Balerina

Wszystko zaczyna się gdzieś na prowincji w XIX-wiecznej Bretanii, gdzie znajduje się sierociniec. Tam mieszka Felicja – młoda dziewucha, marząca o jednej rzeczy: zostaniu baletnicą. Ale by trafić do Paryża musi ucieć z przytułku, w czym pomaga przyjaciel Wiktor. Na miejscu drogi naszej pary się rozdzielają. Ona trafia pod opiekę sprzątaczki, pani Odette, a chłopiec do pracownik samego Gustava Eiffla. Dziewczynie – podstępem i pod wpływem złośliwości – podszywa się pod zarozumiałą i bezczelną uczennicę – trafiając do szkoły baletowej, by przygotować się do występu „Dziadka do orzechów”.

balerina1

Po wielu produkcjach spod znaku Pixara, Disneya i całej tej amerykańskiej perfekcji, świeżym oddechem było poznanie produkcji dziecięcej z Francji. Muszę przyznać, ze jest to film skierowany dla młodego odbiorcy, ale nie jest w żaden sposób naiwny i infantylny. Klasyczna opowieść o tym, że ciężką pracą, pasją i determinacją można podbić świat, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Dałem się wpuścić do tego świata, co jest zasługą ładnej animacji, która nie kłuje w oczy. Ale nie tylko – XIX-wieczny Paryż jest barwnym miastem, gdzie wszystko może się udać. Widać, ze twórcy dali z siebie wszystko i włożyli masę serca i pracy. Jestem zachwycony scenami tańca i treningu naszej bohaterki – ruch pokazywany jest z wręcz pietyzmem (spowolnienia wykorzystane z głową), jakbyśmy widzieli prawdziwe postacie, a nie aminowanych ludzików. Widać to zarówno w świetnie poprowadzonej scenie w knajpie bretońskiej jak i finałowej potyczce – te dwie sceny powinny zachęcić.

balerina2

Żeby jednak nie było za słodko, „Balerina” to zdecydowanie kino dla dzieci, wiec humor oparty jest na prostych gagach, samo przygotowanie jest uproszczone, a przebieg fabuły jest przewidywalny. Ja jeszcze dorzuciłbym do zestawu piosenki, które były zbyt plastikowe, ale to raczej kwestia indywidualna. Podoba mi się przesłanie (choć to jak potraktowano kwestię kłamstwa może budzić pewne wątpliwości moralno-etyczne), muzyka – ta instrumentalna – jest dobra i współtworzy klimat, bohaterowie budzą sympatię i czas spędzony nie jest stracony.

balerina3

W zasadzie powinienem dać coś koło 6/10, ale taniec wyglądał prześlicznie i polski dubbing też był dobry. Najważniejsza jest tutaj Felicja (Julia Kamińska znowu błyszczy) i lekko postrzelony, ale uroczy Wiktor (zaskakująco dobry Antoni Królikowski). Czuć zgranie i silne więzy między postaciami, a relacja między nimi ulega dynamice. Drugi plan kradnie madame Odette (Anna Guzik) – kobieta silna, pokorna, z przeszłością, pełniąca na początku rolę mentorki. Z czasem ta kobieta stanie się dla naszej dziewczyny najpierw przyjaciółką, a następnie kimś w rodzaju matki. Tutaj najbardziej surowe postacie jak nauczyciel Merente (Radosław Pazura) skrywają coś więcej.

balerina4

I za te drobiazgi „Balerina” dostaje u mnie:

7/10

Radosław Ostrowski

Bobby Kimball – Mysterious Sessions

a4111100574_16

Przez wiele lat Bobby Kimball był rozpoznawalnym wokalistą zespołu Toto, grając z nimi na początku swojej działalności do 1984 roku. Potem jeszcze wrócił w latach 90., ale ciągle grywał solowo. I w zeszłym roku wydał dość nietypowy album, gdzie zagrał swoje znane z macierzystej formacji piosenki plus kilka swoich ulubionych. Różnica w tym, że pozapraszał paru gości i tak wyszło to cudo.

Początek jest mocny i soczysty, bo takie zawsze jest „Hold The Line”, nawet jeśli nie jest specjalnie modyfikowane. Utwór broni się po prostu sam, a gitara nadal ma w sobie ten czad jak w dniu nagrania. Drugi w zestawie jest cover Pink Floyd „Have a Cigar”, gdzie wokalistę wsparli Mike Porcaro z Toto, Bruce Kulick z Kiss i Greg Bissonnette (współpraca m.in. z Davidem Lee Rothem i Joe Satrianim). Od oryginału różnią go mocniej grane riffy, choć klawisze zdradzą wpływ grupy Rogera Watersa. Coverem jest też zadziorne „Get Back” z udziałem muzyków Yes: Tony’ego Kaye’a i Alana White’a oraz wyciszone „I’m Not In Love”. Bardziej podniosłe jest „Who’s Crying Now” z klawiszowym wsparciem Billy’ego Sherwooda, dającego tutaj radę. Ale kompletnym strzałem jest „Africa”, pełna bogatych ozdobników etnicznych w postaci fletów, cymbałków, sitara i perkusjonaliów, dających prawdziwego kopa (za to odpowiadają Patrick Moraz i Nektar). Dalej też pojawiają się drobne smaczki jak gwałtowne solo saksofonu w „Give a Little Bit”, funkowa gitara w „Something About You” czy poruszające smyczki w „The Dance”.

Wszystko to spina mocny wokal Kimballa, który mimo lat nadal ma w sobie wiele siły. I miejscami tylko on jest w stanie uratować piosenkę przed porażką jak w przypadku „I’m Not In Love” czy troszkę na siłe wciśniete „Please Come Home for Christmas”. Na finał dostajemy niezapomnianą „Rosannę”, która częściowo nagradza wszelkie niedoróbki.

I mam problem z tą „nową” płytą ze starym materiałem. Kimball ma głos, muzycy znają się na swojej robocie i trudno się do czegokolwiek przyczepić. Tylko to wszystko jakoś nie angażuje i nie wciąga, sprawiając wrażenie mechanicznej roboty i solidnego rzemiosła. Zaledwie porządna robota, która może (choć nie musi) zainteresować osoby chcące poznać Toto oraz klasykę rocka lat 70.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

Anathema – The Optimist

The_Optmist_%28Anathema_album%29

Brytyjska progresywna formacja Anathema kierowana przez braci Cavanagh skupiła moją uwagę przy znakomitym „Weather Systems” z 2012 roku. Następca („Distant Satellites”) już nie zrobił na mnie takiego wrażenia, więc z pewnymi wątpliwościami podchodziłem do najnowszego dzieła. czyli „The Optymist”. Ale może tym razem będzie więcej niż dobrze?

Za produkcję odpowiada Tony Doogan, najbardziej znany ze współpracy z Mogwai oraz Belle & Sebastian. Czyżby prog-rockowa grupa miała zamiar uprościć swoja muzykę? Początek jest krótki i tajemniczy w postaci „32.63N 117.14W”, gdzie słyszymy jazdę samochodem, sapanie, kopanie, by skończyć na włączeniu radia. Kończący fragment minimalistyczna, elektroniczna perkusja nakręca „Leaving It Behind”, gdzie odzywa się mniej przyjemna gitara, a głosy braciszków podkręcają poczucie niepokoju. Druga połowa to przyspieszenie tempa oraz wręcz kosmiczną elektronikę. Petarda, po której dostajemy spokojniejszy „Endless Ways”, do którego wprowadza nas fortepian z ciepłym głosem Lee Douglas. Lecz po minucie robi się coraz agresywniej i ostrzej, co jest zasługą zmieniającej tempo perkusji, by na koniec wyciszyć się… dźwiękiem telefonu. Tytułowy utwór znowu czaruje fortepianem oraz wokalnym duetem, by w połowie zmienić tempo perkusją, a na finał zaatakować tnącymi niczym żyletki riffami. Zaskoczeniem jest instrumentalny „San Francisco” oparty na szybkim temacie pianistycznym, wokół którego dołączają kolejne instrumenty, osiągając wręcz spektakularne wymiary.

„Springfield” tym razem zaczyna się gitarowo-pianistycznym wstępem, do którego dołącza Lee ze swoim czarującym głosem, pełnym ekspresji. Jak dodamy do tego mocniejsze wejścia gitarowe, to mamy kolejnego killera. Tempo zmienia się w oszczędnym „Ghosts”, gdzie elektronika buduje dziwną aurę, tak jak wokalizy i jazzowa perkusja. A gdy dochodzą jeszcze smyczki, robi się po prostu pięknie. Dynamiczniejszy „Can’t Let Go” jest bardziej rozmarzony niż się wydaje tak jak spokojniejszy (lecz nie kojący) „Close Your Eyes”, gdzie pod koniec pojawia się trąbka. To jedyny utwór nie do końca pasujący do reszty. A na koniec muzycy zaskakują „Wildfires”, gdzie wokale brzmią jakby były puszczone od tyłu, a dalej jest w stylu grupy (spokój i coraz silniejsze rozkręcanie) i dostajemy ponad 10-minutowy „Back To The Start”. Morza szum, gitara gra, ładnie śpiewa się, potem perkusja z fortepianem dołączają (by się nie nudzili). I kiedy myślicie, że to wszystko, w środku wchodzą smyczki, jakieś klaskanie, pukanie, otwieranie drzwi, pytanie „How Are You?”  i… cisza. Trwa ona aż trzy minuty, bo ostatnie półtorej minuty utworu to ukryty kawałek, śpiewany przez dziecko.

„The Optymist” to przykład tego, co w zespole z Liverpoolu najlepsze: klimatyczne piosenki grane w typowym dla nich tempie, czyli powoli rozkręcające się kompozycje, chwytające swoim wysmakowaniem oraz energią. Czyste progresywne granie z ładnymi wokalami i drobnymi wstawkami. Z pozytywnymi nadziejami bierzcie ten materiał.

8/10

Radosław Ostrowski

Bociany

Nie wiem dzieciaczki czy słyszałyście o tym, że dzieci przynosi bocian? Krążyły takie plotki, a wiele osób nadal w to wierzy. Czasy się jednak zmieniły i nasze białopiórne ptaki robią teraz za kurierów. Co dostarczają? Telefony komórkowe, a firma stała się potężną korporacją, wśród której najlepszym pracownikiem jest Junior. By zostać nowym szefem, bociek musi zwolnić kompletnie nieprzydatną sierotę Tulip, nie posiadającą własnej rodziny 18-latki. Ta jednak zostaje przeniesiona do działu korespondencji i przez pomyłkę realizuje list o dziecko. By uratować swoją posadę, Junior decyduje się odstawić dzieciaka do przyszłego domu, w czym będzie mu pomagać Tulip.

bociany1

„Bociany” to wbrew pozorom animacja skierowana do starszego widza. I nie, nie chodzi mi o to, ze są bluzgi, seks oraz bardzo ostro (to nie „Sausage Party”), ale dla młodego będzie to tylko szalona i pokręcona przygoda. Troszkę starzy widz, jeśli lubi absurdalne poczucie humoru, odnajdzie się jak w domu. Niby jest to, co zawsze w animacjach ostatnich lat, czyli pościgi i pędząca na złamanie karku akcja, jednak ciągle jest tu drugie dno. Impulsem działania naszych bohaterów jest potrzeba posiadania rodzeństwa przez Nate’a – chłopaka wychowywanego przez rodziców-pracoholików. Atak w korporacyjne praktyki, gdzie liczy się postępowa praktyka i pogoń za pędem (forsa, forsa, forsa, prestiż, prestiż, prestiż), a tradycja stała się po prostu niedochodowa. No i kto miałby wierzyć w bociany?

bociany2

A największą siła jest niedopasowana para „rodziców”, czyli Junior i Tulip. Niby chodzi tu tylko o dostarczenie bobasa, lecz dla nich to będzie doświadczenie przełomowe. Te przekomarzanki, początkowa wrogość oraz powoli budzący się instynkt macierzyński pokazuje jak zaczynają czuć się odpowiedzialni za kogoś. Sceny, gdy muszą uśpić dzieciaka i bocian musi szkraba objąć (by nie wpaść) są po prostu rozczulające, mieszając trafną obserwację z żartem. Nie sposób też zapomnieć pomysłowej gonitwy z wilkami, które są w stanie (stadnie) zmienić się w cokolwiek jest potrzebne do kontynuowania pościgu (most, statek, cokolwiek chcecie) czy „cichej” (by nie obudzić dziecka) bójce z pingwinami. Dodają one lekkości tej wariackiej komedii, opartej na mocnych kontrastach oraz pełnej ciepła wobec bohaterów.

bociany3

A kolejny raz wartością dodaną jest polski dubbing. Tutaj wybijają się świetne głosy Grzegorza Kwietnia i Dominiki Kluźniak. Pierwszy jako Junior jest spięty, bardzo poważny i nie do końca pewnych swoich umiejętności przywódczych, ona z kolei jest mocno postrzelona, ciągle próbująca zrobić coś dobrze, ale ciągle jej nie wychodzi. Dziwna to para, która przechodzi klasyczną drogę od wrogości do przyjaźni. Drugi plan też jest bardzo ciekawy i bogaty: bezwzględny korposzef Hunter (Jacek Lenartowicz), próbujące ukraść dziecko wilki Alfa i Beta (nieoczywisty duet Adam Ferency/Cezary Żak) czy niewyraźnie mówiący kurdupel Lizus (Dariusz Błażejwski) zapadają mocno w pamięć.

bociany4

„Bociany” zaskoczyły mnie swoją lekkością, ale nie są one w żaden sposób infantylne czy naiwne. To szczere, ciepłe i dowcipne kino, niepozbawione zgrabnego przesłania, unikając łopatologii. Nie wspomniałem też o animacji, która jest ładna i przyjemna dla oka, a dzieciom może dać wiele frajdy.

7/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie zwierzaków domowych

Kto z nas nie lubi zwierzątek? Nawet jeśli nie każdy je posiada, to każdy lubi na nie popatrzeć. Jedną z takich szczęściarek, co ma zwierzątko jest mieszkająca w Nowym Jorku Kate, która przygarnęła do siebie małego pieska Maxa. Jest to zwierzak oddany, lojalny i mocno przywiązany do swojej pani. Więc kiedy pojawia się Kate z nowym psem – dużym, przypakowany i kudłatym Dukem, konfrontacja wydaje się nieunikniona. Obydwa psy pakują się w tarapaty, chcąc jeden pozbyć się drugiego. I tak trafiają do kanałów, kierowani przez mszczącego się na ludziach królika Tuptusia. W tym samym czasie, zakochana w Maxie Gridget organizuje poszukiwania.

sekretne_zycie1

Illumination Entertainmnet chce udowodnić sobie – i także reszcie świata, że nie potrzebują do realizacji swoich kolejnych hitów Minionków, by odnieść sukces. Pierwszą taką próbą jest „Sekretne życie…”, które fabularnie przypomina „Toy Story”, tylko że zamiast zabawek mamy zwierzątka – psy, koty różnej maści. Pomysł prosty – pokażmy, co robią zwierzęta, gdy ich opiekunowie opuszczają dom, by pójść do pracy. Ale wszystko i tak ogranicza się do gonitw, ucieczek oraz powrocie do domu. Oczywiście, nasi antagoniści w końcu zaprzyjaźniają się i zostają kumplami. Do tego jest kilka nieoczywistych pomysłów (pudel uwielbiający ostre, metalowe granie; sokół próbujący walczyć z żądzą zabijania i szukający przyjaciela – najlepsza i najciekawsza postać), ale i tak wszystko to pozostaje pokazany w sposób ograny, przewidywalny i nudny.

sekretne_zycie2

Jeśli chodzi o zwierzaki, twórcy skupiają się przede wszystkim na kotach i psach (ze szczególnym naciskiem na to drugie), bazując na powszechnych stereotypach: pies jest oddany i lojalny, na widok piłki dostaje głupawki, a koty albo są mocno skupionymi na siebie żarłokami, albo podstępnymi cwaniakami. Potrafi to być miejscami zabawne (impreza u Dziadka), ale jest skierowana do zdecydowanie młodszego widza w wieku 6-7 lat. Same gonitwy są zrobione nawet zgrabnie, a kilka scen akcji (skrót do kanału czy bójka Bridget na moście), jednak nie byłem w stanie pozbyć się przewidywalności oraz braku zaangażowania w całą opowieść.

sekretne_zycie3

Animacja wygląda ładnie, a otwierający całość widok na Nowy Jork z przyspieszającą kamerą zapiera dech w piersiach. Także muzyka będąca mieszanką jazzu i dynamicznego, niemal barokowej akcji jest imponująca, świetnie współgrając z wydarzeniami ekranowymi. I złego słowa nie powiem o polskim dubbingu, bo jest on po prostu dobry. Aktorzy (ze szczególnym wskazaniem na Tomasza Borkowskiego i Jakuba Wieczorka) przekonująco pokazali swoje istoty, nadając im lekkiego charakteru.

sekretne_zycie4

Nie chodzi o to, że „Sekretne życie…” jest filmem słabym i nieciekawym. Po prostu to nie jest kino zaadresowane dla mnie, tylko dla początkujących swoją przygodę z kinem. Także poczucie humoru miejscami było niskich lotów (picie… wody ze spłuczki), a samo przesłanie jest wręcz łopatologiczne. Obejrzeć można i nie zaszkodzi, zwłaszcza jak się ma małe dzieci. Ale starszy kinoman poczuje się mocno rozczarowany tą nudną gonitwą. Bezczelnie zmarnowany potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

The Baseballs – Hit Me Baby

Hit Me Baby

Tych trzech chłopaczków z Niemiec obserwuje od niemal początku swoje drogi. Sam, Digger i Basti konsekwentnie wyglądają jakby zostali zahibernowani na 65 lat, ciągle lubią rock’n’rolla oraz rockabilly. Do tej pory wydali aż pięć płyt (włącznie ze świątecznymi klasykami) I w zeszłym roku zrobili kolejny album w swoim niepodrabianym stylu. Czy to znaczy, że będzie nudno?

Absolutnie nie, bo nadal panowie się bawią podczas grania. Gitarka tnie łagodnie I skocznie, podobnie jak sekcja rytmiczna z fortepianem. Muszą też pojawić się pstryknięcia oraz wspólnie śpiewane fragment. Na czym polega zabawa? W rozpoznawaniu piosenek, bo wzięto bardzo znane przeboje na warsztat, kompletnie zmieniając aranżację. Utrudnia to skojarzenie, chyba że zaczniecie wsłuchiwać się w tekst. A co przerobiono? Zaczęło się od “Back for Good” Take That, jednak w prawdziwą konsternację wprawiło mnie “Survivor”, chociaż po wstępie pianistycznym powinienem się domyślić. Takich niespodzianek jest cała masa, a rozpoznanie utworów Ace of Base, R. Kelly’ego, Cher, Josha Grobana czy Spice Girls nie będzie takie proste jak się wydaje. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. “Let’s Talk About a Sex” zmienia się w romantyczną balladę z ciepła gitarą i chórkami, zadziorniejszy stał się “…Baby One More Time” z saksofonami w finale, “Shackles (Praise You)” niemal pędzi ku dzikim preriom, by ustąpić miejsca dzikiemu “Daylight in Your Eyes”. Więcej piosenek nie podam, bo nie chcę wam psuć zabawy.

“Hit Me Baby” to przykład na to, że nawet grając w kółko tą samą muzykę można robić to w ten sposób, by nie wywoływać znużenia. Panowie śpiewają cudnie I odnajdują sie w tej konwencji jak ryba w wodzie, sama muzyka bardzo pozytywnie zaskakuje (choć niby znamy te sztuczki) I trudno nie uśmiechnąć się w trakcie słuchania. Ja przynajmniej nie potrafiłem i wierzę, że jeszcze parę osób też się będzie na tym świetnie bawić.

8/10

Radosław Ostrowski

Kari – I Am Fine

skscykdxwpw4

Ta mieszkająca od lat na Wyspach Brytyjskich wokalistka I producentka ciągle zaskakuje. Już od debiutanckiego “Daddy Says I’m Special” Kari Amirian stała się nowym głosem na polskiej scenie muzyki alternatywnej. Od tego czasu zamieszkała w Leeds i nagrała jeszcze jeden album. Teraz wychodzi trzeci twór, który ma uspokoić wszystkich fanów: „Mam się dobrze”, ale czy na pewno?

I tutaj coraz mocniej czuć mieszankę tego, co było poprzednio – przebojowego popu w wersji alternatywnej, gdzie ciągle czuć skandynawski las. Ale coraz mocniej odzywa się elektronika I skręca to wszystko w kierunku muzyki tanecznej, co zapowiada “Runaway” z zapętlonym wstępem oraz rożnymi przeszkadzajkami, dodającymi dzikiego rytmu. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słucham odgrzebany album Bjork sprzed lat, tylko bardziej przystępny, pełen brzmień z elektro-popu lat 80.. Nie brakuje i inspiracji Orientem (klawisze oraz imitacja sitaru w “Talk To Me” czy “Sirens”, gdzie weszły niby-flety), perkusyjnych strzałów przeplatanych nakładającymi się wokalami (“Jungle Boy”), dźwiękowymi zabarwieniami trudnymi do opisania, ale tworzącymi ciekawą mozaikę (“Birds of Paradise”).

Fani poprzedniego wcielenie Kari też znajdą coś dla siebie. Jest bardzo rozmarzona, minimalistyczna “Tammy” z cudnym fortepianem oraz rozkręcającą się perkusją, a także finałowa, mieszająca style “Unanswered”. I nawet takie skoczne, szybkie numery jak “War” czy troszkę przypominający OMD “Reason” potrafią zaskoczyć. Więcej wam nie zdradzę, gdyż każdy powinien zapoznać się z “I Am Fine”.

Kari nadal czaruje swoim delikatnym, niemal eterycznym głosem, sklejając wszystko w jedną, spójną całość. I to ma w sobie siłę, nawet jeśli tylko lekko go podnosi. Ta delikatność bardzo silnie łączy się z cała resztą dzieła. Wokalistka zrobiła powolny, ale konsekwentnie poprowadzony krok do przodu. Osobiście wolę Kari z poprzednich płyt, jednak to nowe, bardziej taneczne oblicze nie wywołuje szoku czy konsternacji i parkiety będą szalały.

8/10

Radosław Ostrowski

Natalia Niemen – Niemen mniej znany

0006EO1WLD4GXCVH-C122

Choć wielu współczesnych młodych ludzi może tego nie wiedzieć, Czesław Niemen był jedną z najbardziej wyrazistych postaci w historii polskiej muzyki rozrywkowej, mierzącym się z niemal każdym gatunkiem muzycznym. W świadomości słuchaczy (sporej większości) pamiętany był głównie dzięki przebojom z lat 60. („Dziwny jest ten świat”, „Pod papugami”, „Sen o Warszawie”). Jednak córka artysty, Natalia postanowił nagrać tribute album dla swojego ojca. Nic dziwnego, ale wybór piosenek zasługuje na uznanie, gdyż artystka rzuciła się na piosenki z dwóch ostatnich płyt Niemena („Terra Deflorata” z 1989 i „spodchmurykapelusza” z 2001) i zmieniła aranżacje na żywe instrumenty, w czym pomógł producent Piotr Dziubek.

Zaczyna się od dziwacznego miksu w „Pojutrze szary pył”, gdzie słyszymy na początku fortepian połączony z bardzo egzotycznie brzmiącą gitarą, która potem zmienia się w surową riffową rzeź. Gdy dochodzi do tego sekcja rytmiczna, zmienia się klimat kompletnie, a riffy stają się coraz agresywniejsze i psychodeliczne. Równie ostro jest w jazz-rockowym „Począwszy od Kaina”, gdzie saksofon z gitarami oraz klawiszami tworzy zwarty trójkąt. Ale gdy dochodzi do głosu Krzysztof Zalewski, to jest już pozamiatane. Pianistyczna „Zezowata bieda” zaskakuje rytmem oraz minimalistyczną formą, a „Spojrzenie na siebie” po skręt w progresywne eksperymenty (podniosłe klawisze na początku, skręcające w sposób wręcz bujający – sekcja rytmiczna podkręca atmosferę, a gitara brzmi niemal hard rockowo, by na koniec wszystko się wyciszyło). Mocny rollercoaster, podobnie jak niemal soulowo-funkowy „Trąbodzwonnik”(perkusja z klawiszami brzmią świetnie) z ostrymi wejściami gitary i saksofonu. W podobne rewiry wchodzi „Dolaniedola” z rytmicznym basem oraz funkowymi klawiszami.

Ale nie byłem w stanie przewidzieć jak ładnie gra fortepian w prostym, bardziej jazzowym „Spodchmurkapelusza” pełnym loopów oraz cofania (na początku). I potem wchodzi mroczny „Antropocosmicus” z pulsującym latami 70. „Jagody szaleju” (funkowy bas, szybka perkusja oraz chórek w refrenie). Trzeba pochwalić pomysłowe aranżacje, gdzie nawet znalazło się miejsce na folk (modlitewna „Terra Deflorata” z poruszającym solo skrzypiec i cymbałów) czy bardziej klasyczne wstawki (pianistyczne „Nie wyszeptuj” z szalonymi smyczkami), przez co bogactwo potrafi wręcz oszołomić.

Natalia ma podobną barwę głosu i sposób śpiewania jak ojciec, co nie jest w tym przypadku wadą, czasami jednak potrafi być nadekspresyjna, ale w połączeniu z muzyką efekt jest piorunujący jak po eksplozji granatu. Razem z bardzo wnikliwymi tekstami, gdzie pokazane są różne tematy: od ludzkiej zawiści przez pochwałę natury. To wszystko tworzy fascynujące, wielowarstwowe dzieło, które po każdym odsłuchu tylko zyskuje. Takiego Niemena nie znało zbyt wielu, a popularyzacja może tylko wspomóc.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Król Artur: Legenda miecza

Któż nie słyszał o królu Arturze – legendarnym władcy średniowiecznej Anglii? Na ekranie ten władca pojawiał się setki razy, ale tym razem postanowiono kompletnie zmodyfikować historię. U niego Artur jest synem króla Uthera Pendragona (co jest zgodne z materiałem źródłowym), który zostaje zamordowany przez żądnego władzy brata, Vortigena sprzymierzonego z potężnym magiem Mordredem. Chłopiec jako niemowlę niczym Mojżesz trafia do Londinium, gdzie wychowują go dziewczyny z zamtuza. Nie znając swoje przeznaczenia, Artur staje się opiekunem burdelu i dba o swoje interesy. Ale dopuszcza się napaści na Wikingów, którzy byli gośćmi króla Vortigena, a ten nie lubi takich sytuacji. Artur dokonuje niemożliwego i wyciąga miecz wbity w kamień – Excalibura. Wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty, w które wciąga go potężna Czarnoksiężniczka stojąca na czele ruchu oporu.

krl_artur_11

Nowe dzieło Guya Ritchiego zebrało bardzo ostre baty i poległo w amerykańskich kinach (jak zwykle dystrybutor spieprzył sprawę), gdyż widzowie zamiast dostać typowy film fantasy otrzymali film w stylu Brytyjczyka: szybki, niemal teledyskowy montaż, pędzącą na złamanie karku kamerę, zbliżenia na detale (nawet podczas wielkich potyczek) oraz miejscami złośliwe poczucie humoru. I jeśli myśleliście, że Angol zrezygnuje z tej stylistyki, to jesteście w błędzie. I powiem więcej, te elementy nadają świeżości całemu przedsięwzięciu, wyróżniając go z grona tysięcy innych opowieści. Gdyby jednak było tego stylu jeszcze więcej, mielibyśmy wielkie kino, a tak jest tylko bardzo dobrze.

krl_artur_12

Reżyser konsekwentnie trzyma się konwencji kina fantasy, w którym nasz główny bohater nie chce, ale musi (jak kiedyś pewien elektryk z wąsami) stać się bohaterem, królem, superhero (niepotrzebne skreślić) i tutaj pomaga w tym silnie zaakcentowany watek magii związany z tajemniczą Czarnoksiężniczką (imię jej nie pada ani razu). I wtedy całość potrafi być bardzo mroczna: wizje śmierci Uthera nawiedzające bohatera, moment odrzucenia Excalibura (oraz ponowne przyjęcie za sprawą Pani Jeziora) czy wykorzystywanie nadprzyrodzonych mocy przez Vortigera (i ceny jaką za to płaci). Te elementy, choć przewidywalne, zrealizowane są znakomicie i forma powoduje, że zwyczajnie chce się to oglądać.

krl_artur_13

Realizacja jest przednia. Imponuje skupienie na detalach i mimo czasami ostrej jazdy kamery połączonej z montażem a’la Ritchie, całość jest bardzo czytelna oraz przejrzysta. Nawet slow motion jest celem do budowania napięcia, a nie efekciarską sztuczką i jest świetnie wykorzystana. Widać, że film miał duży budżet, efekty specjalne wyglądają bardzo przyzwoicie (zwłaszcza stwory w postaci węży) czy dzikie oczy Maga (Maginię – nie wiem jak to powiedzieć). Imponuje też scenografia, pełna bogactwa i szczegółów, podobnie jak efektownie wyglądające stroje (zwłaszcza zbroje rycerzy i samego króla – szpaner jeden), nie zawsze wyglądające jak z epoki. Do tego jeszcze mamy kapitalnie podkręcającą adrenalinę muzykę Daniela Pembertona, mieszająca etniczno-średniowieczny entourage ze współczesną perkusją, krzykami i sapaniem.

krl_artur_14

Aktorsko tak naprawdę liczy się tylko dwóch bohaterów, bo reszta robi albo za dowcipne tło, albo po prostu realizują swoje zadanie na tyle dobrze, że nie zwracamy na nich uwagi (przynajmniej od razu). Mówię tu o Charliem Hunnamie (Artur) oraz Judzie Law (Vortigen). Pierwszy zgrabnie ogrywa postać cwaniaka z tajemnicą, dojrzewający do odpowiedzialności, drugi za pomocą drobnych spojrzeń i gestów kreuje postać opętanego żądzą władzy króla-tyrana. I to działa, choć drugi plan też zapada w pamięć. Szczególnie tajemnicza pani Mag (Astrid Berges-Frisbey), oddany i szlachetny rycerz Bedivere (Djimon Hounsou) oraz szelmowski Bill Gęsi Smalec (Aidan Gillen).

Słuchając opinii krytyków oraz wyników frekwencyjnych, „Król Artur” powinien być totalnym paździerzem i kompromitacją. A wyszedł z tego niemal ocierający się o wielkość znakomity film przygodowy w świecie fantasy. Gdyby nie finał i parę drobnych potknięć, postawiłbym ten tytuł na jednej półce z „Porachunkami” i „Przekrętem”. A że w tej chwili w kinach nie ma lepszych propozycji, to walcie śmiało, tylko miejcie otwarte głowy i nie spodziewajcie się klasycznej opowieści fantasy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dobry dinozaur

Poznajcie Alro – to mały dinozaur (w porównaniu do reszty rodziny), który jest strasznie strachliwy w porównaniu z resztą rodzeństwa. Próbuje jak może pomóc swojej rodzinie, dbającej o swoje pole, jedzenie i siebie. Dinuś próbuje zrobić wszystko, by przełamać swój strach, dlatego dostaje zadanie wytropienia szkodnika kradnącego ich jedzenie. Okazuje się nim być mały człowiek, któremu udaje się uciec z pułapki. Arlo razem z ojcem ruszają w pogoń, ale młodzik skręca nogę, a podczas burzy ojciec ginie od przypływu wody. W końcu nasz dinuś zostaje sam, razem z Bąblem i musi wrócić do domu.

dobry_dinozaur1

Pixar w tym samym roku wydał dwa filmy, z czego „W głowie się nie mieści” podbiło kina i jednocześnie starało się wejść w umysł młodego człowieka. Dlatego niejako w jego cieniu wszedł do kin „Dobry dinozaur” – skromne, niemal klasyczne kino inicjacyjne opowiadające o wchodzeniu w dorosłość i radzeniu sobie z demonami. Arlo będzie musiał zmierzyć się ze swoim strachem oraz ciężkim brzemieniem jakim była śmierć ojca (na jego oczach) oraz duża wrogość wobec Bąbla, którego obwinia za tragedię. Problem z tą historią jest dla mnie w tym, ze jest to kompletnie przewidywalne i prowadzone po sznurku. Ta opowieść po prostu jest skierowana dla najmłodszego odbiorcy, zaczynającego swoją przygodę z kinem. Morał bardzo ładnie i prosto jest opowiedziany, a przygoda dinozaura oraz „wytresowanego” przez niego dzieciaka.

dobry_dinozaur2

Widać, ze to Pixar, bo animacja wygląda zachwycająco. Nie mogłem pozbyć się wrażenia jak pięknie wyglądała przyroda. Zupełnie jakby to było fotografowane, filmowane przez dokumentalistów, a nie animatorów – woda jest tak naturalna, a chmury wręcz olśniewająco. Trudno oderwać od tego oczy i brakuje do szczęścia tylko znaczka National Geographic. Same stworzenia już nie robią tak wielkiego wrażenia – mało szczegółów, uproszczony wygląd, prosta kreska. Nawet w przypadku tyranozaurów pilnujących swojego stada czy paskudnych pterodaktyli nie robią dużego wrażenia. Całość okraszona jest przypominającą western muzyką, która dziwnie pasuje do całości.

dobry_dinozaur3

Polski dubbing do animacji przyzwyczaił mnie do wysokiego poziomu. I potwierdza się tutaj dobre rzemiosło oraz odpowiedni dobór głosów. Tylko problem w tym, że – tak jak cały film – skierowany jest do zdecydowanie młodego (nawet bardzo) widza. Nie mniej trudno nie zapomnieć zwłaszcza postaci drugoplanowych jak paskudny pterodaktyl Gromowładek (Jerzy Kryszak), wystraszonego nosorożca Wawrzyńca (Artur Andrus) czy przywódcy stada bydła, Buźki (Marian Dziędziel). Także wcielający się w Arlo Olaf Marchwicki radzi sobie bardzo przyzwoicie, przekonująco oddając jego zagubienie, bezradność, strach i wolę walki.

dobry_dinozaur4

Największym problemem „Dobrego dinozaura” jest taki, że to po prostu nie jest filmem skierowanym dla mnie. Młodzi widzowie powinni bawić się przednio, ale dla dorosłych nie proponuje tak naprawdę niczego. Niby jest dobrze, ale za stary już jestem na takie mało oryginalne kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski