Czyż nie dobija się koni?

Rok 1932 nie był łatwy dla mieszkańców USA, gdyż ciągle trwał kryzys gospodarczy. I wtedy właśnie organizowano maratony taneczne, gdzie biedota mogła zawalczyć o spore pieniądze – 1500 dolarów. Tylko trzeba wytrzymać ponad 1200 godzin tańca non stop z przerwami na odpoczynek (10 minut co dwie godziny) i posiłek. Pytanie kto wygra ten wyścig, bo kandydatów jest wielu?

koni3

Niby kryzys był dawno temu, ale ciągle on powraca, wręcz rotacyjnie. Być może dlatego film Sydneya Pollacka z 1969 roku nie chce się zestarzeć pod względem refleksji na temat ludzi. Już sam początek zapowiada, że lekko nie będzie. Wejście młodego chłopaka Roberta, podczas którego poznajemy zasady maratonu skontrastowane są z przeplatającymi się ujęciami pokazującymi mężczyznę i dziecko goniącymi konia, który skręca nogę i zostaje zastrzelony. Już to wprowadza w nieprzyjemny nastrój, a dalej będzie już tylko gorzej. Dlaczego? Zamiast pięknego i poruszającego tańca, będziemy mieli ludzi idących na skraj swojej wytrzymałości, a nawet utraty zmysłów. Ale to akurat jest najmniejsza cena, gdyż jest nią utrata swojej godności oraz wartości tylko po to, by przetrwać. Najmocniej zmęczenie oraz walkę do upadłego widać w scenach wyścigu, gdzie pary muszą przez dziesięć minut biec, a trzy ostatnie pary upadają – dzięki szybkiemu montażowi oraz dynamicznej pracy kamery, pędzącej niemal za bohaterami. Innym elementem upokorzenia jest „zdobywanie” sponsorów dzięki pokazywaniu swoich talentów tanecznych czy wokalnych, za co widownia płaci rzucając monety na parkiet. Niczym tresowane małpki. Taniec staje się tutaj metaforą wyścigu szczurów, a wygrana okazuje się tylko złotą klatką i to boli najmocniej.

Reżyser poza mocnymi, doprowadzającymi wręcz do skraju wytrzymałości, scenami tańca, gdzie kobiety i mężczyźni zmieniają się w prawdziwe zombie, dodaje kilka mocnych dialogów, łamie zdarzenia wplatając sceny z Robertem oraz serwując bardzo brutalny finał. Wszyscy w tym wyścigu stracą złudzenia, szczęście, a nawet wiarę. I nawet skoczna muzyka okazuje się być tutaj złudzeniem, które nie uspokaja. Wszystko jest tutaj spektaklem, mającym na cele zabawienie bogatej widowni, by ją wzruszyć.

koni2

Ale to wszystko nie byłoby tak mocne, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. Na temat Jane Fondy mogę powiedzieć wiele, ale na pewno ona kradnie ten film i zawłaszcza sobie każdą scenę jako zdesperowana i niespełniona aktorka Gloria, która ciągle przegrywa. Zmęczona życiem, za wszelką cenę próbuje zawalczyć o lepsze życie, ale nawet i ona będzie miała dość. Partnerujący jej Michael Serrezin (Robert) bardzo przekonująco sobie radzi jako młody, nie potrafiący się odnaleźć włóczęga, przypadkowo wplątany w całą zabawę. Pozostali bohaterowie drugoplanowi – z Suzannah York (wywyższająca się Alice) i Redem Buttonsem (doświadczony marynarz) na czele – również wypadają bardzo dobrze. Jednak tutaj najbardziej się wyróżnia fenomenalny Gig Young w roli mistrza ceremonii Rocky’ego. Prowodyr całego zamieszania rozkręca całą imprezę robiąc z niej wielki spektakl, a jego znakiem rozpoznawczym jest „Yauza! Yauza! Yauza!”. By uatrakcyjnić spektakl, jest w stanie posunąć się podstępu oraz nieczystych zagrywek (kradzież i zniszczenie sukienki, propozycja zawarcia publicznego małżeństwa), choć sam sprawia wrażenie zmęczonego tą cała zabawą, co nadaje mu tragicznego rysu tej postaci wiecznie uśmiechniętego klauna na scenie.

koni1

Pollack swoim filmem pokazał bezwzględność nie tylko reguł spektaklu, ale też życia w ogóle, gdzie trzeba być twardym albo zginiesz. Koń, gdy jest ciężko raniony, zostaje dobity strzałem, żeby więcej nie cierpiał. Jednak my ludzie preferujemy powolne umieranie, doprowadzające do stanu agonii. Co wy wtedy zrobicie? jaka jest wasza cena?

8/10

Radosław Ostrowski

Dolores Claiborne

Tytułowa bohaterka pracuje jako gospodyni u starszej i zniedołężniałej kobiety – Very Donovan, która niezbyt przepadała za swoją służbą. Starsza pani zostaje zamordowana, a Dolores – z wałkiem gotowym do uderzenia nad kobietą – zostaje oskarżona o jej zabicie. Wtedy do miasteczka trafia jej córka, dziennikarka Selena, która nie utrzymuje z matką zbyt dobrych relacji. Powoli jednak zaczyna dochodzić do prawdy.

dolores1

O tym, że książki Stephena Kinga są dobrym materiałem na film, wiadomo nie od dzisiaj. Adaptacji kolejnej jego powieści podjął się wszechstronny Taylor Hackford, którego kinomani znają głównie dzięki „Adwokatowi diabła” oraz „Ray”. Jednak film – tak jak powieść – nie jest stricte horrorem, tylko thrillerem psychologicznym, z bardzo ponurą atmosferą. Sama intryga dotyczy przeszłości głównej bohaterki, która nie jest usłana różami – mąż gardzący nią, pracodawczyni wymagająca i nieprzyjemna, praca od rana do wieczora i jeszcze detektyw, który jest wyjątkowo nieznośny. A w tle morderstwo (niejedno) i bardzo mroczna tajemnica, która rzutuje na przeszłość kobiety i być może uda się poprawić z samotną córka, skupionej na swojej karierze. Reżyser bardzo zgrabnie przeplata teraźniejszość z przeszłością, wykorzystując do tego prostą sztuczkę kolorystyczną. Rzeczywistość jest ponura, utrzymana w błękitnej tonacji, a przeszłość w jaśniejszych kolorach czerwieni, tworząc pozornie sielankowy charakter. A co najważniejsze, jest to opowiedziane pewną ręką, z dobrymi dialogami oraz bardzo ponurą muzyką Danny’ego Elfmana.

dolores2

Jednak cała ta intryga, nie miałaby tej siły ognia, gdyby nie wyborne aktorstwo. O tym, że Kathy Bates potrafi zagrać złożone postacie, pokazała choćby w „Misery”. Dolores sprawia tutaj wrażenie wyciszonej, trochę pyskatej kobiety, która ma niewyparzony język. Ale pod tą maską kryje się kobieta mocno skrzywdzona przez los, ale nie narzekająca, znosząca wszystko z godnością. Jednak i ona ma swoją cierpliwość. I widać to wszystko w każdym spojrzeniu, geście, każdym niewypowiedzianym słowie. Równie złożoną i ciekawą postać stworzyła Jennifer Jason Leigh jako Selena. Karierowiczka, zapatrzona w siebie i niezbyt dobrze pamiętająca swoje młode lata. Powoli jednak zaczyna przebijać się do prawdy, wyciągając przysłowiowego trupa w szafie i staje w obronie matki. Swoje też robią tutaj dwaj panowie, będący w swojej mocnej formie – czyli David Strathairn i Christopher Plummer. Ten pierwszy jest prymitywnym pijusem oraz damskim bokserem, który znęcał się nad żoną i oszukiwał ją, córkę też. Ten drugi to nieustępliwy śledczy, żywcem pałający nienawiścią do Dolores, próbując za wszelką cenę ją dopaść – wyjątkowo antypatyczny facet.

Hackford zrobił jeden ze swoich najlepszych filmów, gdzie wolno budowana atmosfera i wiarygodne postacie tworzą mocną mieszankę. Bardzo mroczne i nieprzyjemne kino, które ogląda się z pełnym zaangażowaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Malena

Sycylia, rok 1941. Poznajcie Renato. Mieszka w Castelcuto, ma 12 lat i powoli zaczyna przechodzić okres dojrzewania, czyli powoli zaczyna myśleć o dziewczynach, a nawet kobietach. A zwłaszcza o jednej, której mąż wyruszył na wojnę. Imię jej Malena – niezwykle piękna kobieta, która budziła pożądanie u panów i zawiść u pań. Chłopiec krąży wokół niej jak cień i podgląda ją. Kiedy pojawia się wiadomość, że mąż zginął na wojnie, pojawia się pewni faceci na jej horyzoncie, co pewnym osobom może się nie spodobać.

malena1

Każdemu kinomanowi powinno mówić nazwisko Giuseppe Tornatore. Twórca kultowego „Kina Paradiso” dla mnie stał się znany dzięki swojemu ostatniemu dziełu – „Koneserowi” (świetny film), jednak tym razem cofa nas do czasów faszyzmu. Mamy tutaj piękne miasteczko (wspaniale sfotografowane przez Lajosa Koltaia) w kolorze palącego słońca. Upał jest tu ogromny, ale przyczyną jego nie jest słońce. Historia fascynacji młodego chłopca starszą kobietą to w zasadzie temat wykorzystywany przez filmowców od dłuższego czasu. Ta fascynacja coraz bardziej zaczyna przybierać na sile (obserwowanie jej jeżdżąc na rowerze, podglądanie nocą) i nie są w stanie tego powstrzymać ani modły, ani egzorcysta (serio?), nawet wizyta w burdelu nie jest w stanie wymazać Maleny z pamięci. Ona pojawia się w jego snach (czarno-białe, rozbrajające ujęcia, gdzie chłopiec m.in. jest Duce, kowbojem czy rzymskim gladiatorem), pięknie ubrana albo bez ubrania, coraz bardziej nakręcając jego żądzę.

malena2

A jak traktuje ją miasteczko? Z podziwem (panowie) i wrogością (panie), tylko że tak naprawdę każdy mieszkaniec wciskał ją do własnych wyobrażeń. Panowie chcieli ja tak naprawdę wykorzystać, była dla nich obiektem pragnień seksualnych – tak było z prawnikiem, pewnym oficerem, samą swoja urodą (bo strój raczej nie wywoływał zgorszenia, ale to kto ja nosił). I ta zawiść pozbawia ją najpierw finansów (proces o uwodzenie dentysty – żonatego), potem godności (upokarzająca sceny, gdy po pojawieniu się Amerykanów kobiety biją, kopią i… obcinają włosy – nie ma w słowniku ludzi kulturalnych określeń na tyle obelżywych, by określić tą grupę hipokrytek). Niby się to kończy happy endem, ale Włochy to nie Hollywood i dlatego czuć w tym pewien posmak goryczy.

malena3

Jest to też bardzo dobrze zagrane, jednak tak naprawdę mówiąc o tym filmie, przychodzi do głowy tylko jedna osoba: Monica Bellucci. Postrzegana z perspektywy nastolatka, wydaje się dla niego ideałem – czystym pięknem, które jest bardzo atrakcyjne, co kamera pokazuje kilkakrotnie. Choćby w scenie tańca ze zdjęciem swojego męża – tam kamera skupia się głównie na nogach i twarzy czy podczas spaceru po mieście. Ale tak naprawdę jest to bardzo samotna, pozbawiona prawdziwych przyjaciół persona. Chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka. Druga kluczową postacią jest Renato (uroczy Giuseppe Solfaro), który początkowo zauroczony kobietą staje się niemym świadkiem strasznych wydarzeń, ale jako jedyny zachowuje się w porządku (widać to w finale).

malena4

Tornatore okazuje się bardzo wnikliwym obserwatorem świata, gdzie ludzie skrywają swoje maski, a za wyróżnianie się z tłumu płaci się wysoką cenę. Ale jednocześnie pozostaje pewna nadzieja, że nie wszyscy ludzie są tacy zawistni i podli. Szkoda tylko, że ilość tego towaru jest mocno ograniczona. A poza tym, bardzo dobre, zmysłowe i piękne kino pokazujące, że nie tylko w Hollywood się robi interesujące rzeczy.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kłopotliwy człowiek

Andreas trafia do pewnego miasta, gdzie nagle dostaje dom i pracę w korporacji jako księgowy. Pozornie wydaje się być to rajem na ziemi. Aż poznaje pewnego faceta, który nie czuje absolutnie nic. I wtedy zaczynają się wątpliwości.

klopotliwy_czlowiek1

Kino skandynawskie jest dziwne, tajemnicze i czasami zbyt enigmatyczne. Czym jest film Jensa Liena? W zasadzie to kolejna zagadkowa historia, gdzie żyjemy w idealnym świecie. Wszyscy są wobec ciebie życzliwi, uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Tylko cały dowcip polega na tym, że ten świat jest (zbyt) idealny – przypomina reklamę, a nawet meble z Ikei – sterylne, czyste, przestrzenne, pozbawione prawdziwych emocji, a rozmowy toczą się wokół mebli, łazienek itp. Życzliwość jest czymś pustym, rytuałem nakazanym w tym nieprzyjemnym świecie. Pewną szansą na wyrwanie się jest tajemnicza dziura w ścianie piwnicznej. A co tam się znajduje? Coś, co tamten świat chce nie dopuścić, a pachnie tak świeżo jak nic innego w tym świecie.

klopotliwy_czlowiek2

Dialogów jest tu niewiele, za to dużo specyficznego, miejscami wręcz absurdalnego humoru (wielokrotne potrącenie przez pociąg bohater wraca do domu, gdzie żona bohatera reaguje w ten sposób: „W sobotę jesteśmy zaproszeni na gokarty. Idziemy?”), który nie trafi do każdego. I nad wszystkim pachnie tutaj antytotalitarnymi dziełami, tylko że główna ideologią jest konsumpcjonizm. Bierz, kupuj, a wszystkie twoje problemy znikną. Umrzeć się nie da, zginąć tez nie dasz rady. Nawet miłość tutaj jest czymś pustym, bo nie da się przywiązać do innej kobiety (romans z blondwłosą koleżanką, która ma tylu facetów). A jak ci nie będzie pasowało, to cie wyniosą i odwiozą autobusem (w bagażniku). I jak to pisał Grabaż ze Strachów na Lachy: „zostałeś człowieko-wrakiem, znak że byłeś w korporacji”.

klopotliwy_czlowiek3

 

Całość jest do tego świetnie zagrana (z nieporadnym Trondem Fausą Aarvagiem w roli Andreasa), świetnie zrealizowana, mocno surrealistyczna i dziwaczna. Rzadko sięgam po takie kino, ale tutaj działa bardziej na umysł niż na serce. Ale parę razy się zaśmiałem. A to dość sporo. A czy wy tez jesteście takimi kłopotliwymi ludźmi?

7/10

Radosław Ostrowski

Bezsenność

Pamiętacie taki film “Bezsenność”? Alaska, morderstwo nastolatki, przypadkowy postrzał kolegi (we mgle) i pojedynek między Alem Pacino a Robinem Williamsem. Nie wiem czy wiecie, ale film Christophera Nolana był remakiem (serio) pewnego kryminału z kraju zwanego Norwegią. Na północy Norwegii, gdzie słońce nie zachodzi nigdy trafia szwedzki policjant Jonas Engstrom, by wyjaśnić sprawę morderstwa 15-letniej dziewczyny. Podczas obławy Jonas zabija swojego partnera. Wkrótce policja wpada na trop pisarza Jona Holta, który zaczyna prowadzić grę z policjantem.

bezsennosc4

Streszczenie fabuły jest niemal identyczne jak remake’u, ale różnica jest ogromna. I nie jest nią tylko czas trwania i zmiana lokalizacji. Ale sposób realizacji jest skrajnie odmienny – reżyser Erik Skjoldbjærg postawił na surową realizację (zimna kolorystyka, ambientowa muzyka) oraz mroczny klimat. W porównaniu do kolegów z USA, którzy wszystko robią lepiej i po hollywoodzku używając do tego specjalnego narzędzia każdego reżysera – mianowicie łopaty, Norweg jest bardziej cwany, a także wierzy w inteligencję widza, co jest dość trudne do zrealizowania. Wiele jest rzeczy niedopowiedzianych, a reputacja śledczego jest mocno wątpliwa i nadszarpnięta. Atmosfera staje się coraz gęstsza, kilka scen mocno podnosi temperaturę (obława we mgle, pościg pieszy za autobusem czy finałowa konfrontacja), a zakończenie daje naprawdę sporą satysfakcję. Można zarzucić, że tempo jest dość ospałe, wiele rzeczy pozostaje jedynie domysłami, jednak mimo tych wad całość ogląda się po prostu świetnie.

bezsennosc3

Amerykanie mieli Ala Pacino, a reżyser w roli głównej obsadził rewelacyjnego Stellana Skarsgarda. Jego śledczy to bardzo opanowany facet, który zna się na swojej robocie, ale wypadki w norweskim miasteczku potęgują jego bezsenność oraz zaczynają go prześladować wyrzuty sumienia, co pokazują sceny, w których przypomina zabitego kolegę Vika. A jego zmęczona twarz zaczyna coraz bardziej wyrażać jego tłumione emocje. Nic złego nie jestem w stanie powiedzieć o Bjornie Flobergu w roli pisarza Holta. Choć pojawia się dopiero w połowie filmu, zapada w pamięć. Równie opanowany i spokojny dżentelmen, który ukrywa swoja mroczną twarz znana nam tylko z jego słów. Jedynymi wartymi uwagi kobieta są tutaj zdeterminowana policjantka Hagen (Gisken Armand) oraz recepcjonistka Ana (Marie Bonnevie).

bezsennosc5

„Bezsenność” to jeden z wielu przypadków filmów, które zostały zapomniane przez ich wersje amerykańskie (niekoniecznie lepsze, ale łatwiej dystrybuowane). I jak w 90% przypadków, oryginał jest lepszy. Mocne, mroczne i tajemnicze kino dla bardziej wymagającego widza.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Afryką

Rok 1913. Do Kenii – brytyjskiej kolonii w Afryce, przybywa młoda kobieta Karen ze swoim mężem Brorem Blixenem. Planują zbudować tutaj plantacje kawy. Na miejscu kobieta powoli zaprzyjaźnia się z miejscowymi, jednak mąż okazuje się niewierny. I wtedy pojawia się tajemniczy myśliwy – Denys Finch Hatton, z którym zaczyna ją łączyć coś poważnego.

pozegnanie_z_afryka1

Melodramat, czyli film o miłości jest gatunkiem piekielnie trudnym, choć wydaje się on bardzo prostym do opowiedzenia – musi być niespełnione uczucie, kobieta żyjąca w wypalonym związku i ten trzeci, który ja rozumie (chyba). Takiej próby podjął się Sydney Pollack (nie mylić z perkusistą zespołu T.Love), bazując na wspomnieniach Karen Blixen. I jak wybronił się z tej sytuacji? Musze przyznać, że naprawdę dobrze. Wszystko jest poprowadzone bardzo subtelnie, choć sam romans pojawia się w połowie filmu. Może i tempo jest dość powolne, a parę scen można było spokojnie wyciąć, ale jak ta Afryka pięknie wygląda. Naprawdę zdjęcia tutaj robią wspaniałą robotę, a sceny polowań czy próba przebicia się Karen do męża trzymają w napięciu mocno. Przy okazji, reżyser portretuje Afrykę początku XX wieku, już zdominowanej przez białego człowieka, choć można z nimi się dogadać. Choć z dzisiejszej perspektywy ten wątek wydaje się mocno wyidealizowany, gdyż Afrykanie są pokazywani jak kiedyś czarnoskórzy służący w starszych filmach. I mimo tych wad, Pollack bardzo sprawnie opowiada tą dość prosta historię, a ja tez trzeba umieć poprowadzić. Nawet narracja z offu nie wywołuje rozdrażnienia czy irytacji.

pozegnanie_z_afryka3

Ale jak to jest poprowadzone i zagrane. O tym, że Meryl Streep jest esktraklasą aktorstwa, nie muszę chyba nikogo przekonywać (choć ostatnie lata mogą zmusić do zastanowienia nad tym) i tutaj jako dumna i pewna siebie kobieta wypada bardzo wiarygodnie. Poza tym jest uparta i los młodych Afrykanów nie jest obojętny, plus jeszcze talent gawędziarski tworzą mocną mieszankę, choć początkowo nie radzi sobie w nowym otoczeniu. Upór jednak jest w stanie zrobić wiele. Niewiele gorszy jest Klaus Maria Brandauer, czyli baron Bron. Sympatyczny facet, zaniedbujący swoją żonę (w dodatku wierność jest dla niego sporym problemem, co zaowocowało syfilisem), ale ostatecznie pozostają w dobrej relacji.

pozegnanie_z_afryka2

No i w końcu ten trzeci – czyli niejaki Denys Finch Hatton w niezapomnianym wykonaniu Roberta Redforda, który mimo lat nadal zachował sporą ilość uroku osobistego (do twarzy mu w kowbojskim kapeluszu). Jaki on jest? Wolnomyśliciel, którego największa przyjemnością było obcowanie z przyrodą, polowania, taki typowy samiec, który kocha Afrykę i jest samotnikiem. Aczkolwiek jego poglądy na temat małżeństwa wielu może wprawić w konsternację („Nie stanę ci się bliższy ani nie będę cię bardziej kochał z powodu kawałka papieru”) w tamtych czasach, ale nawet i dzisiaj co bardziej konserwatywne umysły. I ta trójka przyciąga najbardziej.

Muszę przyznać, że choć nie jestem wielkim fanem melodramatów, to czasami zdarza się taki film-niespodzianka, który zmusza do weryfikacji. „Pożegnanie” jest właśnie takim filmem, który jest prowadzony pewną ręką, nie pozbawionym emocji (a to jest najważniejsze w tej opowieści) oraz odrobiny epickiego rozmachu. Nie ma tu przesytu (aczkolwiek o te 15-20 minut bym poskracał) i nie skręca to w stronę banału czy mielizny. Świetna robota.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kto ją zabił?

Szkoła to bardzo nieprzyjemne miejsce. Wie o tym każdy, kto w niej chodził. A najbardziej widać to w liceum. W jednej z takich szkół chodzi Brendan – okularnik, trzymającym się z daleka wyrzutek. Jedyną osoba, z którą trzyma w miarę dobry kontakt jest jego była dziewczyna Emily. Jednego dnia, dzwoni do niego prosząc go o pomoc. Następnego dnia Brendan znajduje ją martwą w kanale. Próbuje na własną rękę wyjaśnić jej śmierć, prosząc o pomoc nerda zwanego Mózgiem.

Brick1

O tym, że Rian Johnson jest bardzo interesującym reżyserem, wie każdy kto oglądał „Loopera” albo „Breaking Bad”. Jednak w swoim debiucie już pokazał na co go stać. Sam film to bardzo dowcipna i pomysłowa zabawa konwencją czarnego kryminału, który przeniesiono w realia… licealnej szkoły. Widać to zarówno w dialogach czy budowaniu postaci oraz intrygi, ale także miejscami w realizacji, choć jest ona dość eksperymentalna. Kamera bywa trochę wykrzywiona, zdjęcia nieostre, ale kilka ujęć jest świetnie zrobionych (głównie bójki, ale tez ucieczka Brendana przed nożownikiem). W dodatku wszystko jest bardzo pomysłowo zmontowane (konfrontacja dwóch wrogów przerwana przez nalot policji, którego… nie widać czy przeplatające się retrospekcje), klimat coraz bardziej robi się gęsty, a napięcie jest coraz mocniej odczuwalne. Można się przyczepić, że finał nie robi tak mocnego wrażenia, że początek trochę niemrawy, jednak z każdą minutą coraz bardziej się rozkręca.

Brick2

Pod względem obsady, jest to naprawdę bardzo interesująca propozycja. O tym, że Joseph Grdon-Levitt jest piekielnie utalentowanym aktorem, wiedziałem od dłuższego czasu. „Kto ją zabił?” tylko potwierdza swoją predyspozycję. To taki odpowiednik prywatnego detektywa z czarnego kryminału – wyalienowany, sprytny i cyniczny mądrala, który zna reguły i jest naszym przewodnikiem po tym świecie. Wie kto co i z kim, choć sam nie jest w stanie zrobić wiele. Poza nim warto wyróżnić z obsady trzech facetów. Pierwszy to grany przez Matta O’Leary Mózgu – ksywa mówi sama za siebie, jest bardzo inteligentnym facetem, mającym dobre uszy i kontakty (taki informator). Drugim jest naprawdę dobry Noah Fleiss, czyli osiłek Tug, który jest lekko narwany, ale wie tak naprawdę więcej niż mówi. I w końcu trzeci gracz, czyli owiany legendą Szpila. Lukas Haas wcielający się w tą postać sprawia wrażenie demonicznego (czarno ubrany, z laską), ale jednocześnie groteskowego ważniaka. Jeśli chodzi o panie, tutaj wyróżnia się jedna osoba, ale tylko nieźle grająca. Mowa o Norze Zehether, która jako Laura miała być taką femme fatale i to widać przede wszystkim w noszonych przez nią ciuchach.

Brick3

„Kto ją zabił?” jest bardzo pomysłowym kryminałem, ale nie pozbawionym wad. Po pierwsze, mocna inspiracja Chandlerem, czyli intryga prowadzona na granicy prawdopodobieństwa, co nie zawsze wydaje się logiczne. Po drugie, czasami zdarza się przynudzać i tempo jest dość powolne. Ale poza tym jest to naprawdę ciekawe i pomysłowy eksperyment, który może być satyrą na młodzież albo wariacją na kino noir. W każdym przypadku jest to interesująca propozycja.

Brick4

8/10

Radosław Ostrowski


Stań przy mnie

Jest rok 1959. W wakacje w małym miasteczku Castle Rock trwają poszukiwania zaginionego 12-letniego chłopaka Raya Browera. Na własną rękę poszukiwania zaczyna czwórka dzieciaków: Gordie, Teddy, Chris i Vern. Ten ostatni przypadkowo usłyszał o tym, jak jego brat (członek gangu niejakiego Ace’a) przypadkowo odnalazł ciało chłopaka, jednak jechali skradzionym autem i nie chcieli tego zgłosić. Więc dwie grupy śpieszą się ze znalezieniem zwłok i zdobycia sławy.

stand_by_me1

To jedna z bardziej znanych adaptacji Stephena Kinga. Wielu reżyserów mierzyło się z jego utworami jak David Cronenberg, Frank Darabont czy John Carpenter, a jednym z lepszych adaptatorów był Rob Reiner, co pokazał już w „Misery”. Ale cztery lata wcześniej Reiner przeniósł opowiadanie „Ciało”, tworząc dość zaskakujący i nietypowy film. Nie był to rasowy horror, tylko bardziej obyczajowa historia o pierwszej przyjaźni oraz przyśpieszonej dojrzałości. Chłopcy na początku chcą zyskać sławę, ale powoli zaczynamy odkrywać ich lęki i przeżycia – brak akceptacji od strony rodziców, wykluczenie, samotność. Tempo jest dość spokojne, dużo jest rozmów i narracji z offu (opowiada to wszystko dorosły już Gordie), a kilka momentów naprawdę trzyma w napięciu (ucieczka przez pędzącym pociągiem czy finałowa konfrontacja). Szukanie ciała staje się inicjacją, a całość okraszona jest naprawdę ładnymi zdjęciami oraz piękną muzyką (klamrą jest instrumentalna wersja „Stand By Me”). Można się czepiać, że film jest dość krótki, zbyt familijny i że można było jeszcze mocniej pokazać, ale to wszystko wydaje się nieistotne, bo jest to bardzo interesujące i przyjemne kino.

stand_by_me2

W dodatku całość jest świetnie zagrana, zwłaszcza przez aktorów dziecięcych, co w przypadku Stanów Zjednoczonych jest standardem. Każdy z dzieciaków jest nakreślony bardzo wyraźnie: żyjący w cieniu zmarłego brata Gordie (Will Wheaton), naznaczony piętnem złodzieja obrotny Chris (River Phoenix), narwany i lekko postrzelony Teddy (Corey Feldman) oraz mający nadwagę tchórzliwy Vern (Jerry O’Connell). Z pozostałych aktorów najbardziej wyróżnia się Kiefer Sutherland jako silny przywódca gangu Ace – typowy paskudny typek.

Trzeba przyznać, że Reiner ma dobrą rękę do utworów Stephena Kinga, co jest wystarczającą rekomendacją, by poznać „Stań przy mnie”. To bardzo ciepłe, odrobinę nostalgiczne kino pozwalające przypomnieć albo pomarzyć sobie o takim dzieciństwie i takich kumplach, których ma się tylko w wieku 12 lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Różyczka

Rok 1967 na świecie należał do raczej mniej przyjemnych, gdyż wtedy trwała wojna sześciodniowa. W tym czasie w Warszawie planowała była nagonka przeciw osobom pochodzenia żydowskiego. I to właśnie wtedy doszło do pewnego trójkąta. Ona – prosta, trochę naiwna, ale bardzo piękna dziewczyna imieniem Kamila, która żyje w miarę przyzwoicie i ma chłopaka. On – Roman okazuje się być oficerem UB, a tacy wiadomo, do przyjemniaczków nie należą. I wtedy pojawia się ten trzeci – obiekt obserwacji UB, do czego zostaje wykorzystana Kamila. Nazywa się Adam Warczewski i jest wrogiem publicznym nr 1. Plan wydaje się prosty, ale kiedy emocje biorą górę, zdarzyć się może wszystko.

rozyczka1

Jan Kidawa-Błoński tylko pozornie przedstawia prostą opowieść o miłości z polityczną intrygą w tle. Bo sprawa nie jest taka prosta, jak chcieliby niektórzy prawicowi i lewicowi politycy czy IPN, że ten donosił, drugi współpracował, a trzeci był pod obserwacją. Na początku może wszystko wydaje się łatwe, ale potem pojawiają się komplikacje, a początkowa fascynacja zmienia się w uczucie. Tylko czy można zbudować dobra relację, gdzie fundamentem staje się kłamstwo i zdrada? No właśnie, a władza nie śpi i obserwuje, na swój sposób, by kontrolować i obserwować niewygodnych, nawet swoich ludzi poddając pod obserwację. W dodatku całość jest bardzo pewnie opowiedziana i poprowadzona, dialogi nie drażnią, napięcie ulega nasileniu, a finał naprawdę zaskakuje. W dodatku bardzo zgrabnie wpleciono materiały archiwalne w wydarzenia (wypadki marcowe) i bardzo łatwo w to wszystko uwierzyć. Bo historia potrafi być nieobliczalna i bezwzględna.

rozyczka2

I w dodatku jest to fantastycznie zagrane. Tytułowa Różyczka, czyli Magdalena Boczarska prezentuje się naprawdę dobrze i wiarygodnie pokazuje ewolucję swojej postaci. Współpracuje z władzą nie dlatego, ze będzie mogła lepiej żyć, ale raczej z powodu swojej głupoty i naiwności oraz miłości do oficera UB. Jednak powoli zaczyna czuć do „figuranta” trochę więcej niż fascynację i ciekawość, a cena jej wyboru będzie naprawdę wysoka. Jest ona o tyle niebezpieczna, że nieświadomie „zniszczyła” życie dwóm mężczyzną i jak róża ma kolce. Drugim punktem tego trójkąta jest kapitan UB, świetnie zagrany przez Roberta Więckiewicza. Na początku sprawia wrażenie typowego chama i osiłka (bokser), ale pod tą warstwą ukrywa się czuły facet, rozdarty miedzy uczuciem, lojalnością i presją szefostwa. No i w końcu ten trzeci – Warczewski poprowadzony przez Andrzeja Seweryna to oczytany, inteligentny i samotny mężczyzna, który nie boi się mówić krytycznie o sytuacji w kraju. W końcu zostaje on osaczony przez władzę i zgnieciony. Poza tym trójkątem drugi plan prezentuje się solidnie z Janem Fryczem (płk Wasiak) i Jackiem Braciakiem na czele.

rozyczka3

„Różyczka” może budzić skojarzenia z „Małą Moskwą” Krzystka, gdzie też była zakazana miłość z historycznym tłem. Ale Kidawa-Błoński po prostu mocniej i bardziej angażująco opowiedział całą historię dodając wiele odcieni szarości. Naprawdę przednie kino prosto z Polski.

8/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z kawiarni

Poznajcie Lawrence’a. Nie pochodzi on z Arabii, ale pracuje jako urzędnik w Ministerstwie Skarbu i jest strasznie nieśmiały, samotny i na dodatek niepewny siebie. Innymi słowy – urzędnik idealny. I tak prowadzi swoje nudne i monotonne życie. Jednak podczas jednej krótkiej przerwy w kawiarni szukając jakiegoś miejsca, by siąść, wypić kawę, a następnie wyjść z powrotem do pracy pojawiła się ona. Niepozorna, szara myszka – Gina, tak miała przynajmniej w dokumentach. I wtedy coś dziwnego zaczęło dziać się z urzędnikiem. Oszalał na jej punkcie do tego stopnia, ze zabrał ją ze sobą na szczyt G8 do Rejkjawiku.

kawiarnia1

Za tą brytyjską produkcję telewizyjną odpowiada dwóch gości. Scenarzysty Richarda Curtisa przedstawiać nie trzeba, a jego dorobek mówi sam za siebie („Jaś Fasola”, „Cztery wesela i pogrzeb”, „Czas na miłość”), ale reżyser David Yates – tu sprawa robi się poważniejsza. Odkąd zrobił trzy ostatnie części Harry’ego Pottera (ostatnią nawet podzielił na pół), ma opinię najbardziej znienawidzonego brytyjskiego reżysera ever. Z tego powodu, nikt nie chciał zapoznawać się bliżej z dorobkiem tego reżysera. A szkoda, bo jest on dość interesujący. „Dziewczyna z kawiarni” pozornie wydaje się typowym kom-romem zza Wysp, pełnym celnych i niepozbawionych ironii dialogów, które są siłą napędową. Jednak, gdy w tle pojawia się wielka polityka, to tutaj może być ślisko i niebezpiecznie, a zadanie tzw. Milenijnych Celów (zmniejszenie biedy i ubóstwa) kładzie się cieniem na relacji tych dwojga. Zwłaszcza, że ona mówi wprost o tym, co jej się nie podoba, dostrzegając tylko zapatrzenie w swoje interesy oraz pustosłowie.

kawiarnia2

Ale kiedy oboje pojawiają się w swoim pokoju, klimat zmienia się, powoli zaczyna iskrzyć między nimi, w czym pomaga im atmosfera Islandii. Niby lodowata i bardzo biała, ale pod nią schowanych jest wiele gejzerów i wulkanów. Tutaj każde drobne spojrzenie i gest ma kluczowe znaczenie, mówiąc czasem więcej niż słowa. To także zasługa naprawdę dobranego i pięknie grającego duetu. Bill Nighy po raz kolejny odgrywa powściągliwego Anglika, który bardziej tłumi swoje emocje. Ale w końcu poznaje smak życia,które powoli zaczyna nabierać kolorów. A w swojej nieporadności i słabym przebiciu jest naprawdę uroczy. Przeciwieństwem jest tutaj Gina, wspaniale poprowadzona przez Kelly Macdonald – przebojowa, mniej sztywna, ale skrywająca pewną mroczną przeszłość. Patrzenie na ich oboje jest naprawdę dużą przyjemnością i są oni największym skarbem tego filmu. Cała reszta (ze świetnym Kenem Stollem jako ministrem skarbu) robi tutaj tylko za tło.

Trzeba przyznać, że David Yates potrafi robić filmy. I jest w tym naprawdę dobry. Ale chyba tylko w przypadku produkcji telewizyjnych. A może się mylę?

7,5/10

Radosław Ostrowski