Van Morrison – Keep Me Singing

Van_Morrison_Keep_Me_Singing

Irlandzki wokalista Van Morrison dzisiaj obchodzi 72. urodziny. Brzmiący niczym czarni wykonawcy bardzo dobrze się czuł w mieszance rocka, soulu I klasycznego popu. Niezmordowany, pełen energii nagrywa kolejne płyty, choć nie zmieniają jego kariery. W zeszłym roku pojawił się album numer 36. “Keep Me Singing”.

Już otwierający całość “Let It Rhyme” pokazuje, że niewiele się zmieniło. W tle grają ładne smyczki, fortepiano, czasem przewinie się harmonijka, a Morrison wspierany jest przez ładny wokal kobiecy. Nigdzie się tutaj nie ma co spieszyć, a artysta próbuje jakoś ubarwić całość czy to za pomocą trąbki (nastrojowe “Every Time I See a River”), podkręcając tempo z klawiszami (utwór tytułowy), dodając akustyczną gitarę do ładnej ballady (“Out In The Cold Again”), pojawia się nawet poczucie nostalgii (smyczkowo-gitarowe “Memory Lane”) I bardzo delikatny blues (“The Pen Is Mighter Than The Sword”). Pare razy zaskoczy przyjemny fragment (solo fortepianu w “Holy Guardian Angel”) czy nieoczywiste wejście gatunkowe (naleciałości reggae w opartym na Hammondach “Share Your Love with Me”).

Morrison swoim szorstkim głosem sprawdza się świetnie, a najbardziej w jazzowym klimacie jak w przypadku krótkiego “Look Behind The Hill” czy ostrzejszego (bo z harmonijką) “Going Down To Bangor”. Zawsze jednak liczył się tekst, gdzie autor słodko-gorzko opowiada o życiu. Nie ma tutaj czegoś oczywistego czy oryginalnego, bo Morrison nie musi nikomu niczego udowadniać. To solidne, porządne rzemiosło, unikające bycia tylko ramotą. A za miesiąc wychodzi nowy album tego artysty, który nie zamierza przechodzić na emeryturę. I niech sobie śpiewa.

7/10

Radosław Ostrowski

Siedmiu wspaniałych

Dawno, dawno temu był sobie taki film „Siedmiu wspaniałych”. To był pierwszy western jaki oglądałem i pierwszy jaki pamiętam. Sama historia była bardzo prosta: mieliśmy biedaków terroryzowanych przez bandytów. Ludzie ci decydują się (za bardzo skromne pieniądze) zatrudnić rewolwerowców do ochrony. Produkcja Johna Sturgesa do dziś uważana jest za klasykę westernu. Kiedy pojawiły się wieści o remake’u byłem przerażony i obawiałem się najgorszego – że to będzie tylko i wyłącznie skok na kasę. Ale po kolei.

Rose Creek jest małym, spokojnym miasteczkiem, gdzie ludzie próbują żyć sobie w spokoju, bez spięć i konfliktów. Ale wtedy pojawia się niejaki Bartholomiew Bogue – chciwy kapitalista, który chce wykupić cała dolinę, gdyż znajduje się tam złoto. Stosuje prostą zasadę, jak nie prośbą, to groźbą, a jak ktoś postawi opór, zostanie zabity. Wdowa po jednym z zamordowanych postanawia znaleźć kogoś, kto pomógłby w rozwiązaniu sprawy Bogue’a i jego ludzi. I właśnie wtedy pojawia się łowca głów Sam Chilsom, który zgadza się i decyduje się zebrać grupkę ludzi do pomocy. Niektórzy z nich to dawni znajomi: strzelec wyborowy Robicheaux i jego skośnooki przyjaciel-nożownik Billy, tropiciel Jack Horne, ale też przypadkowo poznani po drodze ludzie (irlandzki pijak-hazardzista, ścigany przez prawo Meksykanin, indiański wojownik).

7_wspaniaych1

Jak widać z fabuły, film Antoine’a Fuqua mocno trzyma się ścieżki wyznaczonej przez oryginał. Sama historia jest bardzo prosta, ale jednocześnie bardzo uniwersalna. Wiele było historii o ludziach, ryzykujących swoje życie kompletnie obcym ludziom. Dlaczego to robią? Motywacja jest różna: zemsta, poczucie przygody, skłonność do ryzyka, walka z własnymi demonami, dla zasad. Reżyser powoli, ale konsekwentnie opowiada, mocno zarysowując tło. Z jednej strony nie korzystający z broni mieszkańcy, z drugiej chciwy Bogue z armią zbirów do wynajęcia, a pośrodku tego starcia ta siódemka straceńców. Nie wszyscy dożyją końca i zobaczą zachód słońca, ale może było warto to zrobić? Wszystko przebiega według sprawdzonego szablonu: zbieranie zespołu, pierwsze starcie z siłami w mieście, przygotowania do ataku i szkolenie mieszkańców, wreszcie ostateczna potyczka na rewolwery, karabiny, działo i dynamit.

7_wspaniaych2

Jednak mimo przewidywalności oraz klasycznego sposobu opowiadania, „Siedmiu wspaniałych” potrafi poruszyć. Fuqua pokazuje jak silna zaczyna się tworzyć więź miedzy bohaterami, których pozornie nie łączy zbyt wiele. I właśnie ta chemia jest najmocniejszym punktem tego filmu. Jeśli dodamy do tego świetne zdjęcia, pełne pięknych plenerów oraz budującą napięcie muzykę Jamesa Hornera, a także fantastycznie zrealizowane strzelaniny, tak jak klasycy gatunku przystali. Czuć stawkę w tej grze, choć pojawia się czasami (wisielczy) humor, lecz nie łagodzi sytuacji.

7_wspaniaych3

No i wreszcie obsada, chociaż na pierwszy rzut oka wygląda jak zbieranina chłopaków z boys bandu. Nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, każdy z siódemki wyróżnia się kolorem skóry, co jest tylko świadectwem naszych czasów, które nie są już tak jednowymiarowe pod względem bohaterów, co 50-60 lat temu. Każdy z nich ma kilka cech, chociaż nie wszyscy są w pełni rozbudowani i nie mają wiele czasu tylko dla siebie. Nie zawodzi Denzel Washington jako chłodny, opanowany Chisolm, czyli przywódca tej grupy szaleńców. Tuż za nim jest niby-śmieszek w postaci Chrisa Pratta, jednak nie zmienia kompletnie klimatu całości. Na drugim planie wyróżniają się świetni Ethan Hawke (skrywający mroczną tajemnicę Robicheaux) oraz Vincent D’Onofrio (obdarzony piskliwym głosem, wyglądem niedźwiedzia oraz silną wiarą Horne), dodający odrobinę głębi. Pochwalić też należy Petera Saarsgaarda w roli chciwego, bezwzględnego Bogue’a.

7_wspaniaych4

Wiele osób może powie, że remake „Siedmiu wspaniałych” nie jest potrzebny. Może i tak, ale tak dobrego, klasycznego westernu, trzymającego w napięciu nie było od dawna. Świetnie zrobione, pełne mroku i pazura kino rozrywkowe. Wystarczy osiodłać konia, naładować Colty i ruszyć na kolejną misję.

7/10

Radosław Ostrowski

Deadpool

Na ekranie było wielu superherosów, co spuszczali łomot bandziorom, bywali prawi, sprawiedliwi oraz absolutnie godni naśladowania. Ale jak w każdej rodzinie superbohaterów znajduje się czarna owca, będąca kompletnym zaprzeczeniem tych cech, jednak oglądanie ich losów jest znacznie ciekawsze. Kimś takim jest Wade Wilson – prawdziwy wrzód na dupie, były żołnierz z niewyparzoną gębą i dobrym sercem. Obecnie jest do wynajęcia. Wtedy w jego spokojne życie pojawia się Ona – piękna, seksowna i z niewyparzona gębą. I kiedy wydaje się, że będzie to historia o miłości, pojawia się ten trzeci: nowotwór, który opanował niemal całe ciało Wade’a. i facet decyduje się odejść od niej, ale pojawia się szansa na wyjście z sytuacji, a imię jej Ajax oraz Weapon X.

deadpool1

Kiedy na początku pojawił się znaczek Marvela, to mniej więcej wiadomo czego się należy spodziewać: będzie zabawnie, lekko i raczej dla młodego widza. Ale pierwsza scena, gdy widzimy spowolnioną akcję na autostradzie, gdzie nasz heros jest w trakcie spuszczania łomotu kolesiom w aucie, chwytając jednego za gacie (w tle czołówka niemal żywcem wzięta ze Screen Junkies), już wiadomo, że będzie inaczej. Debiutujący Tim Miller puszcza hamulce i dodaje to, czego w innych filmach stajni Stana Lee nie było: krew, czarny humor oraz dużo bluzgów. W czasach grzecznych opowieści, „Deadpool” wydaje się ogromnym powiewem świeżości oraz kompletną zabawą konwencją. Pamiętacie takie filmy jak „Kick-Ass” czy „Kingsman”? Wade Wilson idzie dokładnie tym tropem, serwując dodatkowo takie bajery jak łamanie chronologii, łamanie czwartej ściany (nawet jest łamanie czwartej ściany w czwartej ścianie), animowane wstawki (włącznie z jazdą na jednorożcu) oraz robienie sobie wszelkich jaj z popkultury: od X-Menów przez „Matrixa” i Wham! aż na skromnym budżecie całego filmu.

deadpool2

Do tego jeszcze mamy kliszowe numery w stylu główny bydlak z brytyjskim akcentem (świetny Ed Skerin), ukochaną pełniącą rolę damy w opałach (Morena Baccalin – ależ ona wygląda!!!), pomocnika, będącego źródłem kolejnych żartów (T.J. Miller) oraz zabójczy duet mutantów, czyli opanowanego, wręcz kulturalnego Colossusa (Stefan Kapicic) i młodą małolatę Ellie (jej ksywa jest za długa, by ją wymówić). Wszystko to jednak jest wzięte w wielki, krwisty nawias, pod warunkiem, że lubicie takie poczucie humoru w stylu wbijanie gościa na miecze niczym szaszłyk. Ale to wszystko jest nieważne, dlaczego?

deadpool3

Bo Deadpool w „Deadpoolu” wie, że jest bohaterem filmu i wie, ze gra go Ryan Reynolds, który w tym filmie odpierdala cuda wianki. Jest złośliwy, ironiczny, pyskaty, klnie bardziej niż Samuel L. Jackson, a przeciwników kroi mieczami jak rzeźnik mięso tasakiem. Jego metody eksterminacji (tutaj widać skromny budżet, ale i z tego twórcy robią sobie jaja) nadal potrafią rozbawić. I ten gość wyróżnia całą produkcję Marvela od reszty konkurencji, dodając wiele świeżości w skostniały superbohaterski film.

deadpool4

Jeśli myśleliście, że filmy typu „Sausage Party” czy „Kick-Ass” to ostra jazda po bandzie, to „Deadpool” bezwzględnie rozniesie was w pył. Bezkompromisowe, ostre, wulgarne, prostackie, inteligentne i wręcz kurewsko śmieszne kino, będące jedną wielką zgrywą z kina superbohaterskiego. Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać części drugiej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ja. Daniel Blake

Społeczne zacięcie zawsze było czymś, co interesowało Kena Loacha. Nie inaczej jest z jego ostatnim filmem, który przyniósł mu drugą Złotą Palmę w Cannes. Kim jest tytułowy Daniel Blake? To zwykły szaraczek, pracujący jako stolarz. Ale ostatnio przeszedł zawał serca i lekarz zabronił powrotu do pracy, ale co innego uważa pomoc społeczna. Jednak by móc odwołać się od decyzji, mężczyzna musi dostać wezwanie oraz przedstawić, że stara się dostać pracę. Niestety, to nie jest żart. Wtedy na jego życiowej drodze pojawia się Katie – samotna matka dwójki dzieci, która przyjechała z innego miasta.

daniel_blake1

Loach jak nikt inny potrafi obserwować ludzi z nizin społecznych znajdujących się w dziwacznych sytuacjach, ale tutaj wszystko przypomina „Proces” Kafki. Mężczyzna jedynie potrzebuje pieniędzy oraz wsparcia, jednak dla urzędów jest tylko imieniem, nazwiskiem i notką na komputerze. I nikim innym. Ale jeszcze nikomu nie udało się w pojedynkę wygrać z systemem (symbolem tego starcia staje się scena, gdy bohater sprayem pisze swój postulat): doczekanie się rozmowy telefonicznej wydaje się trwać wieczność, a wszyscy tłumaczą się jakimiś przepisami, które dla zwykłego człowieka brzmią bez sensu –  musisz mieć CV, a jak nie masz, to dostaniesz się na kurs. A potem szukaj pracy, której nigdzie nie ma. I udowodnij urzędnikowi, że szukasz tej fuchy, bo inaczej kara. Chciałoby się zaśmiać, ale ten absurd wywołuje niemal zadławienie się.

daniel_blake2

Czy jest jakaś szansa na wyjście z tego zaklętego kręgu? Mogą pomóc przyjaciele i sąsiedzi, pod warunkiem, że nie będziesz czuł wstydu. Wstydu, że nic ci nie wychodzi, robiąc dobrą minę do złej gry. Nie brakuje odrobiny humoru (próby obsługi komputera czy sąsiedzi Blake’a handlujący butami zakupionymi z Chin), ale nie jest on w stanie kompletnie osłabić siły dramatu naszego bohatera (fantastyczny Dave Johns). Relacja bohatera z Katie daje jeszcze siłę, by walczyć i zbudować nową rodzinę, a rozmowy wnoszą wiele ciepła, a oboje starają się nawzajem wspierać, mimo poczucia wstydu i bezsilności (scena w banku żywności czy jak opowiadają o sobie), co daje dodatkowy zastrzyk energii.

daniel_blake3

Loach jednak nie zostawia żadnych złudzeń: w walce z systemem człowiek jest nikim. Prostymi środkami, niemal dokumentalną realizacją „Ja, Daniel Blake” łapie za serce, unikając jak ognia emocjonalnego szantażu. Od emocji wręcz kipi aż do bardzo gorzkiego finału – po seansie łatwo poczujecie się jak Blake w klinczu absurdu. Mocne i szczere kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Taksiarze z Waszyngtonu

Waszyngton – stolica najpiękniejszego kraju świata, gdzie każdy może być tym, kim tylko się żywnie podoba. Tam też działa firma taksówkarska D.C. Cab, gdzie pracują ludzie światli, inteligentni oraz kompletnie postrzeleni. Do tej firmy postanawia dołączyć Albert Hockenberry – syn przyjaciela szefa firmy, Harolda. Chłopak jest pełen zapału i entuzjazmu, chcąc rozkręcić cały interes, co nie będzie takie łatwe.

taksiarze1

Film Joela Schumachera to komedia oparta na sile charakterów i mogła powstać tylko w latach 80. Tylko wtedy nosiło się takie wdzianka, słuchało się muzyki Giorgio Morodera oraz Ireny Cary, a takiej bandy pomyleńców razem nie mogło się pojawić w takiej ilości. A co to za postacie: lekko hipisowski szef z miotaczem ognia w domu (!!!), czarnoskóry naciągacz i oszust, niespełniony muzyk, dwóch mięśniaków z bandanami na głowach, mający obsesje na punkcie teorii spiskowych Dell czy próbujący podrywać dziewuchy Xavier. Już samo to jest wystarczającym źródłem humoru oraz masy całkiem przyjemnych gagów (ucieczka przed konkurencją otwierająca film czy zdobycie pieniędzy od tancerki erotycznej), które może nie zaskakują finezją, ale doprowadzają do ataku śmiechu. Początkowo film jest takim zbiorem scenek, gdzie nasz bohater próbuje odnaleźć się w tej pokręconej zbieraninie, która musi walczyć z inspektorem pracy i konkurencją.

taksiarze2

Schumacher opisuje tych bohaterów z nutką sympatii, chociaż nie są to bohaterowie idealni. Ale dopiero jako zgrany zespół są w stanie stworzyć coś wartościowego, a nawet odzyskać swoją reputację. Niby to po amerykańsku, ale czuć takiego energetycznego kopa. Dopiero ostatnie pół godziny dodaje wątek sensacyjny (porwanie dzieci z sierocińca i Alberta), co uzasadnia pełne zjednoczenie sił oraz pomysłowy zestaw gagów ze świetnie zrealizowaną sceną pościgu za porywaczami.

taksiarze3

I jeszcze ma bardzo wdzięczną obsadę z ciepłym Adamem Baldwinem jako sympatycznym Albertem na czele. Z tego grona bohaterów zdecydowanie wybija się Mr. T (twardy Samson), postrzelony Gary Busey (Dell) czy udający przystojniaka Paul Rodriguez (Xavier). Ale cały zespół jest bardzo zgranym składem, który mógłby ubarwić nie jeden film i czuć silną chemię, co daje sporo radości.

taksiarze4

„Taksiarze” to kawał przyzwoitej komedii, która mogła powstać tylko w jednym czasie, dając całkiem sporo frajdy. Troszkę zapomniane dzieło, chociaż nie zasługuje na pamięć nielicznego grona widzów. Nie tak zabawny jak filmy z tego okresu, ale nadal daje radę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Linia życia

Człowiek niemal od zawsze interesował się tym, co znajduje się po drugiej stronie życia. Co jest po śmierci i czy w ogóle coś jest, dając pole do spekulacji naukowcom, filozofom, a także filmowcom. Jedną z takich prób odpowiedzi będzie „Linia życia” przygotowana przez Nielsa Andersa Opleva, czyli twórcy pierwszej części trylogii „Millennium” wg książek Stiga Larssona. Jednak prawda jest taka, że już ta historia została opowiedziana 27 lat temu.

linia_zycia1

„To dobry dzień by umrzeć” – to pierwsze słowa wypowiedziane w tym filmie, a ich autorem jest dziwacznie ubrany Nelson. Wygląda bardziej jak detektyw z kryminału niż student medycyny, którym jest naprawdę. Razem z czterema kolegami z uczelni postanawia zrealizować bardzo niebezpieczny eksperyment: wejść w stan śmierci klinicznej, by znaleźć odpowiedź na pytanie o życie i śmierć. Robią to nocą w tajemnicy na uniwersyteckiej kostnicy, w budynku dawnego kościoła. Pozornie wszystko się udaje, a za Nelsonem chcą pójść pozostali członkowie grupy: zbuntowany David, potajemnie nagrywający swoje kochanki Joe, rozmarzony Randy i zahukana Rachel. Ale po pewnym czasie zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

linia_zycia2

Joel Schumacher nigdy nie był uważany za ambitnego filmowca, posiadającego swój własny styl. Ale tutaj próbuje zahaczyć o temat uniwersalny, gdyż zaświaty interesują każdego bez względu na pochodzenie i wiarę (lub jej brak). I dochodzi do mało odkrywczych wniosków, że nie należy bawić się w Boga. To, co się dzieje po eksperymencie, reżyser przedstawia w konwencji thrillera, gdzie dochodzi do przebudzenia dawnych win oraz demonów: śmierci bliskich, przypadkowej ofiary, znęcania się psychicznego czy braku emocjonalnej bliskości. Wydaje się to trywialne i banalne?

linia_zycia3

Jednak realizacja jest tutaj pierwszorzędna, a Schumacher konsekwentnie buduje aurę mistyczności. I jest to nie tylko zasługa miejsca przeprowadzania eksperymentu (te freski, kolumny), ale całej warstwy audio-wizualnej. Sceny „wizji” po śmierci wygląda niesamowicie – dla każdej postaci jest inna – lecz także „ataki” i pojawienie się zmor nadal budzi strach (dotyczy to głównie wątku Nelsona), najpierw zmianą kolorystyki, by potem zaatakować muzyką sakralno-popową, co świetnie buduje napięcie (fantastyczna robota Jana De Bonta oraz Jamesa Newtona Howarda).

linia_zycia4

Drugim mocnym punktem jest świetnie poprowadzona młoda obsada, z aktorami którzy dopiero mieli się wybić do pierwszej ligi. Film kradnie wyborny Kiefer Sutherland jako charyzmatyczny Nelson. Jest siłą napędową całego przedsięwzięcia, a każde następne zdarzenie pokazuje jego niebezpieczny charakter – skupienie na sobie, pychę, zazdrość. Te cechy charakteru widać na początku, ale eksperyment tylko je podkreśla, a bohater coraz bardziej skręca w stronę paranoi. Poza nim jeszcze widzimy Kevina Bacona (David – najbardziej odpowiedzialny z całej grupy), Olivera Platta (wnoszący sporo humoru Randy), Williama Baldwina (przystojniak Joe) oraz Julię Roberts (Rachel). Każde z nich ma w sobie tyle charakteru, że nie jesteśmy w stanie przejść obojętnie wobec nich, zmuszeni do walki ze swoimi lękami.

linia_zycia5

Sama historia może i nie jest oryginalna, ale „Linia życia” okazuje się mocnym thrillerem z konsekwentnie budowanym klimatem oraz w pełni zgraną obsadą. Może nie do końca wykorzystuje swój potencjał, ale jako kino rozrywkowe dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Straszy, smuci i może rozpocząć pewną dyskusję, chociaż wcale nie jest to wymagane.

7/10

Radosław Ostrowski

Paterson

Kino bywa czasami zaskakująco zwyczajne, bez niespodzianek. Tylko czy jesteśmy jeszcze w stanie obejrzeć film, w którym nie dzieje się pozornie nic? Gdzie scenariusz jest zbiorem scen, mających tylko i wyłącznie zbudować pewien klimat? Nie zawsze takie tytuły do mnie trafiają, bo bardziej interesuje mnie historia. Ale przecież od każdej reguły może być wyjątek. Czy taki właśnie będzie „Paterson”?

paterson1

Bohaterem nowego filmu Jima Jarmusha jest Paterson – zwykły i pozornie nijaki kierowca autobusu mieszkający w mieście Paterson, stan New Jersey. Mieszka z lekko postrzeloną żoną Laurą, która ciągle chce próbować czegoś innego: a to rozpocząć biznes cukierniczy, a to zostać wokalistką country. Z kolei sam Paterson pisze wiersze, ale nie publikuje ich, tylko trzyma w swoim notatniku. I jeszcze mają Marvina – buldoga angielskiego, który jest dla nich jak dziecko. A wszystko skupia się na pewnej rutynie i przyglądamy się jednemu tygodniu z życia Patersona.

paterson2

Akcji jako takiej w tym filmie po prostu nie ma, a wszystko skupia się na interakcji Patersona z całym otoczeniem. Podporządkowane jest to z góry określonej rutynie – każdy dzień zaczyna się od widoku z góry na łóżko Patersona i żony, potem praca (przed pracą jeszcze jakiś fragmencik wiersza), a po pracy widok na wodospad (dalsze pisanie), powrót do domu (poprawianie wykrzywionej skrzynki na listy), spacer z Marvinem oraz wizyta w barze. I tak w kółko a po drodze jeszcze będą wiersze – nie ocierające o banał, kicz czy popisywanie się. Dla wielu to spokojne tempo, gdzie kamera skupia się na detalach, emocjach, rozmowach (pamiętacie taki „Dym”?) może dla wielu osób okazać się zwyczajnie nudna oraz nieciekawa. Jarmusch wymaga od widza skupienia, wyciszenia oraz zatrzymania się, by przemyśleć kilka rzeczy. Przy okazji niejako stawia pytania o sztukę – inspirację do tworzenia, czy należy za wszelką cenę niejako prezentować ją światu, czy (jeśli sprawia to przyjemność) zachować tylko dla siebie? Bo paliwem może być dosłownie wszystko: miłość do kobiety, lęki, nawet zwykła rozmowa z nieznajomym (finałowa scena) i nad tym wszystko wisi troszkę melancholijny klimat.

paterson3

To daje duże pole do popisu, z czego bardzo mocno korzysta Adam Driver, chociaż jest bardzo powściągliwy w tej roli. Jego Paterson jest bardzo wycofany, niemal nieobecny, pozornie pozbawiony emocji, traktujący pisanie poezji jako swoją pasję. Być może dlatego nie zamierza ich publikować, a może chodzi o coś jeszcze. Jarmusch nie daje żadnych odpowiedzi. Drugą kluczową postacią jest żona (Golshifteh Farahani) – pełna energii, szukająca swojej pasji i uwielbiająca czarno-białe przedmioty. A jednak nie czuć tutaj pretensji, wyrzutów, tylko pełna życzliwość oraz ciepło. Ale i tak wiele scen kradnie Marvin – piesek ma swoje momenty, gdy doprowadza do wielu zabawnych sytuacji (rozmowa Patersona z kolorowo ubranymi dresiarzami czy spotkanie z raperem trenującym w pralni), co dodaje tylko koloru tej niepozornej historii.

paterson4

„Paterson” jest sztandarowym przykładem kina Jarmischa, który nigdzie nie pędzi, nie pokazuje mrocznej strony życia, tylko jest przykładem wizualnej i fabularnej kontemplacji. Jest jak poezja, z charakterystycznym rytmem, powtórzeniami i dla wielu będzie zbyt nudny tak jak życie. Nie znaczy to, że trzeba sobie odpuścić, tylko by w pełni zadowolić się „Patersonem” trzeba się zatrzymać. Ale czy w dzisiejszych czasach jest to realne? Skoro może istnieć człowiek nie korzystający z telefonu komórkowego i komputera, to chyba jest nadzieja.

7/10

Radosław Ostrowski

Rejs w nieznane

Wszyscy pamiętamy to, co robił Guy Ritchie na przełomie wieków. To, jak odświeżył kino gangsterskie w UK, dodając teledyskową wręcz formę, smolisty humor oraz barwnych bohaterów. Nic dziwnego, ze porównywano go do samego Quentina Tarantino. Ale w 2002 roku ten zdolny Brytyjczyk wpakował się w wielką kabałę i do tej pory zastanawiam się jak można było zrobić taki film jak „Rejs w nieznane”.

rejs_w_nieznane1

Ale po kolei. Punktem wyjścia filmu jest wycieczka trzech par z Włoch do Grecji. Oczywiście wszystkie pary są Amerykanami. Jak to bogaci – są wybredni, chcą się bawić i zaszaleć. Tylko jedna osoba sprawia wrażenie zmuszonej do eskapady, czyli Amber Leighton. Kobieta ma bardzo wysokie przekonanie o sobie i potrafi doprowadzić wiele osób do szewskiej pasji. Tak jak Giuseppe – rybaka, będącego członkiem załogi. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności oboje zostają uwięzieni w łódce pośrodku morza, a ich animozje doprowadzają do większych uszkodzeń. Aż trafiają na bezludną wyspę, gdzie są zdani na siebie.

rejs_w_nieznane2

Początek nie jest nawet najgorszy i nawet ten lekko slapstickowy humor nie drażnił, choć reżysera stać było na znacznie więcej. Jednak, gdy mamy tylko dwójkę naszych antagonistów, „Rejs” zaczyna się kompletnie sypać jako komedia, stając się festiwalem niepotrzebnych bluzgów, wzajemnych wyzwisk i upokorzeń. Role zaczynają się odwracać, co mogłoby dać komediowe spięcie, ale nie do końca zostało to wygrane. Ritchie wydaje się tutaj wręcz prymitywnym dresiarzem, zupełnie pozbawionym czegokolwiek. Psychologia postaci leży, gdyż te animozje mają doprowadzić do zakochania się, wreszcie miłości. W tym wydaniu brzmi to po prostu fałszywie, sztucznie, a miedzy bohaterami zwyczajnie brakuje chemii. Co jeszcze gorsze, końcówka skręca w tak melodramatyczne tony, że przyprawia to o prawdziwy ból.

rejs_w_nieznane3

Ten film mógłby być nawet średniakiem, gdyby nie fatalne aktorstwo. Ale czy może być inaczej, gdy główną rolę dostaje Madonna (ówczesna żona reżysera). Jej Amber jest tak odpychająca, jak tylko to jest możliwe, także pod względem fizycznym. Nawet, gdy zaczyna robić się mniej agresywna, to przesadza w drugą stronę. Samym głosem doprowadza do irytacji, a rzadko zdarza się taka reakcja z mojej strony. Troszkę lepszy jest Adrianno Giannini jako Giuseppe, który jest mocno przerysowany, jednak potrafi być zabawny (zabawa w kalambury czy rozmowy z kapitanem). Tylko między tą parą nie ma zgrania, a „miłość” między nimi nie jest w żaden sposób przekonujący.

rejs_w_nieznane4

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o tym filmie (ok, wyspa ładnie wygląda, ale to raczej jej zasługa niż filmowców), ale kompletnie nic się nie zgrało. „Rejs w nieznane” rozbił bank Złotych Malin i zakończył współpracę z producentem Matthew Vaughnem. Rehabilitacja oraz powrót do formy zajął Brytyjczykowi wiele, wiele lat. Dzięki czemu udało się zapomnieć o tym gniocie, który jest propozycją dla „koneserów”.

2/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Szprycer

okladka

Ten cholernie zdolny raper był objawieniem ostatnich lat, który swoim EP-kami potrafił załatwić konkurencję trafnymi obserwacjami, ciętymi one-linerami oraz płynnym flow. Jednak pełna płyta “Marmur” rozczarowała I okazała się ogromną porażką. Jednak nasz ziomek nie złamał się i postanowił własnym sumptem nagrać oraz opublikować w Internecie kolejną EP-kę “Szprycer”, gdzie zdecydował się zmienić swoje oblicze. Jak mu wyszło?

Przyjrzyjmy się “Szprycerowi”, który znowu powstał w kooperacji z Rumakiem. I otwierająca całość “Nostalgia” zaczyna się od szybkich, mocnych ciosów perkusji skontrastowanych z ambientową wręcz elektroniką, a sam Taco próbuje śpiewać (całkiem nieźle, gdyby nie to ej), a pod koniec dostajemy ładne smyczki. Kompletnie zmienia się klimat w “Chodź”, gdzie mamy trapowanie w rytm orientalnej elektroniki (fajny, bujający bit) oraz niemal szybko nawijanym refrenem. Kawałek imponuje tempem, a pod koniec jeszcze mamy śpiewany refren nakładany na nawijkę Taco. “Tlen” to klasyczny trap, gdzie tło brzmi jak przerobiony alarm, a niski, głęboki głos Taco idealnie się odnajduje w tym klimacie, by przyspieszyć w niemal tanecznym “Głupim bycie”, pachnącym latami 80. podobnie jak mroczny “Dele” z ponurymi klawiszami i elektroniczną perkusją.

Ale nawet ja nie spodziewałem się takiego niemal dyskotekowego “I.S.W.T.” (choć wpleciony fragment “Chłopców z ferajny” jest mocny), szybko wpadającego w ucho z bardzo fajnym refrenem. Krótki “35” jest  kolei bardziej surowy, co jest zasługą imitacji gitary elektrycznej i rockowej perkusji, a przestrzenna “Karimata (Mute)” pełna jest wyciszonej elektroniki oraz najbardziej epicki w tym zestawieniu “Saldo ‘07”.

Taco nadal ma kilka panczlajnów (“Karimata”, “Dele”) I tym razem nie idzie w stronę banału czy kiczu. Nadal obserwuje swoje przywiązanie fanów do niego, podgląda relacje damsko-męskie, nałogi oraz próbuje zdystansować się wobec swojej sławy. Najbardziej jednak drażniło mnie w jego flow te wstawki typu “ej, ej” I całkiem nieźle śpiewa. Nie wywołuje on bólu, agresji. W takich małych dawkach Taco Hemingway był najlepszy, a “Szprycer” to potwierdza. Raper wraca do formy, choć nie w pełni zmazuje wpadkę jaką był “Marmur”.

7/10

Radosław Ostrowski

Osobliwy dom pani Peregrine

Poznajcie Jake’a – chłopca wycofanego i nie mającego żadnych przyjaciół, znajomych, nikogo. Jedyną osobą, z która ma silną więź jest dziadek, opowiadający niezwykłe, choć bardzo mroczne opowieści. Chłopak uważał je kiedyś za prawdę, ale to zostało zachwiane. Aż do momentu śmierci Abe’a, która go coraz bardziej zamyka. W końcu decyduje się dojść do wspomnianego przed odejściem dziadka miejscowości w Walii, gdzie miał być sierociniec, do którego kiedyś trafił Abe. Przypadkowo przez jaskinię wchodzi do tego miasteczka… 3 września 1943, a sierociniec prowadzi pani Peregrine i ma dość nietypową grupkę podopiecznych.

pani_peregrine2

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to ten film mógł zrobić tylko Tim Burton. Powieść Ransona Riggsa wydawała się być niemal skrojona pod wyobraźnię oraz talent tego reżysera-plastyka, potrafiącego czarować swoją magią i posiadającego bardzo charakterystyczny styl. Główny bohater to wycofany outsider, nie potrafiący nawiązać kontaktu z otoczeniem? Jest. Granica między fikcją a rzeczywistością zacierają się jak w „Dużej rybie”? Tak. Piękny wizualnie, ale bardzo mroczny świat? Zgadza się. Sam budynek sierocińca, jak i nietypowi mieszkańcy troszkę kojarzą się z „X-Menami”, jednak to bardzo luźna inspiracja. „Osobliwy dom…” to mieszanka kina przygodowego z horrorem oraz pewną tajemnicą, potrafiącą skupić uwagę.

pani_peregrine1

Muszę przyznać, że początek i cała ekspozycja jest dość wolna, wręcz poprowadzona żółwim tempem. Dopiero po mniej więcej 1/3 filmu trafiamy do domu pani Peregrine i dość szybko poznajemy jej mieszkańców, czyli dzieci mieszkające w czasowej pętli pozwalającej przeżyć jeden, ten sam dzień. Same dzieciaki to zgraja ekscentryków, posiadających pewne nadprzyrodzone umiejętności (ożywianie, oko działające jak projektor filmowy, zęby z tyłu głowy, lekkość jak piórko) i czuć, że są to bardzo zgrane, zżyte z sobą postacie. Potem dość szybko poznajemy historię związaną z panią Peregrine oraz jej wrogami, co zjadają oczy (to wygląda strasznie), przez co zmienia się kompletnie ton, w zamian proponując dynamiczne tempo, pomysłowo zrealizowane potyczki (niewidzialne złe monstra vs ożywione kościotrupy na molo przy lunaparku). Pościgi, akcja i mrok, ale antagoniści pod wodzą tajemniczego Barrona wyglądają zbyt groteskowo, by budzić strach. Na ile wina aktorstwa, a ile charakteryzacji – nie mam pojęcia, bo to zwyczajnie nie zgrywa.

pani_peregrine4

Należy jednak pochwalić reżysera za stronę wizualną, która zawsze była mocną stroną filmów Burtona. Zarówno scenografia odnosząca się do epoki (lata 40.), jak i bardzo wykwintne kostiumy wyglądają bardzo przyjemnie dla oka. Nawet efekty specjalne są na przyzwoitym poziomie, a muzyka delikatnie buduje klimat całości, tworząc odrobinę magii.

Aktorsko jest za to bardzo nierówno. Dzieciaki wypadają całkiem przyzwoicie, chociaż sporo z nich nie zostało zbyt mocno zarysowanych (może w następnej części będzie lepiej), a z tego grona najbardziej zapada w pamięć prześliczna Elle Pernelle (Emma chodząca w stalowych butach) oraz ironizujący Enoch (Finlay MacMillan). Asa Butterfeld jako typowo burtonowski bohater jest całkiem przyzwoity – wycofany, niepewny i odpowiednio blady, a jego przemiana jest dość wiarygodna, bez cienia fałszu. Jednak film kradnie Eva Green jako tytułowa pani Peregrine, czyli opiekunka domu. Wygląda zjawiskowo (ten kostium robi 50% roboty), mówi z uroczym brytyjskim akcentem, sprawia wrażenie kulturalnej, a jednocześnie bardzo szorstkiej. Jednak pod tą warstwą skrywa się osoba, której zależy na innych i niepozbawiona empatii. Kontrastem dla niej jest Samuel L. Jackson jako Barron. Osobnik ten w zamierzeniu miał budzić lęk i grozę, ale aktor prawdopodobnie został spuszczony ze smyczy i niebezpiecznie orbituje w stronę szarży, groteski, wręcz parodii. Brakowało tylko, by Barron zaczął rzucać na prawo i lewo słowem „motherfucker”. Pozostali aktorzy jak Chris O’Dowd (ojciec jake’a), Allison Janney (terapeutka), Rupert Everett (ornitolog) czy Judi Dench (panna Avocet) są ograniczeni do roli statystów i nie mają zbyt wiele do pokazania. Wyjątkiem jest Terence Stamp jako ciepły dziadek Abe.

pani_peregrine3

Dziwny to film i bardzo osobliwy. Z jednej strony czuć mocno rękę Tima Burtona, z drugiej jednak trudno nie zarzucić wtórności oraz pewnego ugrzecznienia, jakby reżyser stępił swoje mroczne pazurki. Na ile jest to wina pierwowzoru, a na ile podejścia do niego – sami musicie odpowiedzieć, bo książki nie czytałem. Nierówne tempo, śmieszni przeciwnicy, nie do końca wykorzystany potencjał, z drugiej niezawodna sfera wizualna, niezłe aktorstwo oraz klimat. Ale poczucie lekkiego niedosytu pozostaje. Może Amerykanin powinien zrobić sobie przerwę na złapanie świeżego spojrzenia? 

6,5/10

Radosław Ostrowski