Przed zachodem słońca

Jesse i Celine po wspólnym dniu i nocy w Wiedniu obiecali sobie, że wrócą tu za pół roku. I przypadkowo poznają się po 9 latach w Paryżu. On został pisarzem i promuje swoją powieść, ona ukończyła studia i mieszka w Paryżu. Niby ich znamy, ale w życiu wiele się pozmieniało, znowu zaczną ze sobą rozmawiać aż do momentu, kiedy trzeba będzie pójść na lotnisko.

zachod1

Sequele są trudne do zrealizowania, zwłaszcza w przypadku tak nastrojowego i klimatycznego filmu jak „Przed wschodem słońca” opartego na dialogach i gadaniu. A jednak Linklaterowi znowu się udało stworzyć pasjonujący i ciekawy film, choć uroku i młodzieńczości już tu nie ma. Ale nie jest to zaskakujące, bo bohaterowie dojrzeli i się zmienili. Może nie tyle oni, co ich przekonania i refleksje. Jednak nadal słucha się tych opowieści. Na początku jest dość lekko, swobodnie i pozornie o niczym, ale im dalej tym więcej pojawia się rozczarowań, smutku, poczucia niespełnienia, nieudane związki. Niby jest to potem obracane w żart, ale posmak goryczy pozostaje. Nadal jednak są to dość poważne i wnikliwe refleksje na temat człowieka w ogóle – jego miejscu na ziemi, próbach nawiązania relacji i dlaczego małżeństwa staja się nieszczęśliwe. Reżyser jednak tutaj stoi bardziej przy ziemi, pozbawiając trochę otoczki romantyzmu, co w tym przypadku chyba jest zaletą. Także grający tu główne role Julie Delpy i Ethan Hawke nadal przykuwają uwagę i ciągnie ich do siebie – oboje są dojrzali, zweryfikowali swoje przemyślenia, ale nadal jest między nimi chemia.

zachod2

I tylko jedna rzecz mi się nie podobała – za krótko. Następuje zawieszenie i znów trzeba będzie poczekać jakieś 9 lat, żeby poznać dalszy ciąg. A że będzie, to tylko kwestia czasu.

8/10

Radosław Ostrowski

24 Hour Party People

Rok 1976 wydawał się typowym, nic nie znaczącym rokiem. Jednak dla dziennikarza Granady TV Tony’ego Wilsona, był to rok przełomowy. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy do Manchesteru przyjeżdża Sex Pistols. Na koncercie były tylko 42 osoby, wśród nich Wilson, który kochał punkową muzykę. Postanawia wtedy razem z przyjaciółmi założyć wytwórnie płytową Factory Records, gdzie będzie grana punkowa i post-punkowa muzyka. Do tego jeszcze tworzy klub Hacjenda. I tak rodzi się manchesterska scena muzyczna z Joy Division na czele.

24h1

I o powstaniu tej muzyki opowiada film Michaela Winterbottoma, który jest świadectwem epoki i kronika wydarzeń od 1976 roku aż do lat 90-tych, kiedy wytwórnia zostaje przejęta, a klub zamknięty. Jest to film dość trudny do zakwalifikowania: wygląda jak dokument, fabuły jako takiej nie ma, jest kontrolowany chaos oraz kapitalna muzyka. Ale nie jest to stricte biografia Tony’ego Wilsona, który jest narratorem i spaja tą cała historię czy muzyków zespołów. Jest to raczej zapis wydarzeń, choć pewne rzeczy zostały pominięte i przemilczane. A jednocześnie pokazana jest przemiana industrialnego i upadającego miasta w Madchester – stolicę mody, muzyki i narkotyków. Ale jest to przede wszystkim opowieść o pasjonatach, którzy kochali muzykę jak życie, choć nie zawsze im się poukładało.

24h2

Na tym polu reżyser skupia się na Joy Division (pierwsza część aż do samobójstwa Curtisa) i Happy Mondays, które doprowadziło pośrednio do bankructwa wytwórni. Ujęcia z ręki, paradokumentalna kolorystyka, czasem następująca zmiana kolorów w czerń i biel (koncert Joy Division) czy szybszy montaż powodują, że film nabiera swoistego, specyficznego rytmu. Nie brakuje tutaj elementów humorystycznych (tu brylują dialogi Wilsona czy scena zabijania gołębi trującym chlebem w rytm „Marszu Walkirii” Wagnera), ale zawsze muzyka jest najważniejsza.

Siła napędową poza muzyką z epoki (m.in. Joy Division, New Order, Happy Mondays czy Orbital) jest naprawdę kapitalne aktorstwo. Tutaj wybija się przede wszystkim Steve Coogan w roli Wilsona – animatora w pewnym sensie kultury alternatywnej. Otwarty na brzmienia, opowiadający z dystansem o sobie, ale jednocześnie szczery pasjonata ze skomplikowanym życiem osobistym. Druga mocna rzecz uderzająca to fizyczne podobieństwo aktorów grających muzyków i wokalistów zespołów. Nie można tu nie wspomnieć o postaci Iana Curtisa (bardzo dobry Sean Harris), którego sukces przygniata i doprowadza po części do autodestrukcji czy Shaunie Ryderze (Danny Cunningham piekielnie dobry), który mimo talentu wpada w nałóg narkotyczny. No i trzecia postać kluczowa, czyli producent Martin Hannett (kompletnie nie do poznania Andy Serkis) – silny charakter, choć dość trudny we współpracy.

24h3

Nie jest to łatwy w odbiorze film (prawie jak każdy w dorobku Winterbottoma), ale pełen pasji, energii i świetnego brzmienia. Barwny portret Manchesteru i tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Amerykanin

Jack zajmuje się zabijaniem za pieniądze. Ale mężczyzna jest ścigany przez Szwedów, którzy zabili jego kochankę. Za radą swojego szefa, ukrywa się we włoskim miasteczku, gdzie otrzymuje ostatnie zlecenie – wykonanie broni i trzymanie się z daleka. Wtedy wbrew sobie zaczyna nawiązywać znajomość z miejscowym księdzem oraz prostytutką.

amerykanin1

Anton Corbijn znany jest przede wszystkim jako reżyser teledysków i fotograf. Ale uznał, że to za mało i postanowił spróbować swoich sił jako reżyser filmów fabularnych. Po biografii Iana Curtisa („Control”), postanowił zrobić film sensacyjny w europejskim stylu oraz plenerach. Wzorując się na Jean-Pierre Melville’u, reżyser stawia na oszczędną, ale bardzo estetyczną formę, mniejszą ilość dialogów oraz spokojniejsze tempo, podszyte chłodem. Jednak Corbijnowi nie udaje się zaangażować emocjonalnie, dlatego rozterki killera, który ukrywa się i zastanawia się czy nie rozpocząć nowego życia wygląda dość sztuczna, a przemiana jest niewiarygodna. Ładne plenery Włoch i całkiem nieźle zrobiony sceny akcji, to trochę za mało, by „Amerykanin” przykuł uwagę.

amerykanin3

Broni ten film George Clooney, który świetnie wypada jako małomówny Jack. Niby spokojny, ale zawsze w pogotowiu i z bronią w ręku. Gdy jest cynicznym twardzielem, kupujemy to i wierzymy mu. Natomiast przemiana w romantyka nie do końca mnie przekonuje. Tak samo postać księdza, który robi tu za głos sumienia. Reszta aktorów jest po prostu solidna.

amerykanin2

Corbijn zaryzykował i moim zdaniem przegrał. Wyszedł z tego całkiem niezły film, ale to trochę za mało.

6/10

Radosław Ostrowski


Samuraj

Jef Costello jest płatnym zabójcą, który mieszka sam (nie licząc ptaszka w klatce). Dostaje kolejne zlecenie i realizuje je – zabicie właściciela nocnego lokalu w Paryżu. Ale mężczyzna zostaje jednak aresztowany i potem wypuszczony. Mocodawcy Costello są jednak zaniepokojeni tym faktem i próbują go usunąć, co nie udaje się. Zabójca postanawia sam dorwać swoich mocodawców.

samuraj1

Jean-Pierre Melville – to nazwisko miłośnikom gatunkowego kina europejskiego mówi wiele. Choć rozgłos przyniósł mu fil „W kręgu zła”, nakręcony trzy lata wcześniej „Samuraj” pozostaje utrzymany w tej samej stylistyce reżysera – oszczędność dialogów, ascetyczna forma i powolne budowanie napięcie w oparciu o konsekwencje działań. Także tutaj reżyser stawia bardziej na fatalistyczną atmosferę, celebrację detalu oraz parę momentów zaskoczenia. I jak zwykle mamy tutaj archetyp milczącego twardziela, która działa niż mówi (tego typu bohater nadal trzyma się dobrze, co pokazuje, m.in. „Drive”). Może i fabuła jest dość prosta, ale sposób realizacji jednak intryguje aż do samego końca. Wiele scen zapada mocno w pamięć (m.in. zamontowanie podsłuchu w domu Jefa i wykrycie go czy konfrontacja w komisariacie), a i parę drobnych nieścisłości się znajdzie (chodzący w zasadzie w tym samym ubraniu główny bohater), ale to są naprawdę drobiazgi, nie psujące przyjemności z oglądania. Ważną rolę tutaj odgrywa dźwięk, subtelna muzyka, zaś same sceny przemocy są krótkie, ale gwałtowne.

Ale to wszystko nie miałoby racji bytu, gdyby nie bardzo oszczędna rola Alaina Delona – bardzo powściągliwa postać cyngla, który trzyma się swoich zasad. Samotny, zamknięty w sobie facet, o którym nie wiemy praktycznie nic. Równie przekonujący jest Francois Perier w roli dociekliwego komisarza oraz Cathy Rosier, czyli pianistka.

samuraj2

„Samuraj” to bardzo interesujący i precyzyjny kryminał Melville’a. Może mało dynamiczny, ale jednak trzyma w napięciu i zostaje w pamięci na długo.

8/10

Radosław Ostrowski

JFK

22 listopada 1963 roku był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Wtedy dokonano zamachu na prezydenta tego kraju, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który zmarł wskutek odniesionych ran, zaś za sprawcę uznano Lee Harveya Oswalda. Jednak w 1966 roku, prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison podjął się na własną rękę poprowadzić śledztwo w sprawie zamachu, podejrzewając spisek i zamach stanu.

jfk1

W oparciu o książkę Garrisona swój film nakręcił Oliver Stone – facet, który uważany był za speca od kina niewygodnego, trudnego i skrajnie subiektywnego. W „JFK” tym razem poszedł na całość i stworzył najbardziej porażający spisek od czasów „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli. Samo śledztwo Garrisone jest oparte bardziej na pogłoskach, zeznaniach osób, które nie mogą stanąć przed sądem („skoro oni zabili prezydenta, co może ich powstrzymać przed zabicie striptizerki?”) oraz materiałach, które zostały utajnione i ujrzą światło dzienne (prawdopodobnie, chyba że znów coś zmajstrują) w 2029 roku. Akt oskarżenia, który pokazuje w tym 3-godzinnym thrillerze jest więcej niż mocny: obrywa się administracji prezydenta, tajnym służbom, federalnym i mafii. Masa nazwisk, poszlak i pokazano wszelkie próby zatarcia śladów, nie pokazując sprawców. Stone pokazuje tyle znaków zapytania, że nie ma żadnych wątpliwości, co do istnienia spisku.

Czy my będziemy w stanie w to uwierzyć? To już zostawiam waszej ocenie, ale jedno nie ulega wątpliwości – reżyser opowiada to, w tak fascynujący sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu od tego, co się dzieje. Zdjęcia, w których zgrabnie wpleciono inscenizowane momenty (czarno-biała taśma) z materiałami archiwalnymi oraz świetny montaż w połączeniu z intrygującym scenariuszem tworzą koktajl Mołotowa. I choć sam proces zajmuje jakieś ostatnie 45 minut filmu, to jest on wisienką na torcie i czymś, co powinno dać nam satysfakcję. Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi tu spokoju i przeszkadzała mi w seansie: wybielenie i zmitologizowanie prezydenta Kennedy’ego jako męża stanu. Jednak wynika to z faktu, że ten aspekt życia prezydenta nie interesował reżysera.

Ale i nawet to wszystko, nie byłoby takie pociągające, gdyby nie świetna obsada, w której nie zabrakło bardzo znanych i uznanych aktorów. Najważniejszy jest tutaj Jim Garrison, czyli jak zwykle dzielny i prawy Kevin Costner. Może i nie jest to specjalnie zaskakujący wybór, ale tutaj aktor naprawdę zaskoczył i wypadł bardzo dobrze. Silny charakter, choć pełen wątpliwości, zaś jego mowa w procesie to jeden z najważniejszych monologów w historii kina. Poza nim pierwsze skrzypce tutaj grają nadpobudliwy Joe Pesci (paranoiczny David Ferrie) i bardzo oszczędny Tommy Lee Jones (Clay Shaw, nie ukrywający swojego homoseksualizmu, ale to tylko pozory). Jest jeszcze Gary Oldman, czyli Lee Harvery Oswald – tutaj pokazany jako agent wywiadu, który zostaje wystawiony do wiatru czy grający współpracowników Garrisona Michael Rooker (Bill Broussard) i Jay O. Sanders (Lou Ivon). Ale jest tutaj masa epizodycznych ról świadków, którzy odgrywani są, m.in. przez Jacka Lemmona (Jack Martin) czy Kevina Bacona (Willie O’Keefe), jednak na mnie największe wrażenie zrobił Donald Sutherland jako tajemniczy X – były szef wywiadu wojskowego.

Mógłbym napisać więcej, ale „JFK” to naprawdę mocny film polityczny, który przykuwa uwagę do samego końca. Pytanie czy kiedykolwiek zostanie ujawniona prawda o Kennedym pozostaje otwarte, ale reżyser wierzy, że w końcu ludzie przejrzą na oczy. Może brzmi to naiwnie, ale jest to bardzo sugestywne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obrońca

Jacques Loursat był kiedyś błyskotliwym adwokatem. Jednak odkąd jego żona zmarła, coraz częściej zaczął zaglądać do kieliszka i przeszedł na emeryturę. Mieszka z gosposią Finn oraz swoją córką Isabelle.  Jednak pewnej nocy słyszy strzał i po paru minutach znajduje ciało młodego chłopaka – jak się potem okazuje, dilera narkotykowego Joela. Podejrzanym jest chłopak Isabelle, Manu. Mężczyzna trochę wbrew sobie podejmuje się obrony chłopaka.

obronca

Film Georgesa Lauthnera jest dość spokojnie opowiedzianym dramatem sądowym na podstawie powieści Georgesa Simeona. Tutaj bardziej skupiamy się na dialogach i niedopowiedzeniach, zaś druga połowa to rasowy dramat sądowy, gdzie rozwiązanie nie do końca jest oczywiste. I mocno przypomina o tym, co się stanie, gdy dorośli zostawią wchodzących w życie nastolatków samych sobie. Zmowa, narkotyki, morderstwo + jeden dociekliwy prawnik, który jeszcze nie do końca zniszczył swój mózg popijając wino i inne trunki. Wszystko to naprawdę solidnie zrobione, opowiedziane też bez nudy, za to Jean-Paul Belmondo jest w formie i zaskakuje w roli prawnika, który musi rozwikłać sprawę i próbuje pogodzić się ze swoją córką.

„Obrońca” to kolejny przykład solidnego kina z krainy żabojadów. Trochę mało znany, ale na pewno nie nudny i słaby.

7/10

Radosław Ostrowski

Zawodowiec

Major Josseline Beaumont jest agentem francuskiego wywiadu, który dostał zadanie zabicia dyktatora jednego z afrykańskich krajów. Ale oficer na skutek zdrady zostaje schwytany i skazany. Jednak majorowi udaje się uciec i decyduje się zrealizować swoje zlecenie. Jego przełożeni próbują go powstrzymać.

zawodowiec2

Francuzi już od wielu dekad próbowali robić filmy sensacyjne, utrzymane trochę w stylu amerykańskich wzorców, zwłaszcza w latach 70-tych i 80-tych. „Zawodowiec” to jeden z bardziej znanych filmów tego nurtu. Intryga jest dość prosta i pokazująca (dość delikatnie) rozterki między moralnością a dostosowywaniem się do nowych reguł. Owszem, czasami logika dość mocno szwankuje, dźwięk bywa drażniący (zwłaszcza odgłosy bójek – za głośne przede wszystkim), zaś humor bywa miejscami dość rubaszny. Niemniej realizacja jest naprawdę sprawna, trzyma to w napięciu, tempo jest naprawdę wysokie i nie brakuje paru niezłych dialogów. A i tak w pamięci pozostaje przede wszystkim muzyka Ennio Morricone (delikatna, liryczna melodia), budująca atmosferę smutku i melancholii.

zawodowiec1

Mimo pewnych kiksów oraz lekko archaicznej formy, aktorsko prezentuje się całkiem nieźle. Jean-Paul Belmondo ma już swoje lata i niespecjalnie może wali po ryju itp., ale nadal daje radę jako zdradzony agent. Jest przebiegły, zna różne sztuczki i uwodzi kobiety, jak to on. Poza nim reszta prezentuje raczej solidny poziom, może poza Robertem Hosseinem w roli tropiącego go kapitana Rosena – antypatyczny, działający podstępem i używający głównie siły.

zawodowiec3

Nie jest to może najlepsza rzecz zrobiona nad Sekwaną, ale mimo 30 lat na karku prezentuje się naprawdę nieźle. Lekkie, pomysłowe i niegłupie kino sensacyjne.

7/10

Radosław Ostrowski

Potwory i spółka

Nie wiem czy wiecie, ale istnieje inny świat, gdzie zamieszkują go potwory pracujące dla filmy „Monsters, Inc.”. Ich zadaniem jest straszenie dzieci, bo dzięki temu otrzymują energię, niezbędna do przetrwania. A najlepszym straszakiem jest James P. Sullivan, któremu pomaga Mike Wazowski. Jednak pewnej nocy, przypadkowo do świata potworów trafia dziewczynka. James próbując zaprowadzić dziewczynkę z powrotem, trafia na spisek.

potwory1

Wiadomo, że jak coś kręci Pixar to „nie ma lipy”. Wszystko zaczęło się od „Toy Story”, zaś „Potwory i spółka” tylko to potwierdziły, że studio z Emeryville osiągnęło naprawdę wysoki pułap. Z jednej strony sam poziom animacji jest naprawdę imponujący i zachwyca detalami oraz takimi drobiazgami jak włosy na futrze Jamesa, cienie czy wygląd potworów, a każdy z nich jest wyjątkowy (w tym czasie tylko oni mogli podjąć rywalizację ze „Shrekiem” na tym polu). Mimo tego bardzo łatwo dostosować go do świata znanego nam – pracy w firmie, romanse biurowe czy niewypełnianie raportów, a całość okraszona jest naprawdę sporą ilością humoru (głównie sytuacyjnego i na tym polu przegrywa ze „Shrekiem”). Ale i tak powstała poruszająca opowieść o przyjaźni, co i tak jest wartością samą w sobie. Bez moralizowania czy patosu, za to z sympatią, emocjami oraz nieskrępowaną wyobraźnią. W dodatku całość okraszono naprawdę elegancką muzyką Randy’ego Newmana oraz dobrymi dialogami.

potwory2

Za to jednak wartością dodaną jest dubbing. W Polsce realizacją zajęło się studio Start International Polska, zaś reżyserią zajęła się Joanna Wizmur. I muszę przyznać, że wypadło to naprawdę dobrze, zaś tłumaczenie Bartosza Wierzbięty trzyma fason. A jeśli chodzi o aktorów, trudno się do kogokolwiek przyczepić. Najbardziej tutaj błyszczy duet Paweł Sanakiewicz (James Sullivan)/Wojciech Paszkowski (rozgadany Mike Wazowski), który nakręca się i na zasadzie kontrastów dosłownie iskrzy między nimi. Zaś ich przyjaźń jest pokazana naprawdę subtelnie. Poza nimi koniecznie trzeba wspomnieć Sławomira Packa (antypatyczny Randall), Aleksandra Bednarza (dyrektor Moczyknur) czy uroczą Małgorzatę Kożuchowską (sekretarka Celinka). Ale w pamięci pozostają też drobne epizody Agnieszki Kunikowskiej (instruktorka straszenia) czy jak zawsze wpadającego w ucho Jarosława Boberka (Fąflak, pomocnik Randalla).

potwory3

Co ja wam będę mówił, „Potwory” to znakomita animacja, gdzie wszystko od scenariusza i fabuły po animację i humor jest dopięte do najdrobniejszego detalu. Powinna spodobać się głównie dzieciom, ale i dorośli też znajdą coś dla siebie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

PS. W trakcie napisów końcowych pojawiają się różne wpadki oraz dodatkowe scenki, które powinny też rozśmieszyć.

Przed wschodem słońca

Pociąg – miejsce jak każde inne, gdzie ludzie podróżują, a czasem rozmawiają. I to właśnie w pociągu do Wiednia poznali się oboje. Różni ich wszystko – on, Amerykanin Jesse włóczy się po Europie, ona Francuzka Celine jest na wakacjach i wraca z Budapesztu do Paryża. I tak od słowa do słowa zaczyna się rozmowa. On namawia ją, by razem pochodzili po Wiedniu, bo następnego dnia ma samolot. A w jedną noc może wydarzyć się wszystko.

wschod1

Wiem – takie krótkie streszczenie może wydawać się mało zachęcające i niezbyt atrakcyjne dla widzów. Jednak film Richarda Linklatera to historia tylko pozornie jedna z wielu. Zanim stwierdzicie, że to byłby świetny materiał do sztuki teatralnej (same dialogi, akcja praktycznie nie istnieje, tylko dwoje aktorów, a reszta robi za tło), powiem wam coś: nie wiem czy w teatrze udało by się zbudować tak intymną atmosferę, choć też należałoby czytać między wierszami, zaś feromony wiszą w powietrzu. I jeszcze ten Wiedeń – niezbyt pocztówkowy, a jednak fascynujący i pociągający (Prater, sklep płytowy, klub, jazda tramwajem), wyjątkowy o tej porze i dla tej dwójki.

wschod2

A o czym oni rozmawiają? Odpowiedź, że o wszystkim mogłaby spowodować, że to jakaś bezsensowna gadanina w celu zabicia czasu. I tak, i nie. Mówią (nie zawsze wprost) o swoich marzeniach, nieudanych związkach, lękach, wierze i miłości, choć słowo „kocham” nie pada tutaj ani razu, pada wiele niedopowiedzeń, ale też i parę poważnych refleksji na temat związków, relacji z ludźmi. Dlatego to były pozornie nudne, ale bardzo pasjonujące półtorej godziny. To także zasługa nie tylko błyskotliwego (nie zawaham się użyć tego słowa) scenariusza, pewnej reżyserii oraz realizacji, niby niepozornej, ale kluczowej. No i w końcu najważniejsi: Ethan Hawke i Julie Delpy – oboje piękni, młodzi, z pewnym życiowym bagażem i marzeniami. Chemia między nimi jest wręcz namacalna, zaś zakończenie sugeruje, że może będzie z tego coś więcej. Ale to już temat na inną opowieść.

wschod3

 

Niby ten film niespecjalnie się wyróżnia, ale ma tą samą cechę, co „Dym” Wayne’a Wanga. Tam też słowa są istotne i ważne, a jednocześnie obydwa filmy posiadają tą słynną magię, której tak wielu reżyserów szuka, a tak wielu widzów pragnie odkryć. Do takich filmów będzie się wracać za rok, pięć, dziesięć, a nawet i więcej lat. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sid i Nancy

Muzyka punkowa odmieniła świat. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, a za najważniejszą kapelę uznawany jest brytyjski Sex Pistols, zaś obok Johnny’ego Rottena ikoną tego stylu stał się basista Sid Vicious. Ten kontrowersyjny muzyka pamiętany był też dzięki związkowi z Nancy Spungen, który skończył się w dość tragicznych okolicznościach. O tym opowiada film Alexa Coxa z 1986 roku.

sid_i_nancy1

To dość luźna biografia basisty, który nie umiał grać, śpiewać też nie za bardzo, jednak stał się ikoną epoki buntowników, co nie oferowali nic w zamian poza chaosem. Sam film jest jak bohaterowie – brudny, ohydny, ale też bardzo realistyczny i brutalny. Można ten film podzielić na dwie części: pierwsza to czas Sida z zespołem Sex Pistols, pełen koncertów, dzikiej energii i szaleństwa. Druga to relacja z Nancy – Amerykanką, która jest zapatrzona w Sida. I tak powstaje miłosny trójkąt – on, ona i narkotyki, które pociągają ich dwoje na dno, niszczą ich związek, wprowadzając nienawiść, wrogość, przemoc i całą tą resztę. Ale od razu uprzedzam – nie jest to film mitologizujący czy pokazujący w przychylnym świetle to środowisko. Sid w brawurowej interpretacji Gary’ego Oldmana jest zapatrzonym w siebie narcyzem, przekonanym o swojej wyższości i nie liczącym się z niczyim zdaniem. Dalej widzimy jego rozstanie z zespołem, uzależnienie i destrukcyjna siłę toksycznej miłości – no hope, no future. Choć głębiej temat uzależnienia pokazano, m.in. w „Requiem dla snu”, o jednak Cox potrafi poruszyć i zmusić do myślenia. W dodatku całość okraszona jest naprawdę fajną muzyką.

sid_i_nancy2

O Oldmanie już wspomniałem, za to partnerująca mu Chloe Webb radzi sobie naprawdę nieźle, oddając zagubienie, uzależnienie i jej beznadziejne położenie. To ona wpędza bohatera w nałóg – jest jak bluszcz, który niszczy wszystko dookoła.

Mimo wszystkich wad, zrobiło mi się żal tych ludzi. I dlatego trzeba zobaczyć ten trochę zapomniany tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski