Katyń – ostatni świadek

Londyn, rok 1947. Niedawno skończyła się II wojna światowa i świat powoli zaczyna wracać do normy. Dla Stephena Underwooda (pokrewieństwo z Frankiem Underwoodem żadne) jest to czas nudy oraz zajmowania się zwykłymi sprawami. Stephen jest dziennikarzem, który szuka swojego tematu, dającego mu pięć minut sławy. W tym czasie dochodzi do samobójstw polskich żołnierzy, przybywających w obozie – i nikogo to nie obchodzi, zaś nowo przybyły Michał Łoboda znika bez śladu. Wtedy dziennikarz trafia na trop zbrodni katyńskiej.

katyn1

Film Piotra Szkopiaka próbuje ugryźć temat Katynia z perspektywy Anglików oraz ubrać to w konwencję dziennikarskiego śledztwa a’la „Spotlight”. Problem w tym, że „Ostatni świadek” kompletnie nie angażuje i jest pozbawiony napięcia. Nawet nie chodzi o to, że wszystko oparte jest na gadanie i wygląda w bardzo teatralny sposób (jedno miejsce, kilka dosłownie postaci oraz non-stop gadanie), zaś dialogi pełnią rolę wręcz ekspozycyjną. Dzięki nim poznajemy historię Katynia (fragment pamiętnika, relacja Łobody) z jedną retrospekcją zrobioną kompletnie bez pazura. A i sama intryga prowadzona jest wręcz ospale i schematycznie z udziałem tajemniczych panów w kapeluszach na dalszym planie. Bo jest klasyczny trójkąt miłosny (ten trzeci wierzchołek to czarny charakter, pozbawiony charakteru), wszelkie próby zastraszania, znikanie świadków czy kluczowych postaci, niszczenie dowodów. Tylko, że to wszystko odbywa się w sposób bardzo mechaniczny, bez zaangażowania oraz wręcz telewizyjnym stylu. Brakuje w tym wszystkim suspensu, całość jest bardzo przewidywalna i, niestety, nudna. Doceniam fakt, że twórcy pokazują tuszowanie całej sprawy i uznanie jej za niewygodne z powodów politycznych (wygrzebane dokumenty z archiwum), co jest sporą zaletą. Szkoda, że fabuła nie angażuje i pozostaje letnia aż do końca.

katyn2

Nawet aktorzy nie są w stanie ożywić swoich bohaterów. Grający główną rolę Alex Pettyfer z wąsem a’la Michał Żebrowski jest tak pozbawiony charyzmy i tak papierowy, że słuchanie go przyprawia o ból wszystkich. Typowy śledczy, będący idealistą oraz szukającym dobrego tematu, do tego bardzo sztywny, grający wręcz jednym sposobem oraz tonem, co boli. Pojawiający się na plakacie Piotr Stramowski pełni rolę tylko i wyłącznie tła, a całość kradnie Robert Więckiewicz w roli tytułowej. Scena wywiadu w jego wykonaniu potrafi zmrozić krew, stając się najjaśniejszym punktem filmu. Podobno grał też Michael Gambon (naczelny), tylko jakoś nie miał zbyt wiele do roboty, tak samo jak Talulah Riley (Jeanette) i jej relacja ze Stephenem – pozbawiona jakichkolwiek emocji.

katyn3

„Katyń – ostatni świadek” może sprawdzić się jako film edukacyjny, pokazujący jak tuszowano sprawę Katynia na arenie międzynarodowej tuż po wojnie. Jednak jako opowiadana historia okazuje się kompletnie nieangażująca, bez jakiegoś błysku, emocji i siły rażenia. Ogromna szkoda i zmarnowany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Kamp! – Orneta

R-7657970-1446117124-5054.jpeg

Trend na brzmienia lat 80. trzyma się bardzo dobrze od dawna, a najmocniejszy odczuwalny jest w brzmieniach elektronicznych. I na tym trendzie skorzystało też łódzkie trio Kamp!, które swoim debiutem z 2012 roku zrobiło wielką furorę. Trzy lata później przyszedł drugi album “Orneta”, którego nie udało mi się wtedy przesłuchać. Jak się broni po latach?

Otwierający całość “Half Nelson” już pokazuje z kim mamy do czynienia. Odbijające się niczym echo uderzenia, nakładające się na siebie elektroniczne pasaże, mocno przerobione wokale (ledwo słyszalne w natłoku dźwięków), “strzelająca” perkusja. Jest bardziej współcześnie niż na debiucie, ale czuć ducha synth popowych klimatów. Do tańca także zachęca “No Need to Be Kind” z bardzo łagodnymi zwrotkami, pełnymi perkusyjnych cudadeł oraz ciepłych pasaży. Nie brakuje bardziej melancholijnego “Land Rover”, gdzie znowu perkusja zadziwia, zaś wokal brzmi bardzo delikatnie, wręcz eterycznie. “Zandata Mandaya” za to zostaje ubarwiona niemal etnicznymi perkusjonaliami, zmielonymi z “rozmarzonymi” klawiszami, by przejść do mrocznego “Range Rover”

O dziwo, jest też tu pare kompozycji instrumentalnych. Pełen dziwacznych wokali “Arsene Wenger” z niemal new wave’owych popisów klawiszy. “Trap Door” ma w sobie typowe brzmienie perkusji z debiutu, a także ubarwione “ciosy” klawiszy, tworząc mieszankę taneczno-dynamiczną, coraz bardziej nasilając kolejne dźwięki czy wręcz oszczędny utwór tytułowy, pełen niepokojącego klimatu, zbudowanego dzięki eksperymentalnym popisom.

“Orneta” bardziej rozwija łódzkie trio, pozwalające sobie na więcej eksperymentowania oraz instrumentalnych popisów. Nadal jest to muzyka taneczna, z bardzo chwytliwymi melodiami, jednak tym razem wszystko zmierza ku bardziej mrocznym klimatom, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. A już wkrótce będzie nowa płyta.

8/10

 Radosław Ostrowski

Jungle – For Ever

jungle_for_ever

Kolejny duży zespół, bo aż 7-osobowa ekipa reprezentująca Londyn. Ale najważniejsi są tutaj dwaj goście: Tom McFarland oraz Josh Lloyd-Watson, którzy zaczęli grać muzykę inspirowaną soulem z lat 70. Debiut sprzed 4 lat wywołał wielką furorę, ale dopiero drugi album staje się prawdziwym testem. Czy ta muzyka rzeczywiście będzie z nami “For Ever”?

Że nadal krążymy wokół funku sprzed 40 lat, czuć już w otwierającym “Smile”, gdzie mamy rozpędzoną perkusję oraz niemal chóralny śpiew, tak zsynchronizowany jak w epoce. Dodajmy do tego charakterystyczny dźwięk elektroperkusji (niemal Kampowe! “Heavy, California”), funkowy bas (bujający “Beat 54” ze smyczkowym wstępem) oraz niedzisiejsza elektronika (“Cherry”) to najmocniejsze atuty w arsenale twórców. Także wokalne popisy kolektywu przyjemnie bujają jak w “Casio”, troszkę przypominające styl Metronomy. Nawet te bardziej minimalistyczne eksperymenty (przerobiony wokalnie początek “Mama Oh No”) czy spokojniejsze fragmenty (“House in LA”) dodają jedynie animuszu, przez co albumu słucha się ze sporą frajdą. Nawet jak wchodzą smyczki, nie wywołują one znużenia. Tak samo jak sample (początek “Cosurmyne”) czy skręt ku bliższemu popowi (“Home czy “(More and More) It Ain’t Easy”).

W zasadzie trudno się tu do czegoś przyczepić – wokale brzmią dobrze, aranżacje potrafią oczarować (wręcz epicki “Prey”), samo brzmienie też dodaje retro klimatu. Tylko albo aż dobra płyta bez ambicji na coś więcej niż czysty fun oraz podbój kilku parkietów.

7/10

Radosław Ostrowski

Twarz

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w małym wygwizdowie, gdzie wszyscy wszystkich znają. Tutaj żyje Jacek – długowłosy chłopak, co nie chodzi do kościoła, lubi Metallikę i poznaje fajną dziewczynę, Dagmarę. Chłopak pracuje na budowie Jezusa, co ma być większy niż w Rio de Janeiro, a ona jest ekspedientką w jedynym sklepie. Przyszłość wydaje się przed nimi rysować w jasnych kolorach. Ale wypadek przy pracy zmienia wszystko, zaś Jacek dostaje nową twarz wskutek przeszczepu. Teraz wraca do siebie i próbuje się na nowo odnaleźć.

twarz1

Moja „ulubiona” reżyserka Małgorzata Szumowska wraca z nowym filmem, którego odbiór u nas i za granicą jest zupełnie różny. Z jednej strony dotyka dość trudnych tematów, wywołując ogromne kontrowersje, z drugiej zaś nie mogę pozbyć się wrażenia, że poza tym szumem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Sama fabuła jest pretekstem do metafor, symboli czy głębszego portretu społeczeństwa. Nie inaczej jest z „Twarzą”, gdzie reżyserka pokazuje lajf na malej wsi. A jak wiemy, tam życie jest bardzo ciężkie: albo się dostosujesz, albo będziesz miał pod górkę. Po drodze zaś zobaczymy wszystkie elementy składające się na „polactwo”: rasizm, uprzedzenia, zawiść, zaściankowość, bigoteria. Do tego popijanie, media żerujące na ludzkich dramatach (obecność Krzysztofa Ibisza nie jest przypadkowa), kłótnie o majątek na cmentarzu, księdza bardziej skupionego na tym, by inni chodzili do kościoła oraz Jezusie ze Świebodzina II, rodzinę nie potrafiącą się dogadać z Jackiem (życzenia wigilijne). Brzmi znajomo?

twarz2

Dla mnie, niestety, za bardzo znajomo. Reżyserka, jeśli chciała ubrać wszystko w szyderstwo z „polactwa”, wyważyła otwarte drzwi. Wszystko to już pokazywał m.in. Wojciech Smarzowski (na poważnie i mrocznie), Marek Koterski (w grotesce) czy ostatnio Piotr Domalewski w „Cichej nocy”. I brakuje tutaj jakiegoś kontrastu, przełamania tego obrazka i stereotypów. Z kolei Jacek po wypadku zostaje zepchnięty na dalszy plan, Szumowska nie próbuje już wchodzić w jego głowę, staje się on symbolem: obcości, inności, nie do końca udanej transformacji. Nie brakuje kilku mocnych scen jak promocja w markecie dla golasów czy egzorcyzmów, tylko że to troszkę za mało.

twarz3

Sam film dobrze się ogląda, wygląda dość ładnie (zdjęcia Michała Englerta z lekko „rozmazanym” tłem), a i aktorzy robią, co mogą. Jeśli ktoś zdążył skreślić Mateusza Kościukiewicza, po tym filmie może zmienić zdanie. Aktor bardzo dobrze sobie radzi w roli niezależnego chłopaka, chcącego żyć po swojemu. Nawet w nałożonej charakteryzacji robi niesamowite wrażenie, próbując poukładać sobie życie na nowo. Wszystko na tej twarzy jest wymalowane: radość, ból, bezsilność i to działa. Jeszcze lepsza jest Agnieszka Podsiadlik, której postać (siostra) jako jedyna wspiera naszego bohatera. Każda jej obecność, tekst, pozwala miejscami rozładować napięcie (wizyta przed komisją lekarską). Nie sposób nie wspomnieć też emanującą sex appealem Małgorzatę Gorol (Dagmara) czy epizodzie Krzysztofa Czeczota (beznesmen).

„Twarz” nie odkrywa niczego nowego w kwestii portretu Polaków. Jest bardzo wtórny, mocno przegięty (nawet jak na satyrę) i pozbawiony odcieni szarości, normalności w tym obrazku. Zupełnie jakby Szumowską interesowało pokazanie z góry postawionej tezy. Tylko, że kino to nie publicystyka i czasami niektórzy o tym zapominają.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zgon na pogrzebie

Jaka uroczystość powoduje, że pojawiają się dawno nie widziani członkowie w jednym pomieszczeniu? Ślub, wesele, Wigilia, Wielkanoc. Ewentualnie pogrzeb. I to spotyka Daniela, który chce pochować swojego ojca. Mężczyzna jest niespełnionym pisarzem, który żyje w cieniu bardziej odnoszącego sukcesy brata, który przyjeżdża. Oprócz niego do domu Daniela przyjeżdża też Martha ze swoim zestresowanym narzeczonym Simonem, pragnący odzyskać ją Justin, zajmujący się dilerką Troy, oraz niepełnosprawny wuj Alfie. Co może pójść nie tak? Simon przez przypadek dostanie halucynogeny, Robert mający opłacić pogrzeb w połowie jest spłukany, do tego krąży jakiś kurduplowaty typek o wyglądzie Tyriona Lannistera, który próbuje szantażować.

zgon1

Muszę się przyznać, że widziałem amerykańską wersję tej komedii (czyli remake) z czarnoskórą obsadą, zrobioną w typowym amerykańskim stylu oraz typowym, amerykańskim poczuciem humoru. Więc znałem przebieg fabuły filmu Franka Oza i to mnie nie zaskoczyło. Ale mimo to byłem w stanie się zaśmiać w scenach, gdy galimatias – wynikający z niewiedzy – robił się coraz większy (zjarany Simon, kwestia szantażu, rodzinna tajemnica), doprowadzając do masy śmiechu tam, gdzie powinno. Nawet jest lekko kloaczna scena, która dla wielu może być barierą nie do przeskoczenia. Przy okazji reżyser przygląda się relacjom rodzinnym, pokazując pewne skrywane żale, pretensje, lęki i pozory. I ten obrazek jest zaskakująco trafny, pokazany bez cienia fałszu oraz klisz.

zgon2

Jeszcze bardziej mnie uderzyło jak to zostało zagrane. Mimo tego, ze jest to komedia, aktorzy grają jak najbardziej serio, co tylko wzmacnia humor. Trudno wymazać z pamięci Petera Dinklage’a (tajemniczy Peter) oraz próbującego robić dobrą minę do złej gry Matthew Macfadyena (Daniel). Ekran potrafi też ukraść ujarany Alan Tudyk (Simon), strasznie wyluzowany Ewan Bremmer (Justin), postrzelony Kris Marshall (Troy) oraz sprawiający wrażenie cool Rupert Graves (Robert). Reszta obsady też utrzymuje poziom, doprowadzając do rozpuku.

zgon3

 

Frank Oz na stołku reżyserskim sprawdza się dobrze, przypominając o tym, iż z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. „Zgon” pozostaje zabawny, miejscami gorzki, ale nadal daje wiele frajdy. Parę osób może odbić się niczym w lustrze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Strategia mistrza

Żadna postać w historii sportu nie wywołała takich skrajnych emocji jak Lance Armstrong. Kolarz, który siedem razy wygrał Tour de France, pokonał raka i założył fundację walcząca z rakiem, a także oszust, twórca wielkiego programu dopingowego, który szprycował się oraz innych. Były od lat przygotowywane plany filmu o tej postaci, jednak oskarżenia oraz – co jeszcze bardziej zaskakuje – przyznanie się do dopingu, wywróciło wszelkie koncepcje do góry nogami. Jak sobie z tą postacią poradził reżyser Stephen Frears?

„Strategia mistrza” zaczyna się w roku 1992, gdy Lance zaczyna drogę w Tour de France, mając niewiele doświadczenia. Zdarza mu się wygrywać pojedyncze etapy, ale chce więcej: chce wygrywać, zwyciężać. Wtedy zaczyna brać doping, jednak przełom następuje, gdy zostaje wykryty nowotwór. Udaje się go pokonać i od tej pory obiecuje, że „nigdy nie będzie blisko porażki”. Dołącza do mało znanej grupy US Postal, zmieniając reguły gry oraz dzięki pomocy dr Michele Ferrari staje się bardzo twardym zawodnikiem.

strategia_mistrza1

Frears stara się dość mocno trzymać się faktów, skupiając się na tej ciemnej stronie – oszukiwaniu testów antydopingowych, szprycowaniu się zakazanymi substancjami (EPO, testosteron, krew, woda), ale też szantażowaniu ludzi mogących coś wygadać. Problem w tym, że cała ta historia jest pokazana bardzo skrótowo (życie prywatne Lance’a – w jednej scenie poznaje piękną blondwłosą kobietę, w następnej bierze z nią ślub czy działalność fundacji), zaś same zawody kolarskie pełnią rolę tylko tła, chociaż wyglądają naprawdę nieźle. Pewnym plusem jest dwutorowość narracji: historia kolarza przeplata się z dziennikarskim śledztwem Davida Walsha, przekonanego o stosowaniu dopingu przez sportowca. Tylko, że film nie do końca wykorzystuje materiał i jest tak stronniczy.

strategia_mistrza2

Najciekawsze pytania pozostają bez odpowiedzi: dlaczego w kolarstwie (w ogóle w sportach wytrzymałościowych) jest tyle dopingu? Dlaczego sportowcy biorą? Bo nie tylko Armstrong, który stał się twarzą, lecz praktycznie każdy wtedy zażywał jakieś substancje, tylko że niewielu dało się złapać (trener jednej z drużyn na początku filmu). Samo śledztwo, czyli rozmowy z dawnymi współpracownikami nie działają (wyjątkiem jest wątek Floyda Landisa) też nie mają do końca pazura.

Jeśli coś podnosi ten film na wyższy poziom, to jest to kreacja Bena Fostera. Aktor, próbuje pokazać Lance’a Armstronga nie tylko jako koksującego skurwysyna czy szantażystę. Tutaj facet jest także świetnym biznesmenem, konsekwentnie trzymającym się swojego wizerunku „wygrywającego” człowieka. Jednak coraz bardziej widać, jak bardzo zaczyna się wikłać w kolejne kłamstwa, oszustwa z dużą pewnością siebie oraz butą. W kontrze do niego jest Chris O’Dowd, czyli dziennikarz Walsh, niemal od początku podejrzewającego Lance’a, którego trudno polubić: oskarża nie mając dowodów (na początku), jest absolutnie przekonany wobec swoich tez i jest zbyt jednowymiarowy. Drugi plan za to kradnie wyrazisty Lee Pace (cwany prawnik Bill Stapleton), świetny Guillaume Canet (dr Ferrari) oraz Jesse Plemons (Floyd Landis), dodając sporo kolorytu.

strategia_mistrza3

Doceniam to, że Frears nie próbuje wybielić Lance’a Armstronga, jednak „Strategia mistrza” pokazuje tylko jedną twarz sportowca: jako oszusta, szprycera oraz cwaniaka. Tylko w filmach (oraz podręcznikach historii) bohaterowie są jednowymiarowi. Tu prosiło się o więcej, a temat dopingu nie zostaje w pełni wykorzystany (lepiej zobaczyć „Ikara” od Netflixa).

6,5/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Sto lat, panie Staśku!

sto-lat-panie-stasku-b-iext52749074

Urodziny można obchodzić na multum różnych sposobów. Można zrobić zrobić dużą imprezę, pokazać nowy film czy wydać nową płytę. Ale jak są urodziny, zaś solenizant już dawno opuścił ten świat, pozostaje nagrać tribute album. Tak też postanowił zrobić Jan Młynarski ze swoim Warszawskim Combo Tanecznym, wydając płytę w hołdzie dla Stanisława Grzesiuka – jednego z najsłynniejszych pieśniarzy warszawskiej ulicy.

Jeśli ktoś spodziewał się ewolucji oraz zmiany stylu brzmienia formacji, to się nie doczeka. Mandolina, banjo, piłka, akordeon z gitarą nadal tu grają, a uliczny klimat wręcz wycieka. Czasem pojawi się pewien drobiażdżek jak solo saksofonu w “U Bronki wstawa”, zaś siłą pozostaje zmienne tempo jak żwawsze “Choć z kieszeni znikła flota”, pełen gitar walc “Bujaj się Fela”, lekko rozbrykana “Fabrykantka”, rozkręcające się tango “Hanko” (akordeon szaleje w tle) czy wiele spokojniejsze “Kaziu nie bądź kiep” z krótkimi wstawkami fortepianowymi albo mroczny “Antek” z melancholijną gitarą czy polana smutkiem “Noc ciemna i zimna”

Poza muzyką równie istotne są teksty. Nie brakuje w nich zarówno opisów imprez, napadających bandytów, ale też spraw damsko-męskich, radości życia, lokalnego patriotyzmu czy ironicznego komentarza w sprawie wojny (“Niech żyje wojna!”), co dodaje animuszu, jest zrobione z głową, wdziękiem oraz humorem. Nie zabrakło też nieśmiertelnej “Ballady o Felku Zdankiewiczu”, “Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” czy “Wszystkie rybki”.

Janek Młynarski na wokalu nadal robi świetną robotą, utrzymując fason i podtrzymuje tradycję ulicznego grania. Trzecia płyta zachowuje poziom poprzedników, ale też nie doprowadza do dużych zmian. Nadal się przyjemnie słucha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rojst – seria 1

Początek lat 80., małe miasteczko gdzieś w środku PRL-u. Życie płynie tutaj powoli, spokojnie, pod banderą jedynej, słusznej partii. Tam wszyscy się znają i jakoś to w miarę spokojnie wszystko działa. Aż do czasu, kiedy nocą w lesie zostają znalezione zwłoki, sztuk dwie. Pierwsza ofiara to nikt, kurewka taka, jaką można sobie znaleźć w tutejszym hotelu, ale towarzysz Grochowiak – to już zupełnie inny kaliber. Towarzysz zajmował się sprawami sportowymi i był bardzo szanowaną personą. Ale sprawa wyjaśnia się dość szybko: zabił konkubent prostytutki, narzędzia nie ma.

Dla dziennikarza Witolda Wanycza to kolejna notatka, zwłaszcza że już wkrótce wyjeżdża stąd. Ale przybywa tutaj nowy narybek gazety – Piotr Zarzycki z Krakowa. I chłopak próbuje na własną rękę wybadać sprawę, bo coś w niej jest nie tak. Wanycz próbuje go upilnować, ale sam pakuje się w inną sprawę. Odkrywa, że w czasie, gdy zamordowano lokalnego watażkę, dwoje nastolatków skoczyło z dachu bloku. Śledztwo wyciszono, bo ojcem jednej z ofiar był skazany wcześniej opozycjonista. Czy te dwie sprawy łączą się ze sobą, czy to zwykły zbieg okoliczności?

rojst1

Polskie seriale kryminalne akurat wychodziły nam co najmniej nieźle, a osadzenie w realiach PRL-u też stało się nowym trendem na naszym podwórku („Bogowie”, „Sztuka kochania”, „Jestem mordercą”). Dlatego czekałem na „Rojst”, mimo że za realizację odpowiada debiutujący na stanowisku reżysera operator Jan Holoubek. Punkt wyjścia obiecuje wiele, a dwa dochodzenia potrafią zaangażować. Ale bardziej niż odpowiedź na pytanie „kto zabił?”, reżysera interesuje zbudowanie aury tajemnicy oraz bardzo dokładne odtworzenie realiów epoki. Muszę przyznać, że wygląda to znakomicie wizualnie. Scenografia (od tapet i wyglądów mieszkań po budynki, siedzibę redakcji, szkolną dyskotekę czy sam hotel – zwłaszcza bar wieczorem) jest bardzo szczegółowa, a wykorzystane w tle fragmenty serwisów informacyjnych (radio), jak i piosenek budzi ogromny podziw – nawet szyld Społem czy Pewexu cieszy oko. Duch czasów jest wręcz namacalny, chociaż został przefiltrowany przez współczesną perspektywę (niczym w „Córkach dancingu”), co nie znaczy, że nie pokazano szarości, brudu oraz mroku, co widać choćby w domku rzeźnika czy szarych blokach. Tak samo praca kamery (m.in. wizja lokalna) oraz gra oświetleniem (scena kolacji u Zarzyckich) czy płynny montaż między retrospekcjami (sceny z dwojgiem samobójców).

rojst2

Jednak sama historia troszkę cierpi. O ile początkowo aura tajemnicy potrafi wessać, zwłaszcza gdy widzimy skrywający tajemnicę las, to dalej dwutorowość narracji zaczyna być pewnym balastem. Liczyłem na większą relację miedzy Wanyczem a Zarzyckim, która mogłaby pójść w kierunku mentor-adept, jednak wspólnych scen jest stanowczo za mało. A kiedy do nich dochodzi, wtedy zaczyna iskrzyć. Tak samo niektóre postacie i wątki nagle się urywają, znikają (postać kierownika hotelu, będącego troszkę szarą eminencją tego miasta czy prostytutki Nadji, która zostaje pobita – kto i dlaczego, nie pytajcie, bo odpowiedzi nie ma), by nagle wrócić od tak. Podobnie rozwiązanie obydwu śledztw nie dostarcza w żadnym wypadku satysfakcji – zwłaszcza główny wątek jest bardzo przewidywalny (zwłaszcza motyw i sprawca), a drugi nie daje odpowiedzi dlaczego (inaczej, rozumiem pobudki kierujące dziewczyną, ale dlaczego chłopak postanowił dołączyć do niej). W ostatnim odcinku cały klimat trafia szlag, zaś niektóre zachowania postaci (wręcz pójście pod ostrzał) zaprzeczają logice, zaś twórcy dają zbyt wiele dopowiedzeń (las przestaje być tajemniczy, motywacja Wanycza też staje się jasna). Także dialogi miejscami potrafią zaboleć (wątek ciężarnej żony Zarzyckiego – samej w mieście i ich rozmowy), można też było dodać więcej nowomowy z epoki, a nie tylko wrzucać bluzgi.

rojst3

Sytuację próbują ratować aktorzy, wyciągając z materiału prawdziwe mięcho. Przewodzi tutaj absolutnie kapitalny Andrzej Seweryn, niby wcielając się w znajomy szablon cynicznego, zgorzkniałego, zmęczonego życiem samotnika. Jednak pod tą maską kryje się człowiek zdeterminowany i uparty, przypominający troszkę swojego młodszego kolegę (świetny Dawid Ogrodnik) – idealistę, dla którego prawda jest wartością najważniejszą, bez względu na cenę. Szkoda tylko, że wspólnych scen mają tak niewiele, bo to byłby fantastyczny duet. Drugi plan jest tutaj przebogaty i pełen wyrazistych ról: od enigmatycznego Piotra Fronczewskiego (kierownik), surowego Ireneusza Czopa (prokurator) przez niezłych młodych aktorów (Nel Kaczmarek i Jan Cięciara), przekonującą Magdalenę Walach (pani Grochowiak) aż po demonicznego Jacka Belera (gliniarz Kulik) oraz groźnie wyglądającego Marka Dyjaka (rzeźnik).

„Rojst” obiecywał naprawdę wiele i część z tych założeń zrealizował. Szkoda tylko, że tuż przed linią mety potknęli się o własne nogi. Niemniej pozostaje nadzieja, że powstanie ciąg dalszy (ostatni kadr), twórcy poprawią błędy i podszlifują swoje dzieło, by błysnęło pełnym blaskiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lenny Kravitz – Raise Vibration

raise-vibration-b-iext52897392

W latach 90. rządził na parkiecie, dając wiele pop-rockowych numerów. Mimo pięćdziesiątki na karku, Lenny Kravitz nadal nagrywa, koncertuje i ma wiele energii, co udowodnił swoją ostatnią płytą “Strut”. Tylko, że to było cztery lata temu, a to oznacza, że trzeba przygotować coś świeżego oraz nowego. No I mamy nowe, 11. wydawnictwo od tego zdolnego wokalisty i gitarzysty.

“Raise Vibration” zapowiedziane było jako bardzo eklektyczne dzieło. I rzeczywiście nasz gospodarz przekaskuje z gatunków (pop, rock, soul, funk) niczym pszczółka z kwiatka na kwiatek. Początek wprawia w konsternacje, bo mamy cofkę, dużo ambientowego tła oraz roznoszący się niczym chór wokal. Takie jest “We Can Get It All Together”, ale kiedy wchodzi perkusja z gitarą elektryczną klimat zmienia się całkowicie, by zakończyć się solówka na akustycznej gitarze. Singlowy “Low” spokojnie mógłby się znaleźć na poprzednim albumie, bo duch funka (gitara i bas w połowie, wysamplowany Michael Jackson) jest bardzo obecny i strasznie buja aż do finałowego wejścia smyczków. Nad “Who Really Are The Monsters?” czuć duża dominację elektropopu polanego retro stylizacją oraz fajnymi riffami z przesterowaną gitarą. Tytułowy numer zaczyna się jak prawilny rockowy numer (zadziorne solówy + perkusja), by wejść w psychodelię lat 70. oraz dorzucić chórek na koniec (bardziej nadawałoby się słowo szaman z dziećmi), jednak kompletnie nie byłem gotowy na tak nastrojową balladę jak “Johnny Cash”. I uprzedzam: to nie jest country, ale Motown w czasach świetności przeniesiony na dzisiejsze czasy. Są smyczki, jest funkowy bas oraz ciepła gitara.

Dla poszukiwaczy bardziej lirycznych numerów jest pianistyczny “Here to Love”, nie unikający bardziej patetycznych fragmentów (refren), mogących być dla wielu ciężkostrawne. Czasy świetności Kravitza przypomina “It’s Enough”, pełen bardzo “płynącego” basu, pulsującej elektroniki, funkowego ducha, smyczków, a nawet fortepianu. Z kolei sam Kravitz w tym utworze potrafi uwieść niczym sam Marvin Gaye, by potem wejść na wyższe rejestry. I nawet nie czuć, że ten utwór trwa 7 minut (!!!). ale jeśli chcecie coś przebojowego, dostarczy wam “5 More Days ‘Til Summer” z chwytliwym refrenem oraz dynamicznymi solo na gitarze pod koniec, a także polany funkowo-jazzowym sosem “The Majesty of Love” czy rockowy “Gold Dust” z nakładającymi się wokalami w refrenie.

Mimo tego sporego rozgardiaszu, “Raise Vibration” sprawdza się jako bardzo przyjemna rozrywkowa płyta, pokazująca różne oblicza Kravitza. Gospodarz  także wokalnie staje się kameleonem: od bardzo niskiego, wręcz uwodzącego głosu, na ktoreo dźwięk kobitki czują ekstazę, po bardziej ekspresyjne, wręcz zadziorne, godne pełnokrwistych rockmanów. I tak jak “Strut”, podtrzumuje poziom Kravitza jako speca od muzyki gatunkowej z najwyższej półki. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski