Kansas – The Prelude Implicit

Kansas-The-Prelude-Implicit

Jak wszyscy wiemy, ojczyzną rocka progresywnego była Wielka Brytania. Ale jest pewien zespół grający ten nurt na początku jego istnienia w Stanach Zjednoczonych. To weterani z zespołu Kansas, których przeciętnych słuchacz kojarzy z poruszającego „Dust In The Wind” oraz hard rockowego „Carry On Wayward Son” (ostatnio przerobione przez Anthrax). Od ostatniej płyty formacji minęło 16 lat i w tym czasie frontman oraz klawiszowiec Steve Welsh (w 2014 roku przeszedł na emeryturę), zastąpiony przez Ronniego Platta. Z pierwotnego składu ostał się tylko perkusista Phil Eilart oraz gitarzysta Rich Williams. Tak powstało zeszłoroczne dzieło grupy – „The Prelude Implicit”.

Czy warto było czekać? Zaczyna się od szybkich uderzeń perkusji oraz przestrzennych klawiszy w „With This Heart”, do której dołącza się gitara oraz skrzypce, nadając wręcz epickiego rozmachu. Ciężej i mocniej się dzieje przy „Visibility Zero”, gdzie gitara pozwala sobie na więcej, tłumiona przez klawisze. Spokojniej się robi przy „The Unsung Heroes”, gdzie znów klasę pokazują smyczki oraz fortepian. I jeszcze całkiem niezły, podniosły riff. Problematyczne jest „Rhythm In The Spirit”, który zaczyna się hardrockowym ciosem gitarowo-klawiszonym, by w zwrotce zmienić się w banalny, popowy kawałek jakich wiele. Ale to tylko na pierwszej zwrotce, potem wszyscy dają do pieca, by na koniec się wyciszyć. Stary fanom na pewno spodoba się poruszające, akustyczne „Refugee” oraz utrzymane w duchu progresywności 8-minutowe „The Voyage of Eight Eighteen”, gdzie muzycy mają szansę się popisać swoimi umiejętnościami. Równie ostry jest mocarny „Camuflage” z bardzo soczystym riffem, napędzającym całość oraz mocarne „Crowded Isolation”.

Problemem dla mnie jest bardzo delikatny wokal Platta, który bywa zagłuszany przez instrumenty i nie zawsze jestem w stanie zrozumieć padające słowa.  Brakuje w nim mocy, jakby ktoś mu nie dał wystarczającej siły. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły czy słaby wokalista, tylko miałem wrażenie, że nie pasuje do reszty składu. Ale nie zmienia faktu, że weterani nadal potrafią oczarować swoją muzyką, nie rezygnując z klimatu oraz popisów instrumentalnych. To dużo jak na grupę, która teoretycznie powinna być w muzeum.

7/10

Radosław Ostrowski

Psy mafii

Atlanta, miasto gdzieś w USA. A jak w każdym mieście działają gliniarze, bandyci i bezprawie szaleje. Całość terroryzuje rosyjsko-żydowska mafia, złośliwie nazywana La Koszer Nostra. I wierzcie mi, to nie są śmieszni kolesie noszący jarmułki oraz pejsy. Kierowani przez Irinę (wygląda jak bardzo wytapetowana burdelmama niż szefowa, ale niech będzie), sieją postrach. Jednym z jej ludzi są członkowie gangu skorumpowanych gliniarzy pod wodzą Michaela Atwooda, którzy wykonują dla niej akcje. I na dzień dobry jesteśmy rzuceni w napad na bank. Akcja się udaje, jednak szefowa ma jeszcze jedno zadanie. By je wykonać ekipa musi zyskać sporo czasu, by odwrócić uwagę od gliniarzy. Najskuteczniejsze byłoby wezwanie kodu 999, czyli zabójstwo policjanta.

psy_mafii1

John Hillcoat postanowił wykorzystać szansę od Hollywood, by dostać świetne kino sensacyjne. Pozornie wydaje się, ze wszystko gra i wydaje się na miejscu. Pierwsze sceny, gdy widzimy skok bankowy – szybko zrobiony, zrealizowany jak trzeba, bez zbędnej gadaniny, zakończony dziką akcją na autostradzie, gdzie wystrzelono kolorowe granaty z łupu (wtedy bandyci wyglądają niemal jak cosplayerzy Deadpoola 😉 ) i padają strzały. Twórcy chcą bardziej skupić się na psychologii bohaterów oraz realistycznym pokazaniu brudu, zgnilizny oraz zepsucia. I to daje nawet efekty – bandyci wyglądają jak notowani z kartotek (tatuaże, ogolone karki, wiązanki słowne itp.), dziwki wyglądają jak dziwki i nie boją pokazać wszystkiego, co mają. Krążymy po spelunach, zaułkach i knajpach wyglądających jak brazylijskie fawele – rządzą się one własnymi prawami, a rozmowy z gliniarzami nie są mile widziane.

psy_mafii2

Klimat niemal jest jak w „Sicario” (są nawet poobcinane głowy) – brud, smród, zgnilizna oraz brak szans na wyjście z tego piekła. Bo jak już raz się sprzedałeś, to zdrajcą już będziesz na zawsze. Nawet jeśli – tak jak główny bohater – robisz to po to, by móc mieć kontakt ze swoją rodziną. Nie brakuje i efektownych scen akcji (nalot na kryjówkę, zakończona dynamiczną strzelaniną), podkręcanych agresywną muzyką elektroniczną. Atmosfera robi się coraz gęstsza, a lojalność, zdrada i podstęp są na porządku dziennym.

psy_mafii4

Tylko jest jeden, a nawet dwa poważne szkopuły. Po pierwsze, bohaterów jest tutaj aż za dużo i nie wiadomo tak naprawdę na kim się skupić. Mamy skorumpowanego Atwooda (dobry, nawet bardzo Chiwetel Eljofor), zmuszonego szantażem do współpracy oraz jego kumpli z policji oraz wojska (mózgowiec Russell, wiecznie nawalony i naćpany Gabe, podstępny i obrotny detektyw Rodriguez i trzęsący okolicą Marcus – kolejno: Norman Reedus, Aaron Paul, Clifton Collins Jr. Oraz Anthony Mackie), jest nowy partner Marcusa – uczciwy i zdeterminowany gliniarz Chris (niezawodny Casey Affleck). No i prowadzący śledztwo wuj Chrisa – ciągle naćpany i nawalony detektyw Jeff Allen (jakby ciągle obecny na planie „Detektywa” Woody Harrelson). Żaden z nich – poza Michaelem – nie zostaje w pełni rozbudowany, nie znamy w pełni motywacji, charakteru, ich tła. Wydają się oklepanymi postaciami z szablonów, parę razy aktorzy sprawiają wrażenie grania na autopilocie (w szczególności Aaron Paul i Harrelson, ale ten drugi ciągle się broni). Jedyną dużą niespodzianką jest Kate Winslet jako „matka chrzestna” Irina – kobieta tak bezwzględna i ostra jak to tylko możliwe.

psy_mafii5

Po drugie, w połowie filmu – mimo kilku kopniaków – zaczyna siadać tempo, a finał jest taki skromny i nie daje takiego kopa jak początek. Żadnego wstrząsu, szoku czy niespodzianki, przewidywalne (i kameralnie, co można było wygrać). Brak napięcia, poczucia niepokoju czy pierdolnięcia – tak się kina sensacyjnego nie kończy. W ogóle tak się filmów kończyć nie powinno, jakby cały arsenał środków został gdzieś nagle pochowany. Nie wolno tak łamać obietnicy.

psy_mafii3

Dlatego tak trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. „Psy mafii” miały potencjał na to, by być mięsistym sensacyjniakiem, niepozbawionym ambicji sięgnięcia głębiej. Z taką obsadą nie można było tego spieprzyć. A tak mamy niewykorzystany potencjał i produkcję zaledwie niezłą. Ale i tak jest to lepsze od ostatniego „PitBulla”, co jest pewną skromną rekompensatą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krystyna Prońko & Sławek Wierzcholski – Samotna kolacja

samotna-kolacja-b-iext47990815

Połączenie tak intrygujące, że nie można było tego przeoczyć. Ona – jedna z najbardziej cenionych „czarnych” głosów w Polsce, on – frontman legendarnego zespołu Nocna Zmiana Bluesa. Połączył ich piszący teksty Robert Obcowski i zaczęła się tworzyć bardzo intrygująca płyta. Dodatkowo parze towarzyszyła śmietanka doświadczonych muzyków w osobach m.in. Jerzego Styczyńskiego (gitarzysta Dżemu), Ryszarda Sygitowicza (ex-Perfect) czy perkusisty Pawła Dobrowolskiego. I tak narodziła się „Samotna kolacja” – bardzo intymna, refleksyjna muzyka.

A że taka będzie, to widać już po okładce. Jest to mieszanka gitary, jazzu i soulu, prowadzonego w formie dialogu między wokalistami. Czasami jest to bardzo spokojne i lekkie brzmienie („Nieokreślony” czy jazzujące „Małe podróże” z pięknym fortepianem), czasem mocniej dołoży harmonijka ustna („Moja ambicja”), gitarka popłynie i zabuja („Śmiesznie uparty”), doprowadzi do tańczenia („Jedynie przyjaźń”) lub wrzuci surowe riffy („Druga taka osoba”).

Płynie ten album niespiesznie, chociaż nie brakuje skocznych numerów. Jednak prawdziwą siłą są bardzo refleksyjne teksty: o przyjaźni, wierności swojej muzyce oraz swoim zasadom, niespełnionych ambicji, a jednocześnie o tęsknocie, samotności. Nie jest to całkowicie na serio, bo odrobina humoru potrafi być zbawienna. I jeśli do tego dodamy spokojnego Wierzcholskiego oraz bardziej ekspresyjną Prońko, to mamy prawdziwy koktajl. Nie zmieni to mocno świata, ale i tak zagwarantuje dobrze spędzony czas w miłym towarzystwie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Korn – The Serenity of Suffering

Korn-The_Serenity_of_Suffering-album_cover

Był kiedyś taki czas, że Kron był jedną z popularniejszych grup nurtu muzycznego zwanego nu metalem. Ale ostatnie lata dla kapeli Jonathana Davisa nie były zbyt udane – eksperymentowanie z dubstepem, większa obecność elektroniki – odrzucała dawnych fanów, a nowych nie przybywało zbyt wielu. Więc Korn postanowił sięgnąć po sprawdzonego producenta Nicka Raskulinecza i wrócić do korzeni z zeszłorocznym albumem „The Serenity of Suffering”. Czy w pełni się to udało?

Jak najbardziej, co daje już otwierający całość „Insane” – jest ciężko, mroczno i duszno, gitara tnie, nawet obecność smyków nie łagodzi brzmienia. No i Davis growluje jak nigdy przedtem, ustawiając wszystkich do pionu. Także wybrane na single numery, mimo pewnej prostoty, dają prawdziwego kopniaka w cztery litery: mocarny „Rotting in Vain” oraz „Take Me”. Dominują tutaj surowe riffy, ostry i mroczny klimat, a Davis przypomina sobie jak to jest mocno dołożyć do pieca, nawet w tak niepozornym „The Hating” z wolnym wstępem, gdzie gitara gra jakby to był tykający zegar. Moc ma też „A Different World”, gdzie wsparcia wyjącego udzielił Corey Taylor ze Slipknota, a elektronicze tło tylko nakręca poczucie zagubienia i obłędu.  Całość jest bardzo wyrównana i trzyma poziom, choć dla wielu te kawałki mogą zlewać się w jedno. Ostrzejsze, ogrzane soczystym wstępem „Everything Falls Apart”, pełne mruczenia „Die Yet Another Night”, perkusyjne bombardowanie w „When You’re Next In Line” – dzieje się tu wiele.

Jedno nie pozostawia wątpliwości – mroczne czasy Korna, pełne zagubienia oraz gonienia za trendami zniknęły. Grupa wróciła do tego, co umie najlepiej i atakuje z całą wściekłością, mocą oraz surowością. Może nie wszystkie kompozycje zapadają w pamięć, ale i tak jest to dobre. Nawet dodane do wersji deluxe 3 utwory nie są tylko wypchanymi dodatkami, by wysępić dodatkowy szmal od fanów. Z obłędem  zdecydowanie im do twarzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jeremiah Johnson

Z czym wam się kojarzy Dziki Zachód? Z kowbojami, Indianami, szulerami, strzelaniną, skalpami. A czy można przedstawić ten okres historii Ameryki z zupełnie innej perspektywy, pokazując równie ważną postać z tego gatunku – trapera? Kimś takim jest tajemniczy Jeremiah Johnson – tytułowy bohater mało znanego filmu Sydneya Pollacka z 1972 roku.

jeremiah_johnson1

Kim on jest? – przybyszem, którego przeszłość pozostaje tajemnicą. Ma konia, karabin i wyrusza w góry, nie chce mieszkać w osadzie. Wyrusza w niebezpieczne góry, nie mając kompletnie pojęcia o polowaniu, zdzieraniu ze skóry. Wtedy na jego drodze trafia się pewien doświadczony kolega po fachu – „Niedźwiedzi Pazur”. Ten jednak zamiast zabić i zabrać wszystko, co mógłby wykorzystać, dzieli się swoją wiedzą. Dalej historia będzie zaskakiwać, poruszać i niemal rozsadzać od środka.

jeremiah_johnson2

Reżysera bardziej interesuje interakcja człowieka z przyrodą, z dala od wszelkiej cywilizacji, technologii i ludzi. To miejsce, w którym jest się zdanym na siebie, swoje umiejętności oraz szczęście. Natura wygląda imponująco (te góry, piasek pustyni i sawanny, las), budząc respekt i strach, bywa bezwzględny oraz szyderczy (pierwsze 20 minut). Zdjęcia wyglądają znakomicie, pokazując to królestwo fauny i flory. Jakbyśmy mieli możliwość czystej kontemplacji. Łatwiej w takim świecie żyć, będąc samotnikiem, gdyż łatwo tutaj trafić na Indian, z którymi lepiej nie zadzierać i żyć w zgodzie. Wskutek okoliczności Johnson trafi na obłąkaną kobietę, która razem z synem przeżyła rzeź rodziny dokonaną przez Indian, ożeni się z córką wodza Indian. Ten wątek zgrabnie rozwija postać bohatera, który tym razem staje się odpowiedzialny za innych ludzi, którzy stają się jego rodziną. Nie brakuje tutaj humoru (żona zna francuski – Indianie przyjęli wiarę katolicką, mieszając ją ze swoją, on tylko angielski), czułości i tworzących się więzi. Chciałoby się powiedzieć, że jest jak w raju, bo można postawić sobie domek. Ale jedna zła decyzja doprowadza do śmierci najbliższych, zostawiając po sobie pustkę oraz taką żądzę zemsty, że nie można uniknąć porównań ze „Zjawą” (tylko bez pretensjonalnego bełkotu i oszałamiającej oprawy, a Jeremiah jest większym kozakiem niż Hugh Glass), stawiając na bardziej realistyczną stronę zemsty.

jeremiah_johnson3

Dialogów nie pada tutaj zbyt wiele, tempo jest bardzo wolne i spokojne (wielu miłośników kina stawiającego bardziej na akcję może tego nie znieść), a całość jest spuentowana świetną muzyką z piosenkami idealnie opisującymi stan emocjonalny naszego bohatera. Imponuje też pokazanie Indian jako nie tylko łowców, mściwych wojowników, ale też inteligentnych, oczytanych ludzi (wielki wódz uczony przez misjonarzy zna biegle francuski), co wtedy było kompletnym zaskoczeniem. Jedyna rzecz mocno kłująca dziś w oczy to chaotyczny montaż podczas scen akcji – przebitki i zmiana perspektywy jest tak gwałtowna, że trudno jest się w tym wszystkim ogarnąć. Nie zdarza się to zbyt często, ale psuje to przyjemność z seansu.

jeremiah_johnson4

Aktorsko jest bardzo dobrze, ale całość podporządkowana jest tylko jednemu człowiekowi – Robertowi Redfordowi, który tym razem musi grać bardziej swoją twarzą, nie wyrażającą niemal prawie nic. Jest bardzo skupiony, nieufny i wycofany, powoli jednak odkrywamy inne cechy jego charakteru: upór, determinację, spryt oraz odpowiedzialność. Trudno zapomnieć sceny nauki zastawiania pułapek razem z „synem” czy to puste spojrzenie po znalezieniu swojej rodziny martwej. Niby drobne detale, ale mówią o tej tajemniczym wędrowcu więcej niż jakiekolwiek słowa – kreacja kapitalna i intrygująca do samego końca.

jeremiah_johnson5

Mało ktoś dziś pamięta o tym nietypowym westernie, a szkoda. Prawdziwa perła w gatunku, która pokazuje pewien świat z zupełnie innej perspektywy niż wskazywałby na to ten gatunek – mieszanina goryczy, dramatu, odrobiny humoru, a jednocześnie wielka pochwała Matki Natury. Postać trapera mogła być inspiracją dla ludzi szukających wolności oraz życia z dala od szeroko pojmowanej cywilizacji. Kawał pięknego, choć wymagającego kina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trolle

Jak znamy z baśni i legend, trolle to wredne stwory piękne jak noc listopadowa, a inteligencje mają na poziomie ameby. Tak było od czasów Tolkiena, ale panowie z DreamWorks mają własną koncepcję tych istot. W ich animacji trolle są małymi, pozytywnie zakręconymi istotami z bardzo bujnymi włosami oraz wyglądem lalek. Są nośnikiem pozytywnej energii, której brakuje Bergenom – smutnym, brzydkim i bardzo nieszczęśliwym, dużym stworom. By przejąć szczęście i radość, Bergowie postanawiają zjeść trolle, na szczęście udaje im się uciec. I tak sobie w lasku trolle siedzą 20 lat w spokoju, szczęściu i nieustannej radości, kierowani przez przyszłą królową Poppy. Ale pewna impreza okazała się brzemienna w skutki, z powodu obecności nieproszonego gościa, czyli wygnanej Kucharki Bergenów, porywającego kilku jej ziomków. Królowa wyrusza odbić pobratymców razem z kolegą Mrukiem.

trole1

Widać rękę DreamWorks przy realizacji tego filmu, gdyż sylwetki postaci są bardzo wyraziste i charakterystyczne dla nich. „Trolle” to mieszanka kina przygodowego i… musicalu. Całość jest bardzo, bardzo kolorowa. I mówiąc to mam na myśli, że aż uderza tymi barwami po oczach niczym po zażyciu narkotyków (dla wielu ten nadmiar kolorów może wywołać wymioty). Trolle tańczą, wykorzystują swoje długie włosy niczym Indiana Jones bicz, rozsadzając swoją pozytywną energią. Same piosenki są dość ograne, ale brzmią ładnie i współgrają z ekranowymi wydarzeniami, będąc niejako komentarzem (wybierał je i napisał aranżacje Justin Timberlake).

trole2

Sama historia nie jest jakoś oryginalna, ale potrafi wciągnąć. Złośliwości między pozytywnie zakręconą Poppy a zgorzkniałym, samotnym Mrukiem (cały czarny) mają troszkę iskier, ale najładniej poprowadzono wątek nieśmiałej Bergerki (pomocnicy kucharki) o imieniu Bridget, beznadziejnie zakochanej w królu. Poppy próbuje je pomóc, co dodaje troszkę uroku i lekkości. Tak samo zabawne są scenki przypominające wycinanki czy drobne aluzje popkulturowe (początek z pędzącym szkrabem na rowerku po czerwonym dywanie – brzmi znajomo? Czy akcja ze zgubieniem wrotki), co było zawsze znakiem rozpoznawczym studia. Do tego dostajemy kilka spektakularnych scen zarówno akcji (ucieczka przed Bergerami), jak i tanecznych (przygotowania do imprezy czy finał), co wielu może się nie spodobać. Do tego niegłupie przesłanie, że szczęście jest zaraźliwe i nie trzeba nikogo zjadać, by mu je wręczyć.

trole3

Jak zawsze polski dubbing trzyma fason, ale tym razem postanowiono przetłumaczyć piosenki, przez co nie łatwo było je rozpoznać. Rozsadziło mnie wykonanie „Clint Eastwood” oraz bardzo poruszające „Hello”, jednak dwa utwory postanowiono zachować w oryginale. I tej niekonsekwencji nie jestem w stanie rozgryźć, bo albo bierzemy całość na warsztat, albo zostawiamy wszystko w oryginale. Samo śpiewanie brzmi dobrze i mówię to z ręką na sercu, przez aktorów podkładających głosy swoim bohaterom, ze szczególnym wskazaniem na Magdalenę Wasyluk. Aktorka jako Poppy po prostu rozsadza ekran, zaraża swoją energią i niezłomną determinacją, w pełnie uwiarygodniając ją. W opozycji do niej stoi Mruk (Piotr Bajtlik) – pesymista ze złamaną przeszłością, ciągle nieufny i widzący wszystko w czarnych barwach. Drugi plan kradnie wspomniana Bridget (Ewa Konstancja Bułhak) oraz demoniczna Kucharka (Elżbieta Jędrzejewska), będąca typowym czarnym charakterem skupionym na zemście.

trole4

„Trolle” to animacja skierowana dla dzieci i im da wiele frajdy, co jest zrozumiałe i oczywiste. Twórcy serwują takiego pozytywnego kopa, że trudno przejść do tego obojętnie. Fajna, lekka i przyjemna rozrywka ze świetną muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Blondie – Pollinator

Blondie%27s_%22Pollinator%22_album_cover

Pamiętacie taki zespól Blondie? Jeden z prekursorów punk rocka (obok Ramones i Sex Pistols), który mieszał tak naprawdę różne gatunki: od rocka przez disco, funk i reggae, osiągając szczyty popularności w latach 80. Potem doszło do rozpadu, a Debbie Harry i spółka skrzyknęli się pod koniec lat 90. (ze starego składu ostali się tylko gitarzysta Chris Stein i perkusista Clem Burke), czasy się zmieniły, a grupa nie odnosiła tak spektakularnych sukcesów. Nie mniej nie odpuszczają, dzięki czemu trafiła jedenasta studyjna płyta.

Przy „Polimatorze” od strony produkcyjnej wsparcia udzielił John Congleton, zaś utwory na albumie są stworzone przez takie postacie jak Johnny Marr (gitarzysta The Smiths), Sia, David Sitek (TV On The Radio) czy Nick Valenci (The Strokes). Nad całością czuć ducha dawnego, przebojowego oblicza Blondie, co czuć już w energetycznym „Doom or Destiny”, gdzie wokalnie wsparcia udzieliła Joan Jett. Szybkie riffy, delikatne i rozbuchane klawisze, dynamiczna perkusja – brzmi jak czad? I tak też jest. Echa nieśmiertelnego „House of Glass” czuć w rytmiczno-nostalgicznym „Long Time” czy delikatnym „Already Naked” z zadziorniejszą gitarą w refrenie. Potencjalnym killerem imprezowym jest singlowe „Fun”, gdzie mamy nośny refren, chwytliwą nutę, funkową gitarę i dyskotekową perkusję z lat 70. oraz niemal punkowy „My Monster” (ta gitara szaleje). Nie brakuje też miejsca na bardziej romantyczne fragmenty, gdzie szansę ma się popisać klawiszowiec w „Best Day Ever” czy mroczniejszym „Gravity”, nie wspominając o niemal akustycznym „When I Gave Up on You”. Nie brakuje i dęciaków (niezły „Love Level”).

Blondie trzyma się swojej stylistyki, a wokal Debbie Harry jest na tyle wyrazisty, że nie można jej z nikim pomylić. Ale wiek zrobił swoje (wokalistka ma już 72 lata!) i choć nie ma on takiej mocy (wokal, nie czas) jak kiedyś, to nie wywołuje ona rozdrażnienia. Jest to solidny poziom, jakiego wiele osób może pozazdrościć.

„Polinator” to powrót Blondie do dobrej formy i przyjemnego, przebojowego popu zrobionego w starym, lecz nie archaicznym stylu. List przebojów i nowych fanów raczej nie zdobędą, ale nie mają czego się wstydzić. Dinozaury nadal się fajnie gibają i nie zamierzają jeszcze przenieść się do muzeum.

7/10 

Radosław Ostrowski

Yann Tiersen – EUSA

YannTiersen_Eusa_Packshot-584x584

Ten francuski kompozytor stał się rozpoznawalny na całym świecie dzięki ścieżce dźwiękowej do film “Amelia”. Nie znaczy to jednak, że Yann Tiersen zrezygnował ze swojego barwnego dźwiękowego świata, co pokazał na poprzednim wydawnictwie, czyli „Infinity”. Tym razem maestro poszedł w bardziej klasyczne brzmienie, co wielu mogło wprawić w konsternację.

Całość jest niepowtarzalna, oparta tylko na fortepianie. W „Hent I” uderza wejście dziwacznego odgłos jakby ptaka, do którego dołącza fortepian – pojedynczo atakujący swoja delikatnością – z szumiącym wiatrem, zupełnie jakbyśmy byli w jakimś lesie. Do tego jeszcze pojawia się kobiecy głos melorecytujący po francusku, by płynnie przejść do przypominającego Michaela Nymana „Pern”, szybkiego walczyka, zmieniającego się w bardziej mroczny „Hent II”, wracajacy do melodii z początku.  I tak jak wcześniej, melodia staje się powolna, wręcz ospała. Te części, robiące za przerywniki są dość krótkim momentem (wyjątkiem jest część IV, bardzo zapętlona i dziwaczna oraz finałowa część VIII), dla całej reszty pięknej muzyki jak w pozornie wolnym „Porz Goret” (troszkę przypominał Abla Korzeniowskiego), gdzie powoli zaczyna się rozkręcać i kończy odgłosami ptaków czy następującym potem „Lok Gweltz”.

Tiersen zmienia tempo, choć pozornie wszystko wydaje się bardzo podobne do siebie. Rozpędzony „Kereon” bardziej przypomina grę na gitarze elektrycznej (to zapętlenie na początku jest cudowne), długi i zmieniający rytm „Roc’h Ar Vugale” z szumem morza na początku i wyciszeniem na końcu czy bardzo rozmarzony „Penn Ar Lann”. A finałowy „Hent VIII” i poprzedzający go wręcz taneczny „Kadoran” rozsadza na czynniki pierwsze. Album zdecydowanie do słuchania w pojedynkę, wymagający otwartego umysłu oraz skupienia. Wtedy jest w stanie pokazać się z najlepszej strony.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maciej Balcar – Znaki

0006D9D9G59XXWR2-C122

Każdy fan polskiego rocka zna Macieja Balcara, czyli obecnego wokalisty Dżemu. Ale wokalista próbował też wydawać własne płyty z muzyką dość odmienną od formacji. Nie inaczej jest w „Znakach”, będących mieszanką delikatnego rocka zmieszanego z bluesem oraz bardziej refleksyjno-poetyckimi tekstami.

I to już czuć w pianistycznym „Trafie”, przyjemnie bujającym numerze, gdzie dochodzą łagodnie grające gitary. To bardziej liryczne oblicze Balcara jest konsekwentnie budowane do samego końca, czy to w zgrabnym, niemal tanecznym „O maku” (płyną te gitary) z bardzo chwytliwym refrenem, przesyconym folkiem „Do ludzi” (prześliczne solo smyczków, także w cudnych „Gruszkach”). Nie boi się także eksperymentować, co czuć w pełnym elektroniki, agresywnym „Wiarusie”, który wprawił mnie w osłupienie.

Dla fanów bluesa jest gitarowo-harmonijkowe „Dzień mija” oraz 7-minutowy „Trzecia rano”, a osoby szukające ostrego grania dostaną je w niemal hard rockowym „Ogarnij”. W tych numerach Balcar czuje się jak ryba w wodzie i od „Dzień mija” mocniej naznaczona jest obecność gitary elektrycznej. Zarówno w refleksyjnym „Pamiętaj” (gitara + smyki = świetna rzecz), jak i wcześniejszych numerach czuć kopniaka. A na koniec dostajemy romantyczne „Pokochaj” z obowiązkowo pięknym fortepianem.

Balcar pokazuje swoje bardziej refleksyjno-romantyczne oblicze i mimo mocnego głosu, potrafi uwieść nim i nie dziwi mnie to. Także bardzo delikatne, refleksyjne teksty, bez popadania w banał czy nadmierny patos. Piękny album, który najlepiej słucha się z drugą połówką.

8/10

Radosław Ostrowski

Maja Kleszcz & Kwartet Prowincjonalny – Dudzie-Graczowi

dudzie-graczowi-b-iext48340519

Z panią Kleszcz miałem kontakt słuchając ostatnią płytę nagraną z IncarNations i przykuła uwagę swoim magnetyzującym wokalem. Tym razem artystka połączyła siły z Kwartetem Prowincjonalnym, by oddać hołd jednemu z najsłynniejszych polskich malarzy XX wieku – Jerzemu Dudzie-Graczowi. Pomóc miały w tym teksty napisane przez córkę artysty, reżyserkę teatralną  Agatę, z którą Kleszcz wielokrotnie współpracowała.

Efekt jest porażający. Już na dzień dobry dostajemy bardzo oniryczne „A pod Częstochową”, gdzie smyczki z cymbałami tworzą aurę nierzeczywistości. Gdy do tego zestawu dodamy głos Mai, trudno oderwać uszy i wymazać utwór z pamięci, mimo że druga połowa utworu jest instrumentalna.  Ten zestaw dźwięków będzie nam towarzyszył do samego końca, ale nie ma tutaj miejsca na nudę. Intryguje „Mój anioł się sprzedał niedrogo”, który zaczyna się bardzo spokojnie, by w połowie kompletnie przyspieszyć i dodać bardziej mroczny. Bardziej „knajpiarski” w duchu Toma Waitsa jest „Będzie ci źle” z gorzkim tekstem (podobnie brzmi tango „A może miałby pan ochotę”) oraz bardzo minimalistyczna „Modlitwa o Nie-Bycie” z dziwacznym echem w tle. Powrót do „egzotyczności” serwują „Lęki jak…” z podkręconą grą skrzypiec oraz oparte na perkusjonaliach „Zostawiłam ręce oparte”.

Każdy z tych utworów się mocno wyróżnia czy to odrobinę absurdalnym humorem (dwuznaczne „A może miałby pan ochotę”), atmosferą wręcz mistyczną. Nad wszystkim czuć ducha Kapeli ze wsi Warszawa, która też czerpała z etnicznej stylistyki. Choć niektóre fragmenty mogą wywołać przerażenie (bardzo powolny i długi „Jurajski”, pokazujący mocno surrealistyczny obraz), to jednak trudno odmówić całości bardzo spójnego klimatu oraz uroku. Sam głos Mai bardzo dobrze współgra z muzyką, tworząc wrażenie niemal mistycyzmu. Wiem, że wielu może odrzucić ten klimat, ale rzadko tego typu połączenie pojawia się w muzyce popularnej i warto dać szansę. Ja jestem oczarowany.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski