OMD – The Punishment of Luxury

the punishment of luxury

New romantic czas największej świetności miał w latach 80., gdy grały takie zespoły jak New Order, Visage, Ultravox, Human League czy Pet Shop Boys. Równie Orchestral Manoeuvres in the Dark, czyli pochodzące z Merseyside OMD kierowane od początku przez Andy’ego McCluskeya i Paula Humphreysa. Po reaktywacji składu w 2010 grupa wydała dwie kolejne płyty, które spotkały się z ciepłym przyjęciem. Czy będzie tak także w przypadku “The Punishment of Luxury”?

Grupa od zawsze inspirowała się dorobkiem niemieckiego Kraftwerku oraz ambientowych dźwięków Briana Eno, co już zapowiada singlowy utwór tytułowy, gdzie towrzyszy niemal mechaniczne wstawki, przyjemne klawisze oraz niemal dyskotekowa perkusja. Bardziej dynamicznie jest w “Isotype”, gdzie pojawia się także sklejona zbitka słów z wypowiedzi wielu osób oraz wręcz epicko brzmiącym refrenie. Bas prowadzi w szorstkim “Robot Man” z przesterowanym, niskim wokalem na przodzie. Cieplej się robi przy przestrzennej balladzie “What Have We Done” oraz pełniacej role przerywnika lekko gitarowego “Precision & Decay”, a minimalistyczny, chropowaty “As We Open, So We Close” wprowadza w krainę mroku, przez niepokojącą perkusję, by lekko ocieplić brzmienie “słoneczną” elektroniką . Nie inaczej jest z tajemniczym, choć lekko tandetnym “Art Eats Art” z niemal świdrującym tłem ambientowym I różnymi dziwadłami po drodze., by wrócić ku romantycznemu obliczu w “Kiss Kiss Kiss Bang Bang Bang Bang” oraz “One More Time” czy sakralnym “La Mitrailleuse” ze strzałami I ładowaniem magazynka. I na finał (niemal) dostajemy bardzo uspokajający “Ghost Star” z odgłosami ptaków na początku.

Grupa nie zaskakuje niczym nowym, tylko garściami bierze to, co najlepsze w swoim dorobku, podkłada do tego skoczną melodię z klimatem, dodając bardzo ciepły głos McCluskeya. Nie sposób też niedocenić tekstów, gdzie twórcy nie idą w strone prostych kawałków o miłości. Jest troszkę skrętów w stronę plastiku, jednak nie zostaje ta granica nigdy przekroczona. Fajne, elektroniczne granie na poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Natalia Przybysz – Światło nocne

711b7a5d-9f40-40db-afbb-5b1031fd4eb4

Ta wokalistka i kiedyś jedna czwarta składu Sistars bardziej robiła szum swoim wywiadem, w którym przyznała się do aborcji oraz stając się twarzą Czarnego Protestu. Te kontrowersje wiele osób zniechęciły, a w międzyczasie Natalia rozkręciła jeszcze zespół Shy Albatross. Teraz mamy nowe, solowe dzieło zwane “Światłem nocnym”. O co tu chodzi, bo tytuł wprawia w konsternację?

Brzmieniowo to nadal stricte rockowe dzieło, inspirujące się stylem lat 60., co czuć w niemal sennym “Vardo”, gdzie do przygrywających instrumentów (gitara jest tu obłędna), Natalia jakby od niechcenia niemal recytuje imiona żeńskie, ale im dalej, tym bardziej do krzyku. Znacznie szybciej robi się przy “Nic osobistego”, pełnym garażowego riffu, niczym wiertło oraz wybranym na singiel, pełnym pulsującej elektroniki utworze tytułowym. To znacznie bardziej skoczny utwór, gdzie tekst jest niemal zagłuszany jest instrumenty, przez co trudno jest zrozumieć o co chodzi. Podkręcana, przesterowana “Mandala” z bardziej spokojną zwrotką potrafi uwieść, by na końcu zaatakować najpierw riffem, a następnie perkusyjnym bałaganem na końcu. Buja gitara kojąco w “Dzieciach malarzy” oraz bardziej pobrudzonym bluesisku “Świat wewnętrzny”. Wolniejszy “Czarny” jest nakręcany przez perkusję, a akustyczny “Przez sen” skłania bardziej ku refleksji, podobnie jak znakomity i mroczny “S.O.S.” z wygrywaną na gitarze i klawiszach wiadomości Morse’m, by w finale uciszyć “Domem”.

“Światło nocne” nie tylko kupiło mnie konsekwentnie trzymaną stylistyką, ale także tekstami dotyczącymi dualizmu świata, niepokoju, zagubienia swoich uczuć, tłumienia ich przed resztą świata (“Świat wewnętrzny”). Sam głos Natalii też zaskakuje swoją wszechstronnością: od bardzo delikatnych rejestrów po bardziej ekspresyjne fragmenty, dając prawdziwego kopa. Warto zobaczyć to nietypowe światło.

8/10

Radosław Ostrowski

Bodyguard Zawodowiec

O formule kumpelskiej komedii już opowiadałem, więc nie będę się powtarzał, tylko od razu powiem o co tutaj chodzi. Bodyguardem jest tutaj Michael Bryce – kiedyś jeden z najlepszych ludzi w swoim fachu, ale ostatni klient zginął, przez co teraz zajmuje się ochroną drobnicy. I wtedy dostaje telefon od swojej byłej, agentki Interpolu o pomoc w dostarczeniu świadka przed Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do procesu przeciwko prezydentowi Białorusi oskarżonemu o zbrodnie wojenne. Osobnikiem tym jest… płatny morderca, Darius Kincaid, z którym Bryce ma wspólną przeszłość. Na realizację zadania jest 27 godzin, by z Manchesteru dotrzeć do Hagi.

bodyguard1

Patrick Hughes postanowił zrobić oldskulowe kino akcji, które 30 lat temu byłoby wielkim hitem wypożyczalni kaset video. Jest skontrastowany duet, sporo strzelania i popisów kaskaderskich, by wszystko skończyło się w jeden, oczywisty sposób. Fabuła jest przewidywalna jak kolejność dni w tygodniu, ale nie o to tu chodzi. Ma być krwawo, brutalnie i ostro – tak też właśnie się dzieje. Podczas podróży nasz duet bliżej się, zmuszeni do starć z hordami przeciwników zdesperowanych i uzbrojonych po zęby. Reżyser jest na tyle sprawnym rzemieślnikiem, że potrafi zrobić każdą scenę akcji z pazurem. Zarówno ostrzał konwoju Kincaida, rewelacyjny pościg po ulicach Amsterdamu rozpisany na samochody, motorówkę i motocykl czy moment, gdy nasi bohaterowie są rozdzieleni od siebie i sami muszą pokonać zagrożenie (Bryce w kuchni oraz sklepie a’la Castorama – perełka) dają bardzo dużo frajdy z seansu. Montaż, świetnie dobrana muzyka (m.in. „Black Betty”) podkręcająca tempo, niepozbawione bluzgów dialogi plus silna chemia między bohaterami to najmocniejsze atuty „Bodyguarda”.

bodyguard2

Właśnie chemia – to ona jeszcze bardziej nakręca ten galop. Ryan Reynolds jest tutaj uporządkowanym, dopinającym do ostatniego szczegółu Bryce’m. Sztywny jak urzędnik najwięcej „koloru” nabiera, gdy nic nie idzie zgodnie z jego planem (czyli bardzo często). Przeciwieństwem jest absolutnie wyluzowany i mający wszystko gdzieś Samuel L. Jackson jako Kincaid, który jest tutaj prawdziwym kawałkiem skurwysynem. Bardzo często przypomina czyim jest synem, działa intuicyjnie i bez patyczkowania. Pytanie, czy panowie przed dojściem do celu nie wymordują się nawzajem, cały czas pozostaje otwarte, a iskry między panami są bardzo mocno odczuwalne. Poza nimi na drugim planie błyszczy temperamentna Salma Hayek jako żona Kincaida, serwująca takie wiązanki słowne, że wszystko inne jest nieważne oraz odpowiednio demoniczny Gary Oldman jako prezydent Dukovich.

bodyguard3

„Bodyguard zawodowiec” (za to tłumaczenie dystrybutor powinien oberwać) to uczciwe kino klasy B, które wygląda lepiej niż na pierwszy rzut oka i nie udaje, że jest czymś więcej niż bezpretensjonalną, krwawą napierdalanką z pomysłową choreografią, ironicznym humorem oraz ostrym duetem (co z tego, że grają to, co zawsze). Na końcówkę lata propozycja idealna, pozwalająca się wyluzować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Guy Ritchie – 10.09

Sherlock HolmesReżyser, scenarzysta i producent filmowy.

Urodzony 10 września 1968 roku w Hatfield, hrabstwo Hertfordshire. Był drugim synem Amber (z domu Parkinson) i kapitana Johna Viviana Ritchie – żołnierza Seaforth Highlanders. Jako 7-letni chłopiec zaczął trenować karate Shotokan w londyńskim Budokwai, gdzie wiele lat później zdobył czarny pas w judo. Mający dysleksję Guy w wieku 15 lat został wyrzucony ze szkoły koedukacyjnej Stanbridge Earls.

Początkowo Guy zaczynał prace jako reżyser reklamówek i teledysków, ale w 1995 roku zrealizował swój debiut – krótkometrażowy „The Hard Case”. Film obejrzała żona Stinga, Trudie Styler i postanowiła wyprodukować pełnometrażowy debiut. Od tej pory Ritchie stał się specjalistą w dziedzinie komedii gangsterskiej, mocno inspirując się Quentinem Tarantino. Jego filmy wyróżnia szybki montaż, ironiczny humor, krew i bluzgi, łamanie chronologii, obecność narratora (choć nie zawsze) oraz dynamiczna praca kamery.

Głośno o Ritchiem stało się także, gdy ożenił się z Madonną w 2000 roku. Wtedy też nastąpiło poważne załamanie się kariery reżysera. Osiem lat później doszło do rozwodu, a były pan Madonna od dwóch lat jest mężem modelki Jacqui Ansley, z którą ma troje dzieci.

Do tej pory Ritchie zdobył nominację do BAFTY i Saturna oraz wygrał Złotą Malinę (i miał nominację), zaś jego najbliższymi współpracownikami są (do tej pory): montażysta James Nesbitt, producenci Matthew Vaughn, Steve Clark-Hall i Joel Silver, dźwiękowiec Simon Hayes, kompozytorzy: John Murphy, Hans Zimmer i Daniel Pemberton, operatorzy: Tim Maurice-Jones, John Mathieson i Philippe Rousselot oraz aktorzy: Jason Statham, Vinnie Jones, Jason Flemyng, Jude Law i Mark Strong.

Nie się więc co ochrzaniać i pora przedstawić ranking filmografii Guya Ritchie. Trzy, dwa, jeden, zaczynamy!

Miejsce 11. – Rejs w nieznane (2002) – 2/10

Do tej pory wszyscy główkują dlaczego taki reżyser jak Guy Ritchie nakręcił taką kaszanę jak „Rejs w nieznane”. Być może wynikało to z dużego zaufania do swojej ówczesnej żony, Madonny, grająca tu główną rolę wyjątkowo zołzowatej pannicy, która zostaje zmuszona do pobytu na bezludnej wyspie w towarzystwie rybaka ze statku. Tu się kompletnie nic nie zgadza, od pozbawionej chemii obsady, braku poczucia humoru, nie wpadającej w ucho muzyki, przez seksistowskie żarty oraz kompletną zmianę tonu pod koniec, który jest tak kiczowaty, że można zacząć rzygać tęczą. Film doprowadził do załamania kariery reżysera i zakończył kooperację z producentem Matthew Vaughnem, co dla mnie jest poważną stratą. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Revolver (2005) – 6/10

W założeniu poważne i głębokie kino gangsterskie, a w rzeczywistości jest to przekombinowane, pełne bełkotu pomieszanie z poplątaniem. Wychodzący z więzienia Jack Green (niezły Jason Statham) planuje zemstę na szefie kasyna za swoja odsiadkę (świetny Ray Liotta) i opracował bardzo precyzyjny plan. Ritchie nadal trzyma się swojego stylu, mieszając do tego kotła filozofię, repetycje wielu scen, a nawet zabawę konwencją (skok i zabójstwo pokazane w formie… animacji), tylko ze… o co tutaj tak naprawdę chodziło. Scenariusz jest strasznie hermetyczny, reżyser nie pomaga rozgryźć wszystkiego, coraz bardziej mącąc i mieszając tropy. Bardzo wymagające i ciężkie kino.

Miejsce 9. – Aladyn (2019) – 7/10

Aktorska wersja kultowej animacji Disneya (nie pamiętam jej) o złodziejaszku, który zakochał się w księżniczce. Dżin, wezyr, latający dywan, lampa – wszystko tu jest, wygląda jak miejscami film z Bollywood (wejście Aladyna jako księcia Ali), zaś Will Smith jako Dżin bezczelnie kradnie każdą scenę. Problem w tym, że brakuje tego charakterystycznego stylu reżysera. Bawiłem się dobrze, ale czegoś tu brakuje. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Sherlock Holmes: Gra cieni (2011) – 7/10

Drugie spotkanie z Holmesem i Watsonem, którzy tym razem tropią profesora Moriarty’ego (świetny Jared Harris) – zbrodniarza odpowiedzialnego m.in. za zamachy bombowe. Akcja pędzi na złamanie karku, w sprawę jest wplątania pewna Cyganka (Noomi Rapace), intryga się gmatwa, a nasi bohaterowie ruszają przez cała Europę, by znaleźć kolejne nitki. Całość napędza niezawodny duet Downey Jr./Law jako Holmes/Watson, dodając całości luzu, ironii i humoru. A zakończenie zapowiada ciąg dalszy. Może się go doczekamy?

Miejsce 7. – Rock’n’Rolla (2008) – 7/10

Powrót reżysera na stare śmieci, czyli do gangsterskiego półświatka. Wszystko się obraca tutaj wokół dwóch rzeczy: przynoszącego szczęście obrazu, będącego gwarantem interesu między Lennym Colem (znakomity Tom Wilkinson) a Yurim Omowiczem (niezawodny Karel Roden) oraz Dziką Bandą (trio One-Two, Mumbles i Przystojny Bob, czyli Gerald Butler, Idris Elba oraz Tom Hardy), szukających forsy na rozkręcenie swojego interesu. Intryga się gwatwa, każdy chce każdego wykiwać, a przewodnikiem po tym bajzlu jest prawa ręka Cole’a – Archie (fantastyczny Mark Strong). Świetnie zrealizowane (scena tańca miedzy One-Two a Stellą czy ucieczka przed niezniszczlnymi Ruskimi – perła), ze zgrabnie wykorzystaną muzyką i galerią barwnych postaci. Stary, dobry Guy powrócił. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Sherlock Holmes (2009) – 8/10

Było wiele wariacji i mutacji przygód gospodarza Baker Street 221B, ale Guy Ritchie zrobił to w konwencji kina przygodowego. Cała intryga skupia się na „zmartwychwstaniu” okultysty lorda Blackwooda (Mark Strong) skazanego i powieszonego. Holmes próbuje rozgryźć cała intrygę, zwłaszcza, że to Watson stwierdził zgon. Reżyser już na dzień dobry pokazuje naszego bohatera nie tylko jako sprawnego umysłowo, ale przede wszystkim fizycznie (zrealizowane w spowolnieniu bijatyki, gdzie nasz detektyw przedstawia jakie ruchy zrobi przeciwnik i on sam, by na sam koniec przyspieszyć). Intryga jest pogmatwana, humor i akcja idą ręka w rękę, a Robert Downey Jr. bardzo dobrze odnajduje się w tej szalonej konwencji.

Miejsce 5. – Kryptonim UNCLE (2015) – 8/10

Tym razem zabawa w retro kino szpiegowskie, zrobione ze smakiem i klasą. Bohaterami jest dwójka agentów wywiadu z przeciwnych mocarstw – Napoleon Solo (Henry „Superman” Cavill) z CIA oraz Ilja Kuriakin (Arnie Hammer), którzy zostają zmuszeni do wspólnego działania przez swoich szefów. Celem jest niedopuszczenie do III wojny światowej przez neonazistów. Znowu czuć tutaj rękę reżysera, czyli szybki montaż, pełna stylizacja na lata 60. (świetna scenografia i kostiumy, z kapitalną muzyką Daniela Pembertona), gdzie wszystko tutaj skleja się, pędząc na złamanie karku. Ścigamy się samochodami, motorówką, quadami, intryga zgrabnie przechodzi, a duet Cavill/Hammer, wspierany przez śliczną Alicię Vikander oraz nietypowo obsadzonego Hugh Granta. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Król Artur: Legenda miecza (2017) – 8,5/10

Tego się nie spodziewałem, bo Ritchie i król Artur wydawał się dziwacznym połączeniem, ale to mroczne kino fantasy ma prawdziwego kopa. Imponuje styl reżysera (dojrzewanie naszego bohatera jest pokazana za pomocą bardzo szybkiego montażu), a całość mimo pozornego chaous jest zrozumiała, spójna i bardzo sensowna. Realizacja jest znakomita (zdjęcia, montaż, muzyka), co widać chocby w kapitalnej scenie zasadzki i ucieczki, sporo humoru (kwestia Wikingów), skupienie na detalach. Może te mroczniejsze fragmenty, gdzie nasz bohater (kapitalny Charlie Hunnam) musi zmierzyć się z demonami oraz królem-tyranem (wielki Jude Law) wybijają z rytmu, ale to jest na szczęście jedyny poważny minus tego łotrzykowsko-przygodowego kina. Nie rozumiem tych negatywnych ocen. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Dżentelmeni (2019) – 8,5/10

Klasyczny Ritchie w gangsterskim klimacie. Właściciel dużego narkobiznesu chce się wycofać i sprzedać swoje imperium z dużym zyskiem. Tylko, że jedno z jego kryjówek zostaje zaatakowane, a oferowana cena gwałtownie spada. Kto mu bruździ? Historia niby prosta, ale ciągle się komplikuje, pojawiają się kolejni gracze, zaś każde wydarzenie jest istotne i ma poważne konsekwencje. Nie brakuje tu zarówno niepoprawnego politycznie humoru, barwnych postaci (dziennikarz-szantażysta Fletcher czy próbujący prostować młodzież Trener) oraz zabawy formą. Plus świetnie dobrani aktorzy z Matthew McConaugheyem, Hugh Grantem i Charliem Hunnamem na czele. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Porachunki (1998) – 9/10

Debiut, od którego zaczęło się wszystko. Czterech cwaniaczków: Eddie, Soap, Tom i Bacon postanawia zarobić szybkie pieniadze. Plan jest taki, że Eddy – mistrz karciany, chce ograć poważnego gangstera. Niestety, nic nie idzie zgodnie z planem i trzeba zebrać jeszcze pół miliona w ciągu tygodnia. Jest pewien plan. Ritchie barwnie portretuje półświatek, gdzie mamy nietypowych bohaterów jak trio plantatorów marihuany, egzekutora długów Wielkiego Chrisa (świetny Vinnie Jones), handlującego na ulicy Bacona (debiut Jasona Stathama), załatwiajacego różne rzeczy Nicka Greka, a wszystko obraca się się wokół pieniędzy i strzelb. Wszystko się gmatwa, by doprowadzić do przewrotnego i kapitalnego finału. Do tego bardzo świeże, nieograne twarze, bluzgi, kapitalna scena kradzieży i bezbłędny montaż. Bezczelny debiut.

Miejsce 1. – Przekręt (2000) – 9/10

Kto nie pamięta tego pokręconego filmu, gdzie wszystko układa się w kapitalną całość. Historia dotyczy wokół skradzionego diamentu, który chcą mieć wszyscy: od drobnych cwaniaków po grube ryby. Po drodze będą złodzieje przebrani za rabinów, zabijającego jednym ciosem Cygana, Borysa Brzytwę, amerykańskiego szefa, zajmującego się nielegalnymi walkami hodowcę świń Skałę, czarnoskórych złodziei. I jeszcze będzie jakiś pies. Wszystko się tu miesza w jedną, szaloną mozaikę o chciwości, wariactwie. Kapitalny montaż, świetna muzyka oraz rewelacyjni aktorzy: Brad Pitt, Jason Statham, Vinnie Jones, Dennis Farina, Benicio Del Toro, Stephen Graham i wielu wielu innych. Prawdziwa petarda i klasyka w swoim gatunku.

A jakie są wasze ulubione filmy Guya Ritchie? Czy nazywanie go brytyjskim Tarantino jest trafne? Piszcze śmiało w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Przełęcz ocalonych

Wojna zawsze była okrutna, brutalna i bezwzględna. Niszczy charaktery, ale potrafi pokazać bardziej ludzkie oblicze w zdehumanizowanym świecie. To tego brutalnego świata trafia szeregowy Desmond Doss, który nie może (i nie chce) zabijać, ze względu na wiarę. A dokonał najbardziej heroicznego wyczynu z nich wszystkich. To jego historię poznajemy w „Przełęczy ocalonych” – największym filmowym powrocie roku 2016, gdyż reżyserem tego fresku jest najbardziej znienawidzony człowiek w Hollywood – Mel Gibson.

przelecz_ocalonych1

Opowieść o żołnierzu, co chciał być sanitariuszem i nie zamierzał dotknąć broni, można (wręcz trzeba) podzielić na trzy etapy. Pierwsza to dzieciństwo i młodość, podczas którego poznajemy naszego bohatera, jego rodzinę, w końcu przyszłą żonę. Drugi to szkolenie w wojsku, szykany oraz proces. Wreszcie trzeci, czyli walka o przełęcz Hacksaw na Okinawie. Każdy z tych wątków Gibson opowiada inaczej, nie unikając kwestii wiary oraz wierności samemu sobie. Na początek dostajemy ostrą i krwawą migawkę z walki na wzgórzu, gdzie nasz bohater jest niesiony na noszach. A wtedy cofamy się wiele, wiele lat wstecz. Początek jest bardzo barwny oraz odrobinę sentymentalny (ten związek między nim a pielęgniarką rozwija się dość szybko), jednak reżyser nie jest ani nadekspresyjny, tandetny i kiczowaty, chociaż pozornie dzieje się niewiele.

przelecz_ocalonych2

Znacznie ciekawiej robi się w koszarach, gdzie bohater trafia ofiarą szykan, a dla przełożonych jest prawdziwym problemem, którego szybko by się pozbyli. Koledzy uważają go za tchórza i nie dają mu spokoju (pięści idą w ruch), by wreszcie wydalić go z wojska, co się nie udaje. Tutaj poznajemy jego przyszłych towarzyszy: Polaka wyglądającego jak Indianiec, krewkiego rednecka, Włocha oraz sierżanta Powella, który jest (pozornie) typowym sierżantem, czyli drze mordę i rozstawia wszystkich po kątach. Ale i tak czekamy na front. Co jak co, ale Gibson w takich epickich klimatach czuje się najlepiej, bo te momenty zapierają dech w piersiach realizacją na mistrzowskim poziomie. Pamiętacie scenę lądowania w Normandii z „Szeregowca Ryana”? Reżyser niebezpiecznie blisko jest klasykowi Spielberga, gdyż krew i flaki lecą tutaj niemal z prędkością wystrzeliwanych pocisków, nie oszczędzając nieprzyjemnych detali. Rozpadające się zwłoki zjadane przez szczury, robaki, same flaki, obcinane nogi, ręce – to robi gigantyczne wrażenie, zostając w pamięci na długo. Jedyne co przeszkadza to stereotypowe przedstawienie Japończyków jako bezwzględnych zabijaków, próbujących w razie porażki zabić siebie oraz jak najwięcej wrogów.

przelecz_ocalonych3

A w tym całym szalonym i bezwzględnym świecie jest Doss (świetny Andrew Garfield), który nie zabija, lecz niesie pomoc. Każdemu komu się da, zawierzając swoje życie Bogu. Nie jest to jednak religijny fanatyk, ale człowiek chcący żyć tylko i wyłącznie w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Początkowo spotyka go opór i niezrozumienie, lecz zmienia się to w szacunek (sceny, gdy wyciąga ludzi SAM z urwiska – rewelacja) oraz podziw. Poza Garfieldem największym aktorskim zaskoczeniem był dla mnie Vince Vaughn jako sierżant Howell, będący lżejszym wcieleniem niezapomnianego Hartmana z „Full Metal Jacket”. Surowy, ostry i bardzo chamski, ale oddany i waleczny do końca. Właściwy człowiek we właściwym miejscu. Nie sposób zapomnieć też trzymającego fason Hugo Weavinga jako ojca Dossa, prześladowanego przez wojnę złamanego człowieka, ślicznej Teresy Palmer (Dorothy) czy dobrego Sama Wortingtona (kapitan Glover).

przelecz_ocalonych4

„Przełęczą ocalonych” Gibson powrócił do łask Hollywood i pokazał jak ze skromnego budżetu zrobić spektakularne kino wojenne, pełne krwi, brutalności oraz precyzyjnej realizacji (zdjęcia, montaż, dźwięk, popisy pirotechniczno-kaskaderskie), jakiej dawno w tym gatunku nie było. Do tego w odpowiednich proporcjach zachowano patos, bezwzględną rzeź i wiarę. Piorunujący koktajl, który popija się jednym łykiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Nice Guys. Równi goście

Jak zrobić dobrą kumpelską komedię? Przepis jest bardzo prosty: trzeba znać dwóch bohaterów różnych jak noc i dzień, by się mogli nawzajem podocinać, dać im wspólną sprawę do rozwiązania, by zostali zmuszeni do połączenia sił, rzucić wieloma błyskotliwymi dialogami i gagami. Jeszcze dodać odpowiednich aktorów, porządnego reżysera, błyskotliwego scenarzysty, by jechać dalej. Ale od czasów „Zabójczej broni” niewiele powstało dobrych filmów w tym gatunku. Jednak w 2016 powrócił największy macher buddy movies, czyli scenarzysta Shane Black w swoim trzecim podejściu reżyserskim.

nice_guys1

Wszystko zaczyna się w Los Angeles roku 1977. W kinach szaleją „Gwiezdne wojny”, Oscara za najlepszy film dostał „Rocky”, ostatni raz zagrał Elvis Presley, zaczyna się rozkręcać era disco. I tutaj przyszło żyć naszym bohaterom. Jackson Healy to taki osiłek, którego się zatrudnia, by spuścił łomot komu trzeba. Holland March z kolei jest prywatnym detektywem, który samotnie wychowuje córkę i jest takim cwaniaczkiem. Co łączy tą parę? Niejaka Amelia, której wszyscy szukają i ktoś chce ją sprzątnąć. Kto i dlaczego?

nice_guys2

Black to spec, jeśli chodzi o komedie z wątkiem kryminalnym. Już na dzień dobry dostajemy wypadek gwiazdy kina porno, widziany przez młodego chłopaka. Jest krwawo i ostro, a to dopiero rozgrzewka. Reżyser czasami zapierdala na złamanie karku, serwując trzymające w napięciu pościgi, bijatyki, strzelaniny. Samo śledztwo i intryga jest równie prosta jak ustawy parlamentarne, coraz bardziej się gmatwa, kluczy, wpuszcza w maliny, by dokonać kilku wolt (w tym jednej bardzo krwawej). I co jest, że wszystko dzieje się na bardzo cienkiej granicy prawdopodobieństwa, a w sprawę są zamieszani politycy, firmy samochodowe, ekolodzy, gangsterzy i wymiar sprawiedliwości? To wszystko nie jest tak mocno istotne, choć zrealizowane pierwszorzędnie. Dlaczego to działa? Są dwie siły napędowe (plus dialogi i miejscami absurdalny, pełen ironii humor).

nice_guys3

Po pierwsze, stylizacja. Blackowi udaje się bardzo przekonująco odtworzyć klimat lat 70. Widać to nie tylko w strojach (takich hawajskich koszul i takich kolorowych garniturów dziś jak na lekarstwo) czy furach, bo to najmocniej, ale w całej warstwie wizualnej. Nie zawodzi scenografia (willa producenta porno), gdzie nawet takie drobne detale jak reklamy w gazecie czy wygląd telefonu. No i obowiązkowej muzyce z Earth, Wind & Fire oraz zespołem America na czele.

nice_guys4

Po drugie, to co w każdej takiej historii musi się sprawdzić, czyli chemia między głównymi bohaterami. Tutaj obsadzono znakomitych, chociaż nie unikających szarżowania Russella Crowe’a i Ryana Goslinga. Pierwszy, chociaż wygląda jak taki misio w hawajskiej koszuli z kurtką, to facet nie bojący się spuścić łomotu. Jednocześnie ma głowę na karku i jest dość inteligentny, wierzący w sprawiedliwość. Ale Gosling jest prawdziwą komediową petardą, opierającą swój humor na slapstickowych gagów (pobudka w wannie w pełnym ubraniu). Jednak to jest bohater złamany przez życie, z dużym ciężarem (zwróćcie uwagę na tatuaż na ręku) i bardzo widać jak zależy mu dziecku (cudowna Angourie Rice), które jest jego oczkiem w głowie. Ten duet rozkręca ten cały film, a docinki i złośliwości między nimi mają prawdziwego kopa. Może brakuje tutaj wyrazistego łotra (Matt Bomer jako Johnny Boy wydaje się troszkę komiksowy), ale nie jest to dużym problemem.

nice_guys5

„Nice Guys” przywraca wiarę w moc kumpelskiego kryminału, gdzie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Konwencja gra, przemoc i humor idą ze sobą ręka w rękę, a chemia między bohaterami jest wręcz zabójcza. Czy powstanie sequel? Czas pokaże, bo duet Crowe/Gosling zasługuje, by nie być tylko jednorazowym wyskokiem.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

Dawno, dawno temu, czyli jakieś 40 lat narodziła się legenda, czyli „Gwiezdne wojny”. Produkcja tak otoczona kultem, że każdy szanujący się kinoman powinien ją przynajmniej raz w życiu zobaczyć. Po realizacji całej sagi (jeszcze będzie część VIII i IX), właściciele praw do sagi postanowili zrealizować cykl spin-offów znanych jako „Gwiezdne wojny – historie”, gdzie będzie poznawać poboczne wątki z tego bardzo bogatego uniwersum. Początkiem tego cyklu jest zrobiony przez Garetha Edwardsa „Łotr 1”.

otr11

Cała historia skupia się na Jyn. Kobieta jest kryminalistką, która trafiła do kolonii karnej i ukrywa swoją prawdziwą tożsamość (jest córką inżyniera pracującego dla Imperium), ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Zostaje schwytana i odbita przez Rebelię. W zamian za wolność ma wykonać jedno zadanie: dotrzeć do swojego ojca pracującego nad potężną bronią (Gwiazdą Śmierci). By to zrobić razem z oficerem wywiadu Cassiana Andora wyruszają do Jedhy, by znaleźć pilota Imperium, który zdradził. I to początek całej eskapady.

otr12

Edwards bardzo powoli rozkręca cała opowieść, konsekwentnie budując ekspozycję bohaterów oraz całego świata, ale reżyser idzie w stronę kina niemal wojennego. Poza naszą dwójką do grupy dochodzi jeszcze pilot Bodhi, dwóch strażników Świątyni i robot K-2SO. Przenosimy się z miejsca na miejsce, akcja jest bardzo dynamiczna, by w finale zagrać o najwyższą stawkę. Odwiedzamy Jedhę, siedzibę inżynierów, by dojść do ostatecznej konfrontacji (Scarif). Jednocześnie reżyser pokazuje Rebelię w bardziej szarych barwach jako podzieloną grupę, pozbawioną prawdziwego lidera, nie bojącą się dokonywać czynów wątpliwych moralnie. To jest pewna nowość, tak samo jak bardzo gorzki finał pokazujący, jak wielką cenę trzeba było zapłacić za zdobycie tych planów. Jest to kapitalnie zrealizowane (świetny montaż równoległy w finale) kino, pełne adrenaliny, pomysłowo sfilmowanych scen akcji i ciągłym napięciem (mocne wejście samego Vadera walczącego z rebeliantami).

otr13

Aktorsko jest to różnie, ale udało się stworzyć wyraziste, pamiętne postacie, którym chce się kibicować. Felicity Jones jako Jyn, ewoluująca z szorstkiej kobiety w wojowniczkę, której zaczyna zależeć, daje radę i przekonuje. Ale to drugi plan jest tak bogaty, że zawłaszcza ekran. Nie ważne czy mówimy o niepozbawionym humoru K-2 (Alan Tudyk), zabójczym duecie Imwe/Malibus (świetni Donnie Yen i Wen Jiang), niepozbawionym skrupułów Andorze (dobry Diego Luna) czy troszkę nerwowo mówiącym Bodhim (Riz Ahmed). Interakcje między nimi są prawdziwą siłą napędową całości. Plus bardzo wyrazisty czarny charakter, czyli dyrektor Krennic (Ben Mendelsohn) – pyszny, pełen ambicji urzędnik.

otr15

„Łotr 1” to bardzo smutny film w świecie „Gwiezdnych wojen”, gdzie dopiero wydarzenia z tego tytułu, pozwoliły stworzyć tą Rebelię jaką znamy z klasycznej trylogii. Na szczęście nie jest tylko bezczelnym skokiem na kasę, tylko spójną, mroczną i bardziej „brudną” historią, dającą nadziej na kolejne udane części. Moc czuć w tym wielką.

8/10

Radosław Ostrowski

Steven Wilson – To The Bone

to the bone

Drugiego tak ważnego dla brzmień progresywnych muzyka jak Steven Wilson po prostu nie ma. W tym roku 50-letni muzyk i wokalista najpierw powrócił w wielkim stylu z Blackfieldem, teraz postanowił wydać piaty album solowy, po dwuletniej przerwie. Jednak tym razem Wilson zmienił wytwórnię (Kscope tym razem zastąpiło Caroline Records) i na dzień dobry dostaliśmy aż pięć singli. Pojawiły się głosy, że nasz kochany frontman sprzedał się. Jaka jest prawda?

Truth is individual calculation. Which means, because we all have different perspectives, there isn’t just one singular truth, is there? – tymi słowami zaczyna się cały album oraz tytułowy utwór, który jest bardzo mroczny. Elektroniczna, minimalistyczna perkusja, mocne odgłosy harmonijki niemal żywcem wzięte z „Again”, wokaliza w tle, a potem dołącza mocna gitara, by pod koniec wyciszyć się. I już tutaj słychać skręt Wilsona w stronę bardziej popowego i przystępnego grania. Bardziej nastrojowo robi się przy „Nowhere Now”, gdzie całość oparta jest na fortepianie i akustycznej gitarze. A kiedy wydaje się, że cały czas będzie ostro wchodzi pierwszy singiel, czyli pełna ciepłego tła ambientu „Pariah” z gościnnym udziałem Ninet Tayeb. Spokojna kompozycja coraz bardziej nabiera wyrazistości, by w finale zaatakować dźwiękową ścianą, by zaraz wrócić do pop-rockowego (z naciskiem na rockowego) kopniaka w postaci „The Same Asylum as Before”, gdzie Wilson śpiewa… falsetem, by znowu wejść do ambientu w „Refugee” – magia wraca, by znowu podkręcić całą aurę i zaatakować najpierw perkusją, smyczkami, gitarą oraz harmonijką.

Ale co się odwaliło w „Permanating” to nie jestem tego w stanie zrozumieć. Takie taneczne, wręcz dyskotekowe popisówki fortepianu, Wilson znowu myśli, że jest zaginionym bratem Gibb i to tak gryzie się z cała resztą, że sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Podobnie krótki, oparty na flecie „Blank Tapes”, a ogień wraca w rytmicznym „People Who Eat Darkness”. „Song of I” zaśpiewane ze szwajcarska wokalistką Sophie Hunger początkowo odpycha minimalistyczną, niepokojącą perkusją oraz smyczkami, działając dość usypiająco. Z wyjątkiem środkowej partii, gdzie znów dochodzi do dźwiękowej eksplozji. A najlepsze dostajemy na koniec – 9-minutowy „Detonation” to mieszanka styli i gatunków, czyli stary dobry Wilson. Tutaj mamy elektroniczno-perkusyjne cykania, przesterowany głos, ostre wejścia gitar, mocna perkusja, skręt w cudowny ambient ze smyczkami oraz niemal reagge’owe riffy. I na finał „Song of Unborn” – wyciszona, piękna kompozycja z niemal sakralnym zakończeniem (te chórki są cudowne).

„To The Bone” to bardzo problematyczny i nierówny album, w którym Wilson za bardzo chce zaszaleć stylistycznie. Problem w tym, że jako całość jest zbyt rozstrzelona, gryzie się ze sobą i jest niespójna. Muzyk za bardzo upraszcza, przez co dawna magia pojawia się tylko fragmentarycznie. Troszkę szkoda, ale mam nadzieję, ze to tymczasowy wyskok.

7/10

Radosław Ostrowski

13 godzin: Tajna misja w Benghazi

Libia po 2011 roku przestała być spokojnym krajem. Kiedy obalono Kadafiego, wydawało się, że demokracja uczyni ten kraj wolnym, szczęśliwym i wspaniałym. Zarówno Trypolis jak i Benghazi stały się najniebezpieczniejszymi miejscami na świecie. To właśnie tam we wrześniu 2012 w rocznicę zamachów terrorystycznych doszło do ataku na amerykańską ambasadę oraz tajną bazę CIA, szukającej niebezpiecznej broni chemicznej i nuklearnej na czarnym rynku. Ochroną kryjówki zajęło się sześciu kontraktowych najemników, którzy byli zdani tylko na siebie.

13_godzin1

Brzmi znajomo? Skojarzenia z „Karbalą” i „Helikopterem w ogniu” nasuwają się same, a całość ma wiele elementów, by stać się klasykiem kina akcji. Największy szok przeżyłem, gdy zobaczyłem kto odpowiada za ten film. To sam Michael „Transformers” Bay, czyli facet lubiący wielką rozwałkę za wielkie pieniądze, jest do bólu amerykański jak się da (patos na cm taśmy filmowej przekracza wielokrotne normy dla osób spoza USA), a prawdziwymi gwiazdami są popisy pirotechniczne i efekty komputerowe. Więc spodziewałem się rozpierduchy, patosu oraz kompletnego gniota. A tymczasem dostałem pełnokrwiste, męskie kino akcji z flakami, bez chodzenia na kompromisy w pokazywaniu rzezi na ekranie.

13_godzin2

Bay oczywiście korzysta z ulubionego arsenału, ale jest bardziej powściągliwy niż zwykle. Unika wskazywania palcem odpowiedzialnych za ten stan oraz wątków politycznych, jednak nie jest tak bardzo zapatrzony w Amerykę jak do tej pory. Gwieździsty sztandar tutaj jest dziurawiony jak sity albo znajduje się kompletni brudny w pobojowisku, biurokracja i głupota stają się ciężkimi barierami do przekroczenia. Widać to mocno w postawie szefa komórki, mówiącego wprost: „Nie wchodźcie nam w drogę”. Tych sześciu wyszkolonych komandosów, co niejedno przeszli i widzieli, mogą liczyć tylko na siebie, swoje doświadczenie oraz sprzęt. Jednocześnie Bay nie przedstawia mieszkańców Libii jako islamskich fanatyków, co by chcieli tylko mordować Amerykanów (napisy końcowe oraz postać tłumacza Ahmeda).

13_godzin3

Kiedy jednak dochodzi do akcji, czyli 13 godzinnego oblężenia, a wcześniej odbiciem ludzi z ambasady, Bay wciska gaz do dechy. Już wcześniej parę razy buduje napięcie, zwłaszcza gdy nie wiadomo czy osobnik po drugiej stronie to przyjaciel czy wróg. Strzelaniny, popisy pirotechników wyglądają niesamowicie. Nocne ujęcia (Dion Beebe!!! – facet pracował przy „Zakładniku” oraz „Na skraju jutra”) wyglądają znakomicie, adrenalina ciągle jest podkręcana i razem z bohaterami czeka się. Na pomoc, kolejny atak, chwilę oddechu. Może i bohaterowie nie są jakoś specjalnie rozbudowani czy przedstawieni, ale chemia między nimi jest bardzo silna. Nawet finał wydaje się dość gorzki, nawet jak na happy end.

13_godzin4

Reżyser postawił też kompletnie na niezbyt znane twarze, co tylko dodaje realizmu całości. Ekipie przewodzi tutaj John Krasinski jako nowy członek grupy John Silva, który jako jedyny – poza dowódcą Ronem (świetny James Badge Dale) – jest bardzo mocno zarysowany i wiemy więcej niż pozostałych ludziach. Może rozmowy między nimi nie są jakieś bardzo głębokie, ale tym bohaterom po prostu się wierzy. Nocą trudno rozróżnić ich (wszyscy brodaci i niewiele widać), jednak nie przeszkadza to.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Michael Bay jest w stanie zrobić dobry film, wyśmiałbym każdego. Ten filmowiec swoje najlepsze dzieła robił w połowie lat 90., gdzie pozwalał sobie na teledyskowy montaż, podkręcał tempo i mógł sobie na wiele pozwolić. „13 godzin” ma świetne tempo, jest fantastyczne pod względem wizualnym oraz ma coś więcej do powiedzenia niż tylko przedstawić widowiskową jatkę. Jestem pod wielkim wrażeniem i chcę więcej takiego Baya.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Muzyka Końca Lata – Złoty krążek

e0393ac2aa6e1c628fa1895e7feebd68

Warszawski kwintet Muzyka Końca Lata specjalizuje się w bezpretensjonalnym brzmieniu klasycznego rock’n’rolla niczym z czasów swojej największej świetności, czyli lat 60. Na swoim piątym albumie kontynuują ścieżkę wyznaczoną przy swoim debiucie, ale tym razem (przynajmniej tekstowo) jest bardziej poważnie.

Początek jest romantyczny oraz pełen szybkich gitar, czyli “La Bella”, lecz to tylko instrumentalny wstęp, a melodia jest kontynuowana w pełnym popisów perkusji “Chłopaku z futerałem”, gdzie swoje też dodaje… harmonijka. Równie szybcy są “Słowaccy piłkarze”, a tytułowy utwór jest bardziej kojącym fragmentem spokoju, gdzie wykazać mogą się niemal senne klawisze z perkusją. Niemal czuć klimat gór w “Juhasie” (początek gitarowy) – najszybszym numerze na płycie, by dać prawdziwego kopa w “Chorym”. “Świąteczny” – jak sama nazwa wskazuje – ma wiele wspólnego z Bożym Narodzeniem, jest bardzo spokojny, z cudnymi wokalizami Oli Bilińskiej, delikatnymi dźwiękami perkusji i trąbką, dodającą animuszu, by lekko przyspieszyć w “Gorzej już nie może być”, gdzie także trąbka ma swoje pięć minut.

Tym bardziej zaskakuje fakt, że pod koniec utwory zaczynają przekraczać trzy minuty. Bardzo dynamiczny i szybki “Chocholi taniec”, pełen melodyjnej gry gitary. Refleksyjnie się robi w “Będzie, co będzie”, a bęben (nie perkusja) zmienia wszystko na początku niemal recytowanego “Słońca na wiatr”, gdzie pod koniec perkusja wali po garach, by wszystko załagodzić w “Starym zaklęciu”.

Śpiewający tutaj (najczęściej na przemian) Ola Bilińska z Bartkiem Chmielewskim tworzą zgrany duecik. On jest bardziej szorstki, ona delikatna, niemal dziewczęca. W połączeniu z bardziej refleksyjnymi tekstami dotyczącymi związków i wszystkiego wokół (rozstań, rodziny, zakochania, tęsknoty – wszystko nie pozbawione humoru, ale z głową I drugim dnem), tworzy bardzo mocną mieszankę.

Niby brzmieniowo jest spod znaku rock’n’rolla I muzyka jest bardzo przyjemnie staroświecka, to jednak “Złoty krążek” jest bardzo dojrzały, dowcipny oraz inteligentny z tzw. przekazem. To się rzadko zdarza w muzyce rozrywkowej.

7,5/10

Radosław Ostrowski