Zła siła

Na początku XXI wieku powstał trend zwany hiszpańską szkołą horroru. „Kręgosłup diabła”, „Labirynt fauna”, „Rec”, „Sierociniec” – to kilka przykładów, choć ostatnio ten trend bardzo mocno wygasł. Czy nowe dzieło od Netflixa jest w stanie przełamać ten kierunek?

zla sila3

Punkt wyjścia jest bardzo prosty, czyli do starego domu wraca kobieta ze swoją rodziną. Tam mieszka jej siostra oraz bardzo schorowana matka, z którą nie utrzymuje żadnego kontaktu. To właśnie ona prosi siostrę o pomoc w opiece nad starszą panią, która jest podłączona do respiratora i nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Babcią bardzo zainteresowana jest wnuczka, Nora. A od momentu przybycia zaczynają dziać się dość dziwne rzeczy.

zla sila1

Reżyser van Boekholt idzie tutaj w dość oczywistym kierunku, czyli nawiedzonego domu. Zaczyna się jak bardziej film obyczajowy o traumatycznych zdarzeniach, o których nie chcemy pamiętać. Mroczna tajemnica, odkrywana stopniowo potrafi wzbudzić niepokój. Tylko, że cała ta intryga zaczyna się wydawać coraz bardziej wariacka oraz sztampowa jak diabli. Bo mamy tutaj żądzę życia wiecznego, tajemniczą koleżankę Nora, a także jakieś demoniczne przedmioty zebrane w domu. A jednocześnie jest tutaj chęć zemsty babci na swoich dzieciach, co wywołuje pewne przerażenie. Problem w tym, że jest to wszystko poprowadzone od sztampy. Brakuje tutaj czegoś świeżego, a makabryczne momenty to troszkę za mało.

zla sila2

Reżyser próbuje tutaj coś ugrać zdjęciami oraz wykorzystaniem oświetlenia. I to nawet działa, zwłaszcza w scenach w szkole czy w pokoju matki. Nachalna jest za to muzyka, typowa dla tego gatunku oraz udźwiękowienie. Aktorstwo jest przyzwoite, zaś zakończenie w pełni satysfakcjonuje. To jednak jest za mało, by uznać „La influencia” za godne uwagi dzieło.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Oculus

Wszystko zaczęło się 11 lat temu, kiedy w domu należącym do rodziny Russellów dochodzi do morderstwa. Zginęli ojciec oraz matka, zaś za tą zbrodnię został oskarżony syn, lat 10. Po 11 latach chłopak wychodzi ze szpitala psychiatrycznego, a siostra pilnuje wylicytowanego lustra Lassera. Lustra, które było w ich domu i było odpowiedzialne za całe zamieszanie. Kobieta ma plan i chce udowodnić, że to zwierciadło posiada nadnaturalne siły w sobie.

oculus1

Horror – jak każdy zresztą gatunek – tylko w teorii wydaje się bardzo prosty do zrobienia. Nie potrzeba dużego budżetu, efektów specjalnych (zbyt widowiskowych), tylko dobrego pomysłu oraz konsekwentnej realizacji. Nakręcony w 2013 film Mike’a Flanagana wydaje się iść tym kierunkiem, ale ile było już opowieści z „opętanymi” przedmiotami. Lalki, lustra, gry – do wyboru, do koloru. A po drodze pewnie będzie atak jump-scare’ów, podprogową muzykę oraz ciągłego walenia dźwiękami? Właśnie nie. Reżyser korzysta ze znajomych elementów, czyli tajemniczego, nawiedzonego przedmiotu, ciągłego poczucia zagrożenia oraz ciągłego mącenia we łbie. Demonów, duchów czy zombie brak, chociaż są zjawy. Nie brakuje ciemnych przestrzeni, akcja ogranicza się do jednego miejsca, konsekwentnie budując atmosferę niepokoju. Nie wiadomo, skąd pochodzi to lustro oraz dlaczego ma takie moce, ale to tylko podkręca tajemnicę.

oculus2

I jest tutaj jedna rzecz, która pomaga w tej historii – dwutorowa narracja. Wspomnienia z dzieciństwa oraz obecne zderzenia czynią tą całość atrakcyjniejszą, zaś przetasowania pokazują jak demoniczną siłą tego lustra. A im bliżej końca, te przebitki są coraz bardziej intensywne, wręcz działają jak powtórki. Coraz bardziej zaczyna nasilać się obłęd rodziny, do której wchodzi nieufność, ziarno wątpliwości oraz szczucie na siebie nawzajem. Bardziej przerażająca jest sytuacja, kiedy mąż skuwa żonę na łańcuchu do ściany czy rodzic próbuje udusić swoje dziecko niż jakakolwiek obecność zjawisk nadprzyrodzonych. Nie ma tutaj zbyt znanych twarzy (może poza Karen Gillan), co pomaga wejść w tą historię gładko. Samo zakończenie też potrafi uderzyć, choć ostatnio parę takich już widziałem.

oculus3

„Oculus” był dla mnie sporym powiewem świeżości w kinie grozy. Pozornie wygląda jak jeden z takich tanich filmów, jednak Flanagan podchodzi do sprawy w bardzo świeży sposób i potrafi przerazić. W czasach chodzenia na łatwiznę oraz taśmowego produkowania, jest to dobry kierunek.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Halloween

Czy pamiętacie Michaela Myersa? Pierwszy zabójca, który rozpoczął trend filmów z mordercą zarzynających napalonych (na siebie, nie po ziole) nastolatków stał się protoplastą dla tego typu postaci w podgatunku horroru zwanym slasherem. A wszystko w 1978 roku wykonał John Carpenter. I nawet on nie był w stanie przewidzieć sukcesu swojego dzieła. Potem powstała masa sequeli, remake mordując niejako całą markę. I wydawałoby się, że już więcej o Myersie nie usłyszę, a seria zostanie ostatecznie pogrzebana. Aż tu postanowił interweniować sam Carpenter jako producent i postanowił zrealizować film, który będzie bezpośrednią kontynuacją części pierwszej. Cała reszta jest uznana za nieważną. Tylko, czy w ogóle taki film jest nam w ogóle potrzebny?

halloween(2018)3

40 lat minęło jak jeden dzień i Haddonfield wydaje się być o wiele spokojniejszym miasteczkiem. Zaś nasza Laurie Strode (świetna Jamie Lee Curtis) w niczym nie przypomina swojej młodszej wersji. Spotkanie z Michaelem mocno odbiło się na jej psychice, zmieniając ją w paranoiczkę trenującą strzelanie, zaś jej dom to prawdziwa forteca. Myers od lat przebywa w szpitalu psychiatrycznym, zaś władze decydują się go… przenieść. No co może pójść nie tak? Choćby próba ucieczki i wypadek autobusu. Polowanie czas zacząć na nowo, więc fani slasherów, przybywajcie!

halloween(2018)1

Reżyser David Gordon Green do spółki ze współscenarzystą Dannym McBride’m (ten duet wydaje się makabrycznym żartem) oddają hołd klasycznemu dziełu Carpentera. Tylko, czy szablony sprzed 40 lat nadal może działać, przerażać oraz interesować? Mam co do tego bardzo mieszane uczucia. Punktem wyjścia jest próba przeprowadzenia rozmowy z Myersem przez dwójkę podcasterów, którzy są zainteresowani sprawą milczącego zabijaki z maską Williama Shatnera na twarzy. tylko, że to jest tylko pretekst. Dla mnie najciekawsze były momenty związane z Laurie oraz czekanie na finałową konfrontację. Problem w tym, że środkowe części, kiedy Michael zaczyna robić to, co umie najlepiej nie wywoływały we mnie żadnego napięcia. Choć muszę przyznać, że są całkiem nieźle zainscenizowane (atak na podcasterów w toalecie czy naćpany kolega wnuczki Strode). Nie brakuje makabrycznych trupów, tylko że to wszystko jest zalane typowymi głupotami tego gatunku.

halloween(2018)2

Gdyby to jeszcze zostało potraktowane z przymrużeniem oka czy samoświadomością, byłoby to dla mnie o wiele strawniejsze. Są pewne przebłyski (rozmowa, gdzie ironiczne są potraktowane sequele czy cytowane sceny z oryginału, gdzie zamiast Myersa jest nasza protagonistka), jednak jest to całkowicie na serio. Napięcie dla mnie wróciło dopiero w momentach ataku na dom, gdzie wróciło poczucie zagrożenia. Nasz zły pozostaje milczącym, pozbawionym jakichkolwiek tropów, czystym złem, wręcz niepowstrzymaną siłą.

Powiem wprost: nie oczekiwałem zbyt wiele po nowym „Halloween” i dostałem solidnego slashera. Problem dla mnie jest taki, że ja już z takich filmów po prostu wyrosłem. Przestało to na mnie robić wrażenie. Jeśli powstaną sequele, nie będę ich oglądał.

6/10

Radosław Ostrowski

Re-Animator

Wszystko zaczyna się na uniwersytecie w Zurichu, gdzie studiował niejaki Herbert West pod okiem dr Hansa Grubera. Niestety, studencik zostaje wyrzucony z uczelni za… zabicie swojego pryncypała. I tak nasz bohater trafia do szpitala w Arkham, gdzie jednym ze studentów jest niejaki Daniel Cain – lubiany, pracowity i szanowany facet. A jego dziewczyną jest córka dziekana, co jest trzymane mocno w tajemnicy. Ale nasz poczciwina będzie miał pecha, bo to West zostanie jego współlokatorem. Ten zaczyna się brać do roboty ze swoim specyfikiem, co wskrzesza ludzi.

reanimator1

Może i opis zapowiada makabryczną wersję „Frankensteina”, ale reżyser Stuart Gordon nie traktuje tego wszystkiego poważnie. Ta adaptacja opowiadania H.P. Lovecrafta jest czarną komedią, będącą wariacją ponadczasowej historii Mary Shelley. Z tą różnicą, że wszystkie wskrzeszone osoby okazują się zombie. Przynajmniej na początku: od kota po dziekana, bo nie tylko West ma obsesję na punkcie wskrzeszania. Jednak fabułka jest bardzo szczątkowa. Jest romantyczna relacja między Cainem a córką dziekana, mający obsesję na punkcie wskrzeszania West oraz żądnego sławy dr Hilla. Czarna komedia, która dla mnie kompletnie nie działała. Ani pokręcony West (dobrze pasujący do roli Jeffrey Combs), ani cała sytuacja ze wskrzeszanie nie wywołała we mnie żadnego śmiechu. Może poza wariackim finałem, gdzie dochodzi do konfrontacji między Hillem (kradnący film David Hill) a Westem, gdy cały plan wydaje się sypać. Jeszcze pojawia się bardzo niepokojące zakończenie, pozostawiające furtkę na ciąg dalszy.

reanimator2

Nawet to nieźle wygląda, tylko kompletnie mnie to nie interesowało. „Re-Animator” mnie wynudził, a powstała późniejsza „Martwica mózgu” wydaje się bardziej zwarta treściowo i wiele zabawniejsza. Ale może fakt, że film Jacksona widziałem wcześniej wypaczył moją ocenę.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ludzie-koty

Irena jest młodą kobietą, która przybywa do Nowego Orleanu. Tam znajduje się brat Paul, z którym została rozdzielona w dzieciństwie. Dziewczyna jest uzdolniona plastycznie i próbuje znaleźć sobie pracę. Kiedy ma spędzić czas z bratem, ten znika bez śladu, ale poznaje kuratora tamtejszego zoo. I coś czuje do niego. Ale wtedy znowu pojawia się brat, który zdradza tajemnicę ich wspólnego pochodzenia.

ludzie-koty2

Paul Schrader i kino grozy? Początkowo taka sklejka może wydawać się bardzo niepasująca. Ale jeśli dodamy do tego lata 80., czyli czas produkcji… robi się co najmniej intrygująco. Nie spodziewajcie się jednak makabry, krwawej rzeźni czy scen gore. Cała historia poprowadzona jest w sposób bardzo powolny, stawiając bardziej na nastrój oraz oniryczność. To ostatnie widać choćby w otwierające sekwencji gdzieś na pustyni czy momencie snu, gdy nasza bohaterka odwiedza swój dom. Sama koncepcja tytułowych ludzi-kotów, czyli zwierząt w ludzkiej skórze może wydawać się banalna, jednak motywacja to zupełnie coś innego. By zachować swoją ludzką powłokę muszą zabijać oraz żyć w kazirodczym związku. Erotyczne napięcie jest tutaj mocno odczuwalne, choć dzisiaj bardziej widać zahaczenie o kicz (ten zaś dodaje mu uroku oraz tożsamości). Owszem, są sceny niepozbawione krwi, gdzie dochodzi do ataków czarnych kotów, ale dla reżysera to tylko tło dla niebezpiecznego trójkąta. Coraz bardziej zaczyna widać konflikt w Irenie, chcącej wyrwać się ze swojej tożsamości. Tylko, że natury nie da się oszukać, a wszelkie próby wyrwania się są z góry skazana na porażkę.

ludzie-koty3

Dla mnie największą zaletą jest tutaj sfera realizacyjna. Zdjęcia Johna Baileya wyglądają niesamowicie (zwłaszcza te sekwencje na pustyni), są bardzo plastyczne, zwłaszcza kręcone nocą. Także efekty specjalnie kompletnie się nie zestarzały – scena przemiany z człowieka w lamparta ociera się o styl Cronenberga. W tle gra elektryzująca muzyka Giorgio Morodera z niezapomnianą piosenką Davida Bowie, pomagająca wejść w ten oniryczny klimat. Tak samo jak bardzo smutne zakończenie.

ludzie-koty1

Aktorstwo mocno tutaj trzyma poziom, choć całość skupia się na trzech postaciach. Absolutnie zjawiskowa jest Nasstasja Kinski w roli bardzo delikatnej Ireny, sprawiającej wrażenie bardzo niewinnej dziewczyny. Wygląda bardzo pociągająco i reżyser nie wstydzi się tego pokazać, co paru osobom może przeszkadzać. Całość kradnie dla siebie charyzmatyczny Malcolm McDowell w roli tajemniczego brata, tworząc portret zazdrośnika i kusiciela. Niejako w cieniu wydaje się być John Heard w roli sympatycznego pracownika zoo, jednak trudno nie lubić tego gościa.

„Ludzie-koty” mają w sobie tak specyficzny klimat, że nie da się go opisać słowami. Miejscami oniryczny, miejscami kiczowaty, a miejscami bardzo pociągający. Jeden z bardziej cudacznych filmów, który mógł powstać tylko w latach 80.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Harry Angel

Wszystko zaczyna się bardzo klasycznie. Jest Nowy Jork roku 1955. Tytułowy bohater jest prywatnym detektywem, który za pieniądze pomoże w drobnej sprawie typu ubezpieczenia czy rozwód. Ale tym razem dostaje sprawę, która może być punktem zwrotnym w jego karierze. Niejaki Louis Cypher prosi go o znalezienie niejakiego Johnny’ego Favorite’a. Był bardzo popularnym muzykiem, który wskutek działań wojennych trafił do szpitala psychiatrycznego. Problem w tym, że Cypher odwiedził szpital i otrzymał bardzo sprzeczne informacje. Angel za wynagrodzenie decyduje się sprawę wybadać.

harry angel1

Alan Parker swój ostatni film nakręcił w 2003 roku i wygląda na to, iż nie zmienia zmieniać tego stanu rzeczy. Nie oznacza to jednak, że nie można pogrzebać w jego krótkiej, ale bardzo różnorodnej filmografii. Jak choćby adaptacji powieści Williama Hjorstberga, będąca krwawym kryminałem noir. Przynajmniej na początku. Wszystko wydaje się pasować: brudne miasto, cyniczny i rozmemłany detektyw oraz klimat tajemnicy. Brakuje tutaj tylko femme fatale, chociaż może jest taka. Ale tak naprawdę to tylko otoczka, sprawa zaczyna mieć swoje drugie dno. Bo prosta sprawa zaczyna przynosić masę trupów, a każdy trop okazuje się ślepą uliczką. Jakby naszemu zaginionemu bardzo zależało, żeby nikt nie odnalazł go. A przeniesienie akcji z Nowego Jorku do Nowego Orleanu nie jest w stanie tego klimatu zmienić. Zupełnie jakby mrok czy jakaś inna siła przyciągała naszego detektywa do siebie.

harry angel2

Reżyser garściami czerpie ze stylizacji kina noir, co widać już w warstwie wizualnej. Nie pozbawione brudu, pyłów oraz turpistycznego piękna Nowy Jork zostaje skontrastowany z ciepłym, pełnym kurzu oraz chat Nowym Orleanem. By jeszcze bardziej zagmatwać sprawę w tle mamy jakieś voodoo, czarną magię i okultyzm, przez co całość mocno skręca ku horrorowi. A i trzeba przyznać, że kolejne trupy stają się coraz bardziej makabryczne, co może odrzucić co wrażliwszych widzów. By jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, sytuację komplikuje miejscami bardzo rwany montaż. Trudno wymazać scenę odkrycia makabrycznego trupa w rytm stepujących stóp czy powtarzanych ujęć z Harrym w jadącej windzie. I jeszcze to bardzo przewrotne, fatalistyczne zakończenie, które przypomina o tym, że długi zawsze należy spłacać. Nic więcej nie mogę zdradzić, bo musiałbym wejść w strefę spojlerów, ale to bardzo satysfakcjonująca rozrywka.

harry angel3

Aktorsko jest to zagrane fantastycznie, zaś drugi plan jest przebogaty. Ale tak naprawdę liczą się tutaj tylko dwie kreacje. Po pierwsze, kapitalny Mickey Rourke w roli tytułowej. Lekko rozmemłany i niedbale wyglądający facet, który znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Tylko, że jako detektyw nie jest mistrzem subtelności, bywa arogancki oraz bezczelny w wyciąganiu informacji. Ciężko polubić tego gościa, który wpadł w kleszcze, zaś mrok podąża za nim. No i jest jeszcze Robert De Niro w roli zleceniodawcy, wyglądającego jak biznesmen z dawnej epoki. Elegancko ubrany, z długimi włosami oraz paznokciami intryguje, zaś swoimi obserwacjami sprawia wrażenie kogoś bardzo zdeterminowanego. Choć na ekranie nie pojawia się zbyt często, tworzy bardzo wyrazistą kreację.

harry angel4

„Harry Angel” promowany był jako wypadkowa „Egzorcysty” i „Chinatown”, co jest trafnym połączeniem. Z pierwszego bierze elementy nadprzyrodzone, z drugiego noirową stylistykę oraz skomplikowaną intrygę. Taka hybryda nigdy przedtem ani potem nie dała tak interesującego efektu. Gotowi na tą diabelsko niebezpieczną odyseję?

8/10

Radosław Ostrowski

Cronos

Wszystko zaczęło się w roku 1536, kiedy to pewien alchemik wyruszył do Meksyku. Zrobił to uciekając przed Świętą Inkwizycją, a w nowym kraju zaczął pracować nad urządzeniem mającym zapewnić życie wieczne. Mechanizm nazwany był Cronos i miał kształt ozłoconego skarabeusza. Sam alchemik zginął podczas zawalenia budynku w 1937 roku z wbitymi w serce elementami budynku, zaś cały jego majątek sprzedano na aukcji. Sześćdziesiąt lat później urządzenie znajduje w jednej z figurek antykwariusz Jesus Gris. Mężczyzna przypadkiem uruchamia mechanizm i zostaje mocno poraniony w rękę, ale odkrywa, iż czuje się znacznie młodszy (także fizycznie). Jednak nie tylko on szuka Cronosa, bo konkurentem umierający biznesmen Dieter de la Guardia ze swoim synem Angelem.

cronos2

Każdy reżyser od czegoś musiał zacząć swoją karierę, choć nie każdy zaczyna z wielkim hukiem. Jak jest z nakręconym w 1993 roku debiutem Guillermo del Toro? Niby próbuje być horrorem, ale idzie w zupełnie innym kierunku niż to, z czym ten gatunek się kojarzy. „Cronos” bardziej skupia się na relacji dwóch par bohaterów niż poczucia przerażenia, hektolitrów krwi czy makabrycznych scen gore. Bo mamy tutaj pana Gris oraz jego wnuczkę, którą się zajmuje, ale też żądnego wiecznego życia Dietera. Staruch porusza się na dwóch laskach, przypominając coraz bardziej żywego trupa, a swojego syna traktuje jak sługusa, który ma wykonać zadanie. Co ciekawe, stosunek między postaciami jest pokazany za pomocą afery wizualnej: pierwsza para jest pokazana za pomocą ciepłych kolorów, zaś druga w bardzo chłodnych. Intryga jest tutaj bardzo prosta i prowadzona jest bardzo powoli, wręcz niespiesznie, co pomaga w budowaniu nastroju. Jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że całość dotyczy wampiryzmu, choć ani razu nie pada to słowo.

cronos1

Reżyser do tego pomysłu podchodzi w bardzo zaskakujący sposób. Wszystko z powodu tytułowego Cronosa, będącego pomysłowym wynalazkiem. Urządzenie „przykleja się” do ciała za pomocą nitek, a wtedy jesteśmy wrzuceni w sam środek tego cacka. Poza wszelkimi zębatkami widzimy owada wsysającego krew w zamian za nieśmiertelność. Drugim zaskoczeniem jest fakt, że cały proces odmłodzenia doprowadza do oderwania się skóry na rzecz nowego ciała. I to jest coś, co może sensownie wyjaśniać cały ten proces. Niemniej film ma jeden poważny problem: zwyczajnie nie straszy. Bardziej wydaje się dramatem z elementami nadprzyrodzonymi, dotykającym kwestii życia wiecznego.

cronos3

Już tutaj widać wizualny zmysł wizualny, choć nie jest to kino wystawne, z wysokim budżetem czy znanymi aktorami. Wyjątkiem od tej reguły jest Ron Perlman w roli bardzo brutalnego Angela, który czasami zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, zmuszone do działania wbrew sobie. Sceny jego wybuchów dodają odrobinkę humoru do całości (tak samo jak postać pracownika kostnicy, który dba o wygląd zmarłych). Wrażenie robi też bardzo niejednoznaczny finał oraz bardzo nastrojowa muzyka.

„Cronos” nieźle wytrzymuje próbę czasu, choć czuć tutaj powoli rodzący się styl reżysera oraz fascynacja kinem grozy. Świeże spojrzenie na kwestie wampiryzmu oraz sam wygląd wynalazku mogą być pewną zachętą do zmierzenia się z tym debiutem. Chociaż najlepsze miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ścigane

Naszą bohaterką jest Sam – kobieta zajmująca się ochroną ludzi. Po kolejnej akcji dostaje kolejne zadanie. Osobą, która ma ochraniać jest córka właściciela dużej firmy zajmującej się wydobywaniem surowców. Po jego śmierci dziewczyna dziedziczy spore udziały, co bardzo zaskakuje jej macochę. Już pierwszego dnia, gdy trafia do domu ochranianego komputerowym systemem, dochodzi do ataku. Tylko Sam i dziewczynie udaje się uciec, stając się zdanymi tylko dla siebie.

scigane2

Na pierwszy rzut oka film Vicky Jewsen to thriller akcji, gdzie mamy kwestie braku zaufania oraz obcą bohaterkę w obcym świecie. Takie założenie na początku potrafi trzymać w napięciu, a poczucie podejrzliwości wywołuje poczucie zagrożenia. A że w sporej części jesteśmy osadzeni na terytorium północnej Afryki. Sterylne pomieszczenia domu-twierdzy skontrastowane są z portem, ciasnymi uliczkami oraz brudnymi budynkami motelu. Sceny akcji tutaj nie ma zbyt wiele, a i czasem montaż bywa nieczytelny (walka związanej Sam w motelowym pokoju), ale samo wykonanie jest na poziomie solidnym. Nie jest to zbyt widowiskowe, lecz nie jest to dla mnie aż tak dużą wadą. Dla mnie największym problemem jest przewidywalność (choć twist pod koniec mnie zaskoczył) oraz mniej pociągająca druga część. Niby próbuje się tutaj stworzyć relację między Zoe a Sam, sugerując jakąś głębszą więź, tylko zbyt wycofana Sam nie pozwala za bardzo nam uwierzyć. A i po drodze pojawia się kilka bzdur jak choćby dobranie się do komputera domu (z czego druga osoba wychodzi, zaś pierwsza zapomina jak brzmiało hasło – idiotyzm) czy logicznych dziur. Można było to lepiej wykonać, ale ogólnie i tak jest naprawdę nieźle.

scigane1

Jeśli jest osoba, która wnosi całość na wyższy poziom jest to Noomi Rapace w roli Sam. Twarda kobieta, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda, potrafi spuścić łomot i pod tym spokojnym wyrazem twarzy kryje się coś więcej. Nawet jeśli mamy poczucie pewnego deja vu (podobna rola była w „Tożsamości zdrajcy”), jest to najmocniejszy punkt filmu. Z drugiej strony mamy Sophie Nelisse jako bardzo zagubioną Zoe, która pierwszy raz zostaje zderzona z brutalnym światem, dlatego początkowo może irytować swoim zachowaniem. Nie popada ona jednak w fałsz czy przesadę o co było łatwo.

scigane3

Mam wrażenie, że nie mam za bardzo ręki do produkcji Netflixa. „Ścigane” wydaje się niezłą rozrywką, która mogłaby zostać o wiele bardziej podrasowana. Rapace ma tyle charyzmy, że można dla niej obejrzeć.

6/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelny rejs

Gdzieś na otwartym morzu płynie Argonautica – statek wycieczkowy w swój pierwszy rejs. Trwa akurat sztorm i burza, więc warunki nie za dobre. Do tego dochodzi do gigantycznej awarii, przez co nie ma szans na ratunek. Mało nieszczęść? Dołóżmy do tego atak tajemniczych monstrów plus wejście grupki najemników na pirackim statku, dowodzonym przez Flanagana. A na statku jest jeszcze czarująca złodziejka, która została przyłapana na gorącym uczynku.

smiertelny rejs1

Jak możecie wywnioskować po fabule, nakręcony w 1998 roku film Stephena Sommersa to B-klasowy film grozy zmieszany z kinem akcji. Tylko, że zrobionym za duże pieniądze jak na tamte czasy (ponad 50 milionów dolców). Fabuła nie jest specjalnie zaskakująca ani skomplikowana, czyli grupka ludzi w odizolowanej przestrzeni walczy z paskudnym monstrum. Jeśli kojarzy wam się to z „Obcym” (zwłaszcza częścią drugą), to powinniście poczuć się jak w domu. Tylko, że zamiast Ellen Ripley oraz komandosów, są chciwi najemnicy oraz lekko łobuzerski Flanagan. Czyli taki współczesny Han Solo, chcący szybkiego zarobku i nie zadaje pytań o nic. Intryga wydaje się mieć drugie dno (innymi słowy chodzi tylko o hajs), ekipa zaczyna coraz bardziej się wykruszać – spryt i giwery nie wystarczą do pokonania paskud. Tylko, czemu o tych istotach opowiada właściciel statku, a nie jakiś naukowiec obecny na statku? Niby pierdoła, lecz takie drobiazgi troszkę psują frajdę. Są drobne bzdury w rodzaju krzyczenia pod wodą czy dość przewidywalny zdrajca w grupie, ale nikt nie miał tutaj większych ambicji niż dostarczanie rozrywki.

smiertelny rejs2

Sama akcja jest poprowadzona sprawnie, a kilka scen (ucieczka na skuterze w finale czy ciągłe bieganie w środkowej części) potrafią ekscytować. Stricte horroru tu nie ma, bo jest monstrum – w bardzo paskudnych efektach specjalnych (znaczy się brzydko zestarzał) – z mackami. A te połykają ludzi żywcem, zostawiając po sobie morze krwi. Jest brutalnie, a scena z pozostawionymi szkieletami w magazynie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze pozostaje finał, mogący sugerować ciąg dalszy. Ale poległ w kinach, więc nic z tego nie wyszło. Ale i zdjęcia czy scenografia także robią wrażenie, tak jak muzyka Jerry’ego Goldsmitha.

smiertelny rejs4

Nie ma tutaj jakiś wielkich gwiazd w tym przedsięwzięciu, choć parę znajomych twarzy się tu pojawia. Flanagan ma tutaj aparycję Treata Williamsa, który swoją rolę traktuje z dużym dystansem i ma taki błysk awanturnika w oczach. Drugim najmocniejszym punktem jest trzymający poziom Wes Studi w roli szefa najemników, będącym opanowanym profesjonalistą. Troszkę humoru dodaje Kevin J. O’Connor (mechanik Pantucci), oko przyciąga Famke Janssen (złodziejka Trillian), zaś z grupy najemników najbardziej wybija się lekko nerwowy Jason Flemyng (Mulligan).

smiertelny rejs3

„Śmiertelny rejs” może i jest kalką klasycznych horrorów, niemniej jest tego w pełni świadomy. Bardzo lekka rozrywka, zrobiona bardzo porządnie, czego po filmie klasy B nie jest częste. Może nie jest to najlepszy film klasy B, lecz swoje zadanie wykonuje bez zarzutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 2

Pamiętacie na pewno Fleabag? Bohaterka grana przez Phoebe Waller-Bridge sprawia wrażenie lekko samolubnej, świadomej swojego sex appealu kobiety, która ma pecha do mężczyzn, prowadzić nie zbyt dochodową kawiarnię oraz trudne relacja z rodziną. Od wydarzeń z poprzedniej serii mija nieco ponad rok, zaś życie naszej dziewczyny wydaje się wychodzić na prostą, zaś punktem wyjścia jest zbliżający się ślub ojca Fealbag (i Claire) z matką chrzestną. Widać, że małżeństwo jej siostry znajduje się na zakręcie, zaś naszej bohaterce udaje się znaleźć kogoś, kto mógłby być dla niej idealnym partnerem. Jest tylko jeden mały szkopuł, bo ten ideał mężczyzny jest już w związku… z Panem Bogiem. A to jest bardzo trudny konkurent, z którym ciężko walczyć.

fleabag2-1

Druga seria wydaje się kontynuować ścieżkę oryginału, gdzie humor (bardzo ostry i miejscami bardzo nieprzyzwoity) miesza się z dramatem. Ale moim skromnym zdaniem tutaj ten balans zostaje o wiele lepiej zachowany, z większym skrętem ku dramatowi. I już w pierwszym odcinku, gdzie mamy rodzinną kolację z całą rodziną + księdzem. Nie ma aż takich przeskoków w czasie jak poprzednio, ale ma wiele mocnych momentów (scena na pogrzebie matki, gdzie protagonistka próbuje się „oszpecić”, bo za pięknie wygląda czy rozmowa z ojcem w trakcie tego dnia). Tutaj też miałem wrażenie, że historia staje się spójniejsza oraz bardziej sensowna, zaś wiele wydarzeń staje się coraz bardziej ze sobą powiązanych. Jak choćby w wątku Claire, z którą chce się spotykać współpracownik z Finlandii o imieniu… Klare, jej toksycznemu małżeństwu czy bardzo zmieniającej się relacji protagonistki z księdzem – młodym, pociągającym i takim bardzo przyziemnym, równie zagubionym człowiekiem.

fleabag2-4

Tak jak poprzednio, przenosimy się do wielu miejsc: oprócz domu Fleabag oraz jej ojca odwiedzamy biuro Claire (impreza biurowa oraz wybór nagrody dla Kobiety Biznesu Roku), kancelarię prawniczą, terapeutkę oraz parafię. Scenografia wygląda intrygująco, w tle gra muzyka bardziej sakralna (chóry!!!), zaś dialogi nadal mają wiele błyskotliwości oraz pokazującego troszkę szersze spojrzenie na feminizm (poruszający monolog Belindy) czy miłość (przemowa księdza przed ślubem), co zmusza do głębszych przemyśleń. Kto by się tego spodziewał? Humor tutaj się wylewa, nawet w gagach (wybór stroju dla księdza, montażowa zbitka na początku pierwszego odcinka), łamanie czwartej ściany obowiązuje (a jedyną osobą „widzącą” to jest ksiądz). Ale więcej jest tutaj momentów poruszających. Rozmowa Fleabag z ojcem, kiedy jeszcze wiedział jak z nią rozmawiać (robi jeszcze to tuż przed ślubem i po), cięte dialogi z księdzem (w tym historia z lisem), wizyta u terapeutki czy moment „wybuchu” Claire przed swoim mężem. No i jeszcze słodko-gorzki finał, który (dla mnie) jest po prostu idealny. Mam nadzieję, że nie powstanie ciąg dalszy.

fleabag2-2

Nadal aktorsko błyszczy Phoebe Waller-Bridge, która pokazuje troszkę poważniejsze oblicze, mimo ciętego humoru oraz bardzo brutalnej szczerości. Jedynym aktorem, który dorównuje jej poziomem jest Andrew Scott w roli księdza. Co samo w sobie jest dość przewrotnym castingiem, pokazujące troszkę inne oblicze aktora – oprócz Moriarty’ego z „Sherlocka”. Tutaj jest bardziej przyziemny, wyluzowany, ludzki. Też ma swoje demony (ten alkohol oraz paranoja na punkcie lisów), nie próbuje na siłę nawracać ani rzucać wizjami z Apokalipsy czy innego koszmaru. Czuć tą więź jaka zaczyna się wytwarzać między tą dwójką, przez co nie do końca byłem pewny finału tej relacji. Reszta obsady też jest fantastyczna (Olivia Colman błyszczy tak jak Sian Clifford), a swoje pięć minut zawłaszczają drobne epizody Fiony Shaw (terapeutka, pozbawiona poczucia humoru) oraz Kristin Scott Thomas (Belinda). Takie wisienki na tym smakowitym torcie.

fleabag2-3

Jestem absolutnie porażony „Fleabag”, zaś druga seria (i chyba ostatnia) bije poprzednika na łeb. Konsekwentnie rozwija całą opowieść, a jednocześnie wydaje się absolutnie bezbłędnie rozpisany, zagrany oraz zrealizowany. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to zobaczcie koniecznie. Nie wymaga zbyt wiele czasu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski