Perfekcja

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy poznajemy Charlotte. Kiedyś była bardzo cenioną, uzdolnioną wiolonczelistką z prestiżowej prywatnej szkoły. Ale choroba matki (udar) zmusza do przerwania kariery oraz porzucenia muzyki. Po 10 latach kobieta poznaje nową podopieczną szkoły, czyli Elisabeth Wells podczas konkursu w Chinach. Dochodzi między paniami do zbliżenia, co będzie mieć bardzo poważne reperkusje.

perfekcja1

Netflix kolejny raz próbuje zrobić bardzo interesujący film, lecz czy tym razem ma szansę wypalić. „Perfekcja” to dreszczowiec zrealizowany przez Richarda Shepharda, bazujący na tajemnicy oraz wielu woltach, wywracających wszystko do góry nogami. Powiedzenie czegoś więcej powodowałoby, że musiałbym wejść na pole spojlerów, a tego chcę uniknąć. Powiem tylko tyle, że reżyser wielokrotnie pokazuje te same sytuacje z innej perspektywy (stosując przewijanie niczym oglądając film na kasecie video), co ciągle przykuwa uwagę do samego końca. Można powiedzieć, że to taki podrasowany „Czarny łabędź”, czyli znowu pojawiają się pytania o cenę perfekcji w zawodzie artystycznym, jednak to tylko tło dla mrocznego dreszczowca. Tak naprawdę nauka wywołuje jedynie silną traumę, naznaczającą na całe życie, zaś pod płaszczykiem edukacji jest psychiczne (i nie tylko) znęcanie się, a nawet pedofilia. Odkrywanie kolejnych elementów układanki wywołuje jedynie przerażenie oraz strach, zaś sama przemoc jest tutaj bardzo obrazowa, wręcz bezkompromisowa.

perfekcja2

Jednocześnie Shephard nie popada w stronę tandetnego kina klasy B, a realizacja jest więcej niż solidna. Wrażenie na mnie robi bardzo intensywna muzyka grana na wiolonczeli oraz kilka operatorskich tricków jak obracająca się kamera czy pięknie wyglądająca Kaplica. Do tego potrafi bardzo konkretnie budować napięcie jak podczas jazdy autobusem gdzieś na zadupiu. To jest bardzo dobrze poprowadzone i wciągające jak diabli.

perfekcja3

To wszystko by się posypało, gdyby nie bardzo wyraziste trio aktorskie na pierwszym planie. Fantastyczna robotę wykonuje Allison Williams, choć na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo wycofana, skrywająca się za serdecznym uśmiechem oraz mająca pewną mroczną tajemnicę. Kontrastem dla niej jest Logan Browning, będąca bardzo pewną siebie, ambitną, pełną pasji Lizzie. Dla niej akceptacja od Antona (bardzo solidny Steven Weber) jest dla niej kwestią życia i śmierci. Ale ten ostatni okazuje się ukrywającym się pod maską eleganckiego dżentelmena zwyrodnialcem. Niby perfekcja ma być dążeniem do Boga, ale tak naprawdę jest celem do zaspokojenia swoich potrzeb.

„Perfekcja” nie jest idealnym filmem, ale to jedna z największych niespodzianek zaserwowanych przez Netflix w tym roku. Przewrotny (niczym filmy Chan-wook Parka), mroczny, niepokojący, lecz także pociągający. Tego się nie będziecie spodziewać.

8/10

Radosław Ostrowski

The End of the F***ing World – seria 1

UWAGA!

Tekst zawiera pewne ilości spojlerów, więc czytacie na własną odpowiedzialność!!!

Na pierwszy rzut oka to typowa produkcja o młodych ludziach, wchodzących w dorosłe życie wręcz z impetem. Ale poznajcie tą parkę 17-latków: James uważa się za psychopatę, jest bardzo wycofany i lubi zabijać zwierzątka. Marzy mu się wejście na wyższy poziom, czyli zabicie człowieka. Alyssa ma matkę, która się nią nie interesuję, ojciec ją zostawił, zaś ojczym ma ją w dupie. Oboje w końcu decydują się uciec razem, lecz ona nie wie, że on chce ją zabić.

end of f world1

Serial Netflixa zrobiony wspólnie z Channel 4 to wywrotowa mieszanka kina inicjacyjnego, dramatu, kryminału i czarnej komedii. I jak wiele miksów, serial duetu Jonathan Entwistle/Lucy Tcherniak początkowo może być dość trudny do przyswojenia. Punkt wyjścia całej opowieści wydaje się dość pokręcony i dziwaczny, nawet za dziwaczny. Ale z tego całego zwariowanego, nie do końca normalnego świata, z czasem zaczyna się wyłuskiwać opowieść o pierwszej miłości, poczuciu bliskości oraz tworzeniu więzi między dwójką dość ekscentrycznych nastolatków. Zapomnijcie jednak o czymś w stylu Wesa Andersona, choć jest to specyficzne kadrowanie, gdyż po drodze dojdzie do paru mrocznych i brutalnych rzeczy (próba gwałtu, morderstwo, kradzież), dość szybkie przebitki montażowe oraz dorośli, którzy głównie rozczarowują, zamiast być drogowskazem i wsparciem dla młodych. Widać to najmocniej w przypadku Alyssy, mieszkającej z matką, nowym ojczymem oraz dwójką niemowlęcego rodzeństwa. Zaś ona sama jest traktowana jak śmieć przez dominującego w domu nowego męża. W końcu sam ojciec, który okazuje się być zwykłym dupkiem, co ułożył sobie nowe życie (ukrywając to przed córką, która go wielbi). A ojciec Jamesa (matka popełniła samobójstwo) jest bardzo wycofany i nie ma zbyt dobrego kontaktu z synem, chociaż się stara.

end of the f world2

Sporo jest tutaj bardzo specyficznego humoru z jakiego znana jest Matka Anglia: od absurdu i groteski (para naszych pań detektyw) po zderzenie charakterów (wewnętrzne monologi wygłaszane przez naszą parkę). Nie brakuje też krwi i przemocy, ale nie jest ona ani przerysowana, ani skrajnie naturalistyczna. I to przez pierwsze 3 odcinki może stanowić pewną barierę nie do przeskoczenia. Tak samo może drażnić bardzo otwarte zakończenie, chociaż odgłos strzału na koniec jest strasznym cliffhangerem. Na szczęście sama historia, skupiona na ewoluującej relacji Alyssy i Jamesa jest na tyle intrygująca, poprowadzona bez popadania w mielizny, że wierzę im. W tle jeszcze gra muzyka w duchu klasycznego rock’n’rolla oraz popu z lat 60., co tworzy jeszcze większe zamieszanie.

end of the f world3

Także aktorsko jest fantastycznie, choć nie ma tutaj znanych twarzy. Błyszczy tutaj duet Alex Lawther/Jessica Barden jako nasi główni bohaterowie, których relacja coraz bardziej zaczyna ewoluować: od obojętności przez coraz powolniejsze docieranie aż po szczerą miłość. Znakomicie wykorzystują scenariusz dający im spore pole do popisu. Każda postać (nawet epizodyczna jak kasjer Frodo czy wykładowca-gwałciciel) zapada tutaj w pamięć, ze szczególnym wskazaniem na duet śledczych (świetne Gemma Whelan i Wunmi Mosaku), stanowiących idealny kontrast dla siebie czy pozornie wyluzowanego ojca (Brian Ward), skrywającego pewną tajemnicę.

end of the f world4

Ciężko jest ocenić coś tak pokręconego jak „Koniec zj****ego świata”. Początkowo wydaje się dość dziwaczny i specyficzny, jednak z każdym odcinkiem zaczyna nabierać silnego rozpędu, dając wiele satysfakcji oraz zaskoczeń. Tylko ten finał wydaje się taki wkurzający, przez co trzeba czekać na ciąg dalszy. Chociaż czy powinien być?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Noc iguany

Wszystko zaczyna się od pewnego kościoła, gdzie posługę kapłańską pełni pastor Lawrence Shannon – człowiek słaby, przeżywający załamanie nerwowe oraz kryzys wiary. Podczas mszy doprowadza do poważnego incydentu, przez co zostaje usunięty z parafii. Teraz jest pilotem wycieczek dla biura podróży po Meksyku, gdzie jego klientkami są starsze panie oraz pewna młoda dziewczyna o imieniu Charlotte, która chce uwieść byłego duchownego. I ta relacja sprowadza na niego kłopoty, zwłaszcza z powodu „przyzwoitki” towarzyszącej Charlotte, która chce za wszelką cenę zniszczyć Shannona. Mężczyzna podstępem zmusza wycieczkę do przyjazdu do podskórnego i lekko podniszczonego motelu, prowadzoną przez dawną znajomą. Do tego samego miejsca przybywa portrecistka z swoim ojcem, pracującym nad nowym wierszem.

noc iguany1

Zawsze trudnym zadaniem jest przeniesienie na ekran sztuki teatralnej, zwłaszcza jeśli jest napisana przez wybitnego autora. Ale John Huston wiele razy pokazywał w swojej karierze, że nie boi się wyzwań, więc adaptacja sztuki Tennessee Williamsa nie wydawała się jakimś szaleństwem. Szczególnie, że już wcześniej przenoszono na ekran sztuki tego dramaturga. I znów mamy do czynienia z ludźmi, walczącymi ze swoimi tłumionymi pragnieniami, demonami oraz przewartościowaniem swojego życia. Nie ma tutaj klasycznie rozumianej akcji, zaś postacie poznajemy dzięki świetnie napisanym dialogom oraz relacjom. Tutaj reżyser bardzo spokojnie prowadzi wszystkich, pozwalając odkryć ich tajemnice. Bo i kogo tu nie ma: mierzący się z alkoholizmem oraz kryzysem wiary były duchowny Shannon, który chce sobie (oraz innym) coś udowodnić, ciągle apetyczna właścicielka hotelu Maxine, pełna silnego charakteru, młoda lolitka o imieniu Charlotte potrafiąca zdobyć każdego mężczyznę, jej opiekunka panna Fellowes, mocno tłumiąca w sobie uczucie wobec Charlotte (nie jest to powiedziane wprost, ale wydaje mi się, iż jest ona homoseksualistką). No i jest jeszcze tajemnicza Hannah – malarka, wędrująca z ojcem po całym świecie, sprawia wrażenie delikatnej, bardzo empatycznej persony, łatwo tworząc więź z Shannonem.

noc iguany2

Huston nie stosuje jakichś skomplikowanych formalnych sztuczek (może poza zbliżeniami na twarzach oraz drobnych masterszotach), jednak ten teatralny rodowód kompletnie nie przeszkadza. Osadzenie akcji w Meksyku podczas lata w motelu z dala od cywilizacji też buduje klimat pewnego odcięcia, rodzaju duszności, zaś emocje zaczynają z każdą chwilą gęstnieć. Jednak nie ma tutaj jakieś mocnego uderzenia, a zakończenie wydawało mi się troszkę zbyt radosne.

noc iguany3

Ten zwykły dramat nie miałby takiej siły ognia, gdyby nie znakomite aktorstwo z najwyższej półki. Richard Burton kolejny raz błyszczy jako rozedrgany, przechodzący kryzys duchowny, kochający mocne trunki i nie mający siły oprzeć się dziewczynom. Jednak dla mnie film skradły absolutnie magnetyzujące panie: pociągająca Ava Gardner (Maxime), bardzo stonowana Deborah Kerr (Hannah) oraz wręcz ekspresyjna Grayson Hall (panna Fellowes). Odstaje od tej reszty Sue Lyon, powtarzając niejako swoją kreację z „Lolity”, ale bez tej głębi.

noc iguany4

Huston kolejny raz pokazuje, że bardzo uważnie przygląda się ludzkiej duszy oraz wewnętrznym niepokojom. „Noc iguany” to kolejny przykład fantastycznego prowadzenia aktorów, którzy dają z siebie wszystko, ale jednocześnie nie czuć tak mocno bariery jaką często dają adaptacje sztuk teatralnych. Wiele dialogów (m.in. o błękitnym diable) to perełki, jakie zostaną długo po seansie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Lista Adriana Messengera

Adrian Messenger jest bardzo uznanym i cenionym pisarzem brytyjskim. Pewnego dnia przed wyjazdem do USA prosi swojego przyjaciela, emerytowanego generała MI5 o sprawdzenie ludzi z listy. Wieczorem samolot, którym leci pisarz zostaje wysadzony w powietrze. Jedynym ocalałym jest francuski weteran ruchu oporu, Raoul Le Berg. Generał Gethryn postanawia przeprowadzić własne śledztwo, w czym pomaga mu Francuz i okazuje się, że wszyscy z listy Messengera zginęli w dziwnych wypadkach.

adrian messenger1

John Huston sięgnął po utwór Philipa MacDonalda, tworząc coś w stylu mistrza Alfreda Hitchcocka (suspens, zagadka) oraz książek Agathy Christie (brytyjskie wyższe sfery). Film oparty jest na tajemnicy, która bardzo oszczędnie jest odkrywana przez naszego „detektywa”. Gethryn w wykonaniu George’a C. Scotta mógłby spokojnie być uwspółcześnioną wersją Sherlocka Holmesa, wykorzystując dedukcję oraz zdolność szybkich kojarzeń. Sama realizacja przypomina staroświecki, elegancki kryminał, gdzie zbrodnie są pokazywane niejako poza ekranem, zaś antagonista jest ciągle o krok przed naszymi bohaterami. Do tego osadzenie w środowisku brytyjskiej arystokracji dodaje pewnego specyficznego klimatu.

adrian messenger2

I jest jeszcze jeden istotny myk, który sprawia, że film zostaje w pamięci: gościnne cameo wielkich gwiazd (m.in. Robert Mitchum, Frank Sinatra czy Burt Lancaster), które zostały tak ucharakteryzowane, iż nie ma możliwości ich rozpoznać od razu (dopiero w finale zostają zdjęte maski). Wyjątkiem od tej reguły jest Kirk Douglas, który jest tutaj głównym antagonistą, zaś jego zdolności kamuflażu są pokazane niemal od pierwszej sceny. Dla wielu może pewnym problemem być wyjaśnienie całej intrygi oraz motywacja naszego złola, która brzmi dość niepoważnie. Jakby wymagała ona zbyt dużo wysiłku do osiągnięcia swojego celu, ale można na to przymknąć oko. Tak samo na drobny portrecik arystokracji, która ciągle urządza polowania na lisa oraz gra w karty. Można się czepić drobnych niedoróbek (przywiązane linki do aktorów widoczne przy zbliżeniach podczas polowania na lisa), jednak zarówno zdjęcia, jak i scenografia czy jazzująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha z szybkim motywem fortepianowym są wysokiej jakości.

adrian messenger3

Huston dobrze się bawi w układanie całej intrygi, w czym pomaga mu obsada. Wspomniani już Scott i Douglas po prostu błyszczą, choć ten pierwszy wydaje się mieć o wiele więcej do roboty. Kirk nadal ma w sobie sporo uroku, który tutaj dodaje mu odrobinę demonicznego charakteru, pasując do przebiegłości jego postaci. Poza tym duetem warto wspomnieć o czarującej Danie Wynter (lady Bruttenholm) oraz Jacques Roux (pomagający w śledztwie Le Berg), dodając animuszu do całości.

adrian messenger4

„Lista” to jeden z lżejszych filmów w karierze Hustona, który nadal potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Mimo pewnej staroświeckości, a może dzięki niej, potrafi dostarczyć masę frajdy, jakiej rzadko się dzisiaj dostaje. Elegancka zabawa w tajemnicę.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Przez Pacyfik

Początek grudnia 1941 roku. Kapitan Rick Leland wskutek pewnego działania (kradzież pieniędzy ze sztabu) zostaje zwolniony ze służby. Mężczyzna decyduje się wyruszyć statkiem do Azji, zaś w trakcie wyprawy poznaje doktora Lorenza oraz apetyczną Albertę Marlowe. Powoli zaczynamy odkrywać jakie są prawdziwe motywy działania Lelanda, który okazuje się tajnym agentem wojskowego wywiadu.

przez pacyfik1

Opromieniony sukcesem „Sokoła maltańskiego” John Huston tym razem postanowił wymieszać kryminał, dramat szpiegowski oraz melodramat. Całość niemal rozgrywana w kilku różnych lokacjach, chociaż początek może wydawać się teatralna w formie (większość akcji dzieje się na statku), zaś intryga toczy się bardzo powoli, wręcz ospale. Owszem, robi wszystko, by nie zanudzić, dodając masę humoru (złośliwe docinki między Lelandem z Marlow) czy kilka podnoszących napięcie scen akcji (próba zabicia doktora czy próba zdobycia informacji na temat położenia uzbrojenia). Problem jednak w tym, że to wszystko wydaje się gryźć ze sobą i nie wywołuje to takiego zaangażowania, jakiego można się było spodziewać. Do tego jeszcze dodajmy bardzo nachalną muzykę (typową dla tego okresu kina), brak jakiegoś silnego zaangażowania w całą opowieść, no i wręcz zbyt widowiskowy finał.

przez pacyfik2

Huston próbuje przykuć uwagę aktorstwem i udaje się zebrać znajomych z „Sokoła”: Humphreya Bogarta, Mary Astor oraz Sydneya Greenstreeta. Pierwszy jest typowym dla siebie Bogartem, czyli szorstkim, cynicznym twardzielem w prochowcu z twardymi pięściami oraz złośliwym poczuciem humoru. Czyli solidny standard. Astor ma w sobie wiele uroku oraz zadziornego charakteru, zaś docinki między nią a postacią Bogarta są dla mnie najlepszymi fragmentami tego tytułu. Zaś Greenstreet zgrabnie podtrzymuje fason jako elegancki dżentelmen, działający bardzo nieczysto. Reszta robi tylko za tło.

przez pacyfik3

„Przez Pacyfik” jest filmem Hustona, który pod koniec pracy otrzymał powołanie do armii i dzieło zostało dokończone przez Vincenta Shermana. Ale nie zmienia to tego, że niezbyt dobrze wytrzymał próbę czasu, głównie przez bardzo odstraszające tempo oraz nieangażującą intrygą. Szkoda bardzo.

5,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Doktor Freud

Zygmunt Freud – jedna z najważniejszych postaci przełomu XIX i XX wieku, tworzący silne fundamenty pod współczesną psychologią. Jego teoria dotycząca „kompleksu Edypa” była przełomem dla nauki, choć początkowo była odrzucona przez środowisko naukowe. Wreszcie o jego pracy postanowili sięgnąć filmowcy, zaś jednym z pierwszych był John Huston.

dr freud1

Cała opowieść zaczyna się w momencie, kiedy Freud popada w konflikt ze swoim przełożonym w Wiedniu, dr Meynerta. Wszystko dotyczy histerii – wówczas uważanej za chorobę kobiecą, będącą źródłem nerwic. Zygmunt decyduje się wyjechać do Paryża, gdzie poznaje profesora Charcota, mającego inne zdanie oraz wykorzystujący hipnozę do leczenia pacjentów (a to było nieuznawane za środowisko). Wraca do Wiednia, gdzie pojawia się na jego drodze dr Breuer, który prosi go o pomoc przy badaniu swoich pacjentów.

dr freud2

Scenariusz do filmu napisał znawca naukowca, słynny francuski filozof Jean-Paul Sartre, jednak mający ponad tysiąc stron tekst nie za bardzo nadawał się do ekranizacji. Twórcy skupiają się na pięciu latach badań Freuda, doprowadzających do odkrycia, że świadomość a myśli to nie jest to samo. A co jest źródłem histerii i czy dotyka tylko kobiet? Odpowiedzi na te pytania są poznawane bardzo powoli, zaś kluczowe są tutaj dwa wątki: badanie pacjentki Cecylii Koertner (kobieta cierpi na paraliż nogi i bezsenność) oraz męcząca tajemnica Freuda, która męczy go od momentu pogrzebu ojca (lekarz mdleje przed bramą cmentarza). Obydwa te „dochodzenia” są prowadzone za pomocą dialogów oraz ciągle odkrywanych retrospekcji z lekko „zasmugowanymi” ujęciami. Dla mnie problemem było – troszkę wrzucone na siłę – wątki dotyczące żony Freuda, które tak naprawdę niczego dla mnie nie wnosiły. Wrażenie za to robią monochromatyczne zdjęcia, bardzo szczegółowa scenografia oraz wyrazista muzyka Jerry’ego Goldsmitha (jedna z pierwszych dużych prac kompozytora), wykorzystująca elektronikę.

dr freud3

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach Montgomery Clift w tytułowej roli. Bardzo wycofany, wręcz powściągliwy, ale konsekwentnie dociekliwy i skupiony. Zwłaszcza podczas rozmów z pacjentką (mocna Susannah York) oraz ze swoim przyjacielem Breuerem (świetny Larry Parks), potrafi wyczuć swoją postać. No i ma pewne własne demony do poskromienia.

„Doktor Freud” to jeden ze spokojniejszych, bardziej kameralnych filmów w dorobku Hustona. Solidna biografia, skupiona przede wszystkim na naukowych dokonaniach lekarza, z wybijającą się rolą Clifta (jedną z ostatnich w karierze).

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Skłóceni z życiem

Kiedy poznajemy Roselyn rozwodzi się ze swoim mężem. Mieszka ze swoją najlepszą przyjaciółką i próbuje na nowo poukładać sobie życie. Przypadkowo poznaje w barze dwóch przyjaciół: kierowcę i pilota Guido oraz kowboja Gaya. Panowie razem polują na dzikie konie, sprzedając je handlarzom. Kobieta dość szybko zaprzyjaźnia się z mężczyznami i dołącza do kolejnej wyprawy. Razem z nimi dołącza stary znajomy Guya, uczestniczący w rodeo Perce’a Howlanda.

skloceni z zyciem1

John Huston w 1961 roku postanowił pójść w zupełnie innym kierunku niż zwykle. Zamiast kina gatunkowego, mamy poważny dramat psychologiczny skupiony na trzech facetach oraz jednej kobiecie. Niby dwóch z nich to kowboje, ale w dzisiejszych czasach to słowo ma inne znaczenie niż teraz. Może i przestrzeń pozostała niezmieniona (tylko koni jakoś mniej niż zwykle), ale zamiast wolności jest samotność, nałogi oraz wręcz pustka życia. Guy poluje na konie, które potem zostają przerobione ma pokarm dla psów, niby ma dwie córki, ale ich nigdy nie widzi. Guido nadal prowadzi samolot i mieszka w domu, gdzie zmarła jego żona. Z kolei Perce jest wręcz uzależniony od rodeo i nie może pogodzić się ze śmiercią ojca oraz ślubu matki z nowym facetem. Z tego powodu nie może już być ranczerem. Każdy z tej trójki nie chce dostosować się do nowych czasów („wszystko jest lepsze od etatu”), ale zamiast wolności, tkwią w kolejnej pułapce, stając się niejako wyrzutkami społeczeństwa. I do nich trafia młoda kobieta na rozstaju dróg, ale ona ma jeszcze wszystko przed sobą. Ma jeszcze wybór, tylko co zrobi?

skloceni z zyciem3

Trudno mówić tutaj o fabule, bo Huston skupia się na relacjach między bohaterami. Przyjaźń zostaje tutaj mocno wystawione na próbę, zaś obecność młodej, troszkę naiwnej kobiety zmusza do weryfikacji oraz budzi pewne tłumione emocje. Miłość, zazdrość, nieufność – wszystko to zaczyna wyłazić, chociaż reżyser wszystko prowadzi w sposób stonowany. Nie brakuje chwytających momentów (scena tańca Roselyn z Guido, rodeo), ale mi najbardziej w pamięci pozostanie finałowe polowanie. Tutaj dochodzi do ostatecznego zdarcia romantycznego spojrzenia na wizerunek kowboja. Zamiast poczucia wolności – samotność, lęk, poczucie zmęczenia. Wszystko podane w fantastycznych dialogach, pewnej (choć spokojnej) reżyserii, okraszonej świetną muzyką.

skloceni z zyciem2

I do tego mamy prawdziwe spotkanie na aktorskim szczycie. Największą niespodziankę robi tutaj Marilyn Monroe prezentując (chyba) najdojrzalszą kreację w swojej karierze. Niby nadal wydaje się mieszanką naiwności, nieporadności ze szczerością oraz urokiem, ale tutaj dosłownie chwyta ze serce i wierzy się jej. A jednocześnie nie kipi seksapilem, co jest zaskoczeniem. Klasę za to prezentują znakomici Clark Gable oraz Montgomery Clift. Obaj dość zmęczeni życiem, znający się niemal jak łyse konie i mają wiele demonów przeszłości, tkwiąc niejako w swoim niby-wolnym życiu. Bardzo wyraziste postacie, z najlepszymi dialogami. W podobnym tonie nadaje Eli Wallach jako żyjący przeszłością Guido, tworząc tragiczną postać.

skloceni z zyciem4

Polskie tłumaczenie idealnie oddaje klimat oraz charakter filmu Hustona. Filmu o przemijaniu, życiu w nieprzyjemnych czasach niczym niedopasowane kawałki puzzli. Jeden z najmocniejszych, wręcz drapieżnych filmów amerykańskiego reżysera, plasujący się w ścisłej czołówce.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

The Highwaymen

Bonnie Parker i Clyde Barrow – ta para kochanków-morderców stali się pierwszymi sławnymi bandytami czasów Wielkiego Kryzysu. Ale ta sława spowodowała, że ludzie coraz bardziej zaczęli fascynować się nimi, czcząc ich jak bogów. Doczekali się nawet pokazania swoich losów na dużym i małym ekranie,  ale Netflix postanowił pójść w zupełnie innym kierunku. Całą tą historię prezentuje z perspektywy tropiących ich gliniarzach (a dokładniej byłych Strażnikach Teksasu): Franka Hamera oraz Manny’ego Gaulta.

highwayman1

Reżyser John Lee Hancock zrealizował ten film w taki sposób, jakby to była produkcja skierowana dla telewizji. Bardzo kameralna, spokojnie, wręcz ospale poprowadzona historia, ale zrealizowana w bardzo stylowy sposób. Mamy tutaj bardzo szczegółowo odtworzone realia lat 30., zaś całość (poza kryminalnym wątkiem) jest mieszanką kina drogi i… westernu. Ale zapomnijcie o jakiś widowiskowych strzelaninach (te są pokazywane z oddali) – może poza finałem czy dynamicznych pościgach. W zamian dostajemy zbieranie dowodów i poszlak, piękne krajobrazy oraz zderzenie dwóch weteranów ze współczesnym światem, którego nie rozumieją. Świata nie tylko pełnego dość rozwiniętej technologii (radia w samochodach, podsłuchy, auta, mocniejsze bronie), ale świata coraz bardziej brutalnego, gdzie sławę otrzymują bandyci, stając się współczesnymi bohaterami mass-mediów oraz społeczeństwo. Czyżby ten świat zwariował? I ta konfrontacja ze współczesnym światem jest jednym z ciekawszych wątków tego filmu.

highwayman2

Hancock bardzo sprytnie za to bawi się tym śledztwem. Sami nasi antagoniści nie są pokazywani z przodu, w pełnej sylwetce, tylko albo gdzieś z tyłu, albo z bardzo daleka. Zupełnie jakby Bonnie i Clyde byli nie z tego świata, jakimś nadprzyrodzonym tworem, co bardzo dobrze działa. Ale mimo znajomości finału, reżyserowi udaje się utrzymać uwagę do samego końca i ma kilka naprawdę mocnych scen (rozmowa z ojcem Clyde’a czy wspomnienie ataku na zbiegów i początek przyjaźni Franka z Mannym), które dodają smaczku do całości, podnosząc odrobinę poziom.

highwayman4

No i jeszcze mamy naprawdę świetny dobrany duet w rolach głównych, czyli Kevina Costnera i Woody’ego Harrelsona. Czuć między nimi taką szorstką przyjaźń, scementowaną latami doświadczenia, mimo dość dłuższej przerwy oraz różnie potoczonych losów. Ich wspólne przekomarzania, utarczki oraz zaufanie to najmocniejsza aktorsko karta w dorobku. Na drugim planie przewija się głównie Kathy Bates (gubernator Ma Ferguson) oraz John Carroll Lynch (naczelnik Lee Simmons), który – jak zawsze – trzymają fason, mimo krótkiej obecności na ekranie.

highwayman3

Muszę przyznać z czystym sumieniem, ze „The Highwayman” to jeden z lepszych filmów Netflixa ostatnich miesięcy. Zaskakująco kameralna opowieść zrobiona za skromne pieniądze, ale za to z pewną ręką, mocną obsadą oraz stylową realizacją. Wielu może odstraszyć bardzo wolne, wręcz żółwie tempo, ale ta demitologizacja pary zabójczych kochanków robi dobre wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

House of Bamboo

Rok 1955, Tokio. Niby wojna się skończyła, ale jeszcze amerykańskie wojsko tutaj stacjonuje. Cała opowieść zaczyna się w momencie, gdy dochodzi do ataku na konwój wojskowy. Podczas akcji zostaje zabity sierżant amerykańskiej armii. W tym samym czasie do miasta przybywa były wojskowy Eddie Spanier, który jest przyjacielem żołnierza. Dopiero po pewnym czasie okazuje się, że jest on agentem wywiadu wojskowego, zaś jego zadaniem jest infiltracja gangów.

house of bamboo1

Samuel Fuller tym razem został wsparty przez wytwórnię 20th Century Fox i nakręcił kryminał osadzony w dość egzotycznym tle. Stolica Japonii wygląda imponująco jako tło dla kryminalnej intrygi. Nie brakuje zaułków, tajemniczych spotkań, facetów w garniturach oraz tajemnicy. Reżyser bardzo powoli i spokojnie prowadzi całą układankę. To jak nasz bohater zaczyna zdobywać zaufanie gangu Sandy’ego, jak działa struktura mafii, werbunek, przygotowania do skoków. Wchodzi to gładko jak po maśle, ale jest jeden poważny szkopuł. Dodano do całej historii wątek miłosny między Eddiem a wdową po zamordowanym żołnierzu, Japonce Mariko. Niby czuć, że nie jest ona zbyt dobrze odbierana, bo dla kobiety jest to synonim hańby. Niemniej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jest to dociśnięte na siłę, wręcz będące balastem.

house of bamboo2

Realizacyjnie się trudno do czegokolwiek przyczepić. Wrażenie robi przede wszystkim zdjęcia oraz realia Japonii tuż po wojnie. I do tego niemal każdy Japończyk zna troszkę angielski (a nasz wywiadu niekoniecznie), co raczej wynika z czasów realizacji. Sceny akcji są troszkę statyczne (oprócz finału na dachu, gdzie jest plac zabaw), wiele zdarzeń jest przewidywalnych i brakuje w tym wszystkim jakiegoś pazura, kopa, energii.

house of bamboo3

Jedyne, co wznosi film na wyższy poziom jest aktorstwo, które godnie znosi próbę czasu. Najbardziej wybija się Robert Ryan jako szef gangu Sandy. Zawsze spokojny, opanowany, wręcz niemal na luzie, ale kiedy się mu nadepnie na odcisk, potrafi zaatakować. Po drugiej stronie mamy Roberta Stacka jako troszkę zblazowanego Eddiego, bardzo powoli odkrywając kolejne elementy jego układanki. Solidnie prezentuje Shirley Yamaguchi w roli Mariko, przekonująco pokazując rozterki związane ze związkiem z cudzoziemcem.

house of bamboo4

Trudno mi jednoznacznie ocenić „House of Bamboo”, bo Fuller potrafi wciągnąć i parę razy zaskoczyć realizacją. Ale jednocześnie nie angażuje tak bardzo, jak można było się tego spodziewać, zaś parę wątków (relacja z Mariko) można było bardziej rozwinąć i rozbudować.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek, który zabił Hitlera i Wielką Stopę

Tytuł tego filmu rzuca się w oczy, czy się to komuś podoba, czy nie. I wiele osób już sobie wyobrażało (w tym i ja), że będzie to jakieś zwariowane, zakręcone kino klasy B w stylu „Iron Sky” czy jakiegoś innego „Kung Fury”. Tylko, że debiut Roberta Krzykowskiego idzie w zupełnie inną stronę niż można się było tego spodziewać. Ale po kolei.

czlowiek, ktory zabil hitlera1

Poznajcie Calvina Barra – na pozór wydaje się zwyczajnym, starszym panem z wąsami oraz przyprószonymi włosami. Mieszka sam, prowadzi spokojne życie emeryta i w zasadzie na nic już specjalnie nie czeka. Problem w tym, że nasz bohater skrywa głęboko tajemnicę. W czasie wojny dokonał (na zlecenie rządu) zabójstwa Adolfa Hitlera, co zostało utajnione przez obie strony konfliktu. Ale rząd znowu prosi mężczyznę o wykonanie trudnego zadania. W okolicy panoszy się Wielka Stopa, która roznosi śmiertelnie groźną chorobą, zaś Barr – jako nieliczny jest odporny na chorobę – jest jedyną nadzieją na zabicie monstrum.

czlowiek, ktory zabil hitlera2

Może i opis fabuły brzmi jak coś szalonego i niepoważnego, to jednak reżyser idzie w stronę czysto kampowego, niepoważnego kina. Ale „Człowiek, który zabił…” jest przede wszystkim dramatem skupionym na Barrze – zmęczonym, troszkę zgorzkniałym człowiekiem, który nie jest dumny z tego, co zrobił, choć wydaje się być traktowany niczym mityczny heros przez ludzi władzy. Jednak to miało pewną cenę w postaci zerwania kontaktów, rozstania z ówczesną dziewczyną, zgorzknieniem. Przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością działa tutaj dobrze, mieszając ze sobą klimat przygody, akcji i melancholii. To się powinno gryźć i nawzajem wykluczać, lecz jakimś dziwnym cudem zazębia się w spójną całość. Nie brakuje akcji (zamach na Hitlera wzięty z niemal jakiegoś wariackiego kina szpiegowskiego – zrobienie broni to jakieś wariactwo czy atak na złodziei), pięknych kadrów (widok martwej strefy i polowanie na Wielką Stopę) oraz surviwalowej walki (ostatnie pół godziny).

czlowiek, ktory zabil hitlera3

Do tego trudno przyczepić się do filmu pod względem realizacyjnym. Zgrabnie odtwarza zarówno okres przedwojenny oraz realia lat 70. (sprzęt wojskowy), do tego muzyka też odpowiednio buduje nastrój, ale jest też odpowiednio epicka. No i sam stwór stworzony przy pomocy legendarnego Douglasa Trumbulla (tworzył efekty specjalne m.in. do „Blade Runnera” czy „2001: Odysei kosmicznej”), sprawiający wrażenie niezłomnej bestii.

czlowiek, ktory zabil hitlera4

Jednak to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie grający główną rolę Sam Elliott (i będący jego młodszym wcieleniem Aidan Turner) – bardzo wycofany, małomówny, ale mający w sobie sporo siły oraz determinację i wiele demonów do pokonania. Jest to bardzo złożona postać, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda. Swoje robi też solidny Ron Livingston jako agent FBI oraz Caitlin Fitzgerald jako miłość Calvina.

Choć tytuł zapowiadał coś zwariowanego, film Krzykowskiego tylko ociera się o kino campowe, stając się pełnokrwistym dramatem psychologicznym z miejscami odjechanymi pomysłami realizacyjnymi. Powinno się to gryźć ze sobą, ale reżyserowi udaje się stworzyć spójne, intrygujące kino. Mam dziwne wrażenie, że jeszcze o reżyserze usłyszymy.

7/10

Radosław Ostrowski