Queens of the Stone Age – Villains

Villains_cover_artwork

W 2013 roku Queens of the Stone Age kompletnie zmieniło swój styl muzyczny na płycie “…Like Clockwork”, bardziej skręcając w stronę komercyjnego rocka, co wprawiło swoich fanów w kompletne zakłopotanie. Cztery lata minęły, a Josh Homme I spółka postanowili zakotwiczyć w tym rewirze na dłużej. Ale czy może być inaczej, skoro “Villains” powstało ze współpracy z producentem Markiem Ronsonem (współpraca m.in. z Amy Winehouse, Bruno Marsem, Adele czy Lady Gagą)? A może się jednak mylę?

Siódma płyta zespołu jest też pierwszą w historii kapeli, gdzie nie ma żadnych gości. Początek to ciężkie I mroczne “Fell Don’t Fall Me” z dziwacznymi szmerami, szumami, powoli (lecz konsekwentnie) atakującą perkusją oraz bardzo pulsującymi klawiszami. Jakby tego było mało, to wokal Homme’a jest bardzo oddalony i słyszalny jak echo. Niecałe dwie minuty później wszystko staje się zwarte, perkusja wali mocno, a gitary wykonują melodyjny taniec (w połowie nawet riff jest lekko podchmielony), zaś Homme jest bardziej wyraźny niż na początku, dodając do pieca. Ale singlowy “The Way It Used to Do” utwierdził mnie w przekonaniu, że dawni stone rockerzy chcą walczyć z… Franzem Ferdinandem. Jest dość szybka melodia, skoczna gra instrumentów niczym z lat 70. i klaskaną perkusją, by na koniec wpuścić troszkę mroku, kontynuowanego w “Domesticated Animals” brzmiących bardzo orientalnie (gitara), by nagle się uspokoić I zaświdrować uszy perkusją, wspólnie z “egipskimi” klawiszami, dając prawdziwego kopa. Mroczniejsze “Fortress” to coś, co mi utkwiło w pamięci najbardziej, dodając odrobinę psychodelii (gitary i klawisze), a “Head Like a Haunted House” to szybki, niemal punkowy strzał z przesterowanymi gitarami oraz rozpędzoną perkusją. Stare dobre brzmienie Królowych czuć w “Un-Reborn Again” zdominowamym przez tłuste brzmienie syntezatorów, mocniejszy bas oraz zadziorniejsze riffy.

Niby spokojniej robi się w utrzymującym tempo walca “Hideaway” z czarującym refrenem. Bardziej ostro jest w “The Evil Has Landed” ze śpiewanym  capella wstępem oraz kompletnie zmieniającym się tempem, a na koniec dostajemy bardzo mroczne, pełne laboratoryjnych dźwięków “Villains of Circumstances” z bardzo powolnymi, ale gęstymi od napięcia riffami, by po dwóch minutach pójść drogą niemal klasycznego rock’n’rolla z przesterem.

Sam Homme swoim głosem parę razy zaskakuje, wywraca tempo i potrafi być bardzo delikatny, ale najlepiej czuje się w mocniejszych numerach. Tylko ta wolta stylistyczna może wielu fanów wprawić w zdumienie. Dużo melodyjności, więcej elektroniki I sporo kawałków, które pasowałyby do dyskoteki, gdyby grano tam rocka. Czy to się spodoba? Być może, choć dla mnie te 9 utworów bywało niespodziankami, a noga podrygiwała, więc było dobrze. Homme i spółka nie zmienili się w łotrów, więc ocean tylko jedna:

7/10

Radosław Ostrowski

Pasażerowie

Ludzkość rozwinęła się do tego stopnia, że jest w stanie odbywać loty kosmiczne do kolonii poza naszą galaktyką. W tym kierunku leci statek międzygalaktyczny Avalon z 5 tysiącami pasażerów i załogą. Wszyscy są uśpieni, a lotem sterują komputery. Na skutek awarii spowodowanej zderzeniem z meteorytem budzi się jeden z nich i to grubo przed zakończeniem lotu, czyli 90 lat przed czasem. Jak żyć w tej klatce, gdzie wszelkie możliwe sposoby spędzenia czasu (siłownia, kino, majsterkowanie, pogawędki a barmanem-androidem), ale samemu spędzić tak dużo czasu to słabizna. Taki problem ma mechanik Jim Preston. Aż widzi w jednej z komór taką fajną i piękną kobietę o imieniu Aurora. Tylko, czy zmarnować jej życie, choć może coś z tego będzie, a może wytrwać samemu w tej eskapadzie? Wytrzymał rok.

pasaerowie1

Kino SF zawsze dawało spore pole do popisu dla twórców, a w przypadku „Pasażerów” reżyser Morten Tyldum chyba nie do końca wiedział co chce opowiedzieć. Początek troszkę przypominał „Moon”, gdzie mamy samotnego Jima w nieogarnionej przestrzeni, a właściwie klatce, z której nie da się uciec ani zawrócić. Bezsilność człowieka wobec technologii i samotność tak bolesna, że nie do zniesienia. Rozumiem decyzję Jima, by ją wybudzić, bo sam zapewne bym oszalał na tym okręcie. Wtedy całość skręca w stronę zgrabnego melodramatu. Ładnie jest to poprowadzone, oboje dobrze się prezentują w obrazku i ten dylemat naszego bohatera jest wygrywany kilka razy. Czuć napięcie i tajemnicę. Ale scenarzysta z reżyserem nie bardzo co z nimi zrobić, wiec co robią? Dodają parę awarii i eksplozji, by podkręcić stawkę oraz uczynić całość bardziej dramatyczną. Czy to jest dobre posunięcie?

pasaerowie2

Nie, bo przestawienie na akcję i sensację, zaczyna psuć całą relację między tą dwójką, niejako unieważniając pewne decyzję. Napięcie jest (awaria reaktora), dramatyzm jest, tylko to wszystko przestaje mnie bardzo obchodzić. Wrażenie robi scenografia – bardzo oszczędna, czasami sterylna, ale imponująca i zgrabna wizualnie, przez co całość dobrze się ogląda. Ale końcówka jest tak przewidywalna i hollywoodzka, że sprawia niemal fizyczny ból. Efekty specjalne (jak na film za ponad 100 baniek) to są takie sobie, zwłaszcza momenty, gdy znika grawitacja (to były niezłe jaja) wyglądają sztucznie.

pasaerowie3

Całość próbuje dźwigać na swoich barkach duet Chris Pratt/Jennifer Lawrence i do nich nie mam żadnych zastrzeżeń. Oboje bardzo dobrze dają sobie radę, czuć między nimi chemię, a emocje (zwłaszcza Lawrence) są wygrywane bez cienia fałszu. By nie było im nudno na statku, dostają w prezencie Michaela Sheena jako barmana. Arthur w jego wykonaniu jest elegancki i czarujący w swoim sztywnym zachowaniu, ale kradnie ten film, wnosząc odrobinę humoru. Ta trójka jest najmocniejszym elementem, ale prawdziwym kuriozum jest niewykorzystanie Andy’ego Garcii, który pojawia się dosłownie na kilka sekund.

pasaerowie4

„Pasażerowie” są miłym i sympatycznym filmem, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zmarnowano potencjał na coś o wiele, wiele większego i głębszego. Przypomina koktajl, który szybko się wypija, ale potem się zapomina. Owszem, jest na co popatrzeć, czuć chemię między bohaterami, ale to troszkę za mało.

6/10

Radosław Ostrowski

Gracze – seria 2

Jak zapewne pamiętacie, Spencer Strasmore działa jako doradca finansowy w firmie ASM, gdzie werbuje gwiazdy futbolu. Jednak tym razem nad interesem zawisają czarne chmury, z powodu jego dawnego agenta, Andre Allen. Kiedyś panowie byli blisko, ale interes skończył się porażką i doprowadził do niezabliźnionych ran. A Spencer razem z kumplem Joe planują rozwinąć interes firmy oraz odegrać się na Andre.

gracze_21

Lubię ten lekki, wakacyjny serial z zacięciem sportowym, gdzie mieszają się imprezowy styl życia, hedonistyczne podejście do pieniędzy plus rozważne planowanie inwestycji. A że wszystko jest osadzone w letnim Miami, to klimat jest bardziej wyluzowany. Podskórnie widzimy jednak coś więcej niż tylko imprezy, grę i sławę. Tak naprawdę pokazuje styk między sportem i biznesem, gdzie nie zawsze wszystko jest dozwolone. W drugiej serii widzimy bardziej mroczne strony biznesu: szantaże, podchody, próby podkradania klientów oraz ich ekscentryczne prośby (kupno zwierzątka, ale jakiegoś banalnego czy zbudowanie hotelu w nierentownym miejscu). Wszystko to jest poprowadzone lekko, ale i daje wiele do myślenia.

gracze_22

I tak jak poprzednio twórcy skupiają się także na trzech innych bohaterach: Vernonie, Rickym i Charliem. Pierwszy dostaje kontuzji i jego gra w sezonie stoi pod znakiem zapytania, drugi nie może się zdecydować gdzie ma zagrać, a trzeci jest tak stary, że nigdzie go nie chcą i musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Te wątki nie są tylko zapychaczami, ale bardzo wnikliwie przedstawiają świat sportu, gdzie trzeba mieć mocną głowę, dobrych doradców i przede wszystkim wiedzieć, czego się chce. Najsympatyczniejszy z tej trójki jest Charlie, który dostaje nietypową posadę jako prawa ręka menadżera. I jest jeszcze nowy zawodnik – młody student Travis Mack. Chłopak z potencjałem i redneckim stylem życia, który dzięki Strasmore’owi dostaje szansy gry w I lidze. Ta interakcja ma najwięcej iskier, daje sporo kopa, a młodzik uczy się pokory, co może zaprocentować w przyszłości. Ciekawe, czy będzie to poruszone w trzeciej serii.

gracze_23

Po cichu liczyłem na większą konfrontację z Andre (świetny Andy Garcia), ale ta postać daje sporo ikry oraz pokazuje więcej nieznanych faktów z życia Spencera. Garcia bardzo dobrze czuje się w roli starego lisa, które nic i nikt nie jest w stanie złamać, nawet jego własne brudy. To mała wisienka w tym smakowitym cieśnie. I znowu błyszczy Dwayne Johnson, czyli wyluzowany, pewny siebie, a jednocześnie pełen lęków (dawna kontuzja się odnowiła), co dobitnie pokazuje finałowe przemówienie na uniwerku. Lepiej poprowadzono też relację między Spencerem a Joe (Rob Corddry), który nie jest już tylko wrzodem na dupie, ale prawdziwym wsparciem. I oczywiście, na dalszym planie mamy prawdziwe gwiazdy sportu m.in. Carolinę Woźniacki, Ndamukong Suh, Larry Csonka.

gracze_24

Chociaż zakończenie wydaje się bardzo smutne i przygnębiające, to jednak daje pewną nadzieję, że jeszcze wszystko da się wyprostować. Ale to niepewność, bez postawionej kropki nad i. trzeba będzie poczekać do serii trzeciej na wyjaśnienie kilku spraw. „Gracze” pozostają serialem na lato idealnym, serwując sporo humoru, klimatu Miami oraz niegłupiej obserwacji.

gracze_25

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atypowy – seria 1

Bohaterem nowego dzieła od Netflixa jest Sam Gardner – 18-latek, czyli chłopak wchodzący w dorosłość, ma obsesję na punkcie Antarktydy i pingwinów. Mieszka z matką oraz ojcem i młodszą siostrą. I bardzo chciałby mieć dziewczynę. Tylko jest jeden mały problem – chłopak ma autyzm (owszem, jest w stanie samodzielnie funkcjonować i pracować, ale nie zawsze wszystko wyłapuje od razu), co jest dodatkową przeszkodą.

atypowy1

Podoba mi się podejście, by dotykać tematów mniej popularnych i trudnych, a do tej grupy zalicza się także „Atypowy” stworzony przez Robię Rashid. Rozumiem też wybór tonacji takiej słodko-gorzkiej, co może czynić całość bardziej przyswajalną. Także fakt, że twórcy wiele próbują pokazać jak funkcjonuje taka osoba – ze swoimi lękami, dziwactwami oraz marzeniami. Sam ciągle szuka i jest to osobnik stawiający na twarde fakty, a emocje i uczucia to bardziej skomplikowana zagadka niż znajomość gatunków pingwinów. Dlatego do randek i szukania tej partnerki na całe życie jest źródłem wielu komicznych sytuacji, będących wszelkiego rodzaju „badaniem” gruntu (podpytywanie wprost o metody podrywu, szukanie w Internecie czy wizyta – nieudana – do klubu ze striptizem, by zobaczyć piersi) oraz próbami, które kończą się porażką z powodu jego zachowania (pierwszą dziewuchę, która zaczęła go dotykać… odepchnął) albo z faktu, iż powiedział coś, czego nie powinien. Ale faktem jest, że naszemu bohaterowi trochę za łatwo mu to idzie. Zaskakująco prosto jest w stanie nawiązać kontakt i nawet, że się wyrażę, jest ktoś zainteresowany (neurotyczna Paige), ale wydaje mi się to troszkę zbyt bajkowe. Albo ja po prostu pamiętam inaczej i wiem, że poznawanie przedstawicielek innej płci przypominało odkrywanie nieznanego lądu.

atypowy2

To jednak jedna z paru bolączek, które sprawiają, że „Atypowy” mógłby być dużo lepszym tytułem. Drugim kiksem jest coś, co nazwałbym tłem dla rodziny. Mówi się, że Sam ma pewne nawyki i rytuały, które musza być przestrzegane. Więcej, nawet w kuchni jest zorganizowana rozpiska dnia, czyli co, kto i kiedy robi. Tylko, że niespecjalnie coś z tego wynika, pozostali członkowie nie mówią sobie, gdzie idą, po co i dlaczego, przez co cały realizm sytuacji trafia jasny szlag, włącznie z tym „planowaniem” życia.

atypowy3

Na plus warto wyróżnić sceny z grupy wsparcia, chociaż mają one charakter informacyjny i pokazują jak rodziny sobie z tym nie radzą, wliczając w to Sama – matka (Jennifer Jason Leigh) mocno podporządkowała swoje życie synowi oraz opiece nad nim, przez co czuje się troszkę (nawet więcej niż troszkę) przyduszona, a jednocześnie chce prowadzić w miarę normalne życie. Ojciec (dobry Michael Rapaport) wstydzi się choroby swojego syna, ale próbuje się przełamać i staje się dla niego powiernikiem w kwestiach randek, siostra (Brigette Lundy-Paine) z jednej strony ma dość faktu, że to brat skupia swoją uwagę niż ona, z drugiej go chroni przed nietolerującym go otoczeniem. Na dalszym planie wybija się lekko postrzelona terapeutka Julia (sympatyczna Amy Okuda), będąca obiektem miłosnym naszego bohatera oraz hinduski kolega z pracy, Zahid (Nik Dodani).

atypowy4

„Atypowy” miał wszelki potencjał na poruszającą mieszankę komedii i dramatu, dotykającą w pełni temat autyzmu. Wyszedł z tego lekki, mocno uproszczony, płytki, ale jednak sympatyczny serial, trzymany w garści, dzięki świetnej roli Keira Glichrista jako Sama. Chłopak porusza swoim spojrzeniem na świat i od samego początku wzbudza sympatię, a jego nieporadne zderzenie wywołują śmiech, ale nie jest to szyderstwo z bohatera. Za to duży plus, ale to za mało by uznać całość za dobrą. Zakończenie pozostaje otwarte i mam nadzieję, że całość zostanie podreperowana, bo nie mogłem poczuć płytkości, wręcz zmarnowania potencjału.

6/10

Radosław Ostrowski

Ja, Olga Hepnarova

Kim była Olga Hepnarova? Kobieta, o której Czesi chcieliby jak najszybciej zapomnieć, gdyż jest bardzo ciemną kartą z historii tego kraju. W 1973 roku wjechała w tłum ludzi stojących na przystanku. Zostawiła po sobie list, w którym przyznała się do tego i wyjawiła swoje motywy – zemstę na społeczeństwie za swoją krzywdę.

olga_hepnarova1

Jej historię postanowili opowiedzieć panowie Petr Kazda i Tomas Weinreb w swoim debiucie opartym na reportażu Romana Ciieka. Władze komunistyczne zrobiły wszystko, by tą kobietę wymazać z pamięci i dlatego zostało po niej niewiele śladów. I to być może wyjaśnia konstrukcję tego filmu – to ciąg scenek w chropowatej, czarno-białej kolorystyce, przypominające fotografie. Pozornie mogą one wydawać się niepowiązane ze sobą w żaden sposób nitką fabularną, stanowiąc bardziej impresję na temat Olgi. Gdy ją poznajemy, próbuje odebrać sobie życie, przedawkowując leki. Potem widzimy ją w pracy, w swojej samotni, w jakieś spelunie, spędzając czas z koleżanką, podczas jazdy ciężarówką. To wszystko jest powycinane, sprawia wrażenie sklejki fotek (świetne zdjęcia Adama Sikory). Jeśli ktoś czuje podobieństwo do „Idy”, to na poziomie wizualnym jest bardzo silne. Uderza za to kompletny brak muzyki, co tylko potęguje poczucie beznadziei Olgi. Wiem, że dla wielu takie wolne i samodzielne układanie psychologiczny puzzli może być trudne, wręcz męczące, ale spróbujcie.

olga_hepnarova2

Sama dziewczyna pojawia się ona niemal w każdym ujęciu, a jej spojrzenie wydaje się kompletnie puste, jakby zamiast oczu były kawałki szkła. Niby ona jest, ale jakby nieobecna duchem Niby jest mizantropem, unikającym ludzi jak ognia, z drugiej zaś potrafi nawiązać więź z partnerkami. Pytanie, czy ta Hepnarova ma taką nadwrażliwą psychikę, a może to wszystko jest jakąś kreacją, wymówką przed wzięciem odpowiedzialności, wysiłkiem za swoje życie. Na te pytania nie znajdziecie odpowiedzi (przynajmniej wprost), a wcielająca się w nią Michalina Olszańska magnetyzuje, do samego końca skupiając swoją uwagę, także mową ciała – męski, twardy chód oraz twarz bardzo nisko, unikając wzrokowego kontaktu. Bardzo wymagająca, trudna rola, z której aktorka wychodzi z obronną ręką. Cała reszta obsady jest tylko tłem dla Olszańskiej.

olga_hepnarova3

Rzadko się zdarza na naszych ekranach poważny, czeski film, który zrywa z obrazem Czechów, pijących piwo, prowadzących bardzo swobodne rozmowy o życiu oraz miłości. Dla wielu ta surowa realizacja może stać się barierą nie do przekroczenia, ale „Ja, Olga Hepnarova” dziwnie wydaje się aktualna w czasach, gdy ludzie wsiadają do aut i wjeżdżają na innych ludzi. Z czego to wynika i dlaczego to robią? Oto jest pytanie. Odpowiedzi tu nie znajdziecie, ale parę pytań zostanie.

olga_hepnarova4

7/10

Radosław Ostrowski

Kolejne wyzwanie – Mario Bava

 

Kolejne wyzwanie rzucone przez blog ponapisach.pl. Tym razem jego bohaterem jest włoski reżyser i operator filmowy Mario Bava (1917-1980). Jego ojciec był operatorem filmowym, a sam Mario początkowo uczył się w kierunku malarstwa. Swoją przygodę z kinem zaczął jako operator filmowy w 1939 roku przy filmach w La Vispa Teresa oraz Il Tacchino prepotente. Później pracował z tak uznanymi reżyserami jak Raoul Walsh, Jacques Tourneur czy Paolo Heusch. Zadebiutował jako reżyser w dość nietypowych okolicznościach. W 1956 r. z powodu konfliktu reżysera Richardo Fredy z producentami filmu „Wampiry”, filmowiec został zwolniony, a jego miejsce zajął odpowiedzialny za zdjęcia Bava, finalizując pracę zgodnie z harmonogramem.

Od tej pory Bava działał jako operator, reżyser oraz scenarzysta, mierząc się zarówno z kinem grozy, współtworząc nurt giallo, ale też realizował kryminały, fantasy czy westerny, nie bojąc się pokazywać przemoc czy nagość. Realizował swoje tytuły regularnie do 1974 roku, jednak z powodu ich chłodnego odbioru przeszedł na emeryturę. Ostatni film „Shocker”, zrealizował w 1977 roku w oparciu o scenariusz swojego syna, Lamberto. To on go przekonał do realizacji projektu.

Mario Bava zmarł 27 kwietnia 1980 roku na zawał serca.

Poniżej znajduje się spis filmów wyreżyserowanych samodzielnie lub dokończonych przez Bavę. Wyzwanie kończy się 31 lipca 2018 roku w rocznicę urodzin reżysera. Ile dam radę obejrzeć, to obejrzę, a resztę namawiam do podjęcia wyzwania.

I vampiri (1957)
Caltiki il mostro immortale (1959)
Maska szatana (1960)
Le meraviglie di Aladino (1961)
Ercole al centro della Terra (1961)
Gli invasori (1961)
La ragazza che sapeva troppo (1963)
Trzy oblicza strachu (1963)
Bicz i cialo (1963)
6 donne per l’assassino (1964)
La strada per Forte Alamo (1964)
Terror w kosmosie (1965)
I coltelli del vendicatore (1966)
Operacja strach (1966)
Le spie vengono dal semifreddo (1966)
Diabolik (1968)
5 bambole per la luna d’agosto (1978)
Il rosso segno della follia (1970)
Roy Colt & Winchester Jack (1970)
Quante volte… quella notte (1971)
Krwawy obóz (1971)
Gli orrori del castello di Norimberga (1972)
Lisa e il diavolo (1973)
Cani arrabbiati (1974)
Schock (1977)
I giochi del diavolo (1979) (na szóstkę!)

Recenzje będą pojawiać się na dniach. Więc do następnego spotkania. Jesteście gotowi?

nadrabiambave1024x3071

 

Chłopcy z ferajny

Amerykanie kochają gangsterów i traktują ich niczym bogów. Bo jak inaczej wyjaśnić fascynację Bonnie i Clyde, donem Corleone czy Carlito Brigante. Jednak w 1990 roku pewien reżyser postanowił zerwać z tą mitotwórczą otoczką gangsterskiego życia, w czym pomógł mu życiorys Henry’ego Hilla. Nie słyszeliście o nim? Był kimś, prawdziwym królem życia, co miał wszystko – żonę, dzieci, kochankę i dużo forsy. Ale popełnił błąd, idąc w dochodowy, lecz niebezpieczny interes, czyli handel narkotykami. Za to go aresztowano, został objęty Programem Ochrony Świadków, sypnął wszystkich i to był jego najgorszy dzień w życiu.

chlopcy_z_ferajny1

Jego historię opisał w swojej książce Nicholas Pileggi, a utwór ten wpadł w ręce Martina Scorsese. I tak narodzili się „Chłopcy z ferajny”, czyli nieśmiertelny klasyk kina gangsterskiego inny niż wszystko. Reżyser bardzo szybko opowiada historię Hilla, ale jednocześnie jest bardzo dokładny, przedstawia barwne tło tego świata. Ale mafia tutaj nie jest tutaj miejscem ludzi honoru, chociaż funkcjonuje tutaj niepisane prawo. Być może wynika to z faktu, ze reżyser opisuje to wszystko z perspektywy ulicy, małych płotek, a nie największych szych półświatka. Hill oprowadza nas po tym świecie, gdzie szybko zdobywa się szacunek, tylko trzeba zrobić tylko dwie rzeczy: nie sypać kumpli i zawsze trzymać gębę na kłódkę (pierwsze aresztowanie Hilla).

chlopcy_z_ferajny2

Problem jednak zaczyna się w momencie, gdy nie potrafisz zachować równowagi między byciem królem życia, któremu wszystko wolno, a swoim życiem rodzinnym. Wtedy może bardzo łatwo uderzyć woda sodowa oraz zachłyśnięcie się sukcesem. Scorsese też pokazuje jeszcze jedną rzecz – zdrada czy jeden błąd może się skończyć w jeden sposób, czyli śmiercią. A skąd będziesz wiedział, ze idziesz do odstrzału? Nie będziesz, bo zrobi to przyjaciel, któremu ufasz i będzie miał uśmiech na twarzy. Co gorsza, strzał może pojawić się znikąd i pod wpływem kompletnie nieobliczalnego zachowania innych ludzi. Tutaj śmierć jest bardzo gwałtowna, a jej przyczyną może być źle rzucone słowo, nerwowość czy słowo mające być żartem (śmierć Spidera). Dodatkowo całość jest polana kapitalną muzyką z epoki (Cream, Rolling Stones), dynamicznym montażem oraz bardzo długimi ujęciami kamery (pierwsze wejście do knajpy).

chlopcy_z_ferajny3

To wszystko nie miałoby siły, gdyby nie rewelacyjny scenariusz i reżyseria Scorsese oraz genialne aktorstwo. Tutaj błyszczy Ray Liotta, który zagrał tutaj rolę życia – opanowany, niemal spokojny głos, ogromna pewność siebie. Hill to facet, który wie, co chce („zawsze chciałem być gangsterem”) i trudno go nie podziwiać. Pod koniec coraz bardziej zaczyna świrować (dragi robią z mózgu wodę), dostaje paranoi, a wszystko to jest wygrane bez cienia fałszu. Równie znakomity jest Robert De Niro jako błyszczący i jednocześnie mądry Jimmy Conway, będący mentorem i przyjacielem Henry’ego. Ale całość bezczelnie skradł Joe Pesci (zasłużony Oscar) jako psychopatyczny, nieobliczalny Tommy DeVito. Stojąc obok niego nie wiesz, co może zrobić i zabić za byle co. Mały człowiek z wielką energią, a jedyną kobietą w tym zestawie jest Karen (fantastyczna Lorraine Bracco) – kobieta, próbująca się ogarnąć w tym gangsterskim świecie, czasami ma swój głos w tym filmie. Scena, gdy atakuje swoją kochankę przez domofon czy próbuje zabić Henry’ego to prawdziwa kanonada aktorstwa.

chlopcy_z_ferajny4

„Chłopcy z ferajny” mimo ponad 25 lat na karku to znakomite kino gangsterskie, gdzie nie ma tutaj stylowo pokazanej przemocy, lojalność mocno wystawiona jest na kark, a amerykański sen się musi skończyć. Jeśli dodamy do tego bardzo gorzki finał, otrzymujemy znakomitą petardą, pełną błyskotliwej obserwacji oraz dużej dawki czarnego humoru. Śmiało można postawić na półce obok „Ojca chrzestnego”.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Iron & Wine – Beast Epic

uploads%2F1496903264613-IronandWine_BeastEpic_600

Tajemnicza nazwa Iron & Wine może sugerować, ze mamy do czynienia z zespołem.tak naprawdę pod tą ksywą ukrywa się jeden człowiek – Sam Beam. Kompozytor, gitarzysta i wokalista, czyli człowiek wielu talentów. I po czterech latach wraca z premierowym materiałem, ale nadal obracamy się wokół folku oraz niezależnego wcielenia rocka.

I dominuje tutaj akustyczna gitara, tworząca bardzo spokojny nastrój jak w wyciszonym “Claim Your Ghost”, gdzie dołącza jeszcze perkusja, fortepian oraz skrzypce. Potrafi czasem ubarwić swoje melodie wejściem gitarą elektryczną (“Thomas County Law”), nakładającymi się głosami (“Bitter Truth”), przyspieszeniami (“Song in Stone”) czy gitarą slide (“Summer Clouds”). Choć pozornie dzieje się niewiele, to energii jest tutaj sporo jak w singlowym “Call It Dreaming” albo w “Last Night” opartym tylko na dźwiękach smyczków. Układa się to w jedną, spójną całość, podpartą bardzo wyrazistym wokalem. Niby spokojnym, delikatnym, ale nie znaczy to, że pozbawionym ekspresji.

“Beast Epic” to bardzo wyciszony, ciepły album pełen bardzo letniego (ale nie upalnego) klimatu, zrobiona ze smakiem. Może wielu przeszkadzać małe zróżnicowanie całości, jednak trudno oderwać uszy od tego dzieła. A to już wiele mówi.

7/10

Radosław Ostrowski

Rock’n’Rolla

Londyński półświatek zawsze był interesującym miejscem pokazywanym przez brytyjskich filmowców. Renesans brytyjskiej gangsterski zawdzięczamy Guy’owi Ritchie, który pokazywał to środowisko z dużym przymrużeniem oka oraz ogromnym dystansem. Nie inaczej jest w przypadku „Rock’n’Rolla”, która była pierwszym filmem zrealizowanym po rozwodzie z Madonną, mający zakończyć ten mroczny okres w karierze reżysera. Czy udało się odbić od dna?

rocknrolla2

Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Archie – prawa ręka trzęsącego miastem Lenny’ego Cole’a. Facet ten ma wpływy, koneksje i jest bardzo cwany. Właśnie dobija interes z pewnym rosyjskim biznesmenem, chodzącym ze swoimi karkami. Chodzi o kupno działki, na którą trzeba mieć pozwolenie. Kosztuje to siedem milionów euro, więc trzeba zorganizować forsę, a by przypieczętować transakcję, Jurij ofiarowuje swój szczęśliwy obraz jako rękojmię. Niestety, obraz zostaje skradziony, podobnie jak forsa. Cole, a dokładniej Archie ma poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć obraz oraz doprowadzić sprawę do gładkiego końca. W cała aferę są wplątani pewna znudzona księgowa, jej kochanek oraz jego paczka znana jako Dzika Banda, a także pewien rockowy muzyk, Johnny Quid, uważany za zmarłego.

rocknrolla1

Całość jest poszatkowana oraz mocno w stylu Ritchiego. To znaczy, mamy muzyczną mieszankę różnych stylów i gatunków oraz okresów, szybki, wręcz teledyskowy montaż w kilku scenach (sam początek to rewelacja), wyraziste postacie, smolisty czarny humor. Brzmi to jak stary, dobry Guy Ritchie. Intryga coraz bardziej się komplikuje, a kilka wątków dodaje smaczku: wychudzony, naćpany Quid, ukrywający się przed swoim ojczymem, poszukiwania obrazu Ruska, kradzież forsy oraz (pozornie zbędny) poszukiwania kreta wśród gangsterów. I pytanie: kto kogo wpuszcza w maliny, oszuka i wyjdzie z tego mając kupę forsy i bez szwanku. Nie zabraknie pomysłowo zainscenizowanych scen akcji (druga kradzież forsy, zakończona strzałami i gonitwą), dużo postrzelonych gagów (taniec One-Two ze Stellą i obok napisy, byśmy zrozumieli o czym gadają) oraz smolistego humoru (amerykańskie rybki!!!). No i ten akcent, dodający smaczku. Nie zabraknie niespodzianek, retrospekcji i chociaż zdarzają się drobne przestoje, nie ma tutaj mowy o nudzie.

rocknrolla3

No i jeszcze ci aktorzy, którzy dają z siebie kopa. Prawdziwymi gwiazdami są tutaj Mark Strong oraz Tom Wilkinson. Ten pierwszy jako Archie bardzo dobrze wykonuje swoją robotę jako przewodnik po świecie podejrzanych spelun, ulicznych informatorów oraz budzi respekt swoim obojętnym, lecz groźnym spojrzeniem. Drugi z łysiną na głowie potrafi wzbudzić strach, ale tak naprawdę jest facetem z ogromnym ego oraz przekonaniem o swojej niezachwianej potędze. Razem tworzą mocny duet niczym niezniszczalna stal. Po drugiej stronie mamy drobnego cwaniaka One Two (Gerard Butler w świetnej formie) oraz partnerującym mu kumpli Mumblesa (Idris Elba) iukrywającego swoją orientację Przystojnego Boba (Tom Hardy). Tutaj czuć chemię, widać jak zgrana to jest paczka. Do tego dodajmy jeszcze szarżującego Toby’ego Kimbella (Johnny Quid) oraz apetyczną Thandie Newton (Stella) i mamy brytyjski koktajl gangsterski a’la Ritchie.

rocknrolla4

Brytyjczyk wrócił na swoje stare śmieci i chociaż „Rock’n’Rolla” nie ma takiej mocy jak „Porachunki” i „Przekręt”, to nadal kawałek dobrego, wyspiarskiego kina gangsterskiego, zrobionego z klasą oraz kopniakiem niczym riffy elektrycznej gitary. Udany powrót i mocna zwyżka formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzień Bastylii

Jak wszyscy wiemy, dzień Bastylii to narodowe święto Francuzów, obchodzące w rocznicę zburzenia Bastylii. Dzień ten rozpoczął Wielką Rewolucję Francuską, ale nie o tym jest ten film. Bohaterów jest dwóch – różnych jak noc i dzień. Łączy ich to, że obydwaj są przedstawicielami najdzielniejszego oraz najmądrzejszego narodu świata, co potwierdzają ostatnie wyniki wyborów prezydenckich.

dzie_bastylii1

Michael Mason jest drobnym złodziejaszkiem, co widać już na samym początku filmu, gdy jego wspólniczka w stroju Adama przechadza się po ulicy, a on zaczyna podwędzać telefony, portfele i paszporty. Ale pewnego wieczoru kradnie nie o jedną torebkę za dużo. Gdy ją wyrzuca gdzieś na koszu, dochodzi do eksplozji, a Mason zostaje oskarżony o zamach terrorystyczny. Ściga go policja, prawdziwi sprawcy zamachu oraz… agent CIA, Sean Briar. Jednak zamiast go zwyczajnie zgarnąć i wyciągnąć informacje, agent szybko odkrywa, że nie jest sprawcą, proponując mu układ.

dzie_bastylii3

Wiem, że fabuła brzmi jak z setek innych filmów sensacyjnych, bo mamy dość oczywiste kalki i szablony. Ale James Watkins trafił idealnie w czas i nie chodzi tylko o zagrożenie terroryzmem, ale jak wykorzystywać potęgę Internetu, by całe społeczeństwa poddać psychozie strachu za pomocą manipulacji oraz haseł wykorzystywanych przez obydwie strony sceny politycznej. Choć jest to tylko niewykorzystany wątek, to dodaje smaczku oraz kolorytu. Reżyser ciągle zachowuje tempo i robi wszystko, by przykuć uwagę. Mamy pieszy pościg na dachu, kilka strzelanin (włącznie z finałową), kilka złośliwych docinków, skorumpowanych gliniarzy, pomysłowo inscenizowane sceny akcji (bijatyka w więźniarce – rewelacja). Mimo pewnych szablonów i przewidywalności ogląda się to z dużą frajdą, a nawet jest to dość logiczne. Jedyną taką poważną wadą jest dość chaotyczny montaż w scenach akcji, który wprowadza dezorientację (na szczęście, nie zdarza się zbyt często) oraz mało zaskakujący finał.

dzie_bastylii2

Ale „Dzień Bastylii” ma jednego mocna asa w tej talii kart i jest to Idris Elba. Briar w jego wykonaniu to prawdziwy twardziel, którego nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać przed realizacją celu. Szorstki, samotny wilk, co szybko układa elementy układanki, ma gdzieś przełożonych (w końcu słuszność jest po jego stronie), tworząc odpowiednią mieszankę skuteczności i brawury. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Brytyjczyk pasowałby do roli agenta 007, „Dzień Bastylii” powinien rozwiać obawy. Partneruje mu Richard Madden i całkiem nieźle sobie radzi w roli drobnego cwaniaczka z ulicy, zmuszonego do współpracy z CIA. Poza tym zgrabnym duetem, warto wyróżnić wyglądającego niczym Robert Downey Jr. Jose Garcię (komendant policji Victor Gamieux) oraz Thierry’ego Godarda (szef gangu Rafi Bertrand).

dzie_bastylii4

„Dzień Bastylii” może nie będzie klasykiem w swoim gatunku jak „48 godzin”, „Zabójcza broń” czy „Nice Guys”, ale daje wiele frajdy podczas seansu. I nie miałbym nic przeciwko, gdyby agent Briar jeszcze powrócił na ekranie, bo zawsze na Elbę patrzy się przyjemnie, a sama historia zrobiona jest z głową.

7/10

Radosław Ostrowski