Śpioch

Miles Monroe jest właścicielem sklepu ze zdrową żywnością. W 1973 roku poszedł do lekarza, by przeprowadzić rutynową operację żołądka. Niestety, coś poszło nie tak i Miles nie odzyskał przytomności, więc jego kuzyn zdecydował, by mężczyzna został zahibernowany. Budzi się po 200 latach w totalitarnym państwie. I od razu zostaje wplątany w walkę ruchu oporu.

spioch1

Allen tym razem postanowił skroić film SF z elementami komediowymi. Nie brakuje zarówno typowego allenowskiego humoru, choć tutaj dominuje slapstickowy humor spod znaku niemych filmów (m.in. przebudzenie Milesa czy ucieczka przed policją). Jednocześnie reżyser bawi się w parodię kina SF, gdzie imponuje scenografia i kostiumy, zaś całość jest okraszona jazzową muzyką graną przez Allena i jego zespół. A jednocześnie nie brakuje tu refleksji na temat relacji damsko-męskich, zaś sama wizja świata jest bardzo interesująca, gdzie ludzie są pozbawieni emocji, substytutem wszystkiego są różne maszyny (m.in. do robienia orgazmu) i wynalazki, dające przyjemność i zabawę. Chyba też dzięki temu film ogląda się przyjemnie.

Allen nadal jest Allenem, tylko tutaj jest kompletnie zdezorientowany, w kompletnie obcym świecie, zwłaszcza w scenach, gdy udaje robota. Znowu błysnęła Diane Keaton, tutaj wcielająca się w Lunę – dziewczynę, która z żyjącej w swoim „normalnym” świecie i spotkanie z Milesem doprowadza do przemiany w buntowniczkę, walczącą z systemem. Chemia między nimi jest wręcz namacalna.

spioch2

Film mógł być jedną z inspiracji dla „Seksmisji” Machulskiego, gdzie jest podobna konstrukcja i wizja świata, ale Allen idzie także tu w absurd, nadal bawi się w slapstick. To jeden z lepszych filmów z czasów wczesnego Allena (tzn. przed „Annie Hall”).

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać

W tym filmie Allen inspiruje się poradnikiem dra Davida Reubena (dokładnie wziął tytuły rozdziałów jako tytuły swoich miniatur), tworząc zbiór sześciu opowieści na temat seksu i miłości.

seks1

Poznamy siłę afrodyzjaku, czym jest sodomia, dowiemy się czy każdą kobietę można doprowadzić do orgazmu, poznamy perwersje, transwestytów i szalonych naukowców, których badania trudno uznać za wiarygodne. A także odkryjemy jak wygląda ejakulacja ze strony mózgu. Jak każda tego typu kompilacja ma swoje mocne i słabe strony, których nie dało się uniknąć. Nie brakuje tu inteligentnego humoru (historia błazna próbującego przespać się z królową, miejscami zalatuje „Hamletem” zaś opowieść o ekscentrycznym naukowcem nasuwa skojarzenia z Frankensteinem), choć pozornie jest to dość kloaczne i miejscami mocno absurdalne (teleturniej „Jaką mam perwersję”). Jednak najlepsza z tego zestawu jest zdecydowanie ostatnia nowela, gdzie ciało mężczyzny jest pokazane jako żywy mechanizm, gdzie mózg (tutaj nazywany Kontrolą) decyduje o procesie udanego seksu (to tutaj Allen pojawia się jako niepewny siebie plemnik). Historia z mężem-transwestytą jest dość średnia, tak jak z Allenem jako Włochem nie mogącym doprowadzić żony do orgazmu, za to dobra jest opowieść o lekarzu (świetny Gene Wilder) zakochanym w owcy.

seks2

Podsumowując, to całkiem udany, choć miejscami humor może się wydawać zbyt absurdalny i nietrafiony. Jednak zdarzają się pewne przebłyski żartu, charakterystycznego dla Allena. Całość jednak wypada zaskakująco dobrze, co powinno się paru osobom spodobać.

seks3

6,5/10

Radosław Ostrowski


Zagraj to jeszcze raz, Sam

Allan jest nieśmiałym, neurotycznym krytykiem filmowym. Kocha „Casablankę”, chciałby być jak Humphrey Bogart, a żona od niego odeszła. Jego najbliżsi przyjaciele – Linda i Dick – próbują mu pomóc znaleźć partnerkę, choć efekty są tragikomiczne. Tak naprawdę Allanowi podoba się Linda, ale czy jest szansa na to, że coś z tego wyjdzie?

Woody Allen bardzo rzadko pozwala na kręcenie swoich scenariuszy przez innych reżyserów. Tutaj zrobił wyjątek, bo adaptacji jego sztuki teatralnej (dla telewizji) dokonał reżyser Herbert Ross, jednak ciągle czuć ducha Allena. Ten film jest z jednej strony hołdem złożonym Bogartowi i „Casablance”, z drugiej mamy już to, co będzie się przewijać w większości filmów Allena: skomplikowane relacje damsko-męskie, neurotyczny bohater, humorystyczne i błyskotliwe dialogi, psychoanalitycy (nieobecni na ekranie) oraz wyraziste postacie drugoplanowe. Jeszcze pojawiają się proste, ale zabawne gagi (zwłaszcza pierwsza randka u niego w domu), jednak nie są one dominujące, a całość okraszona nie głupim morałem oraz cytatem finału „Casablanki”, w której Allan naprawdę zachowuje się jak Bogart, zaś technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić.

sam1

I jeszcze jest to wybornie zagrane. Tutaj Allen po raz wciela się w rolę, która stała się jego znakiem rozpoznawczym – neurotyczny inteligent, który nie radzi sobie w życiu i (przynajmniej) tutaj jest hipohondrykiem. I wierzymy mu, kibicujemy i jest trochę uroczy w tej swojej bezradności. Poza Allenem najistotniejsze są jeszcze 4 postacie, które zostały zagrane bezbłędnie. Najbardziej wyróżnia się Diane Keaton jako neurotyczna Linda – ładna, inteligentna kobieta, z którą Allen tworzy świetny duet. Poza nimi jest jeszcze Tony Roberts (zapracowany i zaniedbujący swoją żonę Dick), Susan Anspach (Nancy, ex-żona Allana) oraz Jerry Lacy (Humphrey Bogart jak z obrazka).

sam2

Jest to najbardziej allenowski film nie wyreżyserowany przez nowojorskiego okularnika, przewyższający wszystko to, co nakręcił na początku swojej kariery Allen.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bananowy czubek

Fielding Mellish pracuje w dużej firmie jako tester produktów. Jego dość spokojne życie się pod wpływem poznanej Nancy – aktywistki społeczno-politycznej. Niestety, ta znajomość nie trwa długo. Chcąc jej zaimponować, mężczyzna jedzie do San Marcos – kraju rządzonego przez dyktatora generała Vargasa. Tam na skutek dziwnego zbiegu okoliczności, zostaje członkiem ruchu oporu i prezydentem tego kraju.

banan3

Już po tym streszczeniu widać, że jest to film Allena-gagstera, zaś humor nadal jest mocno absurdalny (dialogi bezbłędne), jednak całość robiona trochę zbyt grubą kreską i bardziej bazująca na prostych gagach. To nie jest Allen intelektualista, niemniej jest kilka szalonych pomysłów (proces bohatera, gdzie zeznaje m.in. Miss America czy egzekucja prezydenta transmitowana przez tv). Jednak bardziej mi się podobało „Bierz forsę i w nogi”, bo tam się jeszcze składało to w pewną całość. Tutaj zabrakło tego błysku, z którego Allen jest tak bardzo znany. Za dużo tutaj groteskowości („zdobycie” żywności) i przerysowania, z za mało Allena w Allenie. Niemniej całość wypada całkiem nieźle.

banan2

Allen nadal jest niezmienny – safandułowaty niedorajda, który znajduje się w tak chorej sytuacji, że każdy wybór jest zły. Z pozostałych aktorów należy wyróżnić Carlosa Montalbana (generał Vargas) i Louise Lasser (zaangażowana Nancy). Poza tym warto wspomnieć o epizodzie Sylvestra Stallone’a (chuligan).

Allen tutaj jeszcze się uczy robienia filmów, a jego największe sukcesy miały dopiero nadejść. To jeszcze nie to.

5,5/10

Radosław Ostrowski


Bierz forsę i w nogi

Virgil Starkwell to młody chłopak, który od zawsze miał problemy. Nie radząc sobie, decyduje się zostać kryminalistą. Dokonuje wiele napadów na bank, z których żaden się nie udał. W miedzy czasie poznał fajną dziewczynę Louise, ale nawet ona nie jest w stanie mu pomóc.

Ten film powszechnie się uznaje za prawdziwy debiut Allena w roli reżysera. Tutaj reżyser jednak bardziej stawia na gagi i absurd niż swój błyskotliwy humor, ale jest to bardziej przyswajalne i naprawdę pomysłowo zrobione i autentycznie zabawne jak sceny nieudolnych napadów na bank, gdzie dochodziło do dość dziwnych sytuacji (m.in. w skarbcu mieszkała rodzina Cyganów). Żeby jakoś posklejać te gagi, film jest ubrany i stylizowany na dokument, w którym poznajemy życie Virgila. Pojawiają się zdjęcia i retrospekcje z młodości, rozmowy z osobami mającymi z nim styczność (m.in. agenta FBI, kumpla z więzienia), a także jego najbliższych (dziewczyny, a później żony i jego rodziców, dla nie poznaki noszących maski – dość dziwne). Allen się jeszcze uczy i widać, że się świetnie bawi, a my się bawimy razem z nim, a całość jest naprawdę dobrze zmontowana (m.in. brawurowe sceny ucieczek z więzienia) i okraszona ciekawą muzyka Marvina Hamlischa (później Allen rzadko zatrudniał kompozytorów do pisania muzyki do jego filmów).

forsa1

Z aktorów mógłbym wymienić tylko Allena, ale nie oszukujmy się – ten kameleon aktorstwa (człowiek o stu twarzach, wszystkie takie same) zawsze jest przekonujący, grając jakąkolwiek postać, nawet outsidera z wielkim pechem. Ale poza nim wyróżnić należy Janet Margolin jako prostolinijną Louise, która łączy prostolinijność z brakiem umiejętności kulinarnych (usmażyła mięso nie wyjmując go z opakowania).

forsa2

Widać, ze to debiut i nie wszystkie gagi są tak samo zabawne, ale już tutaj objawia się talent Nowojorczyka, który potem będzie się rozwijał. Dobry początek i naprawdę śmieszny film.

7/10

Radosław Ostrowski

W kręgu zła

Złodziej Corey wychodzi z więzienia, ale wcześniej dostaje od strażnika plan napadu na jubilera, w którym zamontowano nowe systemy alarmowe. Do napadu wciąga przypadkowo poznanego Vogela, który uciekł komisarzowi Mattei. Do pomocy przy włamie zostaje poproszony Jensen – były gliniarz, topiący swoje smutki alkoholem. W ślad za nimi rusza Mattei, który nie posunie się przed niczym.

krag_zla1

W zasadzie kryminały i filmy sensacyjno-gangsterskie są domeną Amerykanów, jednak powoli Europa zaczyna ich doganiać. Widać to zarówno na przykładzie filmów ze Skandynawii, ale też i Francji, co było widać już ponad 30 lat temu. Jednym z europejskich specjalistów był Jean-Pierre Melville, który swoją formę potwierdził w swoim najsłynniejszym dziele – „W kręgu zła”. To film wyjątkowy, bo dialogów w nim stosunkowo niewiele, akcja też specjalnie nie pędzi na łeb na szyję, ale mimo tego ten film wciąga i trzyma w napięciu aż do krwawego finału. O głównych bohaterach nie wiemy zbyt wiele, ale są to ludzie samotni, zmęczeni, nie mający niczego stabilnego. Intryga jest prowadzona bardzo dokładnie, klimat jest ponury, a kobiety praktycznie się w nim nie pojawiają. Melville bardzo precyzyjnie buduje akcję (napad na jubilera rozegrany bez słów), mistrzowsko wykorzystując montaż i pracę kamery. Także pojawiająca się rzadko muzyka współtworzy klimat tego męskiego świata. Każdy gest, spojrzenie i detal jest istotny, nie ma tu miejsca na nudę. Być może dlatego ten film jest uznawany za absolutnego klasyka gatunku.

krag_zla2

Nie zawodzą też aktorzy, którzy stworzyli fantastyczne kreacje. Trudno powiedzieć coś złego na temat Alaina Delona (elegancki Corey), Gian Marii Volonte (tajemniczy Vogel) czy Yvesa Montanda (Jensen). Jednak dla mnie największym zaskoczeniem był Bourvil. Ten aktor kojarzony przede wszystkim z rolami komediowy, bardzo zaskakuje w roli komisarza policji – małomówny, dokładny i wnikliwy. Mocna rola.

Niby jest to pozornie historia jakich wiele było w kinie, ale Melville to mistrzowsku buduje klimat i prowadzi całą fabułę. Nic dziwnego, że krążą plany o realizacji remake’u, tylko po co to robić?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Dobry agent

Edward Wilson pozornie wygląda na zwykłego faceta w kapeluszu, garniturze i w okularach. Ale tak naprawdę jest agentem CIA i to na wysokim szczeblu. Poznajemy przebieg jego kariery od 1939 roku (członkostwo w bractwie i współpraca z wywiadem) aż do 1961 roku i nieudanej interwencji na Kubie oraz próbnie znalezienia kreta.

agent1

O tym człowieku opowiada film Roberta De Niro „Dobry agent”. Niewiele się w nim dzieje, jest strasznie długi (ponad dwie i pół godziny), a jednak okazuje się kawałkiem dobrego kina, choć bliżej mu do powieści Johna le Carre niż przygód agenta 007. Tutaj szpiedzy to przede wszystkim urzędnicy siedzący za biurkiem, analizujący dokumenty i praktycznie nie korzystający z broni, zaś ich akcja w terenie polega na rozmowach i zbieraniu informacji. Praca ta wymaga też całkowitego poświęcenia i braku zaufania wobec innych, bo każdy jest potencjalnym zdrajcą. Tu trzeba ciągle mieć się na baczności, bo każdy błąd może być wykorzystany przeciwko nam. Prawie jak w mafii – obowiązują pewne reguły (ścisła tajemnica), których łamanie może doprowadzić do poważnych konsekwencji. A wszystko to w imię dbania o bezpieczeństwo kraju. Jednocześnie poznajemy pokrótce historię powszechną XX wieku (II wojna światowa, zimna wojna, kryzys kubański), co jednak wymaga pewnej znajomości realiów, inaczej można się w tym pogubić.

agent2

Drugim dość mocnym wabikiem jest gwiazdorska obsada. Na drugim planie mamy tak uznanych aktorów jak William Hurt (Phillip Allen, późniejszy szef CIA), Michael Gambon (dr Fredericks), Billy’ego Crudupa (Arch Cummings), Alec Baldwin (Sam Murach, agent FBI) czy John Turturro (Ray Brocco, prawa ręka Wilsona). W epizodzie pojawia się też sam reżyser (generał Bill Sullivan) i Joe Pesci (gangster Joseph Palmi). Jednak największy ciężar na swoje barki wziął Matt Damon i dał radę, a jego Wilson mocno przykuwa uwagę. Jest bardzo oszczędny, opanowany i małomówny, jednak jego życie prywatne to porażka. Taka jest cena pracy w wywiadzie.

agent3

Dla wielu „Dobry agent” może być nudnym, ale jednak realistycznym portretem świata szpiegowskiego. Może i mało się dzieje, akcji praktycznie nie ma, a bardziej dynamiczne jest klejenie znaczków na kopertę, jednak pozostaje on dobrym filmem.

7/10

Radosław Ostrowski

Truposz

Do miasteczka Machine przyjeżdża William Blake. Przyczyną przyjazdu jest oferta pracy u niejakiego Johna Dickinsona, ale na miejscu okazuje się, że żadnej pracy nie ma. W końcu nocuje u przypadkowo poznanej kobiety. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że pojawia się jej były facet, który ją zabija. Blake też go trafia śmiertelnie i ucieka. Zmarły okazuje się synem Dickensona, który wynajmuje trzech zabójców, by wytropili i schwytali Blake’a, któremu towarzyszy Indianin o imieniu Nikt.

truposz1

Niby jest to western, ale Jim Jarmusch to nie jest John Ford czy Clint Eastwood. Ten ambitny twórca wykorzystuje klisze westernowe i przerabia je na swoją modłę. Mamy więc szereg ujęć, które nie pokazują w zasadzie niczego istotnego dla fabuły, odrobinę humoru, przeskoki i żółwie tempo. Bardziej liczy się dla niego nastrój tajemnicy niż intryga czy akcja, która przez większość czasu toczy się w lesie. Jednym się to spodoba (czytaj: fanom reżysera), zaś reszta się bardzo wynudzi i nie zrozumie. Niestety, ja załapałem się do drugiej grupy, bo w połowie „Truposz” stał się coraz bardziej męczący i ziewogenny. Być może spowodowane było tym, że seans zacząłem po godzinie 22. Atmosferę dobudowują czarno-białe zdjęcia Robby’ego Mullera oraz muzyka Neila Younga, grana tylko na gitarze elektrycznej i akustycznej.

truposz3

Swoje tez próbują dołożyć aktorzy, wśród których nie zabrakło znanych nazwisk, które pojawiają się w epizodach: od Johna Hurta (Scholfield), Gabriela Byrne’a (Charlie) i Alfreda Moliny (misjonarz) przez Roberta Mitchuma (Dickinson) aż do Lance’a Henricksena (psychopata Cole) i Iggy’ego Popa (Sally Jenko). Jednak i tak cała uwaga skupia się na Johnnym Deppie, który gra postać jakby z innego świata. Elegancko ubrany, nie radzący sobie z bronią, typowy mieszczuch, który zmienia się w ściganego. Druga istotną postacią jest enigmatyczny Indianin Nikt (intrygujący Gary Farmer), którego losy są mocno pokręcone. Ale nawet oni nie są w stanie obronić tego filmu.

truposz2

„Truposz” to film-wyzwanie i albo go pokochacie, albo znienawidzicie. Jarmusch nie kręci filmów dla każdego, więc miejcie się na baczności.

5/10

Radosław Ostrowski

Aviator

Biografie sławnych ludzi zawsze interesowały innych, także filmowców. Martin Scorsese nakręcił wiele biografii („Wściekły byk”, „Kundun”), ale najcięższym kalibrowo filmem w tej kwestii pozostaje „Aviator”. Jest to historia Howarda Hughesa – milionera, który zdecydował się zdominować rynek lotniczy.

aviator1

Reżyser skupił się na latach 1923-47, czyli czasów największej aktywności tego ekscentrycznego milionera (od realizacji „Aniołów piekieł” aż do lotu Herkulesa), tworząc prawie 3-godzinny fresk o geniuszu balansującym na granicy szaleństwa. Reżyser pokazuje i rozkłada na czynniki pierwsze osobowość Hughesa, którego nie było w stanie złamać nic i zawsze dostawał to, co chce. Nie ważne czy chodzi tu o realizację filmu, kobiety czy pieniądze. Całość robi epickie wrażenie, zaś sceny lotnicze (kręcenie „Aniołów piekieł”, lot samolotem szpiegowskim i katastrofa) robią ogromne wrażenie. Całość ogląda się znakomicie, choć pewne wątki są ledwo zasygnalizowane. Zdjęcia i montaż są rewelacyjne (m.in. sceny przesłuchań komisji Brewstera czy przybycie Hughesa na premierę), muzyka z epoki pasuje do realiów i dopełnia klimatu, a sama historia nie jest w żaden sposób schematyczna czy szablonowa. A obsesję bohatera są bardzo przekonująco pokazane.

aviator2

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, reżyser wybrał prawdziwą śmietankę. Hughesa świetnie zagrał Leonardo DiCaprio w pełni pokazując jego obsesje (mycie rąk), lęki i paranoje, a jednocześnie pewnego siebie marzyciela, który dokonywał rzeczy niemożliwych. Jest to prawdopodobnie najlepsza rola w dorobku tego aktora. Drugi plan też jest wręcz przebogaty, a znani aktorzy jak Willem Dafoe czy Jude Law pojawiają się w epizodach. Jednak na tym planie dominuje zjawiskowa i fantastyczna Cate Blanchett jako Katherine Hepburn – silna, pewna siebie i temperamentna. Poza nią warto też zwrócić uwagę na Alana Aldę (skorumpowany senator Brewster), Iana Holma (prof. Fitz), wracającego do formy Aleca Baldwina (Juan Tripp, szef Pan Am) i Johna C. Reilly’ego (księgowy Noah Dietrich).

Scorsese tym filmem mi naprawdę zaimponował i pokazał, że wrócił do formy, kręcąc jeden ze swoich najlepszych filmów. I nie ma w tym przesady.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Gangi Nowego Jorku

Nowy Jork 1846 r. W dzielnicy Five Points dochodzi do starcia gangów: irlandzkiego pod wodzą Księdza Vallona i amerykańskiego Williama „Billa Rzeźnika” Cuttinga. Podczas walki ginie szef Irlandczyków, zaś jego syn, który był świadkiem zbrodni, ucieka. Mija 16 lat, chłopak pod imieniem Amsterdam wraca do Nowego Jorku i zbliża się coraz bardziej do Cuttinga, by się na nim zemścić.

gangi1

Martin Scorsese znów o gangach, ale tym razem w XIX-wiecznym Nowym Jorku w czasach wojny secesyjnej aż do 1865 r., gdy wojsko przejęło władzę. Pierwsza rzecz, która imponuje to imponująca scenografia, która bardzo wiernie odtwarza Nowy Jork (ze wskazaniem na Five Points) oraz kostiumy budujące atmosferę epoki. Sposób realizacji już pokazuje, że mamy do czynienia z epicką produkcją (pierwsza bitwa zrealizowana niemal jak w „Gladiatorze”), z bardzo ciekawą otoczką pokazującą dokładnie życie mieszkańców oraz korupcję miejscowych władz, które wspierają gangi kontrolujące miasto (bo policja i straż pożarna jest przekupna). Ale problemem jest dla mnie scenariusz, bo sama historia niespecjalnie należy do porywających i jest bardzo schematyczna. Choć znów mamy do czynienia z typowymi tematami reżysera: religia, honor, gangi oraz bardzo naturalistyczną przemoc. Czegoś tutaj zabrakło, zaś wątek miłosny między Amsterdamem i złodziejką Jenny wydawał mi się zbędny.

gangi2

Zaś samo aktorstwo jest na dobrym poziomie, ale jest kilka naprawdę wyróżniających się ról. Taką z pewnością była postać Williama Cuttinga w brawurowej interpretacji Daniela Day-Lewisa. Jest to silna i charyzmatyczna osobowość z wyraźnymi poglądami nacjonalistycznymi. Potrafi być elegancki, by nagle eksplodować i uderzyć z brutalną siłą. Ten aktor znów zdominował cały film, a reszta obsady robiła tylko za tło. Całkiem przyzwoicie wypadł Leonardo DiCaprio w roli młodego mściciela Amsterdama, który jest rozdarty między swoją przeszłością, a lojalnością wobec Cuttinga. To samo można powiedzieć o Cameron Diaz (Jenny). Zaś drugi plan jest przesycony znanymi aktorami takimi jak Liam Neeson („Ksiądz”), John C. Reilly („Wesoły” Jack) czy Stephen Graham (Shang), ale najbardziej z niego wybija się Jim Broadbent (William Tweed – skorumpowany polityk) oraz Brendan Gleeson („Mnich”).

gangi3

Ten film wielu wprawił w konsternację – nie wszystkie wątki były dopięte, parę wydało się zbędnych, zaś ciekawa otoczka i tło to trochę za mało, by mówić o dobrym filmie. 

6,5/10

Radosław Ostrowski