Park Gorkiego

Moskwa, początek lat 80. W parku Gorkiego zimą znajduje się dość spora ślizgawka. I to właśnie tam zostają znalezione zwłoki trzech ofiar, zmarznięte, zakopane śniegiem i… pozbawione twarzy. Sprawę prowadzi oficer milicji Arkady Renko, który chętnie pozbyłby się sprawy i szuka dowodów, które dałyby dochodzenie KGB. Ale im bardziej bada sprawę odkrywa, że KGB może być w to zamieszane, tak samo jak pewien Amerykanin.

gorky1

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści Martina Cruza Smitha, która rozpoczęła cykl o rosyjskim śledczym Renko. A jak wiadomo, że coś przykuło uwagę, to muszą się tym zainteresować filmowcy. Zadania adaptacji dostali scenarzysta Dennis Potter oraz reżyser Michael Apted. I w zasadzie dostaliśmy mroczny kryminał, gdzie stałe elementy (tajemnica, cyniczny śledczy, femme fatale i piętrowa intryga) zostały przeszczepione do realiów ZSRR, gdzie kłamstwo i oszustwo są na porządku dziennym. Nie można tu ufać nikomu, a tajna policja jest wpływowa i obserwuje każdy ruch. Kraj, gdzie w zasadzie nie ma perspektyw, a wszystko budowane jest na kłamstwie i wszystko można kupić, nawet wolność ma tutaj swoją cenę.

gorky2

Intryga jest budowana bardzo powoli, ale elementy układanki tworzą bardzo spójną i sensowną całość. Nie mogło tez zabraknąć odrobiny akcji (pościg za Iriną przez KGB zakończony bijatyką czy ostateczna krwawa konfrontacja w Szwecji), która jest naprawdę dobrze sfotografowana i zmontowana (scena rekonstrukcji morderstwa w parku Gorkiego), zaś napięcie buduje świetna muzyka Jamesa Hornera. I komu tak naprawdę tu można zaufać? Apted świetnie wywiązuje się ze swojego zadania.

gorky3

W sukurs idą mu fantastyczni aktorzy. Pierwsze skrzypce tutaj gra niezawodny William Hurt. Denko to postać niemal teleportowana z rasowego kryminału. Niby typowy Rosjanin, który nie potrafi żyć nigdzie indziej, poza swoim krajem, ale bywa błyskotliwy, wnikliwy i przede wszystkim dociekliwy, co wzbudza respekt i jako jedyny stara się żyć przyzwoicie. Poza nim nie można nie zauważyć świetnego Lee Marvina (biznesmen Jack Osborne) i Briana Dennehy (detektyw William Kirwill, który na własną rękę próbuje wyjaśnić sprawę zabójstw). W ogóle drugi plan jest tutaj bogaty: od Iana Bannena (prokurator Jamskoj) i Michaela Elpficka (Pasza) po Iana MaDiarmonda (profesor Andriejew, specjalista od rekonstrukcji twarzy). No i w końcu nie sposób nie zauważyć zjawiskowej Joanny Pacuły, która odgrywa tutaj kluczową role Iriny – młodej i naiwnej (bardzo) dziewczyny, która za wszelką cenę chce wyrwać się z ZSRR. Mocna i jednocześnie bardzo delikatna rola.

gorky4

Apted po latach stwierdził, że „Park Gorkiego” to nie jest zbyt udany film. Ja mam na ten temat inne zdanie, bo to bardzo dobry, klimatyczny kryminał, pełen mroku i tajemnicy. Przy okazji też wiernie odtwarzający realia upadającego Związku Radzieckiego. Trochę zapomniany, ale jednak klasyk.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabić prezydenta

Jest rok 1974. Druga kadencja prezydenta Richarda Nixona odbywa się w cieniu afery Watergate. W tym nieprzyjaznym dla Ameryki czasie, żyje niejaki Sam Bicke – sprzedawca mebli w średnim wieku. Ten facet dopiero ma pecha. Nienawidzi swojej pracy, bo musi klientom wciskać kit, z żoną jest w separacji, próbuje stworzyć własną firmę, ale nie może dostać kredytu, gdyż jego wspólnik jest czarny. Zdesperowany facet postanawia wziąć sprawy w swoje i zrealizować szalony plan: porwać samolot i uderzyć nim w Biały Dom, by zabić prezydenta Nixona.

zabic_prezydenta1

Trudno w to uwierzyć, ale kiedy reżyser Niels Muehler opowiadał tą historię, był przekonany, że jest ona tylko wytworem jego wyobraźni. W trakcie realizacji okazało się, że to wydarzyło się naprawdę. I to od samego początku wiadomo, jak to się skończy. Jeśli widzimy facet idącego na lotnisko, ze spluwą w ręku, to raczej nie robi tego dla zabawy. Krok po kroku przyglądamy się upokarzającym sytuacjom Bicke’a, u którego coraz bardziej pogłębia się pewna psychoza oraz wiara w „uczciwość”, zaś sama próba zamachu to tylko ostatnie pół godziny. Całość w dodatku oparta jest na stonowanych zdjęciach (podkreślają stan emocjonalny), oszczędnej muzyce i świetnym montażu, gdzie używa się repety i zapętlenia (oczekiwanie na pocztę czy kończenie pracy).

zabic_prezydenta2

Ale to wszystko nie miałoby takiej siły ognia, gdyby nie fantastyczny Sean Penn, który zawłaszcza sobie każdą scenę. Sam Bicke (to chyba nie jest przypadkowe skojarzenie z Travisem Bickle, pewnym nowojorskim taksówkarzem) to facet, który sprawia wrażenie nieudacznika. Ale im dalej go oglądamy, tym większe wywołuje on przerażenie (jego taśmy do Leonarda Bernsteina, gdzie przedstawia swoje poglądy wywołują grozę), że zaczynamy podejrzewać chorobę psychiczną. A może jest to po prostu szukanie osoby odpowiedzialnej za swoje nieszczęścia? Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale Penn magnetyzuje. Poza nim jeszcze warto wspomnieć świetnych Dona Cheadle’a (Bonny, mechanik) i Naomi Watts (była żona).

Mocne kino psychologiczne z magnetyzującym Pennem. Przerażająca wizja.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wojownicy

W Nowym Jorku dochodzi do zjazdu wszystkich ulicznych gangów. Każdy z nich wystawił po 9 osób jako reprezentację. Jedną z tych grup jest pochodzący z Coney Island gang Wojownicy. Na miejscu charyzmatyczny Cyrus, który nawołuje do pokoju i zjednoczenia wszystkich gangów. Cyrus jednak zostaje zamordowany, a oskarżeni o zabójstwo są Wojownicy, którzy muszą przebić się z Bronksu do domu. A nie będzie to takie proste.

wojownicy1

W zasadzie film Waltera Hilla z 1979 roku to prosta i nieskomplikowane kino akcji, z jakiego słynie ten reżyser. Jednak twórcy kręcąc film na postawie powieści Sola Yuricka zaczynają opowieść od wspomnienia bitwy pod Kunaksą, gdzie greccy najemnicy stoczyli ciężki bój z Persami. Ale te konotacje są tylko pretekstem do pokazania nieskrępowanej bijatyki i ucieczki bohaterów do domu, ścigani przez policję i konkurencyjne gangi. Hillowi udaje się stworzyć bardzo specyficzny i ponury klimat osaczenia, gdzie bohaterowie są zdani tylko na siebie. I nie przeszkadza w tym ani komiksowa konwencja (w wersji reżyserskiej wyczuwalna także dzięki komiksowym wstawkom – ręcznie rysowanym scenkom, które przechodzą do rzeczywistości), prosta intryga czy równie surowe dialogi. „Wojownicy” dziwnym cudem potrafią oczarować zarówno prostym, ale efektownym scenom akcji (bijatyki i pościgi), odtworzeniu realiów gangów, gdzie strój jest nie tylko wyznacznikiem stylu, lecz także barwami wojennymi – drugą skórą, której zdjęcie jest oznaką słabości. Jeśli do tego dodamy kompletnie nieznanych aktorów, to mamy naprawdę ciekawy, choć lekko archaiczny film akcji, który nie udaje niczego wielkiego.

wojownicy2

Hill potwierdza „Wojownikami”, że kino akcji to jego żywioł. Nie jest on jakiś super dynamiczny, widowiskowy, ale nie przynudza i ma swój styl. Trochę surowy, lekko zwierzęcy, ale bardzo fajny. I tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Radio na fali

Jest rok 1966, rock’n’roll coraz bardziej wypływa na szerokie muzyczne wody. Jednak, co trudno to sobie wyobrazić BBC grało muzykę rozrywkową tylko w czasie krótszym niż 45 minut. Jednak w tym czasie działały pirackie rozgłośnie radiowe, które nadawały pop i rock’n’rolla cały dzień i całą noc. Do jednej z nich – Radio Rock znajdującej się gdzieś na Morzu Północnym – trafia niejaki Carl. To 18-latek, który został wyrzucony ze szkoły za palenie papierosów i jointa. Do statku chłopaka wysłała matka, żeby się poprawił. Nie wiem jak wy, ale ktoś tu zjarał o jednego blanta za dużo.

Boże błogosław Wielką Brytanię nie tylko za muzykę, ale też za kino. Zwłaszcza za Richarda Curtisa. Twórca „Jasia Fasoli” oraz scenarzystę nieśmiertelnych komedii romantycznych takich jak „Cztery wesela i pogrzeb”, „Notting Hill” czy „Dziennik Bridget Jones” od pewnego czasu próbuje swoich sił jako reżyser. Nie bez sukcesów. „Radio na fali” to jego drugie podejście na stołku z napisem director i radzi sobie tutaj więcej niż dobrze. Sama historia oparta jest na dwóch wątkach, które przeplatają się ze sobą – dzień z życia pirackiego radiowca  oraz próby rządu, reprezentowanego przez niejakiego sir Allistera Dormandy’ego do „zniszczenia” pirackich rozgłośni.

Ten pierwszy pozwala na przyjrzenie się buntownikom, którzy serwują muzykę, którą kochają do swoich słuchaczy (migawki, w których widać ludzi po kryjomu lub grupowo słuchających radia – a robił to co drugi Anglik) w dodatku o poglądach mocno hippisowskich, ten drugi nakreśla przy okazji nakreśla stosunek konserwatywnego społeczeństwa uważającego muzykę popularną za szkodliwą i deprawującą. Z dzisiejszej perspektywy, jak to mówią Anglicy: That’s bullshit, a dzisiaj takie oskarżenia padają wobec muzyki heavy metalowej, nazywając ją „satanistyczną”, ale to kwestia na dłuższą rozmowę.

radio6

Ale to nie są jedyne wątki, bo każdy z DJ-ów jest barwną i wyrazistą osobowością, która wyróżnia go z tłumu. Curtis w wątku młodego Carla (zwanego też Małym Carlem) idzie wyraźną i trochę schematyczną droga opowieści inicjacyjnej, przy okazji poznając pierwszą miłość, odnajdzie też swojego ojca i przede wszystkim fantastycznych kumpli, z którymi spędzi chyba najlepsze lata swojego życia. To właśnie miłość do muzyki staje się spoiwem łączącym grupę, fundamentem wszelkich przyjaźni, zaś wszelkie niesnaski (konfrontacja między Hrabią i Gavinem o zdradę pewnej kobiety zakończona wspinaczka na burtę w rytmie muzyki Ennio Morricone – genialna scena) zostają szybko rozwiązane i wybaczone.

radio8

Poza tym nie brakuje tutaj naprawdę dużej dawki humoru – od slapsticku i prostych gagów jak próba wypowiedzenia w eter słowa na „j” i nie jest to „jabłko” po rozładowujące powagę dialogi (ślub Simona z Eleonore czy wtedy, gdy ekipa decyduje działać dalej, mimo konsekwencji prawnych) i przede wszystkim kapitalnej muzyki z epoki, gdzie mamy gwiazdy tego okresu (poza Bitelsami i Stonesami) takie jak The Kinks, The Who, The Beach Boys, Jimi Hendrix czy Procol Harum. A sceny, w których pojawiają się te piosenki, to małe perły – takiego zgrania nie było od dawna.

No i w końcu to, o czym mówię zawsze w tym akapicie, czyli aktorstwo. Najwyższej próby, gdzie Anglicy (i jeden Amerykanin) wykazali się, kreując mocne i wyraziste postacie. Zacznę jednak przezornie od słabszych ogniw, a w zasadzie jednego – Toma Sturridge’a. Nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę dobrze zagrana postać Carla, jednak zostaje ona mocno w cieniu innych bohaterów. Ale chyba tak powinno być. Panie są tutaj zredukowane do roli obiektów pożądania i dość wyzwolonych (seksualnie) z wyjątkiem kucharki Felicity (Katherine Parkinson) – jedynej kobiety na statku pełnym facetów. Jej położenie tłumaczy fakt, że jest ona lesbijką.

radio9

Jeśli chodzi o czarne charaktery (czytaj: te chamy z rządu), to wystarczy wymienić jedno nazwisko – Kenneth Branagh i więcej nie trzeba. Jako minister Dormandy jest wyjątkowo nieprzyjemny, ale mocno wierzący w swoją misję i konsekwentnie realizujący swój cel. W dodatku ma to, co każda gnida mieć powinna: elegancki i skrojony na miarę gajer,  uczesane włosy i okulary. W bonusie dodano jeszcze wąsy prawie jak od Hitlera. Wspierany jest on przez sprytnego i podstępnego Twatta (solidny Jack Davenport), którzy tworzą naprawdę mocny duet.

radio5

Ale i tak nasza uwagę skupiają DJ-e i osoby związane z radiem. I tutaj tu mamy naprawdę wyraziste postacie. Od brodatego Boba (Ralph Brown) i wprowadzającego w arkana seksu dra Dave’a (Nick Frost, który jest naprawdę przy kości) przez serwującego żarty Angusa (Rhys Darby), zakochanego Simona (Chris O’Dowd) aż do serwującego wiadomości Johna (Will Adamsdale) i dowodzącego całym tym cyrkiem eleganckiego Quentina (etatowy aktor Curtisa, Bill Nighy). Każdy z nich jest fantastyczny i razem tworzą prawdziwy koktajl Mołotowa.

radio7

Jednak nawet i w tym koktajlu, musi się pojawić wisienka. A tutaj są aż dwie. Pierwsza to nieodżałowany Philip Seymour Hoffman, czyli Hrabia. Jedyny Amerykanin na pokładzie, którego wyróżniają trzy rzeczy: broda, skórzana kurtka i wielka miłość do muzyki. Brytyjskie prawo ma gdzieś, do tego stopnie, że dla muzyki jest w stanie opuścić ten świat i ma tyle charyzmy, że wielu radiowców mogłoby mu jej zazdrościć. Ale ma godnego konkurenta w postaci fenomenalnego Rhysa Ifansa, który gra drugiego Amerykanina – Gavina Cavanagha, legendarnego DJ-a z wielką charyzmą, seksownym głosem, liberalnymi poglądami oraz kolorowym gajerkiem. Jak pojawia się tych dwóch dżentelmenów, naprawdę syczą iskry i dochodzi do walki.

Ale się rozpisałem, inaczej jednak się nie dało. To kolejny dowód na to, że brytyjskie komedie to najlepsza rzecz jaka przydarzyła się ludzkości. No i brytyjska muzyka, ale to powszechnie wiadomo.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Po pojawieniu się napisów końcowych oglądajcie dalej.

Sydney

Tytułowy Sydney to podstarzały hazardzista, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Pewnego zwykłego dnia przed wejściem do knajpy, poznaje Johna, któremu brakuje kasy na pogrzeb matki. Mężczyzna pomaga mu zdobyć pieniądze pokazując parę sztuczek w kasynie. Mijają dwa lata. Sydney bywa w kasynie, zaś Johnowi wpadła w oko kelnerka Clementine. Ale kiedy dwoje młodych wpadnie w tarapaty, Sydney będzie musiał im pomóc.

sydney1

W zasadzie streściłem wam cały film. No, prawie cały. I jak zapewne wiecie, każdy reżyser od czegoś zaczynał. „Sydney” to zapomniany debiut Paula Thomasa Andersona, którego następne filmy wywoływały dyskusje, wielkie emocje i były bardzo wnikliwymi portretami ludzi. I to widać już tutaj, gdzie reżyser bawi się naszymi oczekiwaniami, zaś historia (niespecjalnie wysokich lotów) jest tylko pretekstem do pokazania postaci. Zaczyna się jak kino obyczajowe, by w połowie pojawił się wątek kryminalny, który zostaje rozstrzygnięty w jeden sposób – ołowiem. A wszystko to ma bardzo specyficzny, wręcz tajemniczy klimat. Jak to w kasynie – kolorowe neony, elegancko ubrane kelnerki, gra, hazard, potem oszustwo i szantaż. A wszystko to toczy się w bardzo niespiesznym tempie, okraszone delikatną, funkowo-jazzową muzyką i świetną pracą kamery.

sydney2

A co do postaci, to one są fantastycznie zagrane i nie do końca sobie radzą ze swoimi problemami. Kapitalnie wypadł Philip Baker Hall w roli Sydneya – eleganckiego szulera, pełnego mądrości i empatii. Ale jak się na końcu okaże, facet ma pewien mroczny sekret i nie jest nim skłonność do ryzyka przy grze w kości (sprowokowany przez młodego gracza stawia dużą kasę i przegrywa). John C. Reilly bardzo dobrze sobie radzi jako nieporadny John, który mimo pewnej znajomości i naśladownictwa stylu Sydneya, nadal ma skłonność wpadania w tarapaty. Razem z partnerująca mu Gwyneth Paltrow (Clementine) tworzą dość czarujący duet, choć czy uda im się być szczęśliwym? I jeszcze jest wyjątkowo antypatyczny Samuel L. Jackson, który naprawdę wczuł się w rolę ochroniarza Jimmy’ego.

sydney3

Postacie, mocna realizacja oraz klimat to najmocniejsze atuty debiutu Andersona. Następne filmy dopiero potwierdziły jego nieprzeciętny talent i uczyniły z niego jednego z najważniejszych obecnie reżyserów z USA. Ale to temat na dłuższą historię.

7/10

Radosław Ostrowski

W imieniu diabła

Gdzieś na polskiej prowincji jest żeński klasztor prowadzony przez dość surową matkę przełożoną. Wśród zakonnic jest młoda siostra Anna, naznaczona tragiczną przeszłością. Wszystko w klasztorze ulega zmianie, gdy matka przełożona rezygnuje ze spowiednika (miejscowy ksiądz Stefan) i nie podporządkowuje się decyzji kurii o przeniesieniu się. Wtedy matka przełożona razem z nowym spowiednikiem, ojcem Franciszkiem decydują się odizolować się od świata i wprowadzić nową „wiosnę Kościoła”.

diabel1

Wiele lat temu w Polsce głośno było o siostrach betankach w Kazimierzu, które odizolowały się od reszty świata i zerwały z Kościołem. Historia była na tyle interesująca, że prędzej czy później musiało upomnieć się o nią kino. Próbę opowiedzenia tej historii podjęła się wracająca po długiej przerwie do kina Barbara Sass. I wychodzi jej naprawdę przyzwoite kino. Nie znajdziemy jednak odpowiedzi na pytanie o przyczyny całego szaleństwa, które nawiedza klasztor. Ale widzimy powoli, jak do klasztoru wchodzi zło, a przyczyną tego staje się fanatyzm oraz ślepe posłuszeństwo, jakie wymagane jest od duchowych przewodników. Miejsce pełne Boga i modlitwy (ale też i lżejsze zabawy w przerwie między obowiązkami) staje się siedliskiem sekty, nawiedzonych ekstaz i dziwacznych zachowań. Po części można to usprawiedliwiać fascynacją nowym spowiednikiem, ale coraz bardziej zacząłem dostrzegać, że coś tu jest nie tak.

diabel2

Świetne zdjęcia Wiesława Zdorta (zwłaszcza nocne) potęgują tylko atmosferę grozy i alienacji, jednak brakuje tutaj mocniej zarysowanego konfliktu między młodą i trochę naiwną Anną (bardzo dobra Katarzyna Zawadzka) a matką przełożoną (demoniczna Anna Radwan) i ojcem Franciszkiem (jeszcze bardziej demoniczny Mariusz Bonaszewski), którzy nie są jednak przerysowani, ale mocno wierzą w słuszność obranej przez nich drogi. W dodatku są świetnymi manipulatorami, którzy wiedzą jak kierować ludźmi (post, umartwianie się czy wspólne nazwijmy to „modły”).

diabel3

To „opętanie” jest przeciwstawione przez postać księdza Stefana (dobry Marian Dziędziel) – prostego i zarazem bardzo uczciwego duchownego, który jest bardziej przy Ziemi, jednak nie jest ono w pełni rozegrane do końca. Zaś wnioski jakie wysuwa reżyserka są dość oczywiste i mocno przeszkadzają (łatwiej jest się zbuntować niż być wiernym), a kwestia utraty wiary przez główną bohaterkę jest ledwie rozrysowana pod koniec, a jej los pozostaje otwarty. Jednak te wady nie są w stanie mi zasłonić emocjonalnej siły tego filmu. Naprawdę wyszła z tego mocna rzecz, która powinna skłonić do refleksji.

7/10

Radosław Ostrowski

Joanna

Polski film można poznać po kilku czynnikach. Jednak ostatnio kilka z nich zostało konsekwentnie wytępionych (słaba jakość zdjęć i dźwięku), jednak tematyka pozostała w zasadzie stała. Wiadomo, musi być albo o wojnie (że tak strasznie cierpieliśmy) albo że życie u nas jest do dupy, bez względu na to kto rządzi. O podobnej tematyce opowiada ostatni film Feliksa Falka „Joanna”.

Tytułowa bohaterka jest samotną kobietą mieszkającą w Krakowie i czekającą na powrót męża. A wokół trwa wojna, jest rok mniej więcej 1943. Pracuje jako kelnerka w kawiarni i przypadkiem po łapance, znajduje w kościele mała dziewczynkę, która jest prawdopodobnie Żydówką, a imię jej Róża. Jej matkę zabrano podczas obławy. Kobieta podejmuje się trudnego zadania i bez pracy, próbuje pomóc dziewczynce przetrwać. Ale nie może o tym powiedzieć nikomu – ani rodzinie, ani sąsiadom, a tym bardziej Niemcom, którzy szukają Żydów.

joanna2

Z „Joanną” mam spory problem i nie chodzi mi o wałkowanie tego samego tematu, co zawsze (czy warto być przyzwoitym w czasie wojny, gdzie panuje strach?). Nie chodzi tez nawet o kwestię realizacyjne czy technicznie, bo tutaj naprawdę nie ma się czego przyczepić (zwłaszcza pochwalić należy zdjęcia Piotra Śliskowskiego). Cały numer polega na tym, że film pozostawił mnie w stanie kompletnego zobojętnienia, a nawet można przewidzieć jakie będą następne ruchy postaci (szlachetna i pomocna Polska, urocza Żydówka i także dobry Niemiec), bo one są aż nadto czytelne. Nic mnie nie ruszyło, ani ofiarność głównej bohaterki, ani tym bardziej cena tej ofiary – ostracyzm od rodziny, sąsiadów, oskarżenia o kolaborację. To wszystko po prostu spłynęło po mnie jak po kaczce i prawdę mówiąc nie dowiedziałem się niczego nowego, a także emocjonalnie nic mnie to nie obchodziło. I nie pomaga tutaj nawet całkiem przyzwoite aktorstwo z Urszulą Grabowską na czele.

joanna1

Papier z tego filmu leci strumieniami, a mimo poczucia realizmu wszystko jest takie sztuczne, nudne i fałszywe. Tym bardziej dziwi, że nie jest to robota początkującego reżysera, tylko bardzo doświadczanego i nagradzanego. Coś tu jest nie tak.

5/10

Radosław Ostrowski

Mona Lisa

Mona Lisa  to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii malarstwa. Ale ten film nie jest jej biografią, a z obrazem Leonarda da Vinci łączy tylko to, że pojawia się ona na lodówce. Teraz poznacie niejakiego George’a – prostego człowieka, który kiblował i teraz wychodzi z więzienia. Żona nie chce go znać i utrudnia kontakty z córką, więc zamieszkuje u kumpla – mechanika Thomasa. W końcu, dzięki swojemu dawnemu szefowi, Mortwellowi zostaje zatrudniony jako kierowca pewnej luksusowej call-girl Simone. Po początkowych animozjach, zaczynają dogadywać się ze sobą. I wtedy Simone prosi go o pomoc w odnalezieniu koleżanki Cathy, która zaginęła bez wieści, a zajmowała się prostytucją. Przysługa wpędza George’a w tarapaty.

mona_lisa1

Irlandzki reżyser Neil Jordan to facet, który potrafi zaskoczyć, jeśli nie trzyma się sztywno konwencji i gatunków. „Mona Lisa” to dziwaczna mieszanina melodramatu, kryminału z zacięciem społecznym. I w każdym polu sprawdza się bardzo dobrze. Z jednej strony to historia budzącego się uczucia prostego i odrobinę prymitywnego faceta z elegancką prostytutką, z drugiej jest tu bardzo mroczna tajemnica, gdzie mamy do czynienia z prostytucją, pornografią i narkotykami (pośrednio). I pod tym względem film Jordana budzi skojarzenia z „Taksówkarzem” Martina Scorsese, choć nie jest on aż tak mroczny. W tym brudnym świecie, gdzie każdy kogoś udaje, nasz bohater nie pasuje do niego, padając ofiarą manipulacji, zaś jego uczucia są wystawione na ciężką próbę. Wszystko to jest zasługą zarówno precyzyjnego scenariusza, pełnego wielu zwrotów, pewnej ręki reżysera oraz bardzo dobrej strony technicznej ze świetnymi zdjęciami Rogera Pratta na czele. Można się przyczepić, że w połowie następuje lekkie uśpienie sytuacji czy zakończenie może wydawać się mało satysfakcjonujące (dla mnie całkiem niezłe), ale klimat i atmosfera są tutaj nie do podrobienia.

mona_lisa2

Także aktorzy prezentują się w wysokiej formie. Tutaj błyszczy fenomenalny Bob Hoskins. George w jego wykonaniu to samotny, trochę prymitywny facet, który potrafi się opanować i jest prostoduszny, przez co bardzo łatwo można nim sterować. Każde emocje tej postaci wygrywa bezbłędnie i kibicujemy mu do samego końca. Kroku nie ustępuje mu Cathy Tyson – pozornie sprawia wrażenie wywyższającej się kobiety, przyzwyczajonej do pewnego poziomu życia oraz pewnej kultury osobistej. Ale tak naprawdę to bardzo skryta kobieta, która ukrywa pewna mroczną przeszłość i potrzebuje pomocy do załatwienia swoich spraw. Jeśli chodzi o drugi plan, wystarczyłoby wymienić jedno nazwisko – Michael Caine. Tutaj jest bezwzględnym gangsterem, który czuje się jak ryba w wodzie w każdym otoczeniu. I jest jeszcze Robbie Coltrane, czyli prosty mechanik Thomas, który lubi kryminały.

mona_lisa3

Mroczna bajka o rycerzu w białej zbroi, który zostaje wystawiony do wiatru. Jordan jeszcze później miał wiele razy zaskakiwać, co przyniosło mu estymę i popularność.

8/10

Radosław Ostrowski

RoboCop

Kim jest RoboCop? To postać, która dawno przeszła do kanonu bohaterów popkultury – niezniszczalny supergliniarz, który w futurystycznym Detroit pilnuje porządku. Niedawno można zobaczyć nową wersję spłodzoną przez Jose Padilhę. Ale przedtem radzę sięgnąć po pierwowzór, czyli film Paula Verhoevena z 1987 roku.

RoboCop1

W dalekiej przyszłości w Detroit policja jest pod kontrolą korporacji OCP, która ma podpisany kontrakt z policją. Ich wynalazcy pracują nad maszyną, która byłaby w stanie zastąpić policjantów i pełnić porządek całodobowo, jednak ich próby są nieskuteczne. W tym czasie, do jednego z komisariatów trafia Alex Murphy – młody gliniarz. Podczas pierwszej akcji wpada na trop gangu Clarence’a Boddickera, przez których zostaje zabity. Wtedy korporacja OCP z jego szczątek tworzy RoboCopa – zmechanizowanego człowieka, który ma pilnować porządku. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że w maszynie zaczyna się budzić jego skasowana przeszłość.

RoboCop2

Pozornie wydaje się to stricte sensacyjne kino, ale poza hektolitrami krwi (naprawdę brutalne rzeczy się tu dzieją, choć z perspektywy czasu nie robi to już tak wielkiego wrażenia) i efektowną akcją jest tutaj wiele więcej. Po pierwsze, bardzo krytyczne spojrzenie na świat korporacji, gdzie wygrywa silniejszy i nie zawsze grający czysto. Po drugie, to bardzo ironiczne spojrzenie na świat pełen przemocy, która nie jest w żaden sposób kontrolowana. I nie chodzi tu o gangi, bo przemoc jest też obecna w reklamach oraz wiadomościach, stała się czymś całkowicie normalnym, co pokazują przeplatające się z fabułą wiadomości telewizyjne. No i końcu najważniejsze – pytanie o człowieczeństwo, które narzuca się w związku z postacią Murphy’ego (ikoniczna już rola Petera Wellera). Pozbawiony pamięci, ludzkich emocji, zostaje zmieniony w bezwzględna i brutalną maszynę – produkt, który nie może zwrócić się przeciwko swojej firmie (stwórcy). Dopiero po pewnym czasie odkrywa swoją przeszłość (scena odwiedzenia dawnego domu) i wtedy zaczynają się kłopoty. A dalej będzie jak zawsze: krwawa zemsta, pomoc dawnej partnerki i konfrontacja z mechem (animatroniczna animacja dzisiaj już mocno trąci myszką). Mimo lat ogląda się to świetnie, nie brakuje pościgów, strzelanin, rozwałki i ostatecznej konfrontacji.

RoboCop3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to trzyma ono więcej niż dobry poziom. Oszczędny Peter Weller świetnie się sprawdza w roli RoboCopa. Poza nim mocno wybijają się trzy osoby: Nancy Allen (Annie Lewis – partnerka Murphy’ego, którą można poznać po tym, że lubi żuć gumę), Ronny Cox (Dick Jones, wiceprezes OCP, który mam mocne zapędy militarystyczne) oraz Kurtwood Smith (bezwzględny i brutalny Clarence Boddicker). Wszyscy oni spisali się bardzo dobrze, tworząc naprawdę wyraziste postacie. Drugi plan też jest tutaj bogaty i wyrazisty (wspomnę choćby Miguela Ferrera jako Bob Morton – pomysłodawca RoboCopa), co jest tylko zaletą.

RoboCop4

Dzisiaj „RoboCop” nie robi już tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, ale pozostaje kawałkiem bardzo interesującego kina, które ma coś więcej do pokazania niż tylko rozrywkę. Jednak trzeba do tego mieć dystans.

8/10

Radosław Ostrowski

Co się wydarzyło w Madison County

Lata 60. Do małego miasteczka w Iowa przybywa fotograf z National Geographic – Robert Kincaid, by zrobić zdjęcia mostom. Gubiąc się w drodze do celu trafia do domu Franceski Johnson, która akurat została sama na kilka dni. Jej mąż i dzieci wyruszyli na festyn. On zaczyna spędzać z nią sporo czasu, zaczynają rozmawiać, ale na rozmowach się nie kończy.

madison2

Powieść, na podstawie której powstał ten film, uważana jest za jedną z najgorszych książek jakie kiedykolwiek wydano. W dodatku sama historia brzmi jak typowe romansidło, tylko że mamy starszych i bardziej dojrzałych bohaterów. Można byłoby zignorować ten film, gdyby to kręcił jakiś młody reżyser. Ale jeśli za taka produkcję odpowiada Clint „Zabijam wszystkich bez ostrzeżenia” Eastwood, sprawa staje się znacznie poważniejsza. I tym większe jest rozczarowanie. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru, historia jest prosta (by nie rzec bardzo prosta i konwencjonalna do bólu) – można by z tym żyć, ale brakuje tutaj emocji, choć próbuje się je pokazać w sposób bardziej delikatny i bez szaleństw. Wszystko opiera się tutaj na prostym schemacie: rozmowa-taniec w rytm jakiejś sentymentalno-romantycznej piosenki i całowanie się. Jeszcze można byłoby to przeżyć, ale to wszystko jest takie letnie i mało angażujące, że z niepokojem czekałem na moment, kiedy to wszystko się skończy. Możecie mnie nazywać zgorzkniałym cynikiem, ale nic na to nie poradzę, że mnie to nie ruszyło.

madison1

I nie mogli z tym nic zrobić ani Meryl Streep, którą bardzo cenię ani próbujący grać wbrew swojemu typowemu emploi (twardy zabijaka i męski szowinista) sam Eastwood. Nie iskrzy między nimi, choć bardzo się starają. Coś tutaj wyraźnie nie zagrało. Ja wiem, ze jest dość spora grupa osób, którym podoba się „Madison County”. Niestety, na mnie to spłynęło jak po kaczce i jest to zaledwie poprawne kino.

5/10

Radosław Ostrowski