Logan: Wolverine

Logan bardziej znany jako Wolverine to najpopularniejszy i najbardziej lubiany ze wszystkich mutantów ze świata X-Men. Ale jednak filmy z serii, w których to on grał główną rolę, były wielkim rozczarowaniem. Dlatego byłem dość sceptycznie nastawiony do „Logana”, tym bardziej, że reżyser James Mangold zaserwował poprzedni film o tym bohaterze „Wolverine”. I jak tym razem wyszło?

logan1

Jest rok 2029. Od dwudziestu lat nie pojawił się na świecie żaden mutant, a ci żyjący ukrywają się przed światem. Logan aka Wolverine pracuje jako szofer limuzyny i opiekuje się cierpiącym na demencję Xavierem, gdzieś na obrzeżach miasta. Jest już zmęczony, stary, siwy i nie regeneruje się tak dobrze jak kiedyś. Ale wbrew sobie zostaje wplątany w kolejną sprawę. Wszystko to z powodu pewnej dziewczynki o imieniu Laura, która jest… mutantem posiadającym moce Logana. Dziewczynkę i jej opiekunkę tropią wojacy z Akila, pod wodzą Pierce’a.

logan2

Już sama treść budzi skojarzenia z „Ludzkimi dziećmi”, ale to zbieg okoliczności. Reżyser postanowił zaryzykować i stworzył nietypową mieszankę post-apokalipsy, westernu, kina drogi i bardzo krwistego kina akcji. Sam początek, gdzie staje do walki z meksykańskimi oprychami, daje prawdziwego kopa. Jest krew, wyrywane kończyny, bluzgi i jest bardziej mrocznie. Mangold z jednej strony nie idzie na kompromisy w pokazywaniu bardzo brutalnych scen akcji (nareszcie, te szpony z adamantium po to były, by posoka leciała intensywnie!!!), z drugiej wiele razy pozwala na wyciszenie i pogłębia psychologię postaci. Ta rotacja nastroju działa tylko na plus, a realizacja jest po prostu przednia. Nieważna, czy mówimy o ucieczce bohaterów z kryjówki (troszkę przypominającej ostatniego „Mad Maxa”), czy scenach utraty kontroli przez Xaviera, gdy kamera dosłownie dostaje padaczki.

logan3

Najważniejsza jest tutaj powoli tworząca się (ze sporymi oporami) relacja cynicznego i zgorzkniałego Logana z Laurą, którą można śmiało nazwać następczynią. Czuć, że iskrzy, chociaż mężczyzna ukrywa to bardzo mocno – woli być samotnikiem prześladowanym przez swoje demony i zmęczony życiem. I to Hugh Jackman wygrywa znakomicie, dając bohaterowi ostatnią szansę na zrobienie czegoś dobrego. Nawet jeśli jest to wbrew sobie. Aktor ma też dwójkę wspaniałych partnerów. Patrick Stewart jako zniedołężniały Xavier budzi z jednej strony żal, z drugiej ciągle to profesor wierzący w dobro, nadal potrafiący korzystać ze swoich mocy (uspokojenie koni na autostradzie), ale prawdziwym odkryciem jest Dafne Keen jako Laura, będąca mieszanką dzikiego zwierza i delikatnej, zagubionej istoty. Kiedy ona wchodzi do akcji, to nie ma przebacz. Także wcielający się w tych złych Boyd Holbrook (wyluzowany Pierce) oraz Richard E. Grant (poważny dr Rice) spełniają swoje zadanie.

„Logan” jest pożegnaniem starej gwardii mutantów ze światem, który zmienił się na gorsze. Mutanty wydają się nikomu niepotrzebne, mające podlegać kontroli ludzi i rodzi się pytanie, co dalej z Laurą oraz jej młodymi kumplami, co muszą przejąć pałeczkę. Jest intensywnie od emocji, ostro i bardzo kameralnie jak na superbohaterski film. Szkoda, że trzeba było czekać 17 lat na film godny tego świetnego mutanta.

8/10

Radosław Ostrowski

Warcraft: Początek

„Warcraft” to jedna z najpopularniejszych serii gier komputerowych w historii tej branży. Opowieść o konflikcie między ludźmi a orkami, wydaje się wręcz idealnym materiałem na porządne kino fantasy. Projekt ekranizacji leżał 10 lat, zanim doszło do ostatecznej realizacji, której podjął się Duncan Jones – zdolny filmowiec tworzący kino SF („Moon”, „Kod nieśmiertelności”).

warcraft1

Sama historia jest prosta. Orkowie nie są w stanie żyć w swoim świecie, który umiera. Za radą swojego przywódcy Gul’dana, używającego czarnej magii (Spaczenia) wyruszają do królestwa ludzi, Azeroth. Wojna wydaje się nieunikniona, a lud prowadzony przez króla Llane’a oraz dowódcę wojsk, Lothara, szykuje się do starcia. Pomocą ma służyć Strażnik, Medivh. Jednocześnie w obozie orków, dochodzi do buntu pod wodzą Durotana.

warcraft2

Jak widać, Jones próbuje wejść w realia fantasy, dość wiernie oddając warstwę wizualną gry. Dlatego rycerze mają bardzo duże zbroje i miecze, Orkowie to strasznie napakowani koksiarze z młotami, a wygląd miast jest imponujący. Najciekawsze jest jednak pokazanie historii z punktu widzenia Orków, którym bliżej jest do ludzi niż do tępych, bezmózgich potworów. Potrafią myśleć, są honorowi i muszą decydować o tym, co jest dobre dla ich ludu. Przy nich ludzie wydają się prostą zbieraniną, która kieruje sojuszem innych nacji (krasnoludy, elfy), które są tutaj ledwie zarysowane. Niby jest ten świat, ale brakuje tła, fundamentów i możliwości wejścia w ten barwny świat. Motywacje są jednak jasno pokazane, intryga poprowadzona sprawnie i gładko, bez przynudzania. Starcia wyglądają efektownie, w tle gra podniosła muzyka, a efekty specjalne zasługują na uznanie (wygląd Orków – wow).

warcraft3

Jak w tym całym świecie odnaleźli się aktorzy? Całkiem dobrze i nie czuć fałszu. Najlepiej z całej obsady wypadły dwie postacie: Durotan i Strażnik. Pierwszy (fantastyczny Toby Kebbell) jest lojalnym, honorowym wojownikiem, potrafiącym przejrzeć na oczy, drugi (niezawodny Ben Foster) skrywa w sobie pewną tajemnicę, wiedzę i nie mówi zbyt wiele. Humor wnosi Travis Fimmel jako odpowiedzialny i lojalny dowódca, potrafiący rzucić ironicznym tekstem. Pochwalić też należy intrygująca Paula Patton (mieszanka człowieka i orka Garona) oraz solidny Dominic Cooper (opanowany i rozważny król Llane).

warcraft4

Twórcy podchodzą do materiału źródłowego z szacunkiem i to widać od samego początku. Jones wkłada wiele serca i wysiłku, by zrobić po prostu dobry film, będący udaną ekranizacją gry. Zakończenie sugeruje część drugą, która mogłaby rozkręcić całą serię. Czekam.

7/10

Radosław Ostrowski

Śmietanka towarzyska

Bobby jest młodym Żydem z Bronksu, który jest niepoprawnym romantykiem. Marzy o miłości i bogactwie, więc przenosi się do Los Angeles i liczy na fuchę u swojego wujka, producenta filmowego. Powoli zaczyna nawiązywać kontakty, odnajdując się w tym świecie. Towarzyszy mu wyznaczona przez wuja sekretarka, Vonnie, w której się zakochuje. Ona jednak (o czym nasz Bobby nie wie) ma romans z wujem bohatera.

cafe_society2

Jeśli w tle słyszysz jazzową muzykę oraz oszczędną czołówkę, to wiesz, że oglądasz Woody’ego Allena. Ten melancholijny nowojorczyk, mieszający powagę, refleksję i błyskotliwy humor w zasadzie opowiada historię taką jak zawsze, ale nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. „Śmietanka” pozornie wydaje się zbiorem charakterystycznych elementów stylu reżysera: jazzowa muzyka w tle, skomplikowane układy miłosne oraz refleksje nad nieprzewidywalnością ludzkiego życia. Materiału jest tu tyle, że można było zrobić kilka filmów i każdy z nich byłby ciekawy. Nie ważne czy byłby to elegancki melodramat, satyra na środowisko filmowe pełne blichtru oraz pustki czy gangsterską działalność brata Bobby’ego, Bena. Wszystko jest podana tak jak zawsze: lekko, dowcipnie i ze stylem. Mimo wtórności, nadal to wszystko ma urok, a osadzenie opowieści w realiach lat 30. dodaje pewnego szyku. Plusem jest przepiękna stron wizualna, pokazująca wręcz bajkowo tamten czas. Zarówno zdjęcia (tym razem odpowiadał za nie legendarny Vittorio Storaro), jak i scenografia z kostiumami wyglądają wprost oszałamiająco. Zarówno biuro Sterna, dawne posiadłości czy nocny klub robią dobre wrażenie i nie ma żadnych zgrzytów czy przesytu.

cafe_society1

Allen nadal potrafi trafić puentą i zgrabnie poprowadzić nawet przewidywalną historię (nawet Allen jako narrator nie gryzie). Jedno się nie zmieniło: ciągle ma rękę do aktorów, którzy nie zawodzą i tutaj. Główną rolę dostał tym razem Jesse Eisenberg i bardzo dobrze odnalazł się w roli romantycznego, uroczego młodzieńca (scena z prostytutką – perełka), wiarygodnie pokazując jego przemianę w pewnego siebie człowieka interesu. Także Steve Carell w roli wujka Phila trzyma fason. Pozornie człowiek sukcesu, ale jest w nim coś melancholijnego, pewien smutek, niespełnienie. Drugi plan jednak kradnie dla siebie Corey Stoll jako obrotny, chociaż bezwzględny Ben, powiązany z półświatkiem. A skoro Allen i miłość, to muszą pojawić się kobiety. Przyznam się od razu, że jestem kompletnie zaskoczony obecnością Kristen Stewart, która nigdy wcześniej nie wyglądała tak pięknie. Vonnie w jej wykonaniu to prosta, sympatyczna dziewczyna, początkowo marząca o sławie, a aktorka gra po prostu świetnie. Ale nawet ona wypada blado przy zjawiskowej Blake Lively (Veronica), kradnącej ekran samą obecnością.

cafe_society3

Woody Allen w „Śmietance towarzyskiej” nie odkrywa Ameryki i tworzy dokładnie to, czego się po nim spodziewamy: słodko-gorzką historię o tym, ze życie to komedia pisana przez sadystycznego dramaturga. Mimo wchodzenia do tej samej rzeki, seans jest bardzo przyjemny, lekki, a jednocześnie bardzo refleksyjny. Kto potrafi tak mieszać pozornie nie pasujące do siebie elementy?

cafe_society4

7/10 

Radosław Ostrowski

Whiskey Tango Foxtrot

Kogo dzisiaj obchodzi Afganistan, który uwagę całego świata miał od 2001 roku, gdy Amerykanie rozpoczęli polowanie na Al-Kaidę. I to tam spędziła trzy lata Kim Baker – dziennikarka telewizyjna odpowiedzialna za tworzenie wiadomości, przekazywanych przez prezenterów. Jak trafiła do Afganistanu? Sama się zgłosiła, bo obecna fucha ją nudziła. Ale sama nie była gotowa na to, co zobaczy.

whiskey_tango_foxtrot1

Duet reżyserski Glenn Ficarra i John Requa do tej pory realizowała komedie, niepozbawione pieprzu i ostrego humoru. I początek tego filmu też zapowiada pójście na stare tory, gdzie źródłem komizmu jest kulturowe zderzenie oraz wiązanka bluzgów. Prawda jest jednak taka, że twórcy coraz bardziej uderzają w poważne tony, pokazując jak niebezpiecznie jest w Afganistanie: atak talibów, porwanie dziennikarza, ciągłe strzały. A zwykli ludzie próbują jakoś żyć w tym szalonym, niebezpiecznym świecie. By nadal czuć się normalnie – kwitnie handel, rozwija się życie towarzyskie. Bardzo łatwo było przekroczyć i złamać równowagę między humorem a dramatem. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, że całość oparto na wspomnieniach Kim Baker.

whiskey_tango_foxtrot2

Tempo jest dość równe, a kilka scen robi piorunujące wrażenie czy to pomysłowo wplecionymi piosenkami (Boże Narodzenie, a w tle… Alvin z wiewiórkami śpiewa czy odbicie dziennikarza z rąk terrorystów w rytm „Without You” Harry’ego Nilssona), ciekawie poprowadzonymi gagami (Kim strzelająca do lodówek, by zyskać sympatię przyszłego prokuratora generalnego) czy będącym tylko dodatkiem życie uczuciowym. Ciągle czekanie na sensacyjny temat, brak kontaktu (Internet często siada), a podczas czekania imprezy, alkohol i nie tylko. Widać jak bardzo dla wielu osób obecność w strefie wojny zaczyna być czymś uzależniającym i albo tu zostaniesz, albo wyrwiesz się szukając miejsca gdzie indziej (finał). Kto by się czegoś spodziewał po takiej produkcji.

whiskey_tango_foxtrot3

Również aktorsko jest bardzo zaskakująco. Wcielająca się w główną rolę Tina Fey całkiem nieźle sprawdziła się jako dziennikarka, która zaczyna podchodzić poważnie do swojego zadania. Widać zaangażowanie, pozwala sobie na ironiczne teksty, ale jednocześnie widać zagubienie i przerażenie. Wszystko to bez przesady, szarży czy skrętu w przerysowanie, wierzy się tej postaci. Równie mocna jest Margot Robbie jako ostra i ambitna dziennikarka Tania, nie bojąca się zaryzykować. Więcej humoru wnosi Martin Freeman jako szkocki fotoreporter, sprawiający wrażenie wyluzowanego faceta, będącego na wakacjach. Jednak w pracy jest bardzo poważny i to trio nakręca ten film. Poza nimi na dalszym planie są niezawodni Alfred Molina (prokurator generalny Sadiq ze strasznie długą brodą) oraz Billy Bob Thornton (generał Hollanek z mało wojskowym wąsem).

whiskey_tango_foxtrot4

„Whiskey Tango Foxtrot” to dziwaczna mieszanka komediodramatu z wojną w tle, pokazującą inne oblicze życia w Afganistanie. Miejscami bardzo zabawna, ale bardziej gorzka, skłaniająca do zastanowienia się, a jednocześnie pyta o sens pracy korespondenta wojennego. Pytania te jednak nie wybijają się na pierwszy plan, przez co mogą być niezauważone. Solidna dziennikarska robota.

7/10

Radosław Ostrowski

The Night Flight Orchestra – Amber Galactic

Amber Galactic

The Night Flight Orchestra to szwedzka formacja obchodząca w tym roku 10-lecie działalności. Do tej pory wydali dwie płyty, a w skład grupy wchodzą: wokalista Bjorn Strid, gitarzysta David Andersson, basista Sharlee D’Angelo, klawiszowiec Richard Larsson, perkusista Jonas Kallsback oraz grających na kongach i gitarze Sebastian Forslund. Teraz przypominają o sobie nowym albumem “Amber Galactic”.

Zespół gra klasycznego rocka, stawiając na melodię i ocierając się o brzmienia lat 70., stawiając na mocne riffy oraz “kosmiczną” otoczkę. Czuć tu już w otwierającym całość “Midnight Flyer” z pociągającą elektroniką, wręcz epickim rozmachem oraz bardzo szybkim tempem, jakiego można było się spodziewać choćby po Thin Lizzy czy Toto (finałowe solówki gitary i klawiszy). “Star of Rio” ma bardziej podkręconą perkusję z soczystymi solówkami oraz chóralnym refrenem. Podobnie magiczny singiel “Gemini” z wplecionym zdaniem po… polsku, rozpędzając się niczym Pendolino czy bardziej bluesowy (fortepian) “Sad State of Affairs” z wolniejszym I spokojniejszym mostkiem. Kameralniej robi się przy “Jenine” z fortepianem oraz smyczkami na początku czy idącym w stronę pulsującego Orientu funkowe “Domino”. Wszystko jest tutaj na wysokim, równym poziomie, tworząc spójny klimat oraz ogromny potencjał na podbicie radiowych stacji (kapitalna “Josephine” czy wybrane na drugi singiel spokojniejsze “Something Mysterious”), ale nie pozbawione progresywnych naleciałości (“Saturn in Velvet”).

Muzycy znają się na swojej robocie świetnie, dodając sporego kopa energii. Tak samo jak świetnie robiący swoje Strid, przez co całość brzmi jeszcze bardziej staroświecko (skojarzenia z Davidem Paichem z Toto wskazane). Na sam koniec (w wersji deluxe) dostajemy cover “Just Another Night” Micka Jaggera ze świetnym solo saksofonu, który zgrabnie wieńczy dzieło. Jeśli jesteście gotowi na kosmiczną wędrówkę oraz pop-rockowe granie z najwyższej półki, “Amber Galactic” jest cudownym powrotem do przeszłości. Na pewno jeszcze wrócę do tej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

Manchester by the Sea

Poznajcie Lee. To mężczyzna już nie młody, mieszkający w Bostonie i pracujący jako cieć oraz złota rączka. Nie sprawia wrażenia miłego gościa – taki wycofany, zamknięty w sobie i raczej nieprzyjemny, a życie prowadzi dość stabilne. Ale pewnego dnia dostaje telefon – jego brat mieszkający w Manchester umiera, trzeba zorganizować pogrzeb. Powrót do dawnego domu dla Lee miał trwać krótko, jednak testament brata wywraca wszystko do góry nogami: ma zostać opiekunem jego syna, Patricka, aż do pełnoletności. Mężczyźnie nie odpowiada to za bardzo, gdyż przeszłość i demony odzywają się.

manchester1

Pozornie film Kennetha Lonergana to zwyczajne kino obyczajowe, gdzie nic się nie dzieje (tylko pozornie), ale to tylko złudzenie. Powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę Lee – człowieka, który kiedyś miał rodzinę, piękne córki i żonę. Właśnie miał. Nie powiem wam, co się stało, ale to wydarzenie pokazane jest tak, że mnie chwyciło za gardło i czułem jakby coś pękło, rozumiałem bohatera oraz to, dlaczego nie chciał znowu się pojawić tutaj. Żeby było jeszcze ciekawiej, reżyser miesza chronologię i robi to tak płynnie, że nie można się w tym wszystkim pogubić, co jest zasługą świetnego montażu. Ciągle czekałem na to, co zrobi Lee i jak poradzi sobie z własną winą, prześladującą go od wielu lat oraz jak będzie w stanie nawiązać relację z siostrzeńcem. Na tym opiera się cała siła tego filmu, pełnego kipiących emocji, których nie jestem w stanie opisać – żadne słowa nie potrafią. Nawet ta wręcz „sakralna” muzyka i odrobina czarnego humoru (złośliwość rzeczy martwych) tylko dodają ciężaru do całości.

manchester2

Poza świetnym scenariuszem, całość trzyma na sobie Casey Affleck jako Lee. Pozornie wydaje się takim flegmatycznym gościem, nie wypowiadającym zbyt wiele słów. Ale aktor koncertowo pokazuje jego wściekłość (stłuczenie pięścią szyby w oknie), ból, żal i poczucie beznadziei. Jakby ciągle zasługiwał tylko na karę, a szczęście odeszło raz na zawsze. Trudno przejść obojętnie wobec człowieka, którego los na pewno paru osobom pozwoli odbić się jak w lustrze. Partneruje mu Lucas Hedges w roli irytującego, zagubionego Patricka. Panowie razem muszą się dogadać i te interakcje między nimi są najsilniejszym atutem, wygranym bez cienia fałszu. Poza nimi nie można nie wspomnieć o świetnym Kyle’u Chandlerze jako wspierającym bracie Joe oraz Michelle Williams (Randi, była żona), która jedną sceną kradnie film (pierwsza rozmowa po latach na ulicy, gdzie oboje próbują sobie wiele powiedzieć, lecz nie potrafią).

manchester3

„Manchester” to bardzo skromne, ale poruszające, trzymające mocno za gardło kino, nie pozwalające o sobie zapomnieć. Nawet jeśli historia pozostaje otwarta, nie dając nadziei, to wierzę, że naszemu bohaterowi jeszcze wszystko się wyprostuje. Naprawdę w to wierzę, że coś się zmieni w tym życiu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alice Cooper – Paranormal

Alice_Cooper_Paranormal

Jeden z weteranów muzyki rockowej, czyli bardzo brzydki, lecz niepozbawiony talent Alice Cooper znowu daje o sobie znać. Od poprzedniego albumu minęło 6 lat, a rockman w między czasie stworzył supergrupę Hollywood Vampires. Teraz wraca wspierany przez samego Boba Ezrina oraz klasyczny skład z czasów świetności (gitarzysta Michael Bruce, basista Dennis Dunaway oraz perkusista Neil Smith – nie we wszystkich utworach) plus jeszcze kilku gości (m.in. Roger Glover z Deep Purple, Billy Gibbons z ZZ Top I Larry Mullen Jr. z U2). I tak narodził się 27 (!!!) album “Paranormal”.

Początek jest mocny, bo tytułowy utwór to klasyczny rockowy numer z pazurem, wręcz epickim wstępem oraz szybką grą sekcji rytmicznej w zwrotkach. “Dead Flies” pędzi na złamanie karku, a surowy “Fireball” z marszową perkusją ma w sobie podkręca klimat. Dziwaczny (na pierwszy rzut ucha) jest “Paranoic Personality”, gdzie mamy dziwne głosy oraz szumy na dość spokojnym początku, by zaatakować niemal “świdrującą” gitarą. Bujający “Fallen in Love” brzmi jak odrzut z ZZ Top, ale świeży, pełen energii. Podobnie jak nakręcony i szalony “Dynamite Road”, mocno pobrudzony “Private Public Breakdown”, pełen dęciaków “Holy Water” czy przypominający Pink Floydów (te klawisze) “The Sounds of A”.

Cooper konsekwentnie gra swoje, czyli mocnego rocka, niepozbawionego melodyjności, energii oraz pazura. 70-letni wokalista nie brzmi jak parodia siebie, co jest sporym plusem. Miłym dodatkiem jest drugi album w wersji deluxe, gdzie mamy dwa nowe kawałki z klasycznym składem (przebojowy “Genuine American Girl” oraz hardrockowy “You and All of Your Friends”)  i zapis koncertu zespołu z Columbus w Ohio dnia 6 maja 2016, gdzie zagrano takie hity jak “School’s Out” czy “No More Mr. Nice Goy”.

“Paranormal” jest przykładem solidnego, dobrego rockowego grania w starym stylu. Bez pójścia na łatwiznę, z luzem oraz energią jakiej wielu ludzi może zazdrościć 70-letniemu Cooperowi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tori Amos – Native Invader

Native_Invader

Rudowłosa wokalistka, specjalizująca się w ambitniejszym popie, postanowiła powrócić po trzech latach. Amos ma takie grono fanów na całym świecie, że każda jej płyta jest czymś mocno oczekiwanym. Nie inaczej może być z piętnastym albumem “Native Invaders”, gdzie znowu przygląda się światu.

Początek to ponad 7-minutowy “Reindeer King”, który dla wielu może być ciężkostrawny ze względu na bardzo wolne tempo (mimo mocnych uderzeń fortepianu), podparte ambientowymi plamami w tle. Bardziej popowo I mroczniej się dzieje w “Wings” z minimalistyczną perkusją oraz delikatnie przygrywającą gitarą, z chwytającym za serce refrenem. Ale najciekawiej jest wtedy, gdy pojawiają się naleciałości bluesowej gitary: czy to w niepokojącego, wręcz drapiącego “Broken Arrow” z cudnymi organami i akustyczną gitarą, singlowego “Cloud Riders” czy tajemniczego “Wildwood”. Także folk jest naturalnym środowiskiem artystki, co czuć w przypominającym Petera Gabriela pokręconym “Up the Creek” z nakładającymi się głosami na wstępie, szybkimi smyczkami oraz pulsującą perkusją z elektroniką, minimalistycznym “Chocolate Song” czy chwytliwym “Bats”. Powrót do eleganckiego oblicza Tori serwuje podniosły, pianistyczny “Breakaway” czy “Climb”.

Im dalej, tym bardziej swoja obecność zaznacza elektronika. I o dziwo, nie wywołuje to zgrzytu, lecz jest spójną częścią świata. Poza w/w czuć to w “Chocolate Song”, gdzie w tle słyszymy jakieś szumy (podobnie w krótkim “Benjamin”) czy niemal epickim “Bang”, gdzie gitara i perkusja uderzają mocno. Aranżacyjnie jest po prostu tak bogato, ze wymienianie poszczególnych utworów mija się z celem.

Sam głos Amos jest anielski, a jednocześnie bardzo ekspresyjny i idealnie współgrający z tym, co słyszymy. W swoich tekstach opowiada o naturze i życiu w zgodzie z nią, polityce (“Russia”), ale też o miłości, jednak nie w ten plastikowy sposób jak gwiazdeczki pop. “Native Invaders” jest mieszanką popu (tego z wyższej półki), bardzo wysmakowanego, eleganckiego oraz chwytającego za serducho. Na jesień będzie idealny do słuchania.

8/10

Radosław Ostrowski

Maigret i jego nieboszczyk

Komisarz Maigret tym razem staje przed śledztwem, którego nikt nie chce się podjąć. A wszystko zaczęło się od telefonu. Rozmawiający mężczyzna twierdził, że ktoś chce go zabić. Parę razy jeszcze próbuje kontaktu, ale wieczorem zostaje znaleziony martwy. Twarz zmasakrowana, trudna do identyfikacji, brak dokumentów – zabójstwo wygląda jak gangsterskie porachunki. Jednak Maigret nie zamierza odpuścić, zwłaszcza że na pierwszych stronach są brutalne kradzieże na podparyskich farmach. Może te sprawy się wiążą ze sobą?

maigret_21

Kolejna telewizyjna produkcja kryminalna z bohaterem książek Georgesa Simenona. Nie jest aż tak mrocznie jak w przypadku poprzednika, intryga wydaje się bardziej rozbudowana, a śledztwo znowu wciąga. Komisarz nadal jest spokojnym, opanowanym śledczym, opierającym się na doświadczeniu oraz materiale dowodowym. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale… Twórcy w połowie gubią napięcie, decydując się pokazać sprawcę całego zamieszania oraz jego motywację. I od tej pory musimy niecierpliwie poczekać, aż nasz śledczy wpadnie na trop. Owszem, są takie tytuły, gdzie polowanie na mordercę i wokół tej nieuniknionej konfrontacji tworzona jest intryga, jednak tutaj czułem pewne zniecierpliwienie. Zazębienie się obydwu dochodzeń jest zgrabnie poprowadzone, lecz brakuje jakiegoś mocnego haczyka. I jeszcze to niepotrzebne slow-motion przy strzelaninach, mające nadać dynamiki.

maigret_22

„Nieboszczyk” wygląda równie ładnie jak poprzednik i robi dobre wrażenie. Scenografia, kostiumy z epoki, elegancka muzyka w tle. Drobnym smaczkiem może być detal, że imigranci mówią w innym języku niż angielski (przesłuchanie obywatelki Czechosłowackiej z tłumaczem), a gazety są po francusku. To buduje realizm i klimat retro.

maigret_23

Aktorsko jest solidnie i znowu ekran kradnie dla siebie Rowan Atkinson w roli Maigret. Nadal jest bardzo powściągliwy, wręcz analityczny i zdyscyplinowany, ale też niepozbawiony empatii i wrażliwości (rozmowa z dziewczynką, będącą świadkiem), skrywaną pod maską chłodnego profesjonalisty z fajką przy zębach. Wspierają go niezawodni Shawn Dingwall i Leo Starr (śledczy Janviert i LaPointe) oraz mocny w roli czarnego charakteru Peter Schueller (elegancki, ale brutalny i śliski Jean-Paul), a humoru dodaje laborant Moers (Mark Heap).

maigret_24

„Maigret i jego nieboszczyk” nadal ma styl, szyk i klasę, ale sama intryga lekko szwankuje. Jest tylko nieźle, a całość mocno trzyma na barkach Atkinson. Dobrze, że są w planach co najmniej 4 tytuły z Maigretem, bo nowe oblicze aktora jest absolutnie godne uwagi.

6/10

Radosław Ostrowski

Pokot

Kotlina Kłodzka to miejsce, gdzie cisza, spokój i harmonia są czymś absolutnie normalnym. Pięknie zachodzi słońce, przyroda budzi się jak ze snu, a telefony komórkowe mają słaby zasięg. Tam przyszło żyć Janinie Duszejko – emerytowanej inżynierce, która w miejscowej szkole uczy angielskiego. Poza tym uwielbia wiersze Blake’a, jest astrologiem (amatorem) i bardzo ruszą ją los zwierząt. A cała historia zaczyna się w momencie, gdy zostaje znaleziony martwy pewien kłusownik, co w gardle miał… kość. Ale to nie jest ostatnia ofiara, bo wkrótce zaczynają ginąć kolejni ludzie, którzy – co nie jest przypadkiem – polowali na zwierzęta.

pokot1

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich reżyserek, Agnieszka Holland, tym razem postanowiła pójść w stronę kina gatunkowego. „Pokot” to dziwaczny koktajl thrillera, satyry i baśni, gdzie wszystko jest polane groteskowym sosem. Sama intryga kryminalna (czyli coś, na co się bardzo nastawiłem) zostało zepchnięte na dalszy plan i toczy się przy okazji, a wszystko skupia się bardziej na interakcjach Duszejko z pozostałymi bohaterami: księdzem, komendantem, dziećmi ze szkoły, sąsiadem Matogą, właścicielką second handu. Jest też jeszcze grupa ludzi związanych wokół prezesa Wolskiego, polująca na zwierzęta. Całość ma oprzeć się na konflikcie między naszą ekscentryczną bohaterką i myśliwymi, którzy polują dla przyjemności, traktują to niemal jak sport, pewien rytuał dnia codziennego. Symbolem tego staje się plansza, gdzie mamy miesiąc i informacje na co się wtedy poluje. Nawet ksiądz jest w to zaangażowany (nie chodzi tylko o nawoływanie przez ambonę, że myśliwi to posłannicy Boga, ale uczestnictwo w polowaniach) i jedynie nasza bohaterka stoi w opozycji do tego całego morderczego zapędu. Sam wniosek, że przyroda bierze odwet na człowieku był dla mnie bardzo intrygujący i brzmiał na tyle groteskowo, iż mogło to wypalić. Ale niestety, trzeba to wszystko wytłumaczyć, a Holland bierze ulubione narzędzie reżysera: łopatę.

pokot2

Reżyserka z subtelnością godną bandyty próbuje przekonać mnie, że życie w zgodzie z przyrodą (czytaj: nie zabijaj zwierząt) jest jedynym słusznym sposobem. Racje pani Duszejko są tutaj wręcz krzyczane, nie mówione, co ma podkreślić powagę sytuacji. Zamiast jednak przekonywać, odstręczają i pokazują naszą bohaterkę jako „psychiczną”, z której zdaniem się nikt nie liczy. Z kolei myśliwi są strasznie przerysowani i kawał skurczybyków: biją kobiety, donoszą, są strasznie bogaci i kręgosłup moralny jest wykrzywiony jak słup po zderzeniu z samochodem. Tylko, że ani bohaterowie nie są zbyt pogłębieni, dodatkowo zero-jedynkowi i jednakowo odpychający. Tempo jeszcze psują zbędne wstawki z przeszłości paru postaci (poprzedzone horoskopem), które są zupełnie zbędne. I jeszcze to cudowne zakończenie, czyli ucieczka zrobiona niemal z SF. To trzeba samemu zobaczyć, bo słowa tego nie opiszą. Ale pochwalić trzeba zdjęcia, bo natura tutaj wygląda przepięknie. Aż chciałoby się tam zamieszkać.

pokot3

Aktorsko jest bardzo nierówno, a postacie nie zawsze są mocno zarysowane. Najlepiej wypadł Wiktor Zborowski jako sąsiad Matoga, skrywający pewną tajemnicę, ale wspierający naszą bohaterkę w działaniach, a scena wspólnego palenia skręta jest rewelacyjna. Agnieszka Mandat jako Duszejko jest dość trudna w ocenie: sprawia wrażenie mającej obsesję na punkcie zwierząt oraz ich praw, z drugiej zaś ta astrologia oraz sfera (nazwijmy ją duchowa) ma uczynić ją bardziej poukładaną, sympatyczną. To jednak nie zadziałało, ale jest to postać intrygująca i potrafiąca skupić uwagę. Czego nie można powiedzieć o reszcie, która jest albo przerysowana jako ci źli (Andrzej Grabowski, Borys Szyc, Marcin Bosak) lub irytują swoim zachowaniem (Jakub Gierszał jako superinformatyk drażnił swoim głosem i nie tylko).

pokot4

„Pokot” to takie dziwne kino, które chce ostro zaatakować środowisko myśliwych oraz ich polowania, żeby pokazać, jaką krzywdę człowiek robi naturze. Problem w tym, że forma obrana przez Agnieszkę Holland do mnie nie przemawia. Jak thriller też się nie sprawdza, bo zaprzecza regułom, nie dając nic w zamian, czekając na kolejne tropy i trupy. Jest zaledwie nieźle, a można z tego było wycisnąć więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski