Duże zwierzę

Znowu wskoczyłem do małego miasteczka, gdzie ludzie żyją ze sobą dobrze i każdy zna każdego. Jednym z takich zwykłych ludzi jest Zygmunt Sawicki – bankowy urzędnik, mieszkający z żoną-przedszkolanką. I dalej by prowadzili swoje zwykłe, szare życie, ale pojawił się… wielbłąd z cyrku. Jak się pojawia po raz pierwszy, wręcz wynurza się z mgły niczym istota nie z tego świata. I wtedy życie państwa Sawickich zmienia się. I to bardziej niż mogliby sobie wyobrazić.

duze_zwierze1

To, że Jerzy Stuhr jest świetnym aktorem, nie trzeba nikogo przekonywać. W którymś momencie aktor stwierdził, iż samo granie to za mało i – jak wielu aktorów przed nim oraz po nim – sam chwycił za kamerę. Nakręcone w 2000 roku „Duże zwierzę” to było czwarte podejście, tym razem oparte na zaginionym (przynajmniej tak się wydawało) scenariuszu Krzysztofa Kieślowskiego, który został poddany sporym modyfikacjom. Ale nadal czuć tutaj ducha kina moralnego niepokoju, czyli filmów, gdzie bohater stara się żyć po swojemu, mimo presji otoczenia, płacąc za to (zazwyczaj) sporą cenę. Tutaj symbolem tej inności staje się wielbłąd – zwierzę bardzo egzotyczne, jak na nasze położenie geograficzne. Samo w sobie nie musi być przyczyną spięć, ale postawa Sawickiego wobec tego zwierzaka. Że nie chce się z nim dzielić – a to fotograf chce go wykorzystać jako „narzędzie”, a to reżyser proponuje udział w reklamie, a to strażacy by go chcieli jako fant na loterii, a to dzieci chcą na nim usiąść albo chociaż pogłaskać. A pan Sawicki mówi nie, więc trzeba mu dołożyć, bo to NASZ wielbłąd.

duze_zwierze2

I reżyser krótkimi scenkami pokazuje zmieniający się stosunek ludzi do wielbłąda, jak i do jego właściciela: od zwykłej ciekawości przez ogromne zainteresowanie aż po wrogość. Wizyty w urzędzie, na sesji rady, wreszcie zmniejszenie się ilości dzieci w przedszkolu. To wszystko jest skontrastowane z niemal poetyckimi ujęciami dnia codziennego Sawickich (obiad przy oknie czy spacer z wielbłądem poza miastem), co budziło we mnie skojarzenie z… Jimem Jarmushem. Nawet te czarno-białe zdjęcia nie są zbiegiem okoliczności: w tych kadrach wielbłąd wybija się jeszcze bardziej, wnosząc w rodzinę Sawickich – co jest pewnym paradoksem – więcej kolorów do ich życia. I ta właśnie radość staje się źródłem zawiści, wrogości oraz kolejnych szykan (urzędnicy, weterynarz, nawet orkiestra). Niby to już znamy i było multum razy, jednak Stuhrowi udaje się zaangażować w tą całą opowieść, mimo iż jest schematyczna oraz dość krótka (nieco pond godzinę). Zaś ostatnia scena wręcz porusza – tak samo jak muzyka debiutującego Abla Korzeniowskiego.

duze_zwierze3

Ten film jednak by się nie udał, gdyby nie trzy fantastyczne kreacje. Po pierwsze: Jerzy Stuhr – bardzo empatyczny wobec zwierzęcia, które traktuje tak, jak członka rodziny (te rozmowy na spacerach – poezja), ale jednocześnie pozostaje prostolinijny i nie zapatrzony w zysk czy wykorzystywanie do własnych celów. Podobnie życzliwa jest Anna Dymna w roli żony, tworząc bardzo piękny duet na ekranie. No jak nie polubić tej pary? Jednak nawet oni musieli ulec znakomitemu Fabio, czyli tytułowemu bohaterowi. Zwierzę wygląda przepięknie, kamera bardzo go uwielbia, a porusza się z godnością niczym monarcha. Od dawna nie pamiętam tak świetnej kreacji zwierzęcej.

„Duże zwierzę” nie jest, jak się wydaje, wypocinami po kinie moralnego niepokoju, nie mającym już dzisiaj racji bytu. To historia ludzi, którzy starają się żyć po swojemu, lecz małe miasteczko nagle staje się dla nich za małe, za ciasne. A wszystko z powodu pewnego wielbłąda, będącego tutaj pięknym ptakiem, dodając wiele życia w szarej rzeczywistości. Małe, ale piękne kino.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Kochankowie roku tygrysa

Filmy o miłości to jedne z najbardziej niewdzięcznych gatunków filmowych (obok komedii). Tutaj wiele zależy od chemii między parą bohaterów oraz tym, jak poprowadzona zostanie ta relacja. Jak sobie w 2005 roku podszedł do tego gatunku Jacek Bromski?

Początek to rok 1913. Do pogranicza rosyjsko-chińskiego dociera dwóch Polaków, ściganych przez carskie wojsko. Podczas przeprawy przez rzekę na granicy, jeden z nich zostaje zastrzelony, a drugi (Wolski) ciężko poraniony trafia na drugą stronę tajgi. Tam zostaje odnaleziony przez myśliwego, który sprowadza go do domu, gdzie mieszka z żoną oraz córką. By nie dopuścić do zbałamucenia dziewczyny, ojciec decyduje się ściąć córce warkocz.

kochankowie_tygrysa1

Jeśli liczycie na wielkie uniesienia, dużą dawkę emocji oraz chwytające za serce sceny pełne romantyzmu, to… poszukajcie sobie innego filmu. Bromski kompletnie olewa tą parę bohaterów, serwując zdjęcia pięknej przyrody, zwierząt oraz rozmów o wielkim świecie. Skąd ta taktyka? Bo nasz ocalony Wolski nie orientuje się, że on to naprawdę ona. O ile na początku, gdy jest jeszcze osłabiony, można to jakoś w miarę zrozumieć, o tyle w dalszej części jest to kompletnie idiotyczne. Owszem, włosy ma krótkie niczym facet, ale piersi niejako wystają z ubrania (w sensie ich kształt jest widoczny). I to kładzie na łeb cały wątek romansowy, który pojawia się dopiero w ostatnim kwadransie, robiona na kolanie, na chybcika. I ja miałbym w to uwierzyć? Jedna krótka scenka, zbliżenie i już mamy wielką miłość? Zupełnie jakby reżyser przypomniał sobie, że kręci melodramat. Panie Bromski, pogratulować refleksu!

kochankowie_tygrysa2

Realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo film wygląda naprawdę solidnie. Zdjęcia Marcina Koszałki potrafią zachwycić (zwłaszcza, gdy filmuje lokalną przyrodę), muzyka w tle jest całkiem ok, zaś scenografia i kostiumy nie wygląda na tandetną taniochę. Co z tego, że całość wygląda całkiem nieźle (przyroda sama się broni), w tle gra nawet przyjemna muzyka, skoro kompletnie nie angażuje? Do tego mamy jeszcze wpleciony wątek współczesny, doklejony bardzo na siłę. I nawet aktorzy, z Michałem Żebrowskim na czele, nie bardzo mają co grać.

„Kochankowie roku tygrysa” to melodramat, który zaprzecza wszelkim regułom tego gatunku. Kompletnie pozbawiony jakichkolwiek emocji, bardziej skupiający się na przyrodzie niż na bohaterach, co mocno szkodzi całości. To miał być melodramat czy dokument dla National Geographic?

2/10

Radosław Ostrowski

Ryś

Małe miasteczko gdzieś podczas II wojny światowej. Tutaj życie płynie w miarę spokojnie, a wszystko poznajemy z perspektywy młodego wikarego, księdza Konrada. Musi tez pełnić funkcję proboszcza, który został wcześniej aresztowany. I to właśnie do niego zgłasza się niejaki ”Ryś” – młody partyzant. Prosi księdza o rozgrzeszenie, bo musi wykonać wyrok śmierci na stelmachu Alojzie, który dopuszcza się zdrady. Duchowny nie jest przekonany i próbuje najpierw wybadać sprawę.

rys1

Kolejny przykład filmu wojennego, gdzie samej wojny tutaj nie widać. Niby toczy się gdzieś w tle, sporadycznie pojawią się Niemcy w mundurach, jakieś strzały w tle. Można odnieść wrażenie, że wojna to jakieś wydarzenie gdzieś tam, strasznie odległe. Ale dla Stanisława Różewicza to tło jest pretekstem do dyskusji o odpowiedzialności. Nie tylko za swoje czyny, bo to oczywiste, lecz także za innych ludzi, co w przypadku księdza jest bardzo istotne. Tylko, że ten duchowny wydaje się jakby nieobecny. Sytuacja zmusza go do bycia przywódcą, jednak Konrad (intrygujący Jerzy Radziwiłowicz) sprawia wrażenie bardzo zamyślonego, jakby nieobecnego, oderwanego od rzeczywistości (oniryczne, czarno-białe sceny). Ciągle jest sprowadzony przez gosposię (świetna Ryszarda Hanin) na ziemię, która wydaje się bardziej doświadczona życiowo.

rys2

Ale reżyser obiecuje też pewną intrygę związaną z wyrokiem na stelmacha oraz postacią „Rysia”. I tutaj najmocniej wybija się kwestia odpowiedzialności. Bo, bez względu na okoliczności, morderstwo pozostaje morderstwem. Ta kwestia wręcz filozoficzno-metafizyczna wybija się na pierwszy plan, zaś tajemnica związania z „Rysiem” każe rozpatrywać ten wątek jako próbę, kuszenie księdza. Więcej nie mogę zdradzić, bo bym zepsuł wiele, zaś reżyser zachowuje wiele subtelności i niedopowiedzeń przez bardzo długi czas (aż do finału, wykładając wszystkie karty). Po drodze pokazując wiele pięknych kadrów przyrody, zmieszanych z pewną surowością. Także scenografia (ze szczególnym wskazaniem na budynek kościoła) robi piorunujące wrażenie.

rys3

Także aktorsko jest więcej niż dobrze. Poza wspomnianym Radziwiłowiczem, fantastycznie wypada Piotr Bajor w roli tajemniczego Rysia – młodego, wyglądającego niewinnie młodzieńca, podporządkowanemu rozkazom. Ale w jego zachowaniu (zwracanie się bezpośrednio per ty do księdza czy niemal przerażający śmiech) jest coś tajemniczego, zagadkowego, zmuszającego do szukania drugiego dnia. Podobnie naznaczony tajemnicą jest Alojz (Franciszek Pieczka, który znowu potwierdza klasę) – wycofany, trzymający się z daleka, mówiącego nie wprost wiele rzeczy.

Choć tytuł może kojarzyć się z kontynuacją „Misia”, Różewicz pokazuje wojnę z perspektywy bardziej kameralnego dramatu, skupiającego się na psychologicznych rozterkach młodego duchownego, mierzącego się z poważnymi dylematami. Choć nigdzie się nie spieszy, a miejscami wręcz kontempluje, nuda jest tu kompletnie nieznana.

7/10

Radosław Ostrowski

Jakubik & Deriglasoff – 40 przebojów

R-10048859-1490719707-4967.jpeg

Kiedy dwie wyraziste osobowości ścierają się ze sobą, należy spodziewać się absolutnie wszystkiego. Ale tym razem są to bardzo niezapomniane charaktery: Olaf Deriglasoff (legenda sceny alternatywnej) oraz Arkadiusz Jakubik (wokal). Panowie razem nagrali album z 40 kawałkami I to dzieło można (legalnie) ściągnąć za darmo na stronie Narodowego Centrum Kultury. Jak udało się to upchnąć?

Cały myk polega na tym, że żaden z utworów nie trwa dwie minuty, gdzie będziemy mieli do czynienia z różnymi stylistykami, bazując na wszelkiej maści dźwiękach elektronicznej. Nie brakuje niemal psychodelicznej, “garażowej” rąbanki (“Zatruty owoc”), kompletnie przemielonej gitary w niemal industrialnej rzeźni (“Morderca”, “Odliczanie”), ambientowe cudadła (“Koło”), strzelającej perkusji (“Andrzej”), niemal dyskotekowego bitu (wykrzyczany “Czas”), nowofalowe dźwięki gitary (“Podmorskie pałace”, “Plastikowe maski”), a nawet cyfrowo przerobiony wokal (“Czas”, “Prawda o drzewach”, “Sorry”) czy orientalne wstawki (“Reszta”). Niby utwory są krótkie, ale nie oznacza to, że są nudne i niewiele się dzieje. Nie brakuje zmiany tempa (“Kartki pocztowe”), niemal bombastycznych ciosów (“Miasto”, “Sobota impuls”), wysamplowanych dźwięków (odgłos pociągu w “Jamesie” czy jakiejś maszynerii w “Jonaszu”). Bywa wręcz miejscami na granicy wariactwa (“Szmata”), bólu uszu (“Szklane wodorosty”) czy wejścia w zupełnie inny wymiar (“Magnetofon” czy jazzowa “Pierwsza zmiana”), zaś krótki czas trwania wywołuje we mnie zdziwienie, że to już. Ale i z czasem utwory zaczynają się zlewać w jedno, mimo eksperymentalnych udziwnień Deriglasoffa oraz kompletnie zmieniającego tembr głosu Jakubika.

Ale czy “40 przebojów” to nie jest troszkę za dużo? Dla mnie to za szybko się kończy, czasami teksty wydają się kompletnie niezrozumiałe, a czasem jest poczucie wręcz przesytu dźwięków. Nie oznacza to jednak, ze jest to dzieło nieudane, bo są przebłyski. I warto spróbować dać szansę temu duetowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

American Animals

Było już wiele filmów o realizacji różnych skoków. Napadano na banki, kasyna czy jubilerów, więc co można przygotować w tym gatunku? Ale reżyser Bart Lyndon postanowił zaryzykować i sięgnąć po prawdziwą historię napadu na… bibliotekę. Nie, to nie jest śmieszne, bo w 2004 roku czterech studentów postanowiło ukraść rzadkie książki z uniwersyteckiej biblioteki („Ptaki Ameryki” Jamesa Audubona oraz książkę o ewolucji Darwina), których wartość wynoszą miliony dolarów.

american_animals1

„American Animals” nie jest do końca klasycznym heist movie. Nie dlatego, że nie wykorzystuje klasycznych elementów tego gatunku (zebranie ekipy, przygotowanie planu, realizacja), ale film formą się bawi. Pamiętacie taki film „American Splendor”? Reżyser miesza tutaj fabułę z paradokumentalnym stylem – mamy wplecione fragmenty rozmów z najbliższymi, a nawet samymi bohaterami (prawdziwymi, a nie ich filmowymi odtwórcami). Ta sztuczka czyni ten film o wiele, wiele interesującym materiałem. Zdarzają się pewne sprzeczności, bo niektóre wydarzenia każdy pamięta inaczej, a ten zabieg pozwala jeszcze lepiej poznać bohaterów. I pozornie może wydawać się to wszystko żartem czy historią, bardziej przypominającą „Gang Olsena”. Ale… jest jeden mały detal. To wszystko się wydarzyło naprawdę i od momentu dalszych przygotowań, robi się coraz poważniej.

american_animals2

Zaczyna się dochodzić do kłótni, wyzwisk, bohaterowie zaczynają odczuwać presję (nie są zawodowymi bandziorami). A cel naszych protagonistów wydaje się prosty: ucieczka od szarego, nudnego życia. Życia, w którym masz z góry narzucone zadanie, stając się tylko jednym z wielu trybików maszynerii zwanej społeczeństwem. Poczucie wyjątkowości, jakim Lipka (niedoszły sportowiec o lekko anarchistycznych poglądach) oraz Reihardt (wrażliwy artysta) odczuwają doprowadza do pewnego zachłyśnięcia się oraz nadmiernej pewności siebie. Ale sama akcja jest zrealizowana w sposób pierwszorzędny, w czym pomagają zdjęcia (jedno z wyobrażeń napadu zrealizowane jest w jednym ujęciu czy podczas skoku przejścia z jednej postaci do drugiej), budująca suspens muzyka Anne Nikitin oraz nerwowy rytm podczas montażu.

american_animals3

Wiarygodność buduje świetne aktorstwo, chociaż tutaj wybijają się dwie postacie: Lipka oraz Reinhardt. Pierwszy w brawurowej wręcz interpretacji Evana Petersa wydaje się być postacią świadomie odcinającą się od systemu. Ale tak naprawdę jest to osoba lubiąca zwracać na siebie uwagę, a nawet ze skłonnościami do mitomaństwa (kwestia wylotu do Holandii), któremu tak naprawdę zależy na realizacji skoku. Druga postać w wykonaniu Barry’ego Keonagha wydaje się być kontrastem dla Lipki: wycofany, bardzo spokojny, bardziej przerażony i brnący wbrew swojej woli do końca.

„American Animals” wydaje się na pozór kolejnym heist movie, jednak tak naprawdę opowiada o ludziach zbyt przekonanych o swojej wartości i mierzących się z sytuacją, która ich zwyczajnie przerasta. I nawet jeśli przez chwilę może wydawać się to zabawne, to i bliżej końca, ten śmiech znika całkowicie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Cafe Belga

cafe-belga-w-iext53031737

Czy jest jeszcze ktoś, kto lubi słuchać Taco Hemingwaya? Że jeszcze się nie przejadł? Ostatnie płyty, mimo sporego sukcesu komercyjnego nie były w stanie przekonać krytyków oraz dotychczasowych fanów. Po kooperacji z Quebonafide tym razem próbuje wrócić do solowego grania. Czy „Cafe Belga” jest w stanie przekonać tych, którzy polubili te pierwsze materiały? Hmm. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka łatwa.

Z jednej strony nie brakuje tutaj pomysłowych sampli (niemal „knajpiarski” początek plus co jakiś czas wracające fragmenty wywiadu, poddane zniekształceniu), ale nadal podkłady oparte są na minimalistycznych dźwiękach. Tak jest w utworze tytułowym, gdzie w refrenie dochodzi nawet do… śpiewania oraz odrobinę ciepłych klawiszy. Nie brakuje trapowanych wstawek jak lekko oniryczne „ZTM” z niemal „tykającym” podkładem, co jest pewnym zaskoczeniem, chociaż troszkę przymula. Tak samo oszczędne, choć bardziej bujające jest „Wszystko na niby” oraz o wiele bardziej idące w klimaty Flirtini „Reżyseria: Kubrick” czy wręcz niemal futurystyczne „2031”. Jeszcze bardziej zaskoczył nie podkład w „Fiji” (wstęp na ciepłych klawiszach, rozpędzona perkusja, wielowarstwowe pasaże oraz szybki refren), gdzie Taco – na swoje nieszczęście – próbuje śpiewać, co nie brzmi za dobrze. Także wykorzystująca „orientalną” perkusję „Abonent jest czasowo niedostępnym”, gdzie w połowie dochodzi do przełamania oraz zmiany tempa, zaś fani kooperacji z Quebo odnajdą się w odjechanej, pełnej elektronicznych bajerów „Motorolli”. Jednak na sam koniec Taco zalicza dwa strzały i nie do końca trafne. O ile „Adieu” w retro dyskotekowej estetyce ma swój klimat, o tyle wysamplowana na „Zimnej wojnie” „4 Am in Girona” wydaje się chybiona, tak jak nawijanie po angielsku.

Sam Taco wydaje się wracać do dawnej formy, chociaż zdarzają się pewne proste porównania m.in. z wbijaniem noża w plecy niczym Brutus, choć z drugiej strony czuć mocny powrót i przebłyski. Chyba, że nawija o ZTM, bo robi to za często. Do tego przestaje się skupiać tylko na sobie, rzuca popkulturowymi odniesieniami i potrafi się zabawić swoim flow. Jest zwyżka, ale to jeszcze nie to, z czym Taco wystrzelił na początku swojej drogi.

7/10

Radosław Ostrowski

Nomads

Los Angeles, noc jak każda inna w szpitalu. Zawsze przywożą jakichś rannych, trzeba zrobić obchód. Normalna robota, którą wykonuje dr Flax. Tym razem trafia bardzo wykrwawiony mężczyzna, mówiący po francusku, w ostatniej chwili dostaje gwałtownego ataku i umiera, wypowiadając niezrozumiałe słowa, przy okazji raniąc lekarkę. I od tej pory bohaterka zaczyna widzieć zdarzenia z życia nieboszczyka swoimi oczami.

nomads1

Sama fabuła brzmi dość dziwnie i zagadkowo, a za kamerą stanął debiutujący reżyser John McTiernan, kojarzony głównie z kinem akcji. Ale jego pierwsza fabuła (do której także napisał scenariusz – po raz pierwszy i ostatni) idzie ku horrorowi, gdzie mamy do czynienia z tajemniczą grupą ludzi, tytułowymi Nomadami. Wyglądają niczym gang motocyklistów, cały w skórach, na czarno i nie wypowiadają ani jednego słowa. Kim są? Co ich nakręca? I dlaczego nie widać ich na zdjęciach? Reżyser parokrotnie potrafi wywołać dezorientację, mnożąc kolejne pytania, przynajmniej na początku. Wszystko to przypomina sen, gdzie logika działań (także naszego Francuza) wydaje się niezrozumiała. Ale McTiernan parę razy potrafi podkręcić napięcie prostymi sztuczkami, nadal potrafiącymi zadziałać (odgłos bicia serca, spowolnienie kadru, mroczne uliczki i pewne opuszczone domostwo z tajemnicą), mimo poczucia lekkiego deja vu. Motywy są tutaj znajome, ale potraktowane jak najbardziej serio, przez co nie do końca straszył.

nomads2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj nie tylko solidna warstwa wizualna z odpowiednim wykorzystaniem oświetlenia, ale przede wszystkim muzyka zgodna z realiami epoki, czyli mieszanka elektroniczno-rockowa, pozornie nie pasująca do całości. Jednak w połączeniu z nocnymi ujęciami oraz miejscami ostrym montażem (scena rozmowy z zakonnicą) i szybkimi najazdami kamery potrafi stworzyć intrygującą mieszankę. Tylko, że to wszystko nie daje do końca satysfakcji (zwłaszcza finał), zaś postawa wdowy, do której w końcu trafia pani doktor jest dość zagadkowa (bardzo szybko przyjmuje do wiadomości, że lekarka „widzi” wspomnienia jej męża oraz bardzo dobrze zna dom, nie wywołując żadnego zdziwienia).

nomads3

McTiernan sprawnie opowiada i miejscami potrafi podkręcić tempo. Aktorsko najlepiej prezentuje się Pierce Brosnan jako Jean-Charles, próbujący na własną rękę wyjaśnić całą tajemnicę, co staje się dla niego obsesją i doprowadzi do zguby. Solidnie wypada Leslie-Ann Down, choć jej ataki mogą wydawać się odrobinę przeszarżowane, ale nie przekracza tej granicy.

Choć sam film popadł w zapomnienie, „Nomads” pozostaje klimatycznym dreszczowcem z elementami nadprzyrodzonymi. Aura tajemnicy utrzymuje się aż do końca, może czasami nie zawsze to ma sens i skręca w kicz. Jednak już tutaj czuć spory potencjał i talent McTiernana.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Kamp! – Dare

dare-w-iext53285029

Pamiętacie tych trzech przystojniaków z Łodzi, którzy grali muzykę elektroniczną? Kamp! po paru latach przerwy wraca z absolutnie nowym materiałem. Czy “Dare” utrzymuje poziom poprzedników, zachowuje wypracowaną formułę czy serwuje pewną poważniejszą zmianę?

Zdecydowanie grupa idzie ku współczesnym trendom, jeśli chodzi o muzykę elektroniczną, co serwuje krótkie intro w postaci instrumentalnego, wręcz ambientowego “20813”, chociaż może wydawać się to zmyłką. Jednak “F.O.M.O.” rozwiewa wszelkie złudzenia – klawisze grają bardzo “miękko” mieszając stare z nowym (przeszkadzajki, “cykacze”, “pstrykająca” perkusja, pomruki w tle), wręcz wakacyjnie, śpiew jest bardzo delikatny, by popłynąć ku bardziej “plastikowym” trendom współczesnego popu. I w zasadzie powinienem był za to Kamp! zwyczajnie zgnoić, lecz o dziwo nie wypada to aż tak tandetnie jak się obawiałem. Jeszcze bardziej ku elektropopowi skręca “Don’t Clap Hands”, chociaż początek z autotunem oraz odgłosami natury wywołuje konsternację. I o dziwo jest parę ciekawych patentów (krótkie wejścia echa, perkusja, rozpędzone klawisze pod koniec), które uatrakcyjniają całość. Nie brakuje bardziej minimalistycznych momentów z powoli rozbudowującymi się pasażami jak w “New Seaon” czy troszkę nowofalowe “Drunk” (gościnnie Hania Rani z Tęskno), które do mnie najbardziej przemawiają, chociaż pojawia się też takie dziwadło pokroju “Dalidy”. Z jednej strony ma być on bardzo epicki (pojedyncze, odbijające się niczym echo uderzenia perkusji, przyspieszone tempo) i bardzo melodyjny (imitacja cymbałków), z drugiej narzucony autotune oraz wręcz techniawowe podkłady wywołują dezorientację, zwłaszcza pod koniec. Ale nie brakuje starego, dobrego Kampu w postaci “My Love” czy “Manana”.

Bardziej przyjemnym eksperymentem jest “Kitsune-Ken”, gdzie nie zabrakło elektronicznego przeniesienia rozkręcajacych się klawiszy, przemielonych wokali w tle, “strzelającej” oraz bardzo zmiennej perkusji, a także miejscami niemal rapującego wokalu. Mieszanka wręcz elektryzująca, utrzymująca całość za pysk. Tak jak niemal “strzelające” “Nanette”.

Muszę przyznać, że trio próbuje eksperymentować i przeszczepić na swoją modłę współczesne trendy muzyki elektronicznej, zamiast ciągle iść w stylistykę retro. Tylko, że te eksperymenty nie do końca mnie przekonały. Trudno odmówić chwytliwości, melodyki oraz ciepłego głosu Tomka Szpaderskiego, ale nie taki Kamp polubiłem najbardziej. Nie oznacza to, że “Dare” jest słabą, nieudaną płytą. Jest solidnym, dobrym materiałem na parkiet. Tylko i aż.

7/10

Radosław Ostrowski

First Aid Kit – Ruins

71NvHs0u%2B5L._SY355_

Szwecja i folk? Wydaje się, że to połączenie co najmniej dziwaczne i wywołujące zgrzyt. Jednak działania sióstr Soderberg znanych jako First Aid Kit pokazują, iż taka kombinacja wypadnie bardzo naturalnie. Rozgłos w naszym kraju przyniosła dopiero trzecia płyta „Stay Gold” z bardzo nośnym singlem „My Silver Lining”. To było jednak cztery lata temu, a nowe wydawnictwo pojawiło się na początku tego roku. Czyżby „Ruins” miało zmienić stylistykę tej grupy?

Nadal na pierwszym planie są obecne gitary, chociaż więcej pola mają te podłączane do gniazdka, mimo iż nie grają agresywnie. I to serwuje otwierający całość „Rebel Heart”, w którym swoje robią też klawisze, zaś solówki gitarowe zahaczają o country. W połowie utworu obecność perkusji zmienia tempo, dodając troszkę klimatu brzmienia z lat 70., by pod koniec przyspieszyć i dając wybrzmieć nowym instrumentom (głównie fortepianowi oraz żwawszej gitarze, ale też i trąbce ze smyczkami). I nie byłem znudzony przez te 5 minut, pełnych zaskoczeń. Bardziej folkowy jest już „It’s a Shame” z chwytliwym refrenem, chociaż klawisze dodają pewnego retro uroku czy lekko „knajpiarski” „Postcard” z wybijającym się fortepianem, zaś lekko melancholijny klimat „Fireworks” bardziej je usadza ku romantycznym piosenkom z epoki rock’n’rolla, tylko bardziej współcześnie wyprodukowanym (te smyczki pod koniec!!!). Coś takiego mogło by zagrać na jakiejś dyskotece sprzed wielu, wielu lat. Nawet znajdują się momenty wyciszenia jak akustyczny „To Live a Life”, do którego dopiero pod koniec wchodzą delikatne klawisze, lekko rozmarzone „My Wild Sweet Love” (rzeczywiście słodkie, ale bez przekroczenia granicy przesady), które dostarczają wiele przyjemności czy oszczędny utwór tytułowy, dający dużo przestrzeni dla wokali.

I to lawirowanie między folkiem, a różnymi odmianami wychodzi bardzo zgrabnie (zaczynające się od długiego zaśpiewu „Distant Star”), zaś wspólne śpiewanie przez siostry robi piorunujące wrażenie. Ale także osobno radzą sobie świetnie, tak bardzo po „amerykańsku”, zupełnie jakby się urodziły gdzieś na preriach Arizony czy innego Teksasu. Chociaż pojawia się pod koniec znużenie („Hem of Her Dress” przełamane pod koniec grupowym śpiewem oraz trąbkami), to jednak pozytywne wrażenie nie zostaje zniszczone. Rozluźniająca, bardzo ciepła, sympatyczna muzyka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators – Living the Dream

Livingthedream-front

Ciężko jest mi sobie wyobrazić fana muzyki rockowej, który nie znałby Saula Hudsona aka Slasha. Ten wyrazisty gitarzysta był filarem Guns’n’Roses, do których niedawno wrócił. Nie oznacza to, że wspólne muzykowanie z Mylesem Kennedym oraz The Conspirators zostało ostatecznie zakończone. Po chłodniej przyjętej “World on Fire” grupa postanowiła wydać chudszy album numer trzy. Czy te 12 kawałków dają radę?

Już otwierający całość “The Call of the Wind” serwuje cięższe hard rockowe granie z rozpędzonym riffem, mocną oraz szybką sekcje rytmiczną, dając mnóstwo czadu i pozwalając na chwilkę wyciszenia w środku. Zupełnie jakbym słuchał bardziej agresywne numery z lat 70. Znacznie ciężej jest w bardziej bluesowym “Serve You Right”, z bardziej brudnymi riffami, pozwalając sobie dalej na więcej. Perkusyjne strzały w “My Antidode” kontrastują z dwoma gitarami: jedna lekko podniszczoną I tnącą, drugą bardziej wyciszoną oraz spokojniejszą, by ustąpić czaderskiej solówce (wraca pod koniec), wyciszając się w zwrotce. Jeśli szukacie szybkich numerów z rozpędzonymi riffami mamy jeszcze “Mind Your Manners”, zmieniające tempo, bardziej podniosłe “Lost Inside the Girl” czy soczysty “Driving Rain”.

Nawet w tych pozornie spokojniejszych momentach udaje się parę razy zaskoczyć nie tylko nagłą zmianą tempa, ale małymi detalami (refren w “Read Between the Lines”, początek “Slow Grind”, akustyczna gitara w pięknym “The One You Loved Is Gone”, mocny początek “The Great Pretender”, choć sam utwór troszkę przypomina “Don’t Cry”), uatrakcyjniającymi odsłuch. Sam Kennedy na wokale daje dużego kopa, ale to Slash ze swoimi solówkami błyszczy.

“Lives the Dream” jest o wiele krótszy od poprzednika, co jest ogromną zaletą. Różnorodność tempa, świetnie zagrane, Kennedy na wokalu radzi sobie bardzo dobrze, zaś kopniaki serwowane przez Slasha zostaną na długo. Takiej energetycznej płyty na chłodne wieczory potrzeba dzisiaj bardzo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski