Ostatnia zima wojny

Wydawałoby się, że II wojna światowa to temat tak wyświechtany, że nie da się już niczego nowego wymyślić czy opowiedzieć bez wpadania w schematy czy klisze. Jednak wystarczy być Holendrem, by przełamać tą tezę.

Pozornie to prosta historia – mamy styczeń 1945 roku. Niemcy jeszcze mocno się trzymają w holenderskim miasteczku. Młody chłopak imieniem Michiel widzi w nocy jak rozbija się samolot w lesie. Wskutek zbiegu okoliczności (aresztowanie sąsiada i zastrzelenie kowala) idzie do lasu, gdzie trafia na ukrytego pilota Jacka, którego ścigają Niemcy. Dzieciak próbuje mu pomóc na własną rękę, co okaże się bardzo trudne.

zimawojny1

Pozornie jest to film wojenny, jednak w tym sensie, że wojna jest tłem wydarzeń oraz trudnych wyborów jakich muszą dokonać bohaterowie. Najważniejsze pytanie: jak przetrwać? Czy iść na współpracę z okupantem, jak ojciec Michaila (burmistrz) czy po cichu podjąć walkę? Pomoc dla zbiega jest naprawdę niebezpieczna, bo w każdej chwili mogą pojawić się Niemcy albo donoszący im sąsiedzi. Nie brakuje tutaj scen akcji (obława w promie i pościg) oraz dość skomplikowanej intrygi, gdzie tak naprawdę nawet najbliższej rodzinie nie można zaufać, przy okazji widzimy dojrzewanie młodego chłopaka, który uczy się odpowiedzialności w dość przyśpieszonym trybie. Całość ma swój bardzo ponury klimat spotęgowany ponurymi zdjęciami (dominuje tutaj zieleń, nawet gdy widzimy śnieg), parę razy wykorzystano spowolnienia (scena egzekucji ojca, gdy Michail próbuje przerwać ją) oraz bardzo poruszającą muzyka Pino Donaggio.

zimawojny2

Od strony aktorskiej trudno się do kogokolwiek przyczepić. Świetnie tutaj wypadają dzieciaki, zwłaszcza Martin Lakemeier w roli zbuntowanego wobec ojca Michaila. Chłopak jest bardzo skryty i nieufny, co tylko nasila jego osamotnienie oraz nieufność wobec dorosłych. Bardzo przekonująco chłopak pokazuje lęk, przygnębienie czy determinację. Również wcielająca się w siostrę Ericę, Melody Klaver radzi sobie dobrze. Ze starszych aktorów warto zdecydowanie wyróżnić Yoricka van Wageningena, czyli wuja Bena. Początkowo sprawia wrażenie zorganizowanego i obrotnego faceta, który jest w stanie wiele załatwić. Niestety, później okaże się ona maską. Niestety, grający Anglika Jamie Campbell Bower sprawia wrażenie grania jednym wyrazem twarzy. Owszem, jest zagubiony i obcy, jednak trudno nam współczuć temu facetowi, w zasadzie jest on największą wadą.

zimawojny3

Ale trzeba przyznać, że „Ostatnia zima wojny” była dla mnie sporym zaskoczeniem. Pokazuje, ze z pozornie wyświechtanego i oczywistego tematu, można stworzyć dobre kino. Po prostu.

7/10

Radosław Ostrowski

Klute

Zaginął biznesmen Tom Grunemann. Policja i FBI bezskutecznie próbuje ustalić co się stało z mężczyzną, a jedyną poszlaką jest nieprzyzwoity list napisany przez niego do pewnej call-girl z Nowego Jorku, jednak nie udaje się zdobyć informacji od dziewczyny. Pół roku później, rodzina zaginionego prosi o pomoc przyjaciela – prywatnego detektywa Johna Klute’a.

klute1

Pierwszy głośny film w dorobku Alana J. Pakuli, który otwierał tzw. „trylogię paranoiczną” (następne części to „Syndykat zbrodni” i „Wszyscy ludzie prezydenta”), gdzie paranoja jest tematem wiodącym. Pozornie prosta sprawa (rozwiązanie intrygi pojawia się w zasadzie w połowie filmu, ale o tym wiemy tylko my, widzowie), oczywista wolta zaginięcia staje się pretekstem do przyjrzenia się paranoi pewnej kobiety. I to właśnie ona jest w stanie przykuć uwagę w momencie, gdy znamy sprawcę. Jednak Pakula potrafi zbudować atmosferę osaczenia i klaustrofobii, w czym pomagają mu znakomite zdjęcia zmarłego dzisiaj (tj. 19 maja) Gordona Willisa – utopione wręcz w mroku (pościg Klute’a za podglądaczem z dachu czy finałowa konfrontacja w opuszczonej fabryce) albo stawiające nas w pozycji podglądacza (gdy widzimy zza okna czy z góry, ale gdy widzimy twarze, to można poczuć się dziwnie). Przy okazji jest to tez zderzenie dwóch światów: liberalnego i konserwatywnego, które potrafią jednak znaleźć wspólny język.

klute2

Siła napędową tego filmu jest tak naprawdę fenomenalna Jane Fonda – słusznie nagrodzona Oscarem. Bree wydaje się być wyrachowaną i zimną panną na telefon, która za pieniądze zrobi to, co chcesz. Ale po ta maska kryje się samotna, mająca paranoję na punkcie obserwacji kobieta, silnie trzymająca się potrzebie kontroli nad swoimi poczynaniami. Ale powoli odkrywa swoje kolejne maski – marzenia o aktorstwie, wizyty u psychiatry – ona wszędzie udaje, ale przez poznanie detektywa powoli zaczyna czuć się kobieco, nabiera różnych barw. I to wszystko jest rozegrane bez poczucia fałszu. Wydaje się, że grający tytułową postać Donald Sutherland nie ma tu nic do gadania. Klute wydaje się podręcznikowym detektywem, jeśli chodzi o strój i pozornie jest takim typowym nikim. Może i tak jest, ale jego chłodne oblicze oraz małomówność są naprawdę mocnym atutem. Czasami idzie okrężną drogą, ale jest konsekwentny i nie daje sobie w kasze dmuchać. Nie skrytykuje, jest cierpliwy, wręcz opiekuńczy. Od razu iskrzy między ta dwójką i oboje się świetnie uzupełniają. Warto tez zwrócić uwagę na kreację Roya Scheidera (alfons Frankie) i Charliego Cioffi (Peter Clark, wynajmujący Klute’a), którzy tworzą bardzo mocne tło.

klute3

„Klute” ma jedną poważną wadę: prostą intrygę kryminalną, ale relacja między Bree i Klutem tak rozkręca ten film, że wszystko inne staje się mało ważne. Z całej trylogii, dla mnie najlepsza część.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Misery

Pisarz to wcale nie jest taka łatwa fucha. Zobowiązania, terminy i przede wszystkim tzw. twórcza wena. Ale jak zdobyć wenę, gdy piszesz o postaci, która staje się dla ciebie ciężarem? Taki dylemat ma niejaki Paul Sheldon – bardzo uznany i doświadczony autor bestsellerowych romansideł o Misery. Właśnie zakończył pisać ostatnią powieść o tej kobiecie i ruszył w drogę do wydawnictwa, gdy pojawia się śnieżyca, a auto wypada z drogi. Sheldon traci przytomność (ma tez złamane nogi i rękę), ale zostaje odnaleziony przez swoją fankę – pielęgniarkę Annie Wilkes. W podzięce autor pozwala jej przeczytać rękopis swojego dzieła. I jakby to powiedzieć, to był błąd.

misery1

Wszyscy wiemy jakim pisarzem jest Stehpen King? Dobrym, znaczy dobrze się sprzedającym. Kino poznało się na nim od jego debiutu „Carrie”, przeniesionego na ekran przez Briana De Palmę, a mistrzami w adaptacjach Kinga stali się, m.in. Frank Darabont („Skazani na Shawshank”, „Zielona mila”), David Cronenberg (mocna „Martwa strefa”) czy Bryan Singer (”Uczeń szatana”). Śmiało do tego grona można umieścić Roba Reinera, który dwa razy podchodził do książek mistrza grozy i dwa razy z powodzeniem – „Stań przy mnie” (na podstawie opowiadania „Ciało”) z 1986 i nakręcone 4 lata później „Misery”. Bardziej jest to jednak thriller niż stricte horror, ale atmosfera i napięcie jest tutaj naprawdę mocno budowane. Reżyser wybiera taktykę dwutorowego opowiadania. Pierwszy tor dotyczy Sheldona uwięzionego tak naprawdę przez Annie i zmuszonego do napisania powieści o Misery na nowo. A jeśli nie będzie chciał, to go się go naszpikuje jakimiś psychotropami w strzykawce, jak to nie pomoże – rozwalimy mu gojące się nogi. Drugi dotyczy niejakiego Bustera – miejscowego szeryfa, który próbuje odnaleźć pisarza. Obydwa te tory zderzają się w końcu doprowadzają do wręcz spektakularnego (jak na tego typu produkcję) finału.

misery2

Przy okazji Reiner pokazuje jak silna może być relacja pisarz-czytelnik, gdzie obie strony są tak naprawdę zależne od siebie. Sheldon chce się wyzwolić od swojej postaci, przez to czując się gorszym pisarzem, który tylko zarabia na tym, chce być bardziej ambitny. Wiem, że nie wszyscy fani na taką wieść, muszą wybierać tak desperackie metody rozwiązania sprawy, ale czy wtedy nie następuje pewnego rodzaju złość i odwrócenie się od autora? Annie desperacko napędza Shelodona, na co on powoli zaczyna się adaptować (pod groźbą i bezsilnością), stając się demiurgiem napędzającym świat chorej kobiety, która dzięki temu czuje się doceniona i potrzebna. Samo prowadzenie tej atmosfery (kompletna izolacja, opady atmosferyczne, brak telefonu i wózek, na którym prowadzi Sheldon) naprawdę robi wrażenie, choć na początku może sprawiać wrażenie pewnej teatralności i sztuczności, jednak przywiązanie do detalu (operator Barry Sonnenfeld się naprawdę postarał) oraz świetny montaż (m.in. praca przy pisaniu Paula w rytmie utworów Liberacego czy powrót Sheldona do pokoju przeplatający się z przybyciem Annie do domu – naprawdę to trzyma za gardło).

misery3

A jeśli chodzi o aktorstwo, to jest to tak naprawdę teatr jednej osoby. Imię jej to Kathy Bates – jej Annie to jedna z najbardziej przerażających i strasznych osób jakie kiedykolwiek widziało kino. Pozornie to spokojna, rozpromieniona fanka, która kocha swojego autora oraz jego książki. Ale czasami ta spokojna kobieta, potrafi bardzo mocno i impulsywnie zareagować – żeby tylko wrzaskiem, jednak na podniesionym głosie się nie kończy, o czym już wspominałem. Jednak wtedy następuje wyciszenie i znów staje się potulna oraz miła. Partnerujący jej James Caan (kojarzony głównie jako narwany Santino Corleona z „Ojca chrzestnego”) może nie jest aż tak efektowny, ale za to jest bardzo sugestywny i równie wiarygodny jak łagodno-demoniczna Bates. On ma emocje wpisane w oczach, głównie strach i poczucie bezsilności, ale też ma swoje przebłyski (ironiczne złośliwości czy scena spalenia świeżo napisanej powieści). I to jemu kibicujemy, życząc mu jak najlepiej. Poza nim warto wspomnieć o epizodzie Richarda Farnswortha (dobroduszny i życzliwy szeryf Buster), partnerująca mu Frances Sternhagen (żona szeryfa, Virginia – ich wspólne kłótnie delikatnie łagodzą mroczny klimat) oraz Lauren Bacall (wydawca, pani Sindell).

„Misery” to jedna z najlepszych adaptacji książek Kinga, choć literacki pierwowzór był trochę brutalniejszy. Ale Reiner tylko potwierdził swoją biegłość oraz wielką formę, która jeszcze przez dłuższy czas towarzyszyła. O tym jednak pomówimy kiedy indziej, a jeśli chcecie zostać literatami, zobaczcie i się zastanówcie.

8/10

Radosław Ostrowski

Droga przez piekło

Bobby Cooper to facet, który ma dużego pecha. Jest winien kupę szmalu pewnemu gangsterowi i jedzie mu ja oddać do Las Vegas. Jednak w trakcie jazdy nawala samochód, przez co trafia na Zadupie, które tutaj nazywa się Superior, gdzie zostaje okradziony z forsy. Wtedy przychodzi mu z pomocą szef agencji nieruchomości, niejaki Jake McKenna, który proponuje mu zabicie swojej żony – bardzo atrakcyjnej i młodej Grace.

drogapieklo1

Pozornie historia opowiadana przez Olivera Stone’a wydaje się bardzo prosta i mało złożona. Ale dla naszego bohatera dzień w miasteczku będzie po prostu piekłem i łańcuchem nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności oraz złego pecha, który nie chce opuścić Bobby’ego. W dodatku jest upał, dookoła pustynia, sępy, węże i tym podobne stworzenia. A kiedy wydaje się, że jest wyjście, okazuje się dla bohatera pułapką spowodowaną przez parę pokręconych postaci. Stone to wszystko opowiada w swoim stylu, trochę niespiesznie, ale stosując naprawdę rwany montaż, przebitki, ujęcia kręcone z różnych perspektyw, co tylko tworzy wrażenie kompletnego odrealnienia, sennego koszmaru w czym pomaga lekko westernowa muzyka Ennio Morricone i wplecione w całość piosenki. A poza tym prawie wszystko, co w czarnym kryminalne: zmęczony twardziel, femme fatale, skomplikowana intryga, nieufność i zbrodnia.Do tego jeszcze dość ciekawie zbudowane tło i kilka postaci, które przewijają się przez ekran (m.in. ślepy Indianin, szeryf miasteczka czy zakochany chłopak, który jest lekko narwany). O dziwo ta pokręcona mikstura, naprawdę działa, choć wielu może ona znudzić i zniechęcić.

drogapieklo2

Na szczęście Stone poza dobrymi dialogami oraz paroma woltami, dodaje naprawdę gwiazdorską obsadę. Na pierwszym planie mamy trójkąt, który rozkręca cała imprezę i tworzy wielkie szoł. Po pierwsze – Sean Penn, czyli zblazowany i mocno zmęczony Bobby Cooper, który chce jak najszybciej wyrwać się z miasteczka. Bardzo nieufny, cyniczny facet z wyrokiem na karku, coraz bardziej wpada w ciąg zdarzeń jak śliwka w kompot (napad na sklep, gdzie nabój ze strzelby „niszczy” jego forsę czy bilet zeżarty przez zazdrosnego Toby’ego). Kiedy pozornie wydaje się wychodzić na prostą, to finał jego losów jest mocno rozczarowujący. Ale mimo to jest świetny. Po drugie – Nick Nolte, niezawodny jak zawsze. Tutaj mocno wykreowany na czarny charakter, ale nigdy nie popada w przerysowanie czy groteskę. Zawsze jest przy ziemi, kocha i nienawidzi swoją żonę. I wreszcie wierzchołek, czyli apetyczna Jennifer Lopez. Kobieta apetyczna, bardzo delikatna, ale także podstępna i świadoma swoich atutów. Dodatkowo jeszcze mamy drobne epizody m.in. Billy’ego Boba Thorntona (mechanik Darrell), Joaquina Phoenixa (narwany Toby N. Tucker) i Jona Voighta (ślepy Indianin).

drogapieklo3

Stone może niczym nie powalił czy zaskoczył, ale „Drogę przez piekło” ogląda się naprawdę dobrze. Świetnie zagrane, dobrze poprowadzone, z miejscami naprawdę mocno nierealnym klimatem. Czemu film przepadł? To dobre pytanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Bestseller

Porucznik Dennis Meechum jest nowojorskim gliniarzem, który w 1972 r. przeżył napad na posterunek i ranił jednego z napastników. W oparciu o to wydarzenie napisał powieść, która stała się bestsellerem. Ale od tej pory minęło 15 lat i policjant przeżywa kryzys twórczy po śmierci swojej żony. I wtedy poznaje tajemniczego Cleve’a, który chce by napisał książkę o nim. A że był on płatnym zabójcą działającym dla pracownika dużej korporacji – Davida Matlocka, to Meechum początkowo sceptyczny postanawia przyjrzeć się sprawie i zacząć pisać.

bestseller1

Trzeba przyznać, że punkt wyjścia tego zapomnianego filmu Johna Flynna (bardziej znany jako reżyser „Osadzonego” ze Stallonem) – kojarzonego głównie z kinem klasy B. Tutaj jednak wyszedł całkiem solidny dreszczowiec, który trochę wpisywał się w antykorporacyjny nurt, gdzie szefowie firm są naprawdę potężnymi ludźmi, którzy nie zawsze w sposób zgodny z prawem funkcjonują. Większość czasu spędzamy głównie na dialogach oraz relacji między uczciwym gliniarzem a bezwzględnym i zblazowanym zabójcą, która jest prawdziwą siłą napędową i daje naprawdę duże pole do popisu. Nie brakuje tutaj napięcia (próba porwania córki Meechuma czy strzelanina w pralni), odrobiny humoru (bijatyka w barze) czy paru naprawdę zgrabnych dialogów (autorem był Larry Cohen – kojarzony głównie z marnymi horrorami oraz „Telefonem”) i wyszła z tego naprawdę dobra mieszanka. Może miejscami przewidywalna, z hollywoodzkim zakończeniem, ale ma to swój specyficzny klimat.

bestseller2

Swoje tez robią aktorzy. Misiowaty Brian Dennehy naprawdę radzi sobie jako zdeterminowany gliniarz, dla którego praca gliny jest ważniejsza od pisania. Ale jak już znajdzie trop, nie odpuści, trochę nieufny, ale potrafiący logicznie myśleć. Jednak cały film skradł mu fenomenalny James Woods. Wyrachowany, bezwzględny Cleve potrafi miejscami wzbudzić sympatię, ale jest bardzo trudnym przewodnikiem po tym brudnym świecie. Obaj tworzą naprawdę ciekawy duet, choć początkowo są trochę nieufni wobec siebie. Pozostali robią tutaj za tło i niespecjalnie się wyróżnia (włącznie z głównym antagonistą).

bestseller3

Mimo lat i pewnych niedoskonałości, „Bestseller” nadal potrafi przykuć uwagę i broni go James Woods będący wówczas w naprawdę wybornej dyspozycji. Aż trudno w to uwierzyć, że odpowiadają za nie niego reżyser i scenarzysta tworzący głównie produkcje co najwyżej średnie. Ale nawet takim czasem udaje się wybić.

7/10

Radosław Ostrowski

Windą na szafot

Julien Tavernier jest byłym komandosem, który pracuje w firmie niejakiego Carala, prowadzącego pewne szemrane interesy. Mężczyzna postanawia zabić swojego szefa, ale nie z powodu prowadzonych przez niego interesów, tylko dlatego, że jest kochankiem jego żony. Plan się udaje, jednak Julien zostawia jeden obciążający dowód i wraca do biura i… zostaje zatrzaśnięty w windzie, co wywoła lawinę poważnych wydarzeń.

winda1

Debiut Louisa Malle’a był zapowiedzią nurtu filmowego zwanego francuska Nową Falą. Intryga jest dość prosta, ale tak naprawdę rozbite jest to na trzy wątki: Julien utknięty w windzie, próbujący bezustannie wyrwać się z klatki, jego kochanki poszukującej go po mieście oraz dwójki młodych – Louisa i jego dziewczyny kwiaciarki Veronique, którzy kradną auto Taverniera, jadą przed siebie i popełniają podwójne morderstwo. Tempo jest powolne i spokojne, przez co działało na mnie dość usypiająco. Jedynie wątek dwojga małolatów, którzy wpadają w poważne tarapaty potrafił przykuć uwagę na dłużej. Ani klaustrofobiczna winda, ani śledztwo policji czy poszukiwania przez kochankę swojego faceta przez nocny Paryż, mimo niezłych zdjęć i świetnej muzyki Milesa Davisa, która tworzy klimat nie byłem w stanie przekonać się do tego filmu. W dodatku przeszkadzało mi trochę aktorstwo, zwłaszcza Jeanne Moreau, która wydawała się dość sztuczna i teatralna (może poza finałem).

winda2

Dziś ten film bardziej można traktować jako kawałek historii kina europejskiego, który ma swoje drobne momenty (brawurowa jazda młodych autem przez autostradę), ale po latach tylko częściowo się broni.

6/10

Radosław Ostrowski

Lawendowe wzgórze

Jest rok 1936, powoli zbliża się widmo II wojny światowej. Ale w Kornwalii nie widać tego, wszystko toczy się tu bardzo spokojnym rytmem. W jednym małym miasteczku mieszkają sobie dwie siostry – Ursula i Janet Widdington. To dość spokojne życie zostaje przerwane, kiedy na plaży koło ich domu znajdują nieprzytomnego młodzieńca, którego ściągnęła woda. Mężczyzna okazuje się być Polakiem, nazwiskiem Andrea Marowski i powoli zaczyna aklimatyzować się w nowym kraju. Także przypadkowo wychodzi na jaw, że młodzieniec jest utalentowanym skrzypkiem. Ale nieuniknione jest to, że Andrea będzie musiał opuścić panie.

lawenda1

To, że aktor bierze się za reżyserowie nie jest niczym nowym ani zaskakującym. Do grona takich aktorów-rezyserów dołączył Brytyjczyk Charles Dance, który ostatnio kojarzony jest z rolą lorda Tywina Lannistera z serialu „Gra o tron”. A doszło do tego dziesięć lat temu, jednak „Lawendowe wzgórze” to bardzo wyciszone i spokojne kino. W zasadzie można rzec, że jest to bardzo obyczajowa opowieść. Jednak nie oznacza to w żadnym wypadku ani nudy ani monotonii. Wszelkie emocje są bardzo głęboko skrywane i tłumione, choć czasami (bardzo rzadko) są eksponowane. A że jest to historia miłosna, to emocje muszą się pojawić. Brzmi to jak melodramat? Spokojnie, reżyser unika pułapek sentymentalizmu i przesłodzenia. Wszystko jest tutaj bardzo subtelnie i delikatnie poprowadzone, za to w pełni angażuje. A Kornwalia wygląda po prostu pięknie, w dodatku okraszone naprawdę ładnymi kolorami (scenografia i zdjęcia zasługują tutaj naprawdę na wielkie uznanie). Także dialogi dość proste i nutka humoru dodają animuszu temu tytułowi.

lawenda2

Największym tutaj atutem jest też tutaj wyborne aktorstwo. Szczególnie trzeba wyróżnić Judi Dench, czyli Ursulę, której obecność młodego mężczyzny budzi dawno stłumiona namiętność, która przyszła o wiele, wiele lat za późno. Razem ze stonowaną i powściągliwą Maggie Smith (Janet) tworzą bardzo interesujący duet. Czuć, że między siostrami jest silna relacja i wspierają się nawzajem. Ale największą niespodzianką był Daniel Bruhl. Wierzcie mi, tylko Anglik mógł wymyślić, żeby Polaka zagrał Niemiec. Owszem, wypowiada parę zdań w języku polskim, ale i tak przez większość czasu nawija po niemiecku. Ale bardzo dobrze sobie poradził w roli zagubionego i obcego człowieka. Od razu wzbudza sympatię, nie boi się imprezować, a na skrzypcach gra po prostu świetnie. Kluczowa jest tutaj postać niejakiej Olgi Daniłow (piękna Natasha McElhone), która powoli staje się sympatią i osobą, która odegra kluczową rolę w tej całej historii.

Co ja wam będę mówił? Ten tytuł zasłużył, by trafić do tego cyklu. I zasłużył, by zostać na nowo odkrytym. Piękna historia miłosna.

8/10

Radosław Ostrowski

Intrygant

Jest rok 1992. Niejaki Mark Whitacre jest poważnym pracownikiem firmy AMD, która zajmuje się sprzedażą produktów robionych z kukurydzy. Kiedy w jego firmie dochodzi do sabotażu (zniszczone zostają zboża przez wirusa), próbuje naprawić sytuację. W końcu decyduje się pójść na współpracę z FBI i powiadomić o ustawianiu cen towarów. Trwające ponad dwa lata śledztwo ujawniło wiele machlojek. Wydawało by się, że Whitacre został bohaterem. Tylko jedna rzecz poszła nie tak.

intrygant1

Od zawsze wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze. Tą prawdę poznał też Steven Soderbergh, co udowodnił już w filmie „Erin Brockovich”. O czym tak naprawdę opowiada „Intrygant” – film tak świetny, że trafił w naszym kraju od razu na półki DVD, olewając kina? Pozornie mamy tutaj typową kryminalna opowieść z wielką korporacją w tle. FBI są tymi dobrymi kolesiami, szefowie korporacji to chciwe hieny, które maja w dupie etykę i liczy się tylko sprzedaż i zawieranie układów. Jednak sprawa okazuje się mieć więcej odcieni szarości. Wszystko przez głównego bohatera, który wykorzystał okazje i postanowił przy okazji zrobić coś dla siebie, bo okazało się, że zdefraudował kilka milionów dolarów na swoje konta. Jak to? No właśnie, Soderbergh wodzi za nos, pokazują sprawę nieoczywistą. Intryga pozornie układa się w logiczną całość, widzimy spotkania, filmowane i nagrywane rozmowy, jednak w drugiej połowie następuje totalna wolta, która wywraca wszystko do góry nogami. I próbujemy rozgryźć kim tak naprawdę jest Whitacre – agent 0014, jak sam mówi o sobie, bo jest dwa razy mądrzejszy od 007. Technicznie jest to naprawdę dobry film, pełen kolorowych zdjęć i bardzo spokojnego tempa, okraszony jeszcze muzyką przypominającą klimatem lata 60., co nadaje lekkości. Zaś narracja z offu tylko podkreśla charakter głównego bohatera.

intrygant2

Więc może teraz pora o nim opowiedzieć. Nie jestem wielkim fanem Matta Damona, który rzadko wychodził poza solidne rzemiosło. Jednak tutaj miał bardzo duże pole do popisu i w pełni to wykorzystał. Bo kim jest Mark, jak go poznajemy? Taki przeciętny koleś w gajerze, okularkach i wąsami, w dodatku uczciwy i porządny, kochający swoją żonę. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy tutaj mitomana, krętacza i oszusta, który chciał wykorzystać nadarzająca się okazję i do samego końca uważający się za porządnego. W końcu okazuje się, że nie możemy wierzyć żadnemu jego słowu, nawet o jego rodzicach, którzy niby zginęli w wypadku samochodowym. I te sprzeczności Damon wygrywa bardzo dobrze i nie zawaham się stwierdzić, że to jego życiowa rola. Poza nim z drugiego planu tak naprawdę wybijają się aż trzy postacie. Są to agenci FBI prowadzący sprawę: Brian Shephard (świetny Scott Bakula) i Bob Herndon (dobry Joel McHale) oraz żona Whitacre’a (znana ostatnio z serialu „Dwóch i pół” Melanie Lynskey), która nie jest do końca świadoma czynów swojego męża i wspiera go.

„Intrygant” pokazuje i przypomina o tym, jak naprawdę niewiele wiemy o drugim człowieku. Że pozornie proste sprawy okazują się całkiem nieoczywiste, tak jak nieoczywisty jest ten film. Naprawdę dobra robota, choć nie każdemu się spodoba.

7/10

Radosław Ostrowski

Ślepy tor

Leo Handler to młody chłopak, który stara się żyć uczciwie. Właśnie wyszedł z więzienia, gdzie siedział za kradzież samochodów, ale nikogo nie sypnął. Teraz próbuje wrócić na łono społeczeństwa w czym pomaga mu nowy wuj Frank i jego syn Willie, którzy zajmuję się kolejowym interesem. Wtedy Leo odkrywa, że nie wszystko działa tu zgodnie z prawem. W nocy podczas niszczenia pociągów konkurencji dochodzi do tragedii, a Leo zostaje oskarżony o morderstwo, którego nie popełnił.

slepy_tor1

James Gray nie jest reżyserem, który robi typowe kryminalne kino, gdzie jest dużo strzelania, dynamicznych pościgów i mrocznej tajemnicy. Bardziej się skupia na bohaterach, na relacjach między nimi, które trzymają bardziej w napięciu niż sceny akcji, których tu też nie zabrakło. Ważniejsze są tutaj emocje od dynamiki, co wielu może się nie spodobać. Jednak film ma swój klimat, który gęstnieje i Gray w ten sposób pokazuje, że biznes jest bezwzględny i rodzina zamiast wsparciem staje się wielkim ciężarem, zwłaszcza nowa rodzina. Sceny akcji są bardzo intensywnie, choć mało efektowne czy widowiskowe (akcja na torach czy bójka miedzy Leo i Williem), jednak emocje dominują, a całość ma bardzo stonowane i ponure kolory (świetne zdjęcia Harrisa Savidesa), pokazujące Nowy Jork jak niebezpieczną dżunglę, gdzie panują bardzo bezwzględne reguły (rozmowy z burmistrzem czy moment, gdy nasz bohater decyduje się zeznawać i przy okazji gliniarze z burmistrzem zawierają deal). I wtedy każde rozwiązanie wydaje się złe, a każdy wybór ma swoją cenę i nie każdy jest w stanie ją zapłacić.

slepy_tor2

Aktorzy potrafią zagrać to i wspólnie z Grayem, który wie jak ich poprowadzić (przy okazji też nie przynudza) tworząc bardzo złożone i pełnokrwiste postacie. Można nie być fanem Marka Wahlberga, ale tutaj jako zagubiony i starający się być uczciwym Leo wypada całkiem nieźle. Ale przyćmił go (jak zawsze w wielkiej formie) Joaquin Phoenix. Willie w jego wykonaniu to król życia, który ma znajomości i układy, ale w ostateczności okazuje się słabym tchórzem, który nie potrafi poradzić sobie z odpowiedzialnością swoich czynów. Jednym spojrzeniem czy barwą głosu jest w stanie powiedzieć więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie można tez nie wspomnieć o równie świetnych kreacjach Charlize Theron (piękna – nawet w krótkich, czarnych włosach – Erica) oraz Jamesa Caana (wuj Frank – biznesmen, który bywa bezwzględny jak mafiozo).

slepy_tor3

Mimo braku dynamiki czy ostrej akcji, Gray potrafi trzymać za gardło i jest naprawdę świetny, gdy pokazuje bardziej kameralne momenty w życiu swoich bohaterów. Naprawdę mocne, choć bardzo ciężkie i gorzkie to kino. Najlepszy jego film.

7/10

Radosław Ostrowski

Dróżnik

Finbar McBride to mówiąc prostymi słowami – kurdupel, który pracuje w sklepie, gdzie sprzedaje się modele pociągów i wszystkiego, co jest z nimi związane. Ale po śmierci swojego szefa i przyjaciele, na mocy testamentu, otrzymuje stację kolejowa w miasteczku Newfoundland, stan New Jersey. Myśląc, że miejsce to będzie jego samotnią, przypadkowo poznaje dwójkę ludzi – sprzedawcę hot-dogów Joe oraz malarkę Olivię.

droznik1

Zrobić ciekawy film, w którym nic się nie dzieje, to zadanie wręcz kaskaderskie. Wielu próbowało tego rodzaju historii z różnym skutkiem – raz udało się wygrać („Prosta historia” Lyncha), raz wychodziła porażka („Zmruż oczy” Jakimowskiego). Debiut Thomasa McCarthy’ego na szczęście wpisuje się w ta pierwszą grupę, udany filmów obyczajowych, które pokazują nudę bez przynudzania. A to jest naprawdę wielka sztuka, bo w zasadzie bohaterowie albo gadają (bardzo rzadko, ale jednak), albo patrzą na jadące pociągi. Ewentualnie jeszcze chodzą po torach. Niby nic się nie dzieje, ale najważniejsze jest to, co miedzy słowami, każde spojrzenie, gest ma kluczowe znaczenie i mówi więcej o postaciach niż każde słowo, które przychodzi i odchodzi.

droznik3

Ale każdy z ludzi, zwłaszcza trójka naszych bohaterów to ludzie, którzy tylko pozornie wydają się nudni i nieciekawi. Fin (świetny Peter Dinklage) jest karłem, który chce zostać sam, a stację kolejową traktuje jak swoją samotnię, Joe (Bobby Carnivale w pierwszej dużej roli) sprzedaje hot-dogi i czerpie z życia garściami, mimo ciężkiej choroby ojca, zaś Olivia (wyborna Patricia Clarkson) pozornie sprawia wrażenie takiej gapy (dwa razy próbowała przejechać Fina), ale pod tą maską wyciszenia i spokoju, skrywa się pewna ciężka trauma. Cała trójka to życiowi połamańcy – „inni” od reszty.

droznik2

I to właśnie ta inność zacznie ich łączyć ze sobą, napędza ich relację, rodząc bardzo niezwykła przyjaźń. Choć zakończenie pozostaje otwarte, jednak nie miałem poczucia ani straty czasu, ani zaskoczenia, że to już koniec. Subtelne, uczciwe i bardzo delikatne kino, które ogląda się z niekłamaną frajdą.

8/10

Radosław Ostrowski