Uczeń szatana

Todd Bowden jest nastoletnim uczniem college’u, który jest zafascynowany II wojną światową. Chłopak okrywa, ze jego sąsiad Arthur Dessler jest tak naprawdę nazistowskim zbrodniarzem, Kurtem Dussanderem. Udaje mu się zebrać dowody, lecz zamiast wydać go policji, proponuje mu nietypowy układ: Todd nie wyda go, w zamian nazista ma opowiadać o swoich czynach.

uczen_szatana1

Stephen King jest tak poczytnym i uznanym autorem, którego dorobek jest konsekwentnie przenoszony na ekran od jego pierwszej powieści. Tym razem za opowiadanie „Zdolny uczeń” postanowił się zabrać Bryan Singer – opromieniony sukcesem „Podejrzanych”. Nie jest to stricte horror, raczej psychologiczny thriller, gdzie dwaj bohaterowie prowadzą miedzy sobą psychologiczną grę, jeden drugim manipuluje i próbuje ograć. W ten sposób bardzo łatwo jest zarazić się złem, które powoli odbija się na psychice młodego chłopaka, popychając go do morderstwa, oszustwa i szantażu. Singer bardzo pewnie portretuje całą sytuację za pomocą bardzo pomysłowego montażu, co widać najbardziej w scenach „urojeń” Todda, gdzie przeszłość wojenna miesza się z rzeczywistością (prysznic staje się kabiną obozową). Mimo to Singer pozostaje bardzo subtelny i kameralny, nie przesadzając z przemocą, co jest bardzo wysublimowane plastycznie, a napięcie jest powoli, ale precyzyjnie budowane.

uczen_szatana2

Drugą siła napędową są grający główne role faceci, którzy próbują oszukiwać siebie nawzajem i zapętla się ich relacja oparta na szantażu. Zarówno Brad Renfro jak i Ian McKellen bardzo przekonująco zbudowali swoje role. Todd – młody, wrażliwy chłopak, który jest zafascynowany nazizmem i złem oraz starszy, krętacz i jak się okazuje mistrz manipulacji, który jest bardziej wyrafinowanym oszustem. Ich relacja jest dość pokręcona i bardzo niejasna: od kontroli po fascynację.

Choć sam film został troszeczkę zapomniany, choć pozostaje kawałem porządnego kina. Myślę, że King byłby z niego zadowolony. Ja jestem.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie oglądaj się teraz

John i Karen Baxterowie są młodym małżeństwem z dwójką dzieci. Kiedy ich córka utonęła w jeziorku, oboje jadą do Wenecji, gdzie John podejmuje się odnowienia kościoła. Ale wtedy kobieta spotyka dwie siostry, z których jedna jest jasnowidzem. Ta znajomość wplątuje małżonków w ciąg dziwacznych sytuacji – po mieście krąży seryjny morderca, a John zaczyna widzieć osobę w tym samym płaszczyku, co jego zmarła córka.

nie_ogladaj1

Daphne du Maurier jest bardzo cenioną autorką, z której dorobku filmowcy korzystali wielokrotnie. Jedną z bardziej udanych adaptacji jest film Nicholasa Roega z 1973 roku. I choć gatunkowo jest umieszczony jako horror, to nie jest to tak zrozumiane jak w klasycznej definicji. Samej krwi czy brutalnej jatki tu nie ma zbyt wiele, jednak reżyser stawia tutaj na mroczny klimat. Wenecja tutaj jest brudna, mroczna, przypominająca labirynt korytarzy, z którego nie ma żadnego wyjścia. Ciągle jest tu odczuwalna atmosfera tajemnicy, w której role odgrywają dziwne wizje i niejasne zachowania poszczególnych postaci. Atmosfera rodem z filmu Davida Lyncha, gdzie jest masa mylnych tropów, a łamigłówka wydaje się nie do wytłumaczenia. Spokojne tempo i bardzo powolne sceny dnia codziennego są jedynie środkiem usypiającym, który wielu może zniechęcić i odepchnąć wielu kinomanów. Cierpliwość jednak pozostaje nagrodzona, dzięki zarówno świetnemu montażu (początek filmu, gdy dochodzi do utonięcia) jak i niesamowitemu finałowi, który wywraca wszystko do góry nogami.

nie_ogladaj2

Mimo pewnego usypiania, Roeg bardzo precyzyjnie tworzy i buduje całą historię. Swoje robią też świetne role Donalda Sutherland i Julie Christie jako małżonków zmagających się z traumą. On podchodzi do tego racjonalnie i ignoruje wizje (poza końcówką), ona szuka wytłumaczenia i spokoju. Swoje trzy grosze dokładają niejednoznaczne postacie sióstr Heather i Wendy (Hilary Mason i Clelia Matania), a także inspektora policji (Renato Scarpa) oraz biskupa-zleceniodawcy (Massimo Serato).

Dziwny, tajemniczy, niepokojący – tak można opisać „Nie oglądaj się teraz”. I mimo lat ma kilka naprawdę wybornych scen. Mimo usypiania (za mocnego), potrafi nadal przykuć uwagę, robiąc to bardzo skutecznie.

7/10

Radosław Ostrowski

Przylądek strachu

Sam Bowden jest bardzo szanowanym adwokatem. Osiem lat temu zeznawał jako świadek przeciwko Maxowi Cady’emu doprowadzając go do skazania na osiem lat więzienia za pobicie. Teraz Cady wychodzi z więzienia, gdzie „studiował” prawo i zaczyna terroryzować rodzinę Bowdena. Prawnik będzie wystawiony na ciężką próbę.

capefear1

Jak można stwierdzić po opisie, mamy do czynienia z thrillerem, choć czasy w których nakręcono wymagały większej finezji (obowiązywał jeszcze w 1962 roku Kodeks Hayesa). Choć nakręcony na czarno-białej taśmie i ze sporą liczbą dialogów, reżyser Jack Lee Thompson potrafi zbudować napięcie i wykreować bardzo ponurą atmosferę. Krwi tu nie zobaczycie, ale bijatyki nie i przemocy nie brakuje. Wszystko to jest tworzone w dość klasyczny sposób (ponura muzyka Bernarda Herrmanna, gra oświetleniem czy powolne ujęcia – kapitalna scena ucieczki Nancy w szkole). Może dzisiaj nie robi to aż takiego wrażenia, jednak nie brakuje tutaj kilku świetnych scen, jak choćby finałowa konfrontacja na Przylądku strachu. Jednocześnie reżyser pokazuje, że prawo można też wykorzystywać do popełniania zbrodni. Drugi problem jaki miałem z tym filmem wynika z tego, że najpierw obejrzałem remake autorstwa Martina Scorsese, który nadał tej opowieści mroczniejszy i mniej jednowymiarowy wydźwięk plus fantastycznego Roberta De Niro w roli czarnego charakteru.

capefear2

Tutaj zamiast niego jest nie gorszy Robert Mitchum, który potrafi wystraszyć samym spojrzeniem. Cady to śliski typek, którego od innych psycholi wyróżnia spryt i prawo, które umie wykorzystać na swoją korzyść. Jego przeciwnikiem jest Gregory Peck – ikona prawości i sprawiedliwości, choć tutaj zdarza mu się balansować na krawędzi prawa (wynajęcie zbirów, by pobić Cady’ego). Wiadomo, trzeba chronić rodzinę, czasami ponad prawem. I czuć, że panowie nie przepadają za sobą, a wspólne sceny podnoszą miejscami temperaturę. Postacie kobiece są tutaj w zasadzie tłem dla konfrontacji dwóch facetów (wyjątkiem jest Barrie Chase jako ofiara Cady’ego), a na drugim planie wyróżniają się Martin Balsam (Mark Dutton, szef policji) i Telly Savalas (detektyw Charles Shivers), którzy trzymają mocno fason.

capefear3

 

Mimo lat „Przylądek strachu” Thompsona pozostaje naprawdę kawałem porządnego dreszczowca. Jednak to, co później zrobił Scorsese spowodowało, że oryginał trochę stracił siły i mocy. Ale tylko troszkę.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Dziękujemy za palenie

Poznajcie Nicka Naylora – facet pracuje dla korporacji tytoniowej i jest rzecznikiem prasowym. Innymi słowy – wmawia ludziom, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Nawijkę ma taką, że nie ma takiej opcji, żeby cię nie przekabacił. W życiu prywatnym nie jest tak kolorowo – żona go zostawiła dla lekarza, a syna widzi tylko w weekendy. I tak obserwujemy jego życie, aż do momentu, gdy pojawi się w nim pewna dziennikarka, która będzie chciała przeprowadzić z nim wywiad.

palenie1

Jeśli ktoś nazywa się Reitman, to wiadomo o jego filmie, że to będzie komedia. Ale kiedy widzimy imię Jason zamiast Ivana („Pogromcy duchów”, „Bliźniacy”), może my mieć wątpliwości co wyjdzie. Uspokajam – Jason jest synem Ivana, więc powinno być równie dobrze jak w przypadku tatusia. I rzeczywiście tak jest, bo debiut młodszego Reitmana jest satyrą. Wymierzona przeciwko komu? Politycznej poprawności, hipokryzji i przy okazji pokazuje jak łatwo można zmanipulować ludźmi. Co potrzeba? Reklamy i złotoustego faceta, który będzie w stanie podważyć i obalić każda twoja tezę. To widać już na samym początku, gdy w programie tv Nick opowiada o chorym chłopcu, że nie chce jego śmierci, gdyż w ten sposób straciliby (jego firma znaczy) klienta, a co za tym idzie dochody. Proste i logiczne? Dla osób, które nie wgłębiają się – tak. Dlatego są potrzebni tacy goście jak Nick, którzy mogą wmówić nam cokolwiek o czymkolwiek i kimkolwiek. A prawda jest taka, że wszyscy robią nas w chuja, etyka – kogo ona obchodzi? Politycy oszukują, PR wciskają nam kit, a dziennikarze czasem, by zdobyć informacje – uprawiają seks ze swoimi rozmówcami. Przy okazji lecą tak niepoprawnie polityczne słowa, które sprawiają wielką frajdę (wizyta u agenta filmowego, by gwiazdy kina znów paliły na ekranie – bezcenne), choć na wszystkich spadnie moralizatorski deszcz. Ale czy można to nazwać happy endem?

palenie2

Reitman ma mocne tempo, ostre puenty i wie jak używać montażu (nawijka Nicka o sobie na początku filmu to potwierdza), jednak od momentu porwania Nicka czuć pewne delikatne osłabienie, na szczęście finał wszystko rekompensuje i mimo wszystko kibicujemy temu draniowi. Zwłaszcza, że grający go Aaron Eckhart jest po prostu fenomenalny. Mamy wrażenie na początku, że to człowiek sukcesu – kocha swoją prace, zarabia kupę szmalu, ma tylko dwoje, ale za to bardzo oddanych przyjaciół (Szwadron Śmierci – czyli rzecznicy przemysłu alkoholowego i zbrojeniowego), jednak stara się tez być ojcem, a to nie jest wcale takie proste.

palenie3

Wszystko to jest poprowadzone bardzo pewną ręką Reitmana, który świetnie też prowadzi aktorów. Eckhart jest siłą napędową – jemu wystarczy samo spojrzenie. Ale nie występuje on tutaj sam – towarzyszy mu naprawdę doborowa obsada: od JK Simmonsa (szef BR) przez Roba Lowe’a (Jeff Megall – agent w Hollywood) i Katie Holmes (dziennikarka Heather Holloway) po Williama H. Macy (senator Finistirre – radykalny antynikotynista) i Roberta Duvalla (Kapitan). W zasadzie mógłbym wymienić jeszcze parę osób, ale ten tekst i tak jest za długi.

Jeśli zaczyna się z takiej grubej rury, to można być spokojnym o dalsza karierę Reitmana. Owszem, następne filmy przyniosły mu nominacje do prestiżowych nagród jak Oscary czy Złote Globy, jednak czy miały w sobie taką energię i pazur jak debiut? To już niech każdy sam oceni. Mnie się film bardzo podobał i zachęcam do zapoznania się.

8/10

Radosław Ostrowski

Koziorożec 1

Teorie spiskowe w kinie są modne w zasadzie od dawien dawna (a dokładnie od „39 kroków” Hitchcocka). Zamach na Kennedy’ego, grupa trzymająca władzę, śmierć Paula McCartneya. Najbardziej popularna teoria mówi, że lądowanie na Księżycu nie miało miejsca, tylko zostało nakręcone w studiu przez Stanleya Kubricka. Ta teza stała się punktem wyjścia dla jednego z najciekawszych thrillerów politycznych.

koziorozec1

Już za paręnaście minut ma wyruszyć Koziorożec 1 – statek kosmiczny z trójką astronautów pod wodzą komandora Charlesa Brubakera. Ich celem jest dotarcie do Marsa. Ale w parę minut przed wyruszeniem, astronauci zostali przeniesieni samolotem do oddalonej bazy. Tam na miejscu znajdują się kamery i sprzęt filmowy, a szef misji szantażem zmusza ich do udziału w mistyfikacji. Ostatecznie misja kończy się awarią i zniszczeniem kapsuły, więc astronauci wiedząc, że ich los jest przesądzony, decydują się uciekać. W tym samym czasie dziennikarz Robert Caufield prowadzi własne śledztwo w sprawie zaginięcia jednego z pracowników NASA. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, ze te dwa wątki połączą się ze sobą.

koziorozec2

Już wtedy Peter Hyams zdecydował się pokazał, jak wielką siła jest manipulacja, a technika jest tak rozwinięta, że można dzięki niej wmówić ludziom wszystko. Wtedy wystarczyły kamery i telewizja, dzisiaj można użyć satelitów, Internetu, a manipulacja jest dokonywana wszędzie – reklamy, filmy, media. Jaki to problem dzisiaj wmówić innym fałszywe informacje? To bardzo sugestywnie pokazuje pierwsza część filmu – wielkie oszustwo, czyli nieudana misja na Marsa, zrobiona żeby nie doprowadzić do likwidacji programu kosmicznego oraz dla propagandy sukcesu. Dalej mamy ucieczkę i pościg, a w tle jednocześnie prowadzone dziennikarskie dochodzenie – zbieranie faktów, składanie do kupy elementów i strzępki informacji oraz próba pozbycia się dziennikarza (uszkodzenie hamulców – świetne zrobiona jazda pokazana z oczu bohatera; fałszywe oskarżenia, w końcu zwolnienie z pracy). Brzmi znajomo? Nic się nie zmieniło, a całość jest świetnie poprowadzona oraz bardzo inteligentnie opowiedziana. Napięcie jest tutaj bardzo mocno podkręcane (nie tylko przez ścigające helikoptery, ale także węża, strzały), a sceny akcji naprawdę nie trąca siły (ostateczny pościg lotniczy – perełka).

koziorozec3

Hyams świetnie portretuje manipulacje i wszystko trzyma mocno za gardło, ale ma tez naprawdę wybornych aktorów, którzy wyciągają ze swoich postaci ile się da. Najbardziej tutaj błyszczy James Brolin, czyli komandor Brubaker, który szybko (pod presją zamachu na rodziny) zgadza się na mistyfikację, jednak jest na tyle inteligentny i sprytny (w końcu dowódca), że nie jest łatwy do pokonania. Drugim takim facetem jest Caufield, fantastycznie poprowadzony przez Elliotta Goulda, którego jedynym wsparciem jest koleżanka Judy (Karen Black na gościnnych występach) – uparty, zdeterminowany i konsekwentny. A jednocześnie zabawny (troszeczkę). Jeszcze jest trzeci facet, czyli dr James Kalloway (Hal Holbrook) – stylizowany tutaj na czarny charakter, zarówno potrafi być przekonujący (pierwsza rozmowa z astronautami po ich starcie) jak i bardzo śliski. Poza tym trio, drugi plan obfituje w takich aktorów jak Sam Waterson (podpułkownik Willis), O.J. Simpson (komandor Walker) plus Brenda Vaccaro (żona Brubakera) i na sam finał epizod Telly’ego Savalasa (opryskiwacz Albain).

Lata mijają, a „Koziorożec” nie chce się za bardzo zestarzeć (może poza fryzurami postaci). Mimo sporego wieku na karku, pozostaje on naprawdę świetnym dreszczowcem ze świetnie opowiedzianą historią oraz bardzo ponurym klimatem. Naprawdę mocna rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Karnawał dusz

Na światłach zatrzymują się dwa samochody, których kierowcy postanawiają się ścigać ze sobą. Na moście jeden z pojazdów wpada prosto do rzeki. Z katastrofy żywa wychodzi tylko Mary Henry – młoda organistka, która po tragedii przenosi się do Utah. Ale podczas jazdy w samochodzie odbija się sylwetka bladego mężczyzny, który zaczyna ją prześladować.

karnawal1

Kino grozy starzeje się dość szybko, jak prawie każdy gatunek. Wiadomo to, co przerażało w roku 1962 roku nie musi wywoływać tego przerażenia w dniu dzisiejszym. Film Herka Harveya pod względem budowania napięcia nie zaskakuje niczym, a strachu praktycznie tutaj nie ma. Przez większość czasu budowana jest atmosfera tajemnicy, czegoś niejasnego i niezrozumiałego. Czarno-biała taśma, organowa muzyka oraz surrealistyczny klimat, może budzić skojarzenia z Davidem Lynchem, u którego nic nie jest jasne i oczywiste, zaś finał tylko utrzymuje w tym przeświadczeniu. Najciekawsze są tutaj sceny, gdy bohaterka jest ignorowana przez otoczenie, którego całkowicie nie słyszy (wtedy słychać ruchy Mary i muzykę), ale mimo dość krótkiego czasu trwania, „Karnawał” nuży, a realizacją przypomina kino klasy B (bardzo słaby dźwięk – miejscami aż za głośny, miejscami film sprawia wrażenie pourywanego).

karnawal2

To samo dotyczy aktorstwa, które nie jest jakieś powalające, ale też nie wywołuje poczucia rozdrażnienia. Wyróżnia się zdecydowanie Candace Hilligoss jako Mary – po wypadku jest wycofana, nieufna i ma dziwaczne wizje, które ją prześladują. Zdana tylko na siebie powoli wpada w obłęd (nie przypomina to trochę bohaterki „Wstrętu” Polańskiego?), z którego już nie ma odwrotu i to jest zagrana naprawdę przyzwoicie. Reszta postaci to tylko i wyłącznie tło, z którego zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Sidneya Bergera (trochę nachalnego sąsiada, który zaleca się do Mary) i Stana Levitta (dr Samuels).

karnawal3

„Karnawał dusz” potwierdza starą prawdę, że ludzki umysł jest nieobliczalny i potrafi spłatać figla każdemu człowiekowi. Mimo jednak dość krótkiego czasu trwania (niecałe 80 minut), film mocno nudzi i parę razy działa mocno usypiająco. Na mnie tez, niestety. I jakoś strachu nie wywołuje, a to w przypadku tego gatunku jest największą zbrodnią.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Samotne serca

Wiele razy przekonywałem się, że prawdziwe historie są idealnym materiałem dla kina czy literatury, co pokazują nie tylko biografie, ale też takie tytuły jak „Prosta historia” czy „Informator”. Tym razem dostajemy historię dwojga morderców, którzy działają jako „zabójcy samotnych serc” – Raya Fernandeza i Marthę Beck, którzy obrabowali i zamordowali kilkanaście kobiet. Pewnie zabiliby jeszcze więcej osób, gdyby nie determinacja prowadzącego śledztwo Elmera Robinsona i partnerującego mu Charlesa Hildebrandta.

samotne_serca1

Ta historię postanowił opowiedzieć syn jednego z policjantów, Todd Robinson. Zawsze w tego typu sprawie jest ryzyko, że osobisty charakter może nie tylko wypaczyć, ale i wynudzić. Prawdą jest, że reżyser skupia się na swoim ojcu, który prowadził śledztwo ze sporą determinacją po samobójstwie swojej żony, na szczęście to nie odbija się na samej historii, która jest poprowadzona naprawdę przyzwoicie. Powoli obserwujemy przypadkową znajomość Raya i Marthy, ich pierwszą zbrodnię i następne (skupiono się na kilku przypadkach) oraz mozolnie prowadzone policyjne śledztwo. Trudno odmówić stylu oraz inspiracji kinem noir (klimatyczne zdjęcia, utrzymane zarówno w czerni jak i sepijnej żółci, jazzowa muzyka oraz fryzury i kostiumy), co na pewno jest zaletą. Wielu może zniechęcić mozolne tempo dochodzenia oraz brak szybkiej akcji, ale umówmy się: to nie ma zawodów w strzelanie, a psychologia bohaterów jest równie istotna jak morderstwa (krótkie, ale gwałtowne) i w paru miejscach napięcie sięga wysoko (zatrzymanie bohaterów przez patrol). Nasuwają się pewne skojarzenia z „Bonnie i Clyde”, ale Martha i Ray nie są tacy sympatyczni jak bohaterowie filmu Arthura Penna. Oboje są bezwzględni, ale ich relacja jest bardziej toksyczna i oparta bardziej na zastraszaniu.

samotne_serca2

To wszystko byłoby zaledwie przyzwoitym filmidłem, gdyby nie dobrze grający aktorzy. Dość oszczędny w ekspresji John Travolta świetnie sobie radzi w roli samotnego i trochę podniszczonego przez życie detektywa Robinsona, który jak znajdzie trop to nie odpuszcza. Tak samo James Gandolfini (Hildebrandt, który jest też narratorem całej historii), choć on jest bardziej pogodny i przyziemny. Obaj panowie zaskakująco dobrze się uzupełniają. Druga para jest tutaj Martha i Ray (apetyczna Salma Hayek i czarujący Jared Leto) – ona zazdrosna i porywcza, on uległy wobec niej i bezradny. Są niebezpieczni i bardzo bezwzględni. Poza tymi dwoma parami warto wyróżnić dwie panie: Laurę Dern (Rene – koleżanka z pracy Robinsona, chcąca się z nim związać) i Dagmara Domińczyk (Delphine – jedna z ofiar).

Nie można odmówić Robinsowi solidnego rzemiosła, bo tym w zasadzie jest ten film. Solidną robotą z mocnym aktorstwem oraz stylizacją kina noir. Trochę lepszą od „Czarnej Dalii” De Palmy, jednak do najlepszych filmów z tego gatunku sporo brakuje.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Omen

6 czerwca, Rzym. Podczas porodu umiera syn amerykańskiego ambasadora, Roberta Thorne’a. Namówiony przez księdza w szpitalu, decyduje się adoptować niemowlę, którego matka zmarła przy porodzie. Rodzina jest szczęśliwa i spokojna, a Thorn zostaje ambasadorem w Wielkiej Brytanii. Jednak kiedy Damian ma 5 lat, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zaczynając od samobójstwa niani.

omen3

Kino grozy wydaje się gatunkiem dość trudnym, gdzie pewne sztuczki są łatwe do przewidzenia. Albo jest zazwyczaj nudne i powolne albo przesadnie brutalne. Klasyczny film Richarda Donnera wydaje się czymś pośrodku – nie brakuje tutaj zarówno makabry jak i bardziej delikatnego budowania grozy. Sama historia pełna jest tutaj tajemnicy i atmosfery niesamowitości (gwałtowna burza, obecność rottweilerów, atak pawianów na samochód), a sposobu mordowania musiał być inspiracja dla twórców „Oszukać przeznaczenie”, bo śmierć jest tutaj gwałtowna i szybka (odcięcie głowy, wypadnięcie przez okno itp.) i nie do końca wiadomo kto i kiedy opuści ten świat, a osadzenie akcji w malowniczych plenerach Brytanii (oraz we Włoszech) nadal robi wrażenie, zwłaszcza scena we włoskim cmentarzu ma coś z romantycznego malarstwa. Klimat jest jeszcze potęgowany przez świetną muzykę Jerry’ego Goldsmitha z masą chóralnego śpiewu, bardzo zgrabnemu montażowi (atak szału Damiana pod kościołem), a finał wywraca wszystko do góry nogami. A wszystko to jest zrobione pewną ręką reżysera, trzymającą wszystko za gardło.

omen1

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest ona na naprawdę dobrym poziomie. Grający „rodziców” Damiena Gregory Peck (ambasador Robert) i Lee Remick (Katherine) tworzą naprawdę zgrabny duet, choć Peck tutaj ma znacznie więcej do pokazania, a jego wątpliwości co do uśmiercenia Damiena zostają rozwiane dopiero po znalezieniu trzech szóstek w głowie chłopca. Harvey Stephens jako Damien jest taki jak na Antychrysta przystało – wszechpotężny, ma dobry kontakt ze zwierzętami i bywa bardzo irytujący. Ma też wierną „wyznawczynię” (lekko teatralna Billie Whitelaw – dzisiaj już ona nie robi takiego wrażenia), która chroni go za wszelką cenę. Poza nimi warto wyróżnić dobrego Davida Warnera (dziennikarz Jennings), który trzyma fason.

omen2

„Omen” to już klasyk kina grozy, który trochę się zestarzał (nie tak bardzo jak „Egzorcysta”), jednak o dziwo posiada swój bardzo ponury klimat, rosnący z każdą sceną. Fani klasycznie rozumianego kina grozy powinni obowiązkowo się zapoznać.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabić drozda

Jest rok 1932, małe miasteczko Maybome a stanie Alabama na południu USA. Spokojnie miejsce, gdzie nic się nie dzieje. A jednak zostaje pobita i zgwałcona Mayella Evell, a oskarżony o ta zbrodnię zostaje czarnoskóry Tom Robinson. Do obrony oskarżonego zostaje wyznaczony szanowany adwokat Atticus Finch, który bardzo poważnie podchodzi do swojego zadania. Nie wszystkim się to spodoba.

Trudno w zasadzie zaszufladkować ten uznany za arcydzieło film Roberta Mulligana. Niby jest to dramat sądowy, ale tak naprawdę jest to bardziej obyczajowa historia pokazana z perspektywy dzieci, a dokładniej córki Fincha, Jean Louise zwanej Smykiem, a sama rozprawa to zaledwie fragment całości (bardzo interesujący fragment). O czym tak naprawdę jest ten film? O uprzedzeniach, które czynią z nas słabeuszy, przerażonych byle czym i byle kim, nie pozwalają one dojść do prawdy, a inni są dla nas dobrzy tylko wtedy, gdy podzielają nasze zdanie, co na południu USA jest czymś oczywistym. Takie stereotypowe pokazanie procesów na Południu, gdzie sprawiedliwość jest dobra dla każdego, kto jest biały było już pokazywane w kinie wielokrotnie i nie jest ono niczym nowym. I nawet zmiana perspektywy nie jest w stanie tego zmienić, choć trzeba przyznać, że realizacja stoi na naprawdę wysokim poziomie, a czarno-białe zdjęcia naprawdę budują klimat. Mimo, że sama opowieść miejscami była dość przewidywalna (werdykt sądu, próba linczu), to jednak oglądało się to naprawdę dobrze, mimo dość staroświeckiej pracy kamery oraz spokojnego tempa (aczkolwiek próba zabicia dzieci – mimo braku pokazania przemocy robi wrażenie).

drozd1

Największa siła napędową filmu jest świetna rola Gregory’ego Pecka, choć wydaje się, że ten bohater jest trochę zbyt kryształowy. Uczciwość ma wypisaną na twarzy, jest oddany swojej pracy (podchodzi do niej bardzo poważnie) i dzieciom, które próbuje chronić przed wszystkim co złe. Wierzy w to, co robi, podchodzi racjonalnie do sprawy (w scenach procesu to widać najmocniej). Co do dzieci, to tutaj prezentują się naprawdę przyzwoicie (ze wskazaniem na Mary Badham jako Smyk – taka chłopczyca), a z drugiego planu trudno przejść obojętnie wobec Brooka Petersa (Tom Robinson – oskarżony) i Franka Overtona (szeryf Heck Tate).

drozd2

Muszę się jednak przyznać, że film nie do końca przetrwał próby czasu, są dłużyzny i miejscami napięcie mocno siada. Ale o dziwo plusów jest tutaj więcej niż minusów, a dla zaczynających podróż z wymiarem sprawiedliwości można od niego spokojnie zacząć.

7/10

Radosław Ostrowski

Good Bye, Lenin!

Jest rok 1989, NRD. Poznajcie Alexandra – młodego chłopaka, który mieszka z siostrą i matką – wierną ideologii socjalizmu, ojciec wyjechał na Zachód. Kiedy Alex zostaje pobity i aresztowany podczas demonstracji, kobieta dostaje zawału i zapada w śpiączkę. W momencie wybudzenia, NRD przestaje istnieć, tak samo jak ustrój socjalistyczny. Młodzieniec, by nie pogarszać stanu zdrowia matki, decyduje się dokonać mistyfikacji i „wskrzesić” NRD.

lenin1

Niemcy i komedia to dość niebezpieczne, wręcz karkołomne połączenie. Wszyscy wiemy, że Niemcy nie mają poczucia humoru albo jest ono dla nas kompletnie niezrozumiałe. Jednak Wolfgang Becker za pomocą humoru chce pokazać transformacje Niemiec, na którą nie wszyscy byli wtedy gotowi. Przestawienie się na wolny rynek, pojawienie się pełnych półek (towary z zachodniego Berlina), pozbywanie się przeszłości (symboliczna jest scena przewożenia przez helikopter pomnika Lenina), ale nie ma tutaj szyderstwa czy ironii. Reżyser stawia tutaj na delikatny humor (wiem, u Niemców to tak realne jak w uczciwość naszych polityków), czasami stawiając na czułe gagi (tworzenie wiadomości w stylistyce NRD-owskiego odpowiednika „Dziennika Telewizyjnego”), a pomysłowość mi kreowaniu rzeczywistości jest naprawdę imponująca – scenografia, stroje. Wierzcie mi, naprawdę trzeba się nagimnastykować, żeby nie było w tym fałszu, a Becker zgrabnie omija pułapki sentymentalizmu (choć akurat końcówka mocno zbliża się w tym kierunku, ale ostatnie „wiadomości” były bardzo poruszające), jednak wyciągając pewne rodzinne tajemnice. Pachnie to mocno absurdem jak z naszych komedii, jednak pokazuje on pewna tęsknotę za przeszłością, nawet jeśli to przeszłość mocno idealizowana.

lenin2

W uwierzeniu w ta całą historię pomaga fantastycznie grający duet Daniel Bruhl/Katrin Sass. Ten pierwszy gra Alexa – energicznego i pomysłowego chłopaka, który bardzo kocha swoją matkę, by chronić jej zdrowie decyduje się na mistyfikacje, co wydaje się dość sporym szokiem. Determinacja, oddanie, bezradność – to wszystko ten aktor rozgrywa bezbłędnie. Tak samo Sass jako matka, która pozornie wydaje się idealistką, potem bardzo kruchą panną. Traktowana przez otoczenie trochę jak dziecko, okazuje się trochę niespełnioną kobietą. Poza tym duetem warto wyróżnić świetnych Floriana Lukasa (marzący o karierze reżysera Denis, który pomaga Alexowi tworząc wiadomości), Michaela Gwizdka (dyrektor szkoły Klapprath, nadużywający alkoholu) oraz Marie Simon (Ariane, siostra Alexa).

Dziwne rzeczy zdarzyło mi się oglądać, ale dobrą komedię z Reichu to chyba po raz pierwszy. Tylko, że słowo komedia jest pewnym nadużyciem – to komediodramat i to z wysokiej półki. Może i ma swoje lata, ale to tylko działa na korzyść.

7/10

Radosław Ostrowski