Śmierć nadejdzie dziś 2

Kiedy usłyszałem o planie kontynuacji „Śmierć nadejdzie dziś” byłem więcej niż sceptyczny. No bo pętla wobec Tree została przerwana, morderca zabity, więc co należałoby wymyślić do stworzenia tej kontynuacji? I pozornie reżyser Christopher Landon znajduje wyjście, choć pierwsze paręnaście minut wydaje się prostym pomysłem przeniesienia pętli na kogoś innego. Ale jednak po kolei.

smierc nadejdzie dzis 2-2

Na początku bohaterem jest jeden ze studentów, Azjata Ryan. Razem z kumplami stworzył maszynę zwaną Suzi – reaktor kwantowy. Po samoczynnym wystrzeleniu wynalazku, który doprowadza do paru zniszczeń dziekan zamyka projekt. A potem chłopak zostaje zamordowany przez gościa z maską bobasa. I budzi się tego samego dnia, czyli 19 września. Ryan opowiada Carterowi i Tree, co się stało, a dziewczyna (co sama przeżyła czasową pętlę) decydują się mu pomóc. Udaje się schwytać mordercę, którym jest… Ryan z innego wymiaru. Ten mówi, że trzeba zabić swojego dublera, bo inaczej pętla się nie zamknie. Przestraszony oryginał odpala Suzi, co doprowadza do sytuacji, że Tree… budzi się 18 września. Czyli wraca do sytuacji z pierwszej części, tylko że… w innym wymiarze.

smierc nadejdzie dzis 2-1

Jeśli oczekujecie więcej horroru (a dokładnie slasherowej wersji „Dnia świstaka” 2.0), to nie macie czego szukać. Nadal jest to samoświadoma czarna komedia, gdzie widzimy dość zaskakujące i rozbrajające momenty zgonów Tree. Tylko, że nadbudowa przypomina jeden odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, gdzie grupka nerdów próbuje naszej bohaterce wrócić do swojego wymiaru. Czyli taki uwspółcześniony „Powrót do przyszłości 2”. Niby jesteśmy u siebie, lecz pewne elementy są tutaj inaczej poprowadzone. Wracają stare elementy (morderca w masce, zbrodniarz w szpitalu i starzy znajomi), jednak klocki są tutaj inaczej poukładane, co daje pewnej świeżości. Nadal mamy tutaj fajnie poprowadzone napięcie (wariacje scen w szpitalu czy pulsujący), nie brakuje paru niespodzianek oraz wolt.

Jednocześnie mamy przebijające się pytanie o możliwość wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Czy chcielibyście jeszcze raz spotkać osoby zmarłe w wersji żywej, ale w nie swoim życiu, czy może jednak żyć tak jak jest? Ale to jest przede wszystkim dobra rozrywka i takie refleksje są niejako mimo woli rzucane.

smierc nadejdzie dzis 2-3

Dawno się nie uśmiałem na horrorze i to w sposób zamierzony. Bohaterowie nadal są sympatyczni i fajnie zagrani ze świetną Jessicą Rothe na czele, zaś finałowa scena po napisach sugeruje ciąg dalszy. Ten sequel idzie w zupełnie innym kierunku niż można się było spodziewać i to dla mnie plus. Jest lepiej poprowadzony, śmieszy oraz sama historia jest ciekawsza.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebelia

Było już wiele filmów o inwazji kosmitów na Ziemię. Jednak tym razem cała akcja została poprowadzona w sposób pokojowy, czyli politycy postanowili skapitulować i oddać świat (przynajmniej tak zrobili Amerykanie) w pakowanie istot zwanych złośliwie karaluchami. Wszystkie miasta zostały otoczone murem, kosmici zneutralizowani system komputerowy (zagłuszanie sieci), panuje permanentna inwigilacja, a za wiele zbrodni grozi deportacja na obcą planetę. Dziewięć lat po pierwszym kontakcie w Chicago planowany jest zamach terrorystyczny przez ruch oporu zwany Feniksem. Już wcześniej próbowano dokonać zamachu, który zakończył się klęską oraz kompletnym zniszczeniem w pył powierzchni Wicker Park. Organizację próbuje wytropić oficer policji William Mulligan, a do tego celu chce wykorzystać brata zmarłego członka grupy. Tylko, że Gabriel chce uciec z tego miasta.

captive state1

Film Ruperta Wyatta, mimo skromnych środków, poległ w kinach nie zwracając nawet połowy budżetu. Czyżby to był aż tak słaby film, czy może marketing był tak słaby, że nie wiadomo było czym tak naprawdę jest „Rebelia”. Nie jest to klasycznie rozumiane SF, bo technologia jest tutaj praktycznie niewykorzystywana, zaś sami Obcy pojawiają się bardzo rzadko. Bardziej to przypomina kryminał, gdzie mamy tutaj śledzenie, tropienie oraz infiltrację. Dlatego nie ma tutaj efektownej akcji, popisów efektów specjalnych, a wszystko wydaje się bardzo dziwnie znajome. Wszystko utrzymane jest w klimacie kina noir, pełnym szarości, brudu oraz pewnej beznadziei. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo spokojny i wyważony, ale wymaga bardzo uważnego skupienia, bo można się pogubić w tym wszystkim. Przez większość filmu obserwujemy przygotowania do realizacji zamachu, obserwując całą mechanikę funkcjonowania ruchu oporu: od sposobu komunikacji przez oszukiwanie systemu inwigilacji (wszczepione implanty).

captive state3

Ta konspiracja naprawdę działa, zaś sam przebieg oraz konsekwencje całego zamachu potrafią zaangażować, mimo faktu, że główni bohaterowie zostają zepchnięci na daleki plan. I to mnie bardzo bolało, jakby twórcy sobie o tych postaciach przypominają pod koniec (znaczy przez ostatnie 40 minut). Mam też wrażenie, że cały ten społeczny podział mógł zostać o wiele bardziej zarysowany, bo przez większość czasu jestem w dzielnicach biedoty. Praktycznie nie jesteśmy w prywatnych mieszkaniach osób u władzy. Sama scenografia pomaga w budowaniu klimatu, rzadko wykorzystując technologiczne cuda wianki (może poza dronami oraz dziwacznymi statkami w kształcie kamieni). A w tle gra bardzo pulsująca elektronika, co pomaga w budowie niepokojącego klimatu. Tak samo jak bardzo zaskakujący finał.

captive state4

Aktorsko dominują tutaj mniej znane przeze mnie twarze, przez co dodają tego klimatu. Ale prawdę mówiąc najważniejsze są dwie postacie: gliniarza Mulligana oraz Gabriela Drummonda. Pierwszego gra niezawodny John Goodman, który wydaje się bardzo zblazowany, wręcz emanujący spokojem (co słychać w głosie), ale jednocześnie wydaje się bardzo śliskim stróżem prawa. Niemniej pod tą postacią skrywa się coś więcej, jednak to wymaga obejrzenia całości do samego końca. Drugim bohaterem jest Gabriel w wykonaniu Ashtona Sandersa, który jest bardzo wycofanym bohaterem i niejako wbrew sobie zostaje wplątany w całą intrygę. I ta postać potrafi wzbudzić sympatię, mimo niewielkiego czasu na ekranie. Poza nimi na drugim planie mamy tak rozpoznawalne twarze jak Vera Farmiga (prostytutka Jane Doe), Jamesa Ransome’a (Patrick Ellison) czy rapera MGK’a (drobny epizod Jurgisa).

captive state2

Warto dać szansę „Rebelii”, bo widać bardzo inne podejście w kwestii opowieści o inwazji kosmitów oraz ich pobycie na Ziemi. Bardziej stonowany wizualnie, z bardzo brudnym klimatem oraz nieoczywistym zakończeniem. Kawał bardzo porządnego kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Pełzająca śmierć

Tutaj historia jest bardzo prosta i skupia się na relacji ojca z córką. Dziewczyna jest pływaczką, wcześniej trenowaną przez ojca, z którym nie utrzymuje zbyt dobrego kontaktu. Szansę na naprawę tej relacji jest wyprawa dziewczyny do ojca, kiedy do jego miejsca zamieszkania zbliża się huragan. A że odbiera telefonu i nie ma z nim kontaktu sprawa staje się poważna. Na miejscu okazuje się, iż mężczyzna znajduje się w piwnicy starego domu ranny, zaś oprócz niego znajduje się… aligator.

pelzajaca smierc1

Alejandre Aja specjalizuje się w kinie grozy, co pokazał choćby w „Bladym strachu” czy lekko komediowej „Piranii”. Sama intryga brzmi jak coś tandetnego, zrealizowanego przez Asylum czy inną firmę ze śmieciowym stylem. Bo pewnie te aligatory to jakieś mutanty, żądne krwi, bezwzględne bestie, a i sam tytuł brzmiał jak badziewie. Ale najbardziej zaskakujące jest to, że twórcy tego filmu są bardzo świadomi tego, co kręcą. Czyli film klasy B (pod względem treści czy intrygi), zrobiony za małe pieniądze, choć absolutnie nie widać tego. Punkt wyjścia może i jest prosty, ale ile w tym wszystkim napięcia oraz poczucia zagrożenia. No bo nie tylko mamy aligatora (a nawet więcej), opady są coraz intensywniejsze, przez co szansa na wyjście z tego cało wydaje się mało prawdopodobne. Aja w budowaniu napięcia jest konsekwentny, w czym na pewno pomaga świetna praca kamery (zwłaszcza zdjęcia podwodne) oraz bardzo płynny montaż. I kiedy wydaje się, że pojawia się jakaś nadzieja czy cień szansy wyjścia z sytuacji, zostaje ona brutalnie ucięta (pojawienie się policji czy szabrowników okradających sklep), co pomaga budować poczucie desperacji oraz beznadziei.

pelzajaca smierc3

Zaskakuje także to, że nasi bohaterowie nie są tępymi nastolatkami czy ludźmi nie potrafiącymi racjonalnie myśleć w ekstremalnej sytuacji. I jeżeli im coś nie wychodzi, to tylko z braku szczęścia, a nie sprytu czy logicznego myślenia. A to w kinie grozy (choć tutaj bardziej to survivalowy thriller) jest bardzo rzadkim doświadczeniem. Drugą niespodzianką jest to, że twórcy bardzo łatwo pozwalają odnaleźć się w terenie. Jesteśmy w stanie odnaleźć się oraz powiedzieć gdzie nasi bohaterowie się znajdują. Same sceny ataków gadów są niepozbawione krwi oraz paskudnych ran (to wygląda ohydnie oraz bardzo realistycznie) i budzi pewne skojarzenie ze „Szczękami”.

pelzajaca smierc2

Jedyny problem jaki mam to wplecione sceny retrospekcji, mające pomóc w budowaniu relacji między dwójką bohaterów. Także dialogi miejscami są zbyt powtarzalne, jakby łopatą wbijano kim są dla siebie oraz jakie mają między sobą problemy. I to można było zrobić lepiej, ale jest znośnie. Świetnie wypadają w swoich rolach Kaya Scodelario oraz Barry Pepper, chociaż więcej wymaga się od nich pod względem fizycznym. Ale i tak się im kibicuje do samego końca.

Nie spodziewałem się zbyt wiele, a dostałem naprawdę trzymający w napięciu dreszczowiec z groźnymi gadami na pierwszym planie. Poczucie zagrożenia jest namacalne, aktorstwo się sprawdza, a realizacja jest absolutnie bez zarzutu. Pozytywne zaskoczenie oraz rozrywka na dobrym poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grzeczny grzesznik

Anders jest zwykłym, szarym gościem w wieku średnim. Mieszka w małym miasteczku, gdzie ma dość duży dom, spłaca hipotekę, ma żonę oraz dorosłego syna. Jednak pewnego dnia przed świętami Bożego Narodzenia decyduje się przejść na emeryturę, zostawia żonę oraz dom, próbując zacząć wszystko od nowa. Tylko, czy w ten sposób uda się odnaleźć szczęście?

grzeczny grzesznik1

Reżyserka Nicole Holofcener znana jest z tworzenia komediodramatów opisujących szarych ludzi oraz ich problemów. Nie inaczej jest z „Grzesznym grzesznikiem”, który pokazuje historię człowieka tak naprawdę zagubionego. Człowieka żyjącego w małym miasteczku, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich (choć nikt ich o to nie prosił), ukrywają swoje tajemnice i udają, że wszystko jest ok. Zdrady, samotność, nałogi, frustracje, pustka – to wszystko widzimy w samym Andersie oraz ich bliskich. Taki jest grający w pokera syn Andersa, który nie chce pracować w firmie mamy, tak jak uzależniony od narkotyków Charlie, zbuntowany chłopak z talentem plastycznym. Sama narracja czy realizacja wydaje się bardzo przezroczysta, w zasadzie skupiona na rozmowach. Miejscami wydaje się chaotyczna i początkowo zmierza donikąd, a humor pojawia się w ilościach śladowych (Andres z dzieciakami ćpa czy lekko podchmielony wraca do dawnego domu). Więcej jest tutaj bolesnych momentów jak znalezienie martwego Charliego czy wigilijny obiad zakończony awanturą.

grzeczny grzesznik2

Dla wielu jednak ten film może znużyć, bo ciężko wejść w tą historię i zaangażować się w tak poszatkowanej opowieści. Także samo przesłanie nie do końca wydaje mi się jasne oraz czytelne. Film sobie płynie, płynie i płynie, choć parę razy potrafi czymś zaskoczyć. A i samo zakończenie wydaje się bardzo otwarte, co jest pewnym małym plusem.

Jeśli jest coś, co przyciągnęło moją uwagę na dłużej to świetny Ben Mendelsohn. Tutaj jest on bardzo wycofany, czasami się zacina i nie potrafi wypowiedzieć swoich myśli wprost, jest nieporadny, ale nie wywołuje ta postać poczucia zażenowania czy kpiny z niej. Aktor bardzo przekonująco pokazuje jego zagubienie, bezradność w poszukiwaniu swojego własnego szczęścia, nawet w sposób nieudolny. Oprócz niego najbardziej wybija się Charlie Tahan w roli narkomana Charliego, który traktuje Andersa troszkę jako wzór do naśladowania. I ta interakcja potrafi zaciekawić swoją dynamiką.

grzeczny grzesznik3

Średnio-niezły film Netflixa, który próbuje tutaj być bardziej przyziemny i przyjrzeć się nam samym. Miewa ciekawe momenty, ale nie zawsze daje satysfakcję.

6/10

Radosław Ostrowski

I Am the Pretty Thing That Lives in the House

Pamiętam jak jedną z większych niespodzianek był horror Oza Perkinsa „Zło we mnie”. Bardzo klimatyczny, pozornie statyczny, powolny, pozbawiony scen gore, makabry, a jednocześnie bardzo niepokojący, mroczny, stawiający na atmosferę. Po tym debiucie reżyser poszedł na układ z Netflixem i zrealizował kolejny horror. Przynajmniej taki był zamysł, ale czy „Jestem pięknością, co żyje w tym domu” jest satysfakcjonujący?

slicznotka1

Bohaterką filmu jest niejaka Liliy – młoda pielęgniarka, która ma zająć się starszą panią. Kobieta jest autorką powieści grozy, nie ma rodziny, zaś jej domostwo wygląda jakby wzięta z XIX wieku. Wszystko wydaje się być proste, prawda? A że staruszka nazywa ją Polly, można wytłumaczyć starością czy demencją. Tylko, że dom skrywa pewną tajemnicę.

slicznotka2

Reżyser robi ten film w swoim stylu, czyli mamy bardzo długie ujęcia, akcja toczy się baaaardzo powoli, dostajemy do tego narratorkę oraz oszczędną muzykę. Zdecydowanie bardzo zależało twórcy na budowaniu nastroju i poczucia podskórnego mroku. Są nawet pewne przebitki z przeszłości, pokazujące młodość pani Blum, a nawet jednej z jej powieści. Wszystko to jest ze sobą zmieszane i ma pokazać zarówno tajemnicę domostwa, jak i fakt, jaki wpływ ma na pisarstwo lokatorki. Trudno wymazać kadry, gdzie mamy tajemniczą postać rozmazaną, nieczytelną, jakby z innego świata. Problem jednak w tym, że ta enigmatyczna fabuła nie tylko nie angażuje, lecz zwyczajnie przynudza. Co gorsza, zwyczajnie nie straszy (może poza sceną z telefonem czy gwałtowną śmiercią opisanej Polly), zaś Perkins kompletnie zniechęca do poznanej historii. Zupełnie jakby miał widza gdzieś i postanowił nakręcić coś dla siebie. Szkoda mi jedynie aktorów, bo Ruth Wilson, Bob Balaban oraz Paula Prentiss starają się wycisnąć z tego lichego materiału ile się da. Tylko, że nawet oni nie są w stanie podnieść tego średniaka, jedynie czynią ją bardziej oglądalnym.

slicznotka3

I powiem tak: nie jest to tak świetny horror jak debiut Perkinsa, niemniej to nadal jednym z ciekawszych reżyserów, którzy jeszcze mogą namieszać. Mogę mieć tylko nadzieję, że „I Am the Pretty…” będzie tylko wypadkiem przy pracy.

5/10

Radosław Ostrowski

W wysokiej trawie

Jesteśmy gdzieś na drodze w Kansas. Pole za nami, pole przed nami, a pośrodku droga. Zaś na tej drodze podróżuje rodzeństwo Cal z ciężarną Becky, którą zostawił chłopak oraz ojciec dziecka. Kiedy zatrzymują się koło kościoła słyszą w trawie wołanie o pomoc. Nasza parka bez zawahania wyrusza na pole wysokiej trawy, gdzie bardzo łatwo można się zgubić. Co naszej parce udaje się bez problemu, a próby wyjścia wydają się niemożliwe. Jak się okazuje, nie tylko oni utknęli w trawiastym polu.

w wysokiej trawie2

Kolejny dowód na to, że Stephen King jest strasznie popularny i dla filmowców stanowi bardzo duże pole do popisu. Tym razem za jego opowiadanie postanowił zmierzyć się Vincenzo Natali, czyli reżyser jednego wielkiego hitu – kultowego „Cube”. I tak jak największy hit, początek jest bardzo tajemniczy, zaś samo pole przypomina wielki labirynt pozbawiony zasad, reguł, a nawet przestrzeni. To niemal bezkresny ocean zieleni, w którym bardzo łatwo się zagubić, tworząc niejako wielką pętlę. Reżyser wie, jak budować atmosferę tajemnicy, bezradności w czym pomagają skupione na detalach zdjęcia, zwłaszcza gdy odbywają się w nocy. I ta atmosfera mroku, tajemnicy jest prowadzona przez połowę czasu. Są też nawet wizyjne sceny, pełne oniryzmu, krwi oraz rozmazanych obrazów.

w wysokiej trawie1

Ale kiedy zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki – zwłaszcza pewną dużą skałę – wszystko zaczyna się coraz bardziej sypać i iść w stronę thrillera z psychopatycznym zabójcą w tle. Pewne sytuacje zaczynają się powtarzać, podobnie jak dialogi, zaś bohaterowie stają się coraz bardziej irytujący. Logika zaczyna szwankować, brutalne sceny mogą szokować (choć jest ich niewiele), a rozwiązanie całej historii jest rozczarowujące. Zaś kilka rzeczy dość łatwo się można domyślić – choćby tego, że bohaterowie znajdują się w czasowej pętli.

Natali wydaje się mieć fajny pomysł, a kilka momentów mocno przypomina „Cube” (zwłaszcza scena w kręgielni), co nawet jest pewną zaletę. Problem jednak w tym, że reżyser nie bardzo wie, jak poprowadzić, wyjaśnienie brzmi niepoważnie, coraz bardziej brnąć do b-klasowej pulpy.

w wysokiej trawie3

Nawet aktorstwo jest tutaj mocno średnie w wykonaniu mniej znanych aktorów. Z tego grona dało się polubić ciężarną Becky (Laysla de Oliviera) oraz wystraszonego Tobina (Will Buie Jr.), zaś Cal (Avery Whitted) tutaj wydaje się prawdziwym bucem, egoistą jakby za bardzo kochający swoją siostrę. Czyżby na nią leciał? Ale najmocniejszym punktem obsady pozostaje Patrick Wilson w roli Rossa. Wydaje się zwykłym, szarym gościem, budzącym wręcz sympatię, jednak zaczyna coraz bardziej popadać w szaleństwo. Świetnie poprowadzona postać, nawet jeśli wydaje się szablonowa.

w wysokiej trawie4

„W wysokiej trawie” nie będzie wielkim powrotem Vincenzo Natali do szerokiego nurtu i nie jest najlepszą kooperacją Netflixa do dzieł Kinga. To mocny średniak, który zaczyna tracić impet z każdym kolejnym źdźbłem trawy. Absolutnie nie warty odkrycia.

5/10

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 1

Kim jest tytułowa Fleabag? To kobieta w wieku około 30 lat, prowadząca podupadającą kawiarnię i prowadząca luźny tryb życia. Ma też siostrę, co pracuje w korporacji, ojca, co związał się z matką chrzestną (artystka), więc relacje nie są najlepsze. A my zaczynamy przyglądać się jej bliżej i odkrywać kolejne elementy jej życia.

fleabag1-1

Pozornie „Fleabag” wydaje się komedią, gdzie każdy odcinek wydaje się mieć osobną opowieścią. Tylko, że nie. Phoebe Waller-Bridge w każdym odcinku zaczyna uważniej przyglądać się uważnie swojej bohaterce, która ma pewną mroczną tajemnicę i jest równie zagubiona jak jej zwichrowana rodzinka. Siostra związana z toksycznym facetem, który wymusza na niej rezygnację z awansu w firmie na rzecz opieki nad pokręconym pasierbem, bardzo wycofanego ojca nie potrafiącego nawiązać kontaktu ze swoimi córkami (dlatego wysyła im różne prezenty typu rozmowy feministyczne czy wizyta w ośrodku ciszy) oraz samą Fleabag, która straciła swoją najlepszą kumpelę – współwłaścicielkę kawiarni. Początkowo ciężko wejść w tą historię, bo chronologia jest łamana równie często jak czwarta ścian. I nie chodzi o to, że Fleabag – niczym Deadpool czy Frank Underwood – przedstawia swoje prawdzie oblicze, będąc świadomą naszej obecności. Jej wystarczy tylko spojrzenie, by tą ścianę przełamać, choć tutaj humor jest bardzo brytyjski: od absurdu (wystawa matki chrzestnej czy ośrodek ciszy, gdzie znajduje się obok ośrodek dla mężczyzn) przez wręcz smolisty żart oraz cięte riposty.

fleabag1-3

Montaż też mocno robi zamęt, pokazując ten zwichrowany umysł naszej bohaterki. Cięcia miejscami są bardzo gwałtowne (czołówka), co też wywołuje dezorientację. Ale z kolejnymi odcinkami zaczyna pojawiać się drugie dno, zaś kilka scen (rozmowa z pracownikiem banku w ośrodku czy finałowy moment załamania) potrafi coraz bardziej uderzyć. Zwłaszcza ostatnie 10 minut, kiedy ta czwarta ściana staje się dla bohaterki obiektem niepożądanym, wręcz zaczyna przed nami uciekać. Ten moment zmienia kompletnie ton oraz wydźwięk całości.

fleabag1-2

Sama realizacja, gdzie wręcz dokumentalny sznyt miesza się z wręcz rwanym montażem. A wszystko wydaje się bardzo mocno trzymać przy ziemi, bez popadania w przerysowanie, szarże. Na swoich barkach trzyma to Waller-Bridge, która nie tylko napisała scenariusz, ale też gra główną rolę i jest absolutnie fenomenalna. Z jednej strony wydaje się pociągającym kociakiem, lecz jednocześnie jest bardzo zagubiona, szukająca tego, co wszyscy: miłości, stabilizacji oraz szczęścia. Z jednej strony wali prawdą po ryju, ale w tej twarzy malują się bardzo skrajne emocje i czuje tą postać od początku do końca. Do tego mamy świetny oraz bogaty drugi plan z bardziej lub mniej znanymi twarzami jak Olivia Coleman (matka chrzestna), Sian Clifford (rozedrgana Claire), pojawiająca się w retrospekcjach Jenny Rainsford (Boo, przyjaciólka) czy Hugh Dennis (kierownik banku).

fleabag1-4

Pierwsza seria „Fleabag” może początkowo wywołać dysonans, a główna bohaterka może nawet wydawać się porąbana. Ale im dalej w las, ten humor zostaje zepchnięty na dalszy plan, ustępując dramatowi. Wszystko jest odpowiednio wyważone, by w finale walnąć obuchem w łeb. Nie mogę doczekać się drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Serce jak lód

Punkt wyjścia wydaje się dość prosty. Mamy dwóch przyjaciół, którzy prowadzą wspólny interes: są lutnikami. Zajmują się skrzypcami, naprawiają ją i/lub sprzedają. Kontaktami z muzyka zajmuje się bardziej energiczny Maxime, zaś samymi skrzypcami zajmuje się mający doskonały słuch Stephane. Ale w ich spokojne życie wkracza Camille – piękna skrzypaczka, która przygotowuje się do nagrań. W niej się zakochuje Maxime, chociaż bardziej fascynuje ją wycofany Stephane.

serce jak lod1

Reżyser Claude Sautet pozornie nakręcił prosty film o miłosnym trójkącie, tylko że nie do końca. Mamy tutaj trójkę postaci, ale w większości skupiamy się na Stephene. Człowiek, który kocha muzykę, zaś w relacjach międzyludzkich jest bardzo wycofany, jakby skrywający pewną tajemnicę. Niby nic się tu dzieje, jednak emocje wylewające się ze spojrzeń, niewypowiedzianych słów wręcz wylewają się z tych postaci. Mimo, że to wszystko oparte na dialogach, całość nie była dla mnie nudna. W tle gra muzyka Maurice’a Ravela, co jeszcze bardziej pomaga w budowaniu wręcz intymnego klimatu. Nawet jeśli wydaje nam się, że pójdzie to w kierunku oczywistym (ten wycofany zacznie pod wpływem miłości się zmieniać), nie macie racji. Reżyser wydaje się bardziej przyglądać życiu i pokazuje, że takie proste schematy sprawdzają się tylko w dziełach kultury. Bo w życiu skruszenie człowieka z „sercem jak lód” czasami jest niemożliwe, jeśli sam nie czuje takie potrzeby. A o tym czasami zapominamy, wierząc w swoje możliwości oraz talenty. Wszystko zamyka bardzo otwarte (chyba) zakończenie, gdzie wiele można sobie dopowiedzieć.

serce jak lod2

Cała ta historia jest też kapitalnie zagrane. Zjawiskowa jest Emmanuelle Beart w roli magnetyzującej Camille, zwłaszcza w scenach grania na skrzypcach. Wtedy potrafi pokazać swoją pasję i zaangażowanie. Świetny jest Andre Dussollier w roli Maxime’a, pełnego energii oraz balansującego między pracą a miłością. Jednak tak naprawdę film kradnie Daniel Auteuil w rolie Stephane’a, tworząc bardzo trudną do polubienia postać. Z jednej strony to pasjonata muzyki, przywiązany do swojej pracy, ale z drugiej jest bardzo wycofany, zdystansowany wobec innych ludzi samotnikiem z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. Czasami można z niej wyczytać wszystko, a czasem sprawia wrażenie enigmy.

serce jak lod3

„Serce jak lód” jest przykładem francuskiego dramatu psychologicznego z bardzo wysokiej półki. Odpowiednio stonowany, spokojny, jednak pełen emocji oraz angażujący do samego końca.

8/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Daleko od domu

Nasz ulubiony ostatnio miał więcej niż ciężko. Nie dość, że zniknął z powodu pstryknięcia Thanosa (to akurat udało się odkręcić), to jeszcze stracił swojego mentora, Tony’ego Starka (to już było nieodwracalne). Po ośmiu miesiącach od wydarzeń z „Końca gry”, nasz Spidek próbuje normalnie funkcjonować. Bo bycie nastolatkiem i superherosem jednocześnie to jest ciężka robota. Zwłaszcza, gdy otoczenie odbiera ciebie jako następcę Ajron Mena. To prawie tak jak bycie synem króla sedesów – zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Na szczęście są wakacje i wycieczka szkolna do największego kraju na świecie – Europy. W końcu będzie mógł naładować baterie i mieć święty spokój od bandytów, superłotrów, prawda? Nic bardziej mylnego, zwłaszcza gdy do akcji wkracza sam Nick Fury, a po okolicy szaleją groźne żywiołaki.

spider-man daleko2

„Far from Home” z jednej strony jest sequelem „Homecoming”, z drugiej zaś jest niejako epilogiem „Endgame”. Reżyser Jon Watts nadal próbuje (tak jak Parker) lawirować między dwoma światami. Bo jest świat nastolatka, przeżywającego miłość do MJ, więź kumpelską z Nedem i geekowskim umysłem. Ale jest też świat zagrożenia z innego wymiaru (żywiołaki), tajemniczy heros ze szklaną kulą na głowie, Nick Fury oraz rozpierducha wisząca w powietrzu. Zderzenie tych dwóch światów coraz bardziej zaczyna Petera męczyć, przez co szansa na tzw. normalne życie staje się coraz trudniejsza. Zupełnie jakby nie można było mieć świętego spokoju. Po drodze wędrujemy po kontynencie (Wenecja, Londyn, Praga, Berlin), zaś coś takiego jak nuda tu nie istnieje. Same sceny akcji są tutaj naprawdę szalone, a wiele rzeczy oparto na pewnych mistyfikacjach oraz wizualnych sztuczkach. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tym opiera się clue całej intrygi. Tutaj bardziej wybija się kwestia zaufania, fake newsów oraz stworzenia samego siebie na własnych nogach.

spider-man daleko1

Każdy z tych wątków jest bardzo dobrze poprowadzony, jednak pierwsza część mi się bardziej podobała. Po pierwsze, była czymś świeżym oraz bardziej przyziemnym spojrzeniu na los superherosa. Po drugie, miała ciekawszego antagonistę, z przekonującą motywacją, co tutaj nie do końca wyszło. No i jednak nasz Spidek bardziej pasuje do Nowego Jorku niż do europejskiego tournée, ale to akurat jest kwestia indywidualna. Za to sporą satysfakcję daje finał oraz sceny po napisach, pokazujące kolejne przeszkody, jakie będzie miał nasz chłopak do pokonania. Będzie ciekawie.

spider-man daleko3

Tom Holland nadal sprawdza się jako Peter Parker i Spider-Man, a oglądanie go to największa frajda. Dla mnie najlepsza inkarnacja młodego superbohatera. Świetnie partneruje mu Zendaya (MJ), czuć między nimi chemię, a dziewucha jest bardzo charakterna, czasami złośliwa, ale do bólu szczera. No i niegłupia jest. Na drugim planie bardzo wybija się Jon Favreau (Happy Hogan) oraz Samuel L. Jackson (Nick Fury), mający troszkę do roboty. A jak sobie radzi Mysterio, czyli Jake Gyllenhaal? Jest na tyle charyzmatycznym aktorem, że bardzo łatwo sprzedaje swoją postać przybysza z innego świata (multiversum istnieje) i początkowo sprawia wrażenie kogoś, kto mógłby być mentorem dla Parkera. Jednak jego motywacja ma drugie dno, które czyniło go troszkę sztampowym.

„Daleko od domu” to coś w rodzaju odskoczni od troszkę poważniejszych filmów MCU. Nadal jest to bezpretensjonalna rozrywka, raczej dla młodego widza. Nudy nie zauważyłem, efekty specjalne są świetne, a Tom Holland pasuje do tej roli idealnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski