I Trapped the Devil

Wszystko toczy się w jednym domu, gdzie mieszka samotny Steve. I do niego w Święta przyjeżdża dawno nie widziany brat z żoną. Jednak mężczyzna jest wobec nich bardzo sceptyczny, wręcz chciałby się pozbyć rodzinki. Do tego ciągle dzwoni telefon, a dom sprawia wrażenia jednego bałaganu. Na miejscu Steve przyznaje się gościom, że w piwnicy swojego domu przetrzymuje… diabła. Ale jak to, diabła? Przecież diabeł nie istnieje. A może jednak?

uwiezilem diabla1

Debiutujący na stołku reżyserskim Josh Lebo próbuje swoich sił w horrorze. Jest to film zdecydowanie kameralny, a jak na film grozy idzie w troszkę mniej oczywistym kierunku. Nie ma tutaj hektolitrów krwi, jump-scare’ów, typowej muzyki dla tego gatunku. Reżyser stawia tutaj bardziej na nastrój oraz aurę tajemnicy, gdzie niemal do końca nie wiadomo z tym diabłem. Czy to naprawdę jest diabeł, czy może Steve dostał kompletnego kociokwiku? A może oszalał? Brat z żoną są mocno skonsternowani,  zaś nasz nie sprawia wrażenia takiego wariata. Taka statyczność tempa może wywołać pewne znużenie, a brak akcji wydaje się nieciekawy. Niemniej udaje się stworzyć poczucie pewnego niepokoju, mroku oraz tajemnicy. Wszystko jest tutaj oparte na dialogach, gdzie mamy zderzenie dwóch światopoglądów, jakieś niewypowiedziane pretensje między braćmi i bardzo brutalny, bezwzględny finał. I to zakończenie, chociaż jest przewidywalne, okazuje się strzałem w dziesiątkę.

uwiezilem diabla3

Wrażenie też robi tutaj wizualna stylizacja na lata 80. – mocna, lekko neonowa kolorystyka, pulsująca elektronika w tle oraz przebitki na sceny z telewizora. Bardzo mocno odczuwalny jest tutaj brak nowoczesnych technologii, co jest sporym zaskoczeniem. Sporo jest tutaj mroku (sama piwnica, pokój pełen odhaczonych gazet) oraz niepokoju, w czym także pomagają długie kadry, montaż oraz niezłe aktorstwo nieznanych twarzy.

uwiezilem diabla2

Mieszka we mnie diabeł – chciałoby się rzec, a film Lebo jest dość trudnym, wymagającym horrorem, pozbawionym fajerwerków, skupiający się na klimacie oraz psychice. Całkiem przyzwoita robota i czekam na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krew Boga

Jesteśmy gdzieś w nieokreślonym dokładnie czasie i miejscu, ale po strojach można uznać, iż to średniowiecze jest. Na brzeg płynie łódź pełna ciał, z wyjątkiem rycerza Willibrorda. Człowiek ten ma jedno zadanie i zadanie jedno tylko: wprowadzić chrześcijaństwo na ten kraj ludzi wierzących w Peruna. Rycerzowi początkowo pomaga tajemniczy nieznajomy, który jest jedynym chrześcijaninem w wiosce. Czasu jest bardzo mało, bo za parę miesięcy pojawić się ma sam król ze swoją armią.

krew boga1

Filmów historycznych, zwłaszcza w czasach początków chrześcijaństwa, w Polsce praktycznie nie istnieją. A nawet jeśli, to nikt już ich nie pamięta. I to właśnie tutaj toczy się akcja nowego filmu Bartka Konopki. Reżyser „Lęku wysokości” tym razem mocno inspirował się „Valhalla Rising” Nicolasa Windinga Refna i to słychać oraz widać. Fabuła jest tutaj bardzo ascetycznie poprowadzona, dialogów jest tutaj jak na lekarstwo, a ważniejsza jest tutaj strona techniczna oraz bardzo surowy, pełen tajemnicy klimat. Poczucie niesamowitości podbijają jeszcze zdjęcia, gdzie nie można nie zauważyć tej lekko ponurej kolorystyki oraz wręcz zachwycających krajobrazów. Reżyser chce się tutaj skupić na pokazaniu religii jako narzędzia kontrolującego tłumy. Tutaj ten tłum jest bardzo prosty, podatny na manipulację, pozbawiony charakteru i wrzeszczący w niezrozumiałym języku. Ten ostatni aspekt czyni film trudnym w odbiorze i pomaga w budowaniu poczucia obcości.

krew boga2

Z jednej strony twórcy robią wszystko, by ta historia miała charakter uniwersalny. Jest bardzo nieokreślona, postacie ledwo zarysowane, z oszczędnie przekazywanymi informacjami. Ale ciężko wejść w tą hermetyczną opowieść, gdzie bohaterowie chodzą i szukają czegoś. Tylko czego? Niby wydaje się to wyglądać realistycznie, a jednocześnie czuć pewną sztuczność. Zdjęcia są bardzo dopieszczone (nawet za bardzo), zaś zderzenie dwóch metod chrystianizacji (empatia kontra przemoc) nie do końca wybrzmiewa. Nie oznacza to, że nie brakuje mocnych scen jak próba ognia, budowanie kościoła czy pojawienie się króla. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że czegoś tutaj brakuje, jakiegoś mocniejszego uderzenia.

krew boga3

Z całej obsady najbardziej zapada w pamięć świetny Krzysztof Pieczyński jako rycerz Willibroad. Wydaje się niezbyt ciekawą postacią, bo to wojownik wręcz zaślepiony wiarą. Człowiek naznaczony krwawą przeszłością, pełen dumy, agresji oraz pełnego wątpliwości. Z każdą minutą coraz bardziej widać jak skomplikowana jest to postać i mam wrażenie, że pod koniec jest zupełnie kimś innym. I ta kreacja wnosi ten film na wyższy poziom.

„Krew Boga”, choć niepozbawiona wad i testująca mocno cierpliwość odbiorcy, jest filmem intrygującym oraz szukającym czegoś zupełnie innego. Ma swój specyficzny klimat i dotyka czasów, jakich filmowcy praktycznie nie odwiedzają. Specyficzne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Laleczka

Choć nie oglądałem wcześniej laleczki Chucky, sama postać była mi znana. Stworzona przez Dona Manciniego (ten cykl nadal jest tworzony) istota, czyli lalka z duszą seryjnego mordercy istnieje od końca lata 80., postanowiono stworzyć tą postać kompletnie od nowa i dostosować do czasów współczesnych. Jak sobie z tym poradził reżyser Lars Klevberg?

laleczka1

Sama historia jest prosta, a jej bohaterem jest Andy – chłopak niedosłyszący. Nie ma przyjaciół, mieszka z matką, jednocześnie niedawno się przeprowadzili do nowego lokum. I dlatego ma pewne problemy z adaptowaniem się w nowym otoczeniu. Matka pracuje w markecie przy punkcie obsługi klienta, gdzie są sprzedawane m.in. lalki Buddy, będące towarzyszami oraz najbliższymi przyjaciółmi rodziny. Kiedy jedna z uszkodzonych lalek trafia do zwrotu, kobieta zabiera ją do domu i daje ją synowi. Problem w tym, że lalka została uszkodzona, a wszelkie zabezpieczenia (przemoc, bluzgi) zostały poluzowane w fabryce w Wietnamie. A to oznacza jedno: będzie rzeź.

laleczka2

„Laleczka” (Chucky w tytule wyleciał) w zasadzie można określić mianem klasycznego slashera, okraszonego czarnym humorem. Tylko, że tutaj inaczej są rozkładane akcenty. Tutaj lalka nie jest opętana, tylko wadliwa. Dla niej znaczenie przyjaźni aż po grób ma charakter wręcz toksyczny. Przyjaźń aż po grób, bez dzielenia się z nikim innym, traktując każdego jak potencjalne zagrożenie. A że jeszcze ma dostęp do technologicznych cacek od swojej firmy (telefon, samochód, telewizor), czyni go bardziej przerażającego i niebezpiecznego. Dodajmy do tego głos Marka Hamilla jako Chucky’ego i będziemy mieli komplet. Sama opowieść nie jest skomplikowana, ale w tej prostocie jest tutaj siła.

Wizualnie przypomina troszkę filmy z lat 80., gdzie gra światłem oraz kolorami jest bardzo istotna. I nieważne, czy jesteśmy w mieszkaniu, na zewnątrz domu czy w zaciemnionym supermarkecie. Tutaj udaje się zbudować poczucie niepokoju i zagrożenia, zaś zgony są jednocześnie krwawe, brutalne oraz zabawne (akcja z dozorcą). Czuć tutaj troszkę inspirację „Stranger Things” (para dzieciaków, których poznaje Andy), a w tle gra muzyka oparta na syntezatorach.

laleczka3

Pod względem aktorskim jest tutaj naprawdę solidnie. Błyszczy Gabriel Bateman w roli Andy’ego, potwierdzając, że nie ma złych aktorów dziecięcych na terenie USA. i tworzy bardzo zgrabny duet z Aubrey Plazą, czyli matką. Ta relacja jest pokazana bardzo wiarygodnie, choć na początku miałem problem z uwierzeniem, że taka młoda dziewczyna może być matką. Humor wnosi tutaj Brian Tyree Henry w roli sąsiada-policjanta, a także dość pokręcony duet Kristin York/Ty Consiglio, czyli parka przyjaciół, pomagających później naszemu bohaterowi.

Nowa „Laleczka” wygląda jak jeden z bardziej wariackich odcinków „Czarnego lustra”, wzięty w sztafaż slasherowej rzezi z czarnym humorem. A jednocześnie nie obraża inteligencji widza, klisze gatunkowe traktuje mniej serio i jest zwyczajnie fajnym straszakiem. Czekam na ciąg dalszy, który zapewne nastąpi.

7/10

Radosław Ostrowski

Suspiria

Berlin, rok 1977. Nadal jest mur, który podzielił miasto, w tle są zamieszki wokół członków RAF-u i jest bardzo nieprzyjaźnie. Ale to właśnie tutaj znajduje się prestiżowa szkoła tańca prowadzona przez madame Markos. I to do niej trafia amerykańska uczennica – Suzie Bannion, pragnąca nauczyć się wiele. Już podczas próbnego tańca wywołuje wielkie wrażenie na madame Blank. Lecz w okolicy szkoły dochodzi do dziwnych sytuacji.

suspiria2

Powiem to od razu, żeby nie wywołać wątpliwości: nie oglądałem oryginalnego filmu Dario Argento, będącego bazą dla Luki Guadagnino. Ten filmowiec robi kino co najmniej intrygujące i ciekawe, więc czekałem co reżyser pokaże w zderzeniu z kinem grozy. Efekt jest, cóż, wywołuje we mnie mieszane uczucia. Punkt wyjścia pozostaje intrygujący, bo sama szkoła oraz jej mroczne tajemnice potrafią wywołać pewne poczucie niepokoju, niejasności. Problem w tym, że dialogi troszkę za szybko pozwalają się domyślić tego, iż ta placówka jest prowadzona przez kowen czarownic. Sam taniec jest czymś w rodzaju testu, rytuału mającego pewien bardzo ukryty cel, zaś sceny tańca mają w sobie coś tak magnetyzującego, że nie można od nich oderwać oczu (kapitalny taniec w dwóch pomieszczeniach czy publiczny występ w luźnym stroju). W tle gra bardzo enigmatyczna muzyka Thoma Yorke’a, zdjęcia mają w sobie coś nieopisanego, a sama choreografia jest obłędna. To w czym problem?

suspiria1

Reżyser postanowił pożenić gatunek z arthouse’owym sposobem realizacji. I nawet nie chodzi o to, że trwa on ponad 2,5 godziny, lecz z powodu pewnego braku umiaru. Twórca niemal wrzuca do wora wszelkie możliwe symbole, motywy oraz wątki do jednego wora. Czego tu nie ma – kobieca niezależność, poczucie winy, terroryzm, macierzyństwo, seksualność, okultyzm, psychiatria. Totalne pomieszanie z poplątaniem, przez co poczułem się mocno zdezorientowany. Owszem, może to dać szansę na dowolną interpretację wydarzeń na ekranie. Ale z drugiej strony ten chaos wydaje się pozbawiony jakiejkolwiek kontroli, zaś poczucie zagrożenia zaczyna z każdą minutą (gdzieś po godzinie) opadać i zanikać. O grozie przypomina się w groteskowym i krwawym finale, lecz wtedy jest już za późno. Cały czas miałem poczucie jak w przypadku „Mother!” Darrena Aronofsky’ego, który z każdą minutą coraz bardziej odlatywał w dziwacznym kierunku. Tylko, że tutaj nadal nie jestem pewny, co chciał osiągnąć Guadagnino.

suspiria3

Aktorsko, mimo znany twarzy (m.in. Mii Goth czy Chloe Grace Moretz), najbardziej zapada w pamięć duet Dakota Johnson/Tilda Swinton. Ta pierwsza w roli Suzie zwyczajnie magnetyzuje jako początkująca tancerka, która staje się coraz bardziej pewna siebie i to może z czasem budzić niepokój. Za to Swinton ma co najmniej dwie kreacje i obydwie bardzo przekonujące. Madame Blanc sprawia wrażenie bardzo delikatnej, opanowanej oraz jednocześnie silnej kobiety. Ale zaskakuje także jako psychiatra, dr Klemperer, który jest prześladowany przez poczucie winy intryguje, choć zderzony z kobiecym światem wydaje się bezsilny.

Naprawdę chciałem, żeby nowy film Guadagnino przypadł mi do gustu. Problem jednak w tym, że B-klasową intrygę próbuje ubrać i zderzyć z głębszymi tematami. Takie zderzenie musi doprowadzić do spięć oraz poważnych zgrzytów. Jak dla mnie na razie największe rozczarowanie w tym roku.

5/10

Radosław Ostrowski

Legenda – wersja reżyserska

Lubicie baśnie? Takie, w których dochodzi do walki dobra ze złem, pojawia się magia, czary oraz monstra pokroju goblinów? Opowiem wam taką historię: dawno temu był sobie Las, gdzie żył chłopiec o imieniu Jack, który miał dobre relacje z wróżkami oraz innymi magicznymi istotami. Lecz jest jedna osoba, która mu się strasznie podoba – księżniczka o imieniu Lily. Podczas jednej ze schadzek pojawiają się jednorożce, a dziewczyna popełnia jeden poważny błąd, czyli dotyka jedno ze zwierząt. Sytuację wykorzystują gobliny kierowane przez Pana Ciemności, który chce zabić istoty (lub pozbawić ich rogów), by zapanował wieczny mrok. I tylko nasz chłopak może powstrzymać ten plan.

legenda1

Ridley Scott po „Blade Runnerze” postanowił spróbować swoich sił w kinie fantasy. „Legenda” to bardzo prościutka historia o walce dobra ze złem, która toczy się w dość skromnej przestrzeni. Sam świat przedstawiony jest bardzo malutki, a oglądając film można odnieść wrażenie wrzucenia się w sam środek historii. Historii, która zaczęła się wcześniej i jest nam niezbyt dobrze znana. Zaś poza Lasem oraz siedzibą Ciemności (podziemia, lochy) nie przebywamy nigdzie indziej. I to nawet nie jest jakiś poważny problem, ale sama historia jest sztampowa. Choć muszę przyznać, że klimatem bliżej jest tutaj do baśni braci Grimm, gdzie nie brakuje mroku oraz poważnych konsekwencji za swoje czyny. Już sama siedziba głównego antagonisty wygląda niepokojąco, tak jak lochy, gdzie dochodzi do tortur.

legenda3

Jednej rzeczy nie można jednak odmówić „Legendzie” – że wygląda bardzo imponująco. Przepiękne zdjęcia Alexa Thomsona tworzą ten wręcz baśniowy klimat, z magicznie wyglądającym lasem. Nawet gwałtowna zima wygląda oszałamiająco. Tak samo scenografia, która – jakimś cudem – pozwala uwierzyć w ten świat oraz imponująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że forma była o wiele ważniejsza od treści. Choć muszę przyznać, że jest tutaj parę niezapomnianych momentów (pierwsze pojawienie się Ciemności czy scena tańca ze strojem), przez co nie jest to czas stracony.

legenda2

Ale aktorsko jest dość nierówno. Na mnie największe wrażenie zrobił Tim Curry w roli Ciemności – diabelskiej istoty (fantastycznie scharakteryzowana przez zespół Roba Bottina) z bardzo wyrazistym, wręcz kuszącym głosem. Sam wygląd potrafiłby wzbudzić przerażenie, zaś mi troszkę przypominał… Hellboya, tylko bardziej przypakowanego. Świetna jest też debiutująca Mia Sara w roli Lily i nie chodzi tylko o to, że wygląda ślicznie oraz niewinnie (a także tego jak cudnie śpiewa). Ale największym problemem jest dla mnie Tom Cruise, który w roli głównego protagonisty wypada bardzo blado. Sztywny, nudny i nieciekawy chłopak, przypominający z wyglądu Piotrusia Pana. Tylko, że wycofany styl gry aktora czyni tą postać pozbawioną własnego charakteru. a to duży błąd.

„Legenda” pozostaje mocno w cieniu bogatej filmografii Ridleya Scotta. Dla mnie to – obok „Blade Runnera” – najładniejszy wizualnie tytuł w karierze Anglika, choć sama historia wydaje się bardzo prościutka niczym klasyczna baśń. Może zbyt prosta, ale olśniewająca audio-wizualnie.

7/10

Radosław Ostrowski

El Camino: Film „Breaking Bad”

Wydawało mi się, że po ostatnim odcinku „Breaking Bad” nie ma już powodu kontynuować historii Jesse’ego Pinkmana oraz Waltera White’a. Chociaż pozostała furtka wobec Jesse’ego, któremu udało się uciec z trzymanej przez grupę Todda klatki. Ale co dalej? Uciekł, lecz jest ścigany, a by zacząć nowe życie musi mieć kasę. Zadanie opowiedzenia tego nieplanowanego ciągu dalszego podjął się twórca oryginału, czyli sam Vince Gilligan.

el camino1

„El Camino” jest bezpośrednią kontynuacją serialu, która zaczyna się w momencie ucieczki Pinkmana. Mężczyzna najpierw trafia do znajomych, czyli Skinny’ego Pete’a oraz Badgera, by pozbyć się auta. Ale tak naprawdę to jest początek odysei naszego bohatera, mającego jeden cel: zebrać kasę na nową tożsamość i zacząć wszystko od nowa. I tak jak przyzwyczaił nas serial, film opowiada swoją historię bardzo powoli oraz spokojnie. Jednocześnie obecne wydarzenia są przeplatane z retrospekcjami, co pozwala pokazać jakie piekło przeszedł nasz bohater. I wierzcie mi, jest parę mocnych momentów jak pomaganie Toddowi przy pozbywaniu się ciała czy cała akcja ze sprzedawcą odkurzaczy. Obecność starych znajomych (m.in. Mike, Jane, Todd), co dla fanów serialu będzie sporym plusem. Z czasem napięcie zaczyna być coraz bardziej odczuwalne jak podczas przeszukiwania mieszkania Todda czy pod koniec, gdy dochodzi do konfrontacji z fałszywymi policjantami. A wszystko widzimy z perspektywy naszego protagonisty, a wszelkie inne informacje poznajemy z mediów.

el camino2

Realizacyjnie czuć styl znany z serialu, czyli nietypowe kadrowanie, długie ujęcia oraz przyspieszony montaż. I to pomaga wejść w klimat, choć osoby niezaznajomione z oryginałem mogą nie odnaleźć się w tym świecie. Nie brakuje też miejscami smolistego poczucia humoru oraz niezłych dialogów. Zaś aktorsko najbardziej błyszczy Aaron Paul, który jest tutaj kompletnie zniszczonym człowiekiem. Próbuje lawirować i desperacko znaleźć sposób, by zniknąć oraz zacząć na nowo. Mocna, bardzo wyrazista postać, która jest w stanie udźwignąć film. Poza nim najbardziej w pamięć mi zapadł Robert Forster w roli sprzedawcy odkurzaczy, zajmującego się zmianą tożsamości oraz Jesse Plemons jako Todd.

el camino3

Powiem szczerze, że nie oczekiwałem zbyt wiele po „El Camino” i nie czułem potrzeby obejrzenia kontynuacji. Niemniej Gilliganowi udało się zachować klimat serialu-matki, Pinkman nadal budzi sympatię, a sam seans daje masę frajdy. Nie taki zły Netflix jak go malują.

7/10

Radosław Ostrowski

Serce Jamajki

Jamajka – wyspa, która zawsze kojarzy się z muzyką reggae. Tyko, że to jedno z oblicz muzycznych tego kraju, które poznajemy dzięki temu filmowi dokumentalnemu. Pretekstem tej historii jest koncert, w którym zagrali ze sobą weterani nurtu, co zaczęli swoją drogę w latach 70. razem z młodszym pokoleniem. Zagrają na nim swoje największe przeboje w wersjach akustycznych, najpierw nagrywając płytę, by następnie ruszyć w trasę koncertową (tutaj twórcy skupiają się na występie w Paryżu, co pewnie wynika z faktu, że Francuzi wyłożyli pieniądze na film).

serce jamajki16

Reżyser Peter Webber nakręcił ten film w niemal klasyczny sposób, czyli mamy gadające głowy, archiwalne nagrania, zdjęcia oraz ilustracje. Brakuje tylko narracji z offu, ale uznano ją chyba za zbędną. Rozmowy są przeplatane zarówno fragmentami koncertu, jak i nagrywaniem materiału. Co ciekawe, muzycy są na werandzie, zaś wokaliści w środku domu. I jest to dość ciekawie wytłumaczone, o czym się sami przekonacie. A całe to spotkanie muzyków jest pretekstem do pokazania historii muzyki na Jamajce. Bo cała odmiana reggae – jak blues w Ameryce – wziął się z pieśni niewolników na tamtejszych plantacjach. Ale jak każda muzyka, przechodziła ewolucję: od piosenek miłosnych i tanecznych do zaangażowanych społeczno-politycznie. Przy okazji poznajemy historię Jamajki, która obecnie jest krajem biedoty, strzelanin oraz ludzi, którzy za pomocą muzyki opisują swój świat. A jednocześnie chcą nieść światło, pokazać tą jasną stronę.

serce jamajki7

Każdy tutaj z muzyków ma tutaj swoją szansę na opowiedzenie o sobie, swojej karierze oraz tego, czym ta muzyka dla nich była i jest. Formą bardzo przypomina kultowe „Buena Vista Social Club”, co akurat jest sporą zaletą. Żaden z tych artystów nie mieszka w żadnych pałacach, nie jest materialnie bogaty, lecz nie oznacza to, że nie są ważnymi osobami w swojej kulturze. Różnie im się układało: jednemu karierę złamały narkotyki (Ken Boothe, który miał wielką szansę na międzynarodową karierę), drugi ma czasami niewyparzoną gębę oraz czasem cięty charakter (Kiddus I i rozbrajająca opowieść o rzucaniu płyt oraz ojcem z batem), a czasem w ich życiu pojawia się śmierć (Winston McAffie, który stracił nastoletniego syna wskutek bójki czy młody Derajah po utracie siostry). Nie ma tutaj żadnego pozerstwa, gwiazdorstwa, pachnie szczerością oraz pasją. Tego nie da się udawać.

serce jamajki9

No i najważniejszy, największy plus, czyli fenomenalna muzyka. A ponieważ jeśli chodzi o jamajskie brzmienia jestem chwilowym ignorantem, więc oczarowały mnie te dźwięki oraz głowy naszych bohaterów. „Everything I Own”, „Row Fisherman”, „Black Woman” czy „Malcolm X” brzmią fenomenalnie, budując klimat całej historii, tak jak miejscami pięknie pokazana przyroda w tym kraju.

Jeśli będziecie mieli szansę obejrzeć „Inna de Yard”, nie wahajcie się. To piękna historia kraju, opowiedziana za pomocą jej największego skarbu – muzyki. Nawet jeśli nie jesteście fanami reggae i jej podobnych, jest spora szansa, że po spotkaniu z tymi gośćmi zakochacie się.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Chcę podziękować pani Dagmarze Moldze z filmy 9th Plan za możliwość obejrzenia tego tytułu.

Dzika banda

Jest rok 1913, czyli czasy rewolwerowców oraz kowbojów odchodzą do lamusa. Jedną z takich grup jest tytułowa banda pod wodzą Pike’a Bishopa. Ścigani przez kolej, która wynajęła dawnego członka gangu – schwytanego wcześniej Deke’a Thorntona – ekipa wyrusza do Meksyku na ostatni skok. Tym razem na zlecenie generała Mapache’a ma wykraść transport broni przewożony pociągiem przez wojsko.

dzika banda1

„Krwawy Sam” Peckinpah – nazywany jednym z najbardziej bezkompromisowych, brutalnych reżyserów kina amerykańskiego. A jednocześnie uznany za jednego z rewizjonistów kina kontestacji, który w westernach wywracał ówczesne schematy oraz wizję tamtego świata. I najmocniej to widać w „Dzikiej bandzie” z 1969 roku. Sam film opisuje zmierzch Dzikiego Zachodu, gdzie dla wyjętych spod prawa nie ma już miejsca, zaś coraz więcej ma do powiedzenia kolej. To kolej reprezentuje prawo i decyduje o wszystkim, zaś po drugiej stronie jest ogarnięty wojną domową Meksyk. Tam prawo i porządek reprezentują wojskowi, pozwalając sobie na więcej. A pośrodku tego bajzlu jest banda Pike’a – trzyma twardą ręką, lojalna wobec siebie, mimo pewnych spięć oraz konfliktów. Ale trzeba przyznać, że reżyser bardzo romantyzuje swoich bohaterów. Kontrastem dla nich jest ścigająca ich grupa Thorntona – bardzo niedoświadczona, skupiona tylko na zarobku oraz wyglądająca bardzo niechlujnie grupa zbirów i pijusów. A do tego jeszcze okradają nieboszczyków, co może wywoływać tylko pogardę.

dzika banda2

Klimatem najbliżej jest tutaj do włoskich spaghetti westernów, gdzie nie ma jednoznacznie pozytywnych bohaterów. Tutaj liczy się ten, kto szybciej wyciągnie za broń oraz wykorzysta swój spryt oraz inteligencję. Innymi słowy, to miejsce walki o przetrwanie, gdzie przyjaźń i lojalność są jedynymi rzeczami wartymi dla naszych bohaterów. Problem w tym, że te wartości nie pasują do tego „nowego” świata, zdominowanego przez pieniądze oraz bardzo niskie instynkty. Nawet kobiety są tutaj traktowane jak dziwki, którym albo się płaci, albo zabija, co podkreśla mizoginizm reżysera oraz jeszcze większą podłość tego świata. Melancholijna refleksja świata przeplatana jest z brutalnymi scenami akcji, pełnymi krwi oraz slow-motion (początkowy napad oraz finałowa konfrontacja z wojskami generała Mapache – miazga). I dlatego ta „Dzika banda” ma w sobie aż tyle energii, przez co nie starzeje się aż tak bardzo.

dzika banda3

Tak samo jak bardzo mocne aktorstwo z charyzmatycznym Williamem Holdenem oraz Ernestem Borgninem na czele. Szorstcy twardziele, który pod maską cyników skrywają inne oblicza, choć nie powiedzą tego wprost, przed sobą. Warto z tego grona wyróżnić zmęczonego Roberta Ryana w roli Thorntona, który jest w klinczu między dawnymi towarzyszami a wizją odsiadki w więzieniu oraz Edmunda O’Briena w roli starego Sykesa.

Po „Dzikiej bandzie” amerykański western już nigdy nie był taki jak dawniej. Reżyser poszedł w kierunku Sergio Leone i dokonuje brutalnego rozliczenia, bez patyczkowania się, moralizowania czy upiększania. Kapitalnie zmontowany, napisany oraz wyreżyserowany – dla fanów kowbojskich opowieści pozycja obowiązkowa.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

To my

Patrzymy na zwykłą rodzinę z przedmieść, reprezentującą typową klasę średnią. Państwo Wilson, czyli ojciec, matka oraz dwójka dzieci, wydają się żyć w prospericie. Choć ich znajomi wydają się bardziej dziani, co dla ojca rodziny jest pewną solą w oku. To życie trwałoby bardzo spokojnie, gdyby nie jeden mały szczegół – przed ich domem pojawia się tajemnicza grupka ludzi. Wszyscy ubrani na czarno, ze skórzanymi rękawiczkami, nożyczkami. I co gorsza, wyglądają tak samo jak nasi bohaterowie.

to my2

Po sukcesie „Uciekaj!” Jordan Peele stał się nową twarzą amerykańskiego kina grozy. Mieszanka horroru z komedią i satyrycznym spojrzeniem na społeczeństwo zaowocowało czymś intrygującym. W „To my” wydaje się iść podobną ścieżką, gdzie mamy zderzoną rodzinę z bardzo niejasną, irracjonalną sytuacją. Kim są tajemniczy oni? Czego chcą? Dlaczego robią to, co robią? Skąd się wzięli? Początek, gdzie bardziej widzimy obyczajową otoczkę oraz poznajemy naszych bohaterów jest całkiem niezły. Wraz z pojawieniem się tajemniczej rodziny atmosfera robi się gęstsza, poczucie zagrożenia jest silne, a reżyser parokrotnie pokazuje jak świetnie buduje napięcie. I nieważne, czy mówimy o pierwszym pojawieniu się rodzinki, całej akcji z płonącym samochodem albo finałowej konfrontacji między matką a jej doppelgangerem. A w tle gra świetna muzyka, budująca ten niepokojący klimat.

to my1

To czemu daję dość niską ocenę „To my”? Dla mnie największym problemem jest to, jak reżyser wyjaśnia całą tajemnicę. Tak samo jak w „Uciekaj” wytłumaczenie dla mnie było nielogiczne, pozbawione sensu oraz wzięte z zupełnie innego świata. To jest troszkę tak, jakby do realistycznego świata nagle wprowadzić smoki czy kosmitów. Zgrzyt jest tutaj bardzo silny, przez co nie mogłem za bardzo zaangażować. Za to bardzo zaskoczyło mnie zakończenie, nie mogąc się domyślić.

to my3

Aktorsko nadal produkcja trzyma poziom i kolejny raz widać, jak bardzo utalentowane są dzieci. Ale tak naprawdę błyszczy absolutnie niesamowita Lupita Nyong’o w roli matki. Pozornie bardzo powściągliwa oraz przezroczysta, ale w tych oczach oraz mowie ciała maluje się cała paleta emocji: od strachu i przerażenia aż po determinację oraz walkę. Bardzo magnetyzująca kreacja, warta wszelkich wyróżnień.

Peele tym razem próbuje straszyć na poważnie, co częściowo się udaje. Próbuje opowiedzieć głębszą historię, ale przez co czasem ma problem ze straszeniem oraz budowaniem napięcia. Doceniam oryginalność, lecz mnie nie porwało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Postrach nocy II

Pamiętacie pogromcę wampirów, Petera Vincenta oraz młodego studenta, Charleya? W pierwszej części panowie pokonali Jerry’ego, który okazał się wampirem. Po trzech latach od tych wydarzeń nasz studencik przechodzi terapię i w miarę normalnie funkcjonuje. Ale jak wiemy z różnych opowieści, spokój nie jest stanem stałym, czyli musi zostać zaburzony. W mieście pojawia się tajemnicza Regina, będąca artystką sceniczną. Niby nic niezwykłego, oprócz tego, że jest bardzo pociągającą kobietą, to jeszcze jest siostrą Jerry’ego. Czyli szansę na pokojowe rozwiązanie sprawy są praktycznie żadne.

postrach nocy2-1

Pierwszy „Postrach nocy” od Toma Hollanda była naprawdę niezłym horrorem z przymrużeniem oka traktującym motywy wampiryczne. Sequel od Tommy’ego Lee Wallace’a wydaje się w zasadzie powtórką z rozrywki, tylko bardziej pachnący erotyzmem. Ale poza tym, w zasadzie jest wszystko po staremu. Wampiry krążą między ludźmi, zaś poza momentami metamorfozy, są nie do rozpoznania i coraz trudniej w nie uwierzyć. Dlatego są traktowani tylko jako wytwór fantazji, coś obecnego tylko w książkach czy filmach. Sama koncepcja jest niezła, ale w oryginale była lepiej wyegzekwowana oraz o wiele zabawniejsza, zaś intryga oparta na zemście (oraz próbie przemianie naszego bohatera w wampira) nie porywa za bardzo. Nawet bardziej podrasowana muzyka oraz lepsze efekty specjalne nie są w stanie zmienić poczucia deja vu. Nawet osadzenie Petera w szpitalu psychiatrycznym (które potrafi rozbawić) wydaje się zbędną przeszkodą. Finałowa konfrontacja wydaje się bardzo prosta, wręcz skromna, przez co troszkę czułem się zawiedziony.

postrach nocy2-3

Reżyser próbuje straszyć i ma parę momentów (finałowa próba wyrwania Charleya z ręki Reginy czy gwałtowne ataki w jego organizmie), ale tak naprawdę bardziej to śmieszy niż przeraża. Nadal działa chemia między bohaterami, choć razem nie pojawiają się zbyt często. Ale to Vincent ma więcej do pokazania, kiedy z tchórza zaczyna przemieniać się w odważnego pogromcę. I to działa najbardziej. Najmocniejszym punktem jest pociągająca antagonistka w wykonaniu Julie Carmen, będąca w świetnej formie. I dla niej absolutnie warto obejrzeć ten zapomniany (słusznie) sequel.

postrach nocy2-2

Strachu tu nie uświadczycie, o dobrej zabawie też możecie zapomnieć. Pozbawiony własnego pomysłu oraz klimatu pierwowzoru sequel, nie dorównujący pierwszej części.

5/10

Radosław Ostrowski