ale też pewnej – nie wiem jak to ubrać w słowa – próby oszukiwania przez władze oraz ukrywanie prawdy.

bs3s3

Najbardziej pozostają w pamięci sceny pojawienia się statków kosmicznych. Wszelkie urządzenia zaczynają same się włączać, wskaźniki w samochodach wskazują maksimum, a dość szybki montaż budzi skojarzenia z horrorem (pierwszy kontakt Roya czy porwanie syna przez statek kosmiczny), doprowadzając emocje i napięcie do czerwoności. Ale zakończenie pokazuje wręcz humanistyczne podejście reżysera i wiarę w dobrą naturę kosmitów, którzy nie dążą do zniszczenia wszystkiego dookoła.

Takie filmy jak „Bliskie…” są wielkim przeżyciem, którego sami musicie doświadczyć, bo żadne słowa nie są w stanie tego pokazać. Z kapitalnymi zdjęciami (zwłaszcza tutaj gra oświetlenia zasługuje na uznanie), świetnym montażem oraz niezawodną muzyką Johna Williamsa. Jesteście gotowi na kontakt?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

bs3s4

Szczęki

Miasteczko Amity jest oazą spokoju gdzieś na wyspie. A w zasadzie było nią do czasu, kiedy w okolicy nie przyczaił się rekin ludojad – takie bydle. Zagrożenie wyczuwa szeryf Martin brody, jednak jego apele nie spotykają się z reakcja władz, marzących o zysach z turystyki. Ale parę trupów później i po zgłoszeniu nagrody, szeryf przekonuje miejscowego marynarza, Quinta do polowania na rybkę. Do nich dołącza naukowiec Matt Hooper ze swoim sprzętem.

szczeki1

W zasadzie mógłbym skończyć tutaj, gdyż o „Szczękach” powiedziano już wszystko. Przełomowy film Spielberga, który otworzył mu wrota do Hollywood i przyciągnął kupę szmalu, jednocześnie czerpiąc garściami z rasowego thrillera. Zamiast psychopaty, mamy tutaj żarłocznego rekina, terroryzującego miasteczko na wyspie i zakłócającego porządek. A kiedy on się pojawia, jedno jest pewne – poleje się krew i ktoś będzie miał obfity posiłek. Reżyser jest jednak na tyle cwany, że a) nie przesadza z przemocą, stawiając bardziej na niedopowiedzenia i nasze domysły, b) samego drania pokazuje dopiero w finałowej konfrontacji na morzu. A facet buduje napięcie w sposób iście mistrzowski (pokazał to już w swoim debiucie, ale tutaj potwierdził swoją formę). Wystarczy przypomnieć choćby pierwsze wejście rekina czy atak na plaży, który przerywany jest licznymi fałszywymi alarmami w postaci krzyków ludzi (widocznych na dalszym planie), a obecność żarłoka przypominana jest dzięki świetnej muzyce Johna Williamsa, która w 50% odpowiada za suspens.

szczeki2

Tutaj niewielu ma zdrowy rozsądek, który zastąpiła chciwość (burmistrz) albo obłęd (Quint), a jedynym wyjściem z całej sytuacji jest upolowanie i zabicie bydlaka. Finałowy akt to właściwie poezja w tym całym filmie. Wszystko jest tutaj idealnie wymierzone, praca kamery i montaż są na wysokich obrotach, czekając w zasadzie tylko na jedną rzecz. Konfrontacja ta przypomina walkę kapitana Ahaba z Moby Dickiem – rywalizacja między bezwzględna naturą a ludźmi, gdzie można liczyć tylko na łut szczęścia. Pytanie tylko czy to wystarczy?

szczeki3

Całość jest świetnie zagrana, choć uwagę skupiają tutaj trzej panowie. Fenomenalny jest Roy Scheider w roli szeryfa Brody’ego. Facet kieruje się zdrowym rozsądkiem i chce nie dopuścić do mordów rekina, ale ma związane ręce. Jedno jednak jest pewne: facet wie, co to jest odpowiedzialność i tym się kieruje przez swoje życie. To samo można powiedzieć o Hooperze (świetny Richard Dreyfus), choć sprawia wrażenie odrobinę przemądrzałego i typowego jajogłowa. Jednak i tak cały szoł ukradł genialny (po prostu) Robert Shaw jako marynarz Quint. Zaprawiony weteran, odrobinę cyniczny i złośliwy, z błyskiem szaleństwa w oku. A jego wspomnienia z czasów II wojny i jego pierwsza konfrontacja z rekinami – perełka i potwierdzenie nieprzeciętnego talentu.

Jedyna wadą zdradzającą wiek „Szczęk” jest wygląd samego żarłacza, który widać, że jest to sterowana maszynka. Na szczęście wszystko inne działa jak w zegarku szwajcarskim. Wiecznie żywy klasyk gatunku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sugarland Express

Teksas, rok 1969. Do ośrodka poprawczego, by odwiedzić swojego męża przybywa Lou Jean Poplin. Ma dla niego bardzo złe wieści: ich syn został im prawnie odebrany i przebywa w stanie Sugarland u rodziny zastępczej. Są tak zdesperowani, że ona zmusza męża do ucieczki i biorą policjanta drogówki, który się przypadkowo przypałętał za zakładnika. I tak we trójkę jadą do Sugarland po synka.

sugarland1

Spielberg po swoim debiucie zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, ale tym razem bazując na faktach nakręcił kolejny film drogi. Choć patrząc na przebieg wydarzeń, wydaje się on dość absurdalny – w skrócie policja gania za radiowozem, gdzie małżeństwo z policjantem jako zakładnikiem i prawie do samego końca nie chcą sięgnąć po ostateczne środki rozwiązania. Z jednej strony jest to uzasadnione obawą o bezpieczeństwo zakładnika (dostarczenie… toy-toya z gliniarzem w środku, które kończy się fiaskiem), z drugiej wydaje się, że można było zakończyć to wcześniej. Jednak ten absurdalny miejscami humor (m.in. kłótnie małżonków czy strzelanina z byłymi gliniarzami) czyni tą produkcję naprawdę lekką oraz zaskakująco przyjemna w odbiorze, choć jest to pełnokrwisty dramat. Wiarygodnie udaje się pokazać desperację dwójki ludzi, którzy chcą po prostu odzyskać to, co im się należy, choć metoda wybrana przez nich może budzić kontrowersje, mimo przyniesienia im popularności mieszkańców oraz mediów. I co najważniejsze, bohaterom udaje się pozyskać sympatię widza, który kibicuje im do samego końca, a relacja porywacz-zakładnik ulega dynamice. Wszystko to jest mocno spuentowane przez poruszający i smutny finał, który wywraca wszystko do góry nogami. Wszystko tu jest dopięte: od pracy kamery (Vilmos Zsigmond pokazał klasę!) przez muzykę (początek współpracy z Johnem Williamsem) po montaż.

sugarland2

Ale to i tak miałoby takiej siły ognia, gdyby nie świetne aktorstwo. Siłą napędową jest tutaj brawurowa Goldie Hawn, która bardzo wiarygodnie sprawdza się jako zdesperowana matka i może nie najlepsza żona (trochę pyskata i krnąbrna), chcąca odzyskać swoje dziecko. Miejscami to idzie w stronę wręcz obłędu (scena przed domem rodziny adopcyjnej, gdzie czekają snajperzy). Partnerujący jej William Atherton – zmuszonego tak naprawdę przez swoją żonę Clovis – równie zasługuje na uznanie, podobnie podchodzący bardzo rozsądnie do sprawy posterunkowy Slide (Michael Slide), który wpadł jak śliwka w kompot. Jednak najmocniej na drugim planie wypada Ben Johnson jako zdroworozsądkowy kapitan policji Tanner, który chce pójść im na rękę, ale ostatecznie decyduje się na ryzykowne posunięcie.

sugarland3

Spielberg zrobił film minimalnie gorszy od swojego debiutu, miejscami (środek trochę przynudza, a zachowanie policji miejscami może wydawać się nie do końca zrozumiałe), ale to i tak kawał świetnego kina. Dopiero następny film przyniósł Spielbergowi rozgłos, ale to temat na inną opowieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pojedynek na szosie

Poznajcie Daniela – to zwykły szaraczek, który pracuje w firmie. W drodze na ważne spotkanie biznesowe wyprzedza starą, zniszczoną ciężarówkę. Kierowca wraka nie odpuszcza i parę razy mija Pontiaca Manna. Drobna „kłótnia” zmienia się w walkę o przetrwanie, gdy ciężarówka celowo puszcza auto Daniela wprost pod auto. Tak zaczyna się koszmar i to najgorszy ze wszystkich.

szosa1

Jak wiadomo każdy reżyser zanim osiągnie swój wielki sukces – nieważne czy artystyczny czy komercyjny – musi od czegoś zaczynać. Pewien amerykański filmowiec zaczął od pracy dla telewizji. Nakręcony przez niego film zrobił tak wielkie wrażenie, że postanowiono rozbudować go i pokazać w kinach, a źródłem była fabuła Richarda Mathiesona, który pisywał głównie dreszczowce. Kim był ten filmowiec? To niejaki Steven Spielnerg, wówczas znany dzięki nakręceniu pilota (drugiego pilota) serialu „Colombo”. Reżyser tutaj bardzo umiejętnie buduje atmosferę osaczenia, a pościgi robią tutaj naprawdę świetne wrażenie, głównie dzięki pracy kamery oraz dynamicznemu montażowi. W dodatku upał i kompletna bezsilność bohatera, którego wszyscy uważają za wariata, jeszcze bardziej podkreśla atmosferę. Dialogów jest tu niewiele, obraz wystarczy za wszystko. I nawet kiedy nie ma ciężarówki (a twarz jej kierowcy pozostaje zagadką), nie ma szansy na odrobinę spokoju (wizyta w barze, gdzie Daniel próbuje rozpoznać wśród gości kierowcę zabójczego wozu), a napięcie trzymane jest tutaj do samego końca.

szosa2

Cała tą opowieść na swoich barkach trzyma wyborny Dennis Weaver. To w zasadzie everyman, który znalazł się w absurdalnej sytuacji i nikt nie jest mu w stanie uwierzyć. Wszyscy go biorą za wariata (genialna scena w barze, gdzie dochodzi do bójki czy z dziećmi i uszkodzonym autobusem), nikt nie chce mu pomóc, a wszelkie próby wyrwania kończą się porażką. Poukładane życie wywraca się do góry nogami, zmuszając go do walki niczym w dżungli. Od dumy, przez pychę po strach – to wszystko maluje się na twarzy Weavera. Czy mu się to uda? Kibicujemy mu do samego końca w tej nierównej walce.

Już tym filmem widać, że rodzi się nowy talent w kinie. Następne filmy miały tylko potwierdzić umiejętności mistrza, jednak o tym opowiem jeszcze wiele razy.

8/10

Radosław Ostrowski