Big Lebowski

Krótkie spodenki, szlafrok i klapki na nogach, a w ręku Biały Rusek i okulary na nosie – tak poniekąd wygląda. W papierach ma napisane Jeff Lebowski, ale woli być nazywany Kolesiem. Niby menel jakich wielu, jednak to jemu dwóch zbirów naszczało mu na dywan. Potem okazało się, że to pomyłka. Wzięto go za innego Jeffa Lebowskiego – strasznie dzianego gościa. Ale kiedy panu Lebowskiemu (nie mylić z Kolesiem) zostaje uprowadzona żona, Koleś wplątuje się w dość poważną kryminalną intrygę.

lebowski1

Ten film braci Coen przyniósł im status dzieła kultowego. Co wyróżnia braciszków od innych filmowców? Ich filmy zazwyczaj są albo prostymi opowieściami kryminalnymi, gdzie intryga ulega komplikacjom, obnażając chciwość, zło i głupotę ludzką (‘Fargo”) albo komediami z masą absurdalnego humoru („Arizona Junior”). Więc czym jest „Big Lebowski”? To wypadkowa obydwu konwencji – czarna komedia kryminalna, gdzie nie ma spraw oczywistych, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna (m.in. scena pokazania kręgielni czy odjechane „wizje” Kolesia – najsłynniejsza z nich to „Jaja w rynsztoku”). Już sam początek, gdy mamy wziętą z westernu melodię oraz zaczerpnięta z tego gatunku „jadący” kłąb zmierzający do Los Angeles – można być pewnym jednej rzeczy. Tak zacznie się przygoda waszego życia. A co po drodze? Porwanie, skomplikowana intryga, w której „jest wiele różnych czynników”,  kręgle, niemieccy nihiliści, wkurwiony Polak, artyści, Biały Rusek, kasa i takie tam. Wplątując się w cała historię, będziemy próbowali rozgryźć, co tu jest tak naprawdę grane, zaś zakończenie wywróci wszystko do góry nogami. I to wszystko okraszone kapitalnymi dialogami – takie filmy się po prostu przeżywa, a opowiadanie o nich mija się kompletnie z jakimkolwiek celem.

lebowski2

Jeśli chodzi o aktorstwo mógłbym wymienić tylko jedną osobę, a i tak by wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A imię jego Jeff Bridges i jest to najbardziej rozpoznawalna rola tego aktora. Kim jest Koleś? To podstarzały hipis, który nie ma pracy, ma wszystko gdzieś i ma fajny styl. Przypadkowo wplątany w intrygę, która go przerasta, ale okazuje się, że nie jest do końca takim idiotą, za jakiego jest uważany. Poza nim nie można nie wspomnieć o Walterze Sobczaku, brawurowo zagranym przez Johna Goodmana. Narwany i agresywny Polak, który przeszedł na judaizm z jednej strony potrafi rozśmieszyć, z drugiej mocno balansuje na granicy obłędu i po części to on komplikuje całą sprawę. Poza nimi jest tu przebogata galeria postaci epizodycznych i drugoplanowych, zagrana przez gwiazdorską obsadę. Ale skoro ma się do dyspozycji takie osoby jak Julianne Moore (ekscentryczna artystka Maude Lebowski), Philip Seymour Hoffman (lokaj Brandt), Steve Buscemi (nieogarnięty Donny), Johna Turturro (Jesus Quintana – gracz w kręgle) czy Petera Stormare’a (nihilista Uli Kunker) to byłoby grzechem zmarnować taki potencjał.

Zdrowo kopnięty i dla wielu mocno porąbana historia. Dla mnie do bracia Coen w najczystszej postaci oraz w najwyższej formie. Jeśli jeszcze nie mieliście jeszcze kontaktu z tego typu kinem, musicie koniecznie to nadrobić. Wasze zdrowie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Detektyw

Arystokrata Andrew Wyke jest uznanym i cenionym pisarzem kryminałów, w dodatku posiadającym dość spory majątek. Zaprasza do niego młodego playboya Milo Tindle’a, który jest kochankiem jego żony. Ale starszy z mężczyzn nie robi z tego powodu wyrzutów, pod warunkiem, że Milo ukradnie jego biżuterię. Tak zaczyna się poważna i psychologiczna gra.

sleuth1

Przenoszenie na duży ekran sztuki teatralnej zawsze jest karkołomnym wyzwaniem i zadaniem. Sztuka Anthony’ego Shaffera (bardzo cenionego dramaturga lat 60. i 70.) była świetnym materiałem do bardzo interesującego filmu. I szansę tą wykorzystał Joseph L. Mankiewicz, który dla wielu pozostaje reżyserem gigantycznej superprodukcji „Kleopatra”. Tak powstał zapomniany, ale bardzo interesujący kryminał. Mamy bardzo skomplikowaną i piętrową intrygę opartą na wyrafinowanej grze, mającej na celu upokorzenie przeciwnika. Na początku mamy pozorowaną próbę kradzieży zakończoną morderstwem, jednak druga (pojawienie się inspektora policji) oraz zostawienie w domu Wyke’a dowodów obciążających go jako zabójcę swojej kochanki jeszcze bardziej podkręca całą atmosferę.

sleuth2

Bardzo inteligentna (wszelkie zaskakujące zwroty akcji przyjąłem bez żadnego zastanowienia) rozrywka, którą mimo dość długiego czasu ogląda się lekko i przyjemne (mimo trochę teatralnych, acz nie pozbawionych humoru dialogów). Imponuje tutaj zwłaszcza scenografia, pełna różnych przedmiotów związanych z różnego rodzaju grami i szaradami (krzyżówka w łazience czy piwnica zawierająca m.in. skrzynię z przebraniami) czy równie elegancka muzyka. Także praca kamery i montaż nadają dynamikę całej „eleganckiej” rozgrywce.

sleuth3

Sprawna reżyseria, świetny scenariusz i solidna realizacja nie zdałaby się na nic, gdyby nie dwaj genialni aktorzy, którzy bardzo wiarygodnie zbudowali swoje role. Czyli Michael Caine i Laurence Olivier. To już wystarczająca rekomendacja, by zobaczyć ta upokarzającą grę z dość przewrotnym finałem. Więcej nie powiem, to musicie zobaczyć na własne oczy.

8/10

Radosław Ostrowski

Cheri

Paryż, czasy belle epoque. To właśnie w nich przyszło żyć Fredowi Peloux, zwanemu Cheri. Jego matka była kurtyzaną, która już porzuciła swoją profesję. Chłopak poznaje przypadkowo Leę – koleżankę matki po fachu i jedzie do niej. Niewinny romans zakończył się poważnym uczuciem, ale matka chłopca wydaje go młodej dziewczynie.

cheri1

Stephen Frears to brytyjski spec od kina gatunkowego, a jednocześnie inteligentnego. Razem do spółki ze scenarzystą Christopherem Hamptonem (razem zrobili znakomite „Niebezpieczne związki”) wracają do tematu miłości i konwenansów. Miłości niespełnionej i skazanej na porażkę, bo oboje nie poznali się w odpowiednim czasie. Ona – dużo starsza, doświadczona, on – młody, zagubiony i lekko rozkapryszony, dopiero poznający uroki dorosłego życia. Czy może z tego coś wyjść? No właśnie. Reżyser bardzo stylowo i elegancko pokazuje realia początku XX wieku, a jednocześnie pokazuje tłumione i skrywane emocje, na które sobie damy lekkich obyczajów pozwolić nie mogą. Ale sama historia wydawała mi się średnio angażująca i przez to niezbyt ciekawa. Nie czułem tych emocji, wszystko jest tutaj takie letnie, zaś tej chemii i pożądania kompletnie nie widać. I jeszcze ten narrator, choć tutaj nie przeszkadzał i nie sprawiał wrażenia niepotrzebnej postaci.

cheri2

Sytuacje próbują ratować aktorzy, ale jedna osoba bardzo mocno nawaliła. Rupert Friend może i nieźle wygląda, ale jako tytułowy bohater jest po prostu niewiarygodny. Ja widziałem w nim tylko rozkapryszonego gówniarza, który nie potrafi wybrać między żoną i kochanką. Znużony chłopak, marzący tylko i wyłącznie o zabawie. Dużo lepsza jest za to Michelle Pfieffer w roli zgorzkniałej Lei, która tłumi w sobie miłość, wygląda przepięknie i po prostu zachwyca. W parze za nią idzie gadatliwa i ekspresyjna Kathy Bates, czyli matka Cheri.

cheri3

Frears może i rzadko nawala, ale ten film jest co najwyżej niezłą produkcją – elegancką i stylową, ale pustą w środku.

6/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Czerwony

Valentine pracuje jako modelka. Pewnego wieczora potrąca psa, który błąkał się po mieście. Na obroży psa znajduje adres właściciela, którym okazuje się emerytowany sędzia. Kobieta przypadkowo odkrywa, że mężczyzna podsłuchuje sąsiadów. Początkowo jest ona oburzona zachowaniem starszego pana, ale później zaczyna z nim spędzać coraz więcej czasu.

czerwony1

Krzysztof Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem i zamknął trylogię o „Trzech kolorach”, tutaj mamy czerwień, czyli symbol braterstwa. A czym ono jest? No właśnie. Pozornie mamy do czynienia z obyczajową historią z elementami metafizycznymi, czyli to, czym się zajmował Kieślowski pod koniec swojego życia. Żeby być bardziej precyzyjnym, mamy tutaj młodą i trochę naiwna modelkę oraz emerytowanego sędziego, zgorzkniałego, samotnego, która pozornie sprawia wrażenie Boga, który wie wszystko. Ale czy ta wiedza mu coś daje? No właśnie i tak tych dwoje zostaje przyjaciółmi, choć dzieli ich wszystko. Los, przypadek czy Bóg jest w stanie napisać kompletnie pokręcone scenariusze. Ten potrafi poruszyć, gdyż mamy tu postacie z krwi i kości, dialogi oszczędne, zdjęcia mocno nasycone czerwienią, co jest normą w przypadku poprzednich części. A jednocześnie jest ona bardziej pogodny, dodając odrobinę humoru. I pokazuje, że czasem wystarczy uśmiech, by zmienić życie niejednego człowieka. Kieślowski bardzo delikatnie i umiejętnie potrafi o tym opowiedzieć.

czerwony2

Dodatkowo ma tutaj świetnie dobranych aktorów w rolach głównych rolach. Irene Jacob bardzo dobrze wciela się w empatyczną Valentine, która mieszka sama (chłopak gdzieś daleko i kontaktuje się przez telefon) i czuje się odpowiedzialna za to co robi. Jednak bardziej przykuwa uwagę Jean-Louis Trintignant. Sędzia, który podsłuchuje innych sprawia wrażenie wszechwiedzącego i potężnego faceta, ale tak naprawdę jest zgorzkniały i zna człowieka ze złej strony. Potem powoli zmienia się, staje się odrobinę życzliwszy. Ta dwójka rozkręca ten film i czyni go bardzo ciekawym.

Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem, w charakterystycznym dla siebie stylu – pełnym skupień na drobiazgach, symbolach i przede wszystkim na ludziach. Głęboko humanistyczny i bardzo poruszający film.

8/10

Radosław Ostrowski

Garść dynamitu

Początek XX wieku. W Meksyku trwa rewolucja, zaś jedną z tych osób, które się nia nie interesują jest Juan Miranda – złodziej i rzezimieszek. Kiedy na swojej drodze spotyka irlandzkiego terrorystę Johna Mallory’ego (speca od materiałów wybuchowych), wpada na prosty i genialny plan swojego życia – okraść bank w Mesa Verde. Ale na miejscu okazuje się, że zamiast pieniędzy i złota w środku są… skazani rewolucjoniści, zaś obaj panowie zostają bohaterami.

dynamit1

Sergio Leone – każdy fan westernu zna to nazwisko. Ale nawet i największy reżyser musi się potknąć. Niby film jest westernem, zaś początek przypomina wcześnie produkcje włoskiego mistrza. Jednak z pojawieniem się motocyklu, nagle coś się zaczęło zmieniać. Zamiast westernu wyszedł bardziej film wojenny (wiadomo, rewolucja Pancho Villi), gdzie mamy dużo trupów i dużo strzałów. Istnym słowem, niezły Meksyk. No właśnie, niezły tylko. Owszem, widać i czuć rękę reżysera (charakterystyczne zbliżenia na twarze, długie ujęcia pozbawione dialogów, piękna muzyka Ennio Morricone), ale trochę to zbyt współczesne – i nie chodzi tylko o obecność ciężarówek, samochodów, motocykli i zastąpienie rewolwerów pistoletami czy karabinami maszynowymi, ale o sposób opowiadania historii. W dodatku fabuła jest bardzo nierówna, gdzie naprawdę świetne sceny (napad na bank czy strzelanina na moście) przeplatają się z momentami nużącymi i spowalniającymi przebieg wydarzeń (bardzo romantyczne i lekko sentymentalne retrospekcje Johna czy wszelkie sceny batalistyczne). Brakuje tej magii i czegoś, co przykuwało uwagę, pozwalając zatracić się w filmie, co udało się osiągnąć w „Dobrym, złym i brzydkim” czy „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Tutaj tego zabrakło.

dynamit2

Także od strony aktorskiej film nie powala, choć jest zagrany na przynajmniej przyzwoitym poziomie. Najlepiej prezentuje się tu Rod Steiger w roli Mirandy. Brudny, nieogolony, okazuje się całkiem pomysłowym cwaniakiem, który jest lojalny wobec swojej bandy (wiadomo, rodzina) i przypadkowo zostaje bohaterem. Ale cena jaką za to ponosi jest dość wysoka, zaś jego refleksja na temat rewolucji jest mocno aktualna. Partneruje mu James Coburn – aktor ze sporym doświadczeniem w westernach (m.in. „Siedmiu wspaniałych”), tutaj wypada całkiem nieźle w roli cynicznego Irlandczyka, który dawno stracił wiarę w sprawę czy rewolucję. Dołącza do niej, bo nic innego nie potrafi (z dynamitem robi cuda). Obaj panowie całkiem zgrabnie się uzupełniają, trzymając w zainteresowaniu prawie do końca. Reszta aktorów gra całkiem nieźle (wyróżnia się Romolo Valli w roli doktora Villegi). I tyle można powiedzieć.

Niestety, „Garść dynamitu” nie ma tej siły ognia co „Garść dolarów”,jednak pozostaje zaledwie niezłym filmem w dorobku Leone. Jednak jego następny film pokazał, że wrócił do mistrzowskiej formy.

6/10

Radosław Ostrowski

Venus

Maurice Robbins jest aktorem ze sporym dorobkiem i już ustabilizowanym życiem. Jednak zamiast czekać na śmierć i być na emeryturze, nadal grywa i przesiaduje w kawiarni z dwoma kumplami (hipochondrykiem Ianem i będącym przy wadze Donaldem). Ten spokój zostaje zaburzony, gdy do Iana przybywa bratanica Jessie, o której wuj ma nie najlepsze zdanie. Staruszek jednak próbuje pomóc jej w mieście i bierze ja pod swoje skrzydła, jednak nie bezinteresownie.

venus1

Podejrzewałem w jakim kierunku pójdzie film Rogera Michella, ze to będzie o przyjaźni między pokoleniami, a może nawet o miłości. Ale reżyser omija wszelkie klisze i szablony pokazując opowieść o tej nietypowej znajomości w sposób bardzo delikatny, subtelny i zabawny (w wielu miejscach, m.in. pierwsze pozowanie nago do obrazu). On staje się dla niej mentorem, choć początki są niezbyt udane (zakup sukienki przy braku pieniędzy), a ona tylko pozornie sprawia wrażenie nieporadnej, tej złej i w ogóle. Dla mnie „Venus” to opowieść o ciągłym głodzie życia, ciągłej chęci, mimo lat i chorób, które potem przychodzą, ograniczając nasze możliwości. Mądrość przychodzi z wiekiem, choć nie zawsze, a ta znajomość pozornie wydaje się próbą „ukulturalnienia” prowincjuszki, okazuje się lekcją życia. W dodatku ładnie sfotografowaną, z ciepłą i pogodną muzyką oraz naprawdę dobrymi dialogami.

A jeśli chodzi o aktorstwo, to mógłbym wymienić tylko jedno nazwisko, które przykuwa uwagę i kradnie każdą scenę. W główną role wcielił się niezapomniany i wspaniały Peter O’Toole, który potwierdził swoja klasę. Maurice jest dość ekscentrycznym facetem, który kocha alkohol, jest spełniony zawodowo i czeka tak naprawdę na śmierć. Potem okazuje się mentorem, który z prowincjuszki czyni kobietę. Takiej energii, siły i charyzmy pozazdrościłby niejeden młodzieniec, a tutaj O’Toole spojrzeniem przykuwa uwagę. Zaskoczeniem dla mnie była Jodie Whittaker, która jest ta tytułową „Venus”, a tak naprawdę na imię ma Jessie. Na początku robi wrażenie nieporadnej, mającej wszystko gdzieś. Tak naprawdę mimo młodego wieku, wiele przeszła (nieplanowana ciąża, aborcja). Dzięki starszemu panu, powoli się zmienia, ale jeszcze się gubi i popełnia błędy. Oboje tworzą bardzo piękny duet.

venus2

Poza nimi jest jeszcze naprawdę solidny drugi plan z Leslie Phillipsem (hipochondryk Ian, który lubi więcej wypić i czuje się niedocenionym aktorem) i niezawodną Vanessą Redgrave (Valerie, była żona Maurice’a) na czele.

Michell zaskoczył bardzo pozytywnie, tworząc obok „Nothing Hill” swój najlepszy film. I nie ma w tym przesady. Tylko dlaczego ten film w ogóle nie trafił do naszego kraju? Nie mam pojęcia.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Biały

Karol mieszka we Francji z zoną Dominique. Poznajemy go w dość smutnym momencie, bo w trakcie rozwodu – przyczyna: impotencja. Mężczyzna zostaje pozbawiony środków do życia, mieszkania i zakładu fryzjerskiego. Próbuje się jakoś utrzymać, grając na grzebieniu w metrze. I tam poznaje Mikołaja, który pomaga mu wrócić do kraju – w walizce. Na miejscu Karol próbuje swoich sił w biznesie i planuje się zemścić na swojej byłej.

bialy1

Po bardzo poetyckim „Niebieskim”, Kieślowski wykonuje woltę gatunkową i tworzy dość gorzka komedię z wątkiem kryminalnym. A że większość wydarzeń toczy się w Polsce, która uczyła się kapitalizmu, daje jej to dość specyficznego posmaku, zaś sam humor jest mocno gorzki i pełen ironii. Ta opowieść o zemście i równości, która nie istnieje, bo każdy chce mieć więcej, bardziej, zaś w świecie można wszystko kupić (nawet swój zgon) przykuwa uwagę, jest bardzo sprytnie poprowadzona, a intryga imponuje i trzyma w napięciu. I tak jak w poprzedniej części dominował kolor niebieski, tak tutaj dość często pojawia się kolor biały – symbol niewinności i równości. Tylko gdzie jest ta równość? W miłości, wobec której wszyscy jesteśmy słabi – zdaje się sugerować reżyser. I chyba nie jest to zaskoczenie, a jednocześnie jedyny moment, gdy reżyser idzie w stronę metafizyki.

A jeśli chodzi o aktorów, to tutaj jest naprawdę wysoki poziom. Tym razem największą uwagę przykuwa Zbigniew Zamachowski. Karol to uroczy, ale pechowy facet, który nadal kocha swoją żonę mimo wszystko. Z „paryskiego” impotenta staje się rekinem biznesu, pełnym sprytu oraz kochankiem wręcz doskonałym, konsekwentnie realizuje swój plan zemsty. I ta przemiana jest bardzo wiarygodnie pokazana. Drugą ważną postacią jest Dominique, czyli Julie Delpy – piękna kobieta, która jest twarda i bezwzględna. Ale tylko u siebie.

bialy2

Za to drugi plan jest przebogaty, gdzie pojawia się m.in. Jerzy Stuhr (brat Karola), Cezary Pazura (właściciel kantoru) czy Jerzy Trela (pan Bronek). Ale i tak bryluje tutaj znakomity Janusz Gajos jako Mikołaj. Polski biznesmen, który stracił motywacje i sens życia, pozostaje tajemniczy do samego końca, ale potem okazuje się lojalnym przyjacielem i wspólnikiem. Spotkanie z Karolem powoli dają mu motywację i zmienia go.

„Biały” mimo upływu lat pozostaje bardzo udanym i świetnym kinem, którego nie musimy się wstydzić. Bardziej idący w kino gatunkowe, ale robiący je z pomysłem i finezją.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Niebieski

Julie była żoną znanego i cenionego kompozytora. Jednak wskutek wypadku samochodowego zostaje sama. Od tej pory decyduje odciąć się od wszystkiego, co miało związek z jej mężem (dom, partytury) i przenosi się z dworu do miasta, zabierając ze sobą tylko sznur niebieskich pereł. Próbuje żyć wolna od wszystkich norm społecznych, wartości czy wiązania się z kimkolwiek. Ale czy to jest w ogóle możliwe?

niebieski2

Krzysztof Kieślowski był uważany za najbardziej znanego polskiego reżysera na świecie, zaś trylogia „Trzy kolory” za ostatnie ważne dzieło kina pełnego metafizyki. Reżyser stawia tutaj na nastrój i atmosferę, dlatego „Niebieski” to ciąg scen, które pozornie nie łączą się ze sobą – to raczej obserwacje, przyglądanie się szczegółom (myszy w domu, kostka cukru przed włożeniem do kawy), które mogą mieć znaczenie symboliczne. Ale czy muszą? Budują nastrój opowiadając o tym, czym tak naprawdę jest wolność? Ucieczką od świata, zła, cierpienia, bólu? Czerpanie z życia pełnymi garściami? A może życie z drugą osobą? Bohaterka próbuje zagłuszyć swój ból i cierpienie pustką, ale to jest tylko rozwiązanie na krótki dystans, bo nie da się „wyzwolić” od traumy, cierpienia czy drugiego człowieka. Możemy zbudować wokół siebie kokon, ale czy to jest w ogóle życie? Wszystko to jest jeszcze potęgowane błękitna kolorystyką zdjęć (Sławomir Idziak pokazuje klasę) oraz podniosłej muzyki Zbigniewa Preisnera.

Ale to wszystko nie miałoby racji, gdyby nie stonowana, ale bardzo emocjonalna rola Juliette Binoche. Jak wspomniałem, jest to kobieta próbująca sobie radzić z życiem po tragedii. Problem polega na tym, że pustkę zawsze czymś należy wypełnić, w czym utwierdzają są spotkani ludzie – przyjaciel Olivier, sąsiadka zajmująca się prostytucją, sklerotyczna matka czy poznana przypadkowo kochanka męża.

niebieski1

Czyżby miłość była siłą, która wyzwala? Kieślowski sugeruje to w finale, gdzie brzmi „Pieśń o Miłości” św. Pawła. Ale czy na pewno? To już musicie sami odpowiedzieć, a film i tak warto obejrzeć – bardzo piękny wizualnie i delikatnie opowiedziany.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Żywot Briana

Brian Cohen jest młodym mężczyzna, którego gdy był niemowlęciem przybyli trzej królowie, bo… pomylili się. Już będąc dorosłym dowiaduje się, że ojciec jest Rzymianinem i zostaje członkiem ruchu oporu walczącego z Rzymianami. Podczas ucieczki podszywa się za proroka i zostaje wzięty za Mesjasza.

Brian1

Monty Python to bardzo specyficzne poczucie humoru, oparte na masie absurdu, która jednych rozśmieszy, a drugich sprowokuje i zniechęci. Także tutaj panowie z Brytanii obnażają kwestie wiary (a dokładnie fanatyzmu), biurokracji (przed ukrzyżowaniem), a nawet z samych Żydów. Sama historia wydaje się zbiorem skeczy z Brianem w roli głównej, który staje się herosem, prorokiem i męczennikiem mimo woli. Czasami idąc ostro po bandzie (ironiczny finał; sceny, gdy Brian otoczony jest przez wyznawców czy sepleniący Piłat), na granicy prowokacji (ukamienowanie za bluźnierstwo), a nawet z obecnością ufoludków (co tylko podkreśla absurdalność całej sytuacji). Ale jak każdy film Pythonów jest dość nierówny, zaś absurd czasami przeszkadza (więzień marzący o byciu ukrzyżowanym) – to bardzo specyficzne kino.

Obsada jak to u Pythona mocna, zaś członkowie graja po kilka postaci, serwując swoje nieprawdopodobne vis comica, ze wskazaniem na nieprawdopodobnego Johna Cleese’a, Grahama Chapmana (Brian) i Erica Idle’a. A pozostali członkowie (Palin, Jones i Gilliam) też dorzucili swoje trzy grosze i powstała istna mieszanka.

Brian2

„Żywot Briana” to bardzo specyficzne kino, które nie wszystkim się spodoba. Niemniej zmierzyć się z nim trzeba, żeby zrozumieć fenomen brytyjskiego humoru.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Przed zachodem słońca

Jesse i Celine po wspólnym dniu i nocy w Wiedniu obiecali sobie, że wrócą tu za pół roku. I przypadkowo poznają się po 9 latach w Paryżu. On został pisarzem i promuje swoją powieść, ona ukończyła studia i mieszka w Paryżu. Niby ich znamy, ale w życiu wiele się pozmieniało, znowu zaczną ze sobą rozmawiać aż do momentu, kiedy trzeba będzie pójść na lotnisko.

zachod1

Sequele są trudne do zrealizowania, zwłaszcza w przypadku tak nastrojowego i klimatycznego filmu jak „Przed wschodem słońca” opartego na dialogach i gadaniu. A jednak Linklaterowi znowu się udało stworzyć pasjonujący i ciekawy film, choć uroku i młodzieńczości już tu nie ma. Ale nie jest to zaskakujące, bo bohaterowie dojrzeli i się zmienili. Może nie tyle oni, co ich przekonania i refleksje. Jednak nadal słucha się tych opowieści. Na początku jest dość lekko, swobodnie i pozornie o niczym, ale im dalej tym więcej pojawia się rozczarowań, smutku, poczucia niespełnienia, nieudane związki. Niby jest to potem obracane w żart, ale posmak goryczy pozostaje. Nadal jednak są to dość poważne i wnikliwe refleksje na temat człowieka w ogóle – jego miejscu na ziemi, próbach nawiązania relacji i dlaczego małżeństwa staja się nieszczęśliwe. Reżyser jednak tutaj stoi bardziej przy ziemi, pozbawiając trochę otoczki romantyzmu, co w tym przypadku chyba jest zaletą. Także grający tu główne role Julie Delpy i Ethan Hawke nadal przykuwają uwagę i ciągnie ich do siebie – oboje są dojrzali, zweryfikowali swoje przemyślenia, ale nadal jest między nimi chemia.

zachod2

I tylko jedna rzecz mi się nie podobała – za krótko. Następuje zawieszenie i znów trzeba będzie poczekać jakieś 9 lat, żeby poznać dalszy ciąg. A że będzie, to tylko kwestia czasu.

8/10

Radosław Ostrowski