The Avalanches – Wildflower

Wildflower_Avalanches_cover_art

Nigdy się nie uważałem za wielkiego fana elektroniki, uważając tą muzykę za sztuczną i mechaniczną, jakby zautomatyzowaną. Ale kolejne spotkania z płytami opartymi na tych dźwiękach zmusiły mnie do weryfikacji tych przekonań. Czy tak też będzie z albumem australijskiego duetu The Avalanches? Tworzą go Robbie Chater oraz James Dela Cruz, zajmujący się muzyką, a każdy utwór śpiewa kto inny. W zeszłym roku wydali swój drugi album po 16 (!!!) latach przerwy.

Czy warto było czekać na „Wildflower”? Po krótkim intrze (sample pełne rocka) dostajemy mieszankę sampli, elektroniki i rapu, co widać mocno w „Because I’m Me”, pachnącym muzyką z lat 60. (smyczki, dęciaki, funkowa gitara), a jednocześnie bawią się samą formą, nagle wyciszając podkład i dając tylko wokal czy wrzucając odgłos zmienianej stacji. I takich mieszanek jest multum: singlowy „Frankie Sinatra” ma w sobie i jazzowy sznyt (fortepian i klarnet) zmieszane z mocniejszym bitem i skreczem, do którego dochodzi jeszcze chórek, podkręcone dźwięki „robotyczne” w „Subways” czy zapętlony funk z lat 70. („Going Home”). Dorzucą jeszcze perkusjonalia (niemal taneczny „If I Was a Folkstar”), przerobione głosy brzmiące jakby to dzieci śpiewały („Colours”) czy odgłosy jedzenia w skocznym, brzmiącym niemal z dziecięcej bajki „The Noisy Eater”. Duet miesza, zaskakuje i podkręca, ciągle dodając coś innego, nieoczywistego.

Problemem dla wielu mogą być krótkie przerywniki między piosenkami, ale stanowią one spójną całość z resztą co słychać w tytułowym utworze. Dla mnie jednak problemem jest to, ze w połowie (czyli od „Live a Lifetime Love”) całość zaczyna tracić tempo, będąc zdominowanym przez przerywniki. Zdarzają się ciekawe strzały jak niemal baśniowy „The Wozard of Iz”, zapętlony „Sunshine” czy finałowy „Saturday Night Inside Out”, to jednak za mało, by nazwać całość więcej niż przyzwoitą.

I więcej z tego chaosu po prostu nie dało się wycisnąć. „Wildflower” z jednej strony pachnie przepięknie, zachwyca, z drugiej wprawia w stan zamulenia. Sami musicie zdecydować, co wolicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka Czerwona Jedynka

To fikcyjny opis życia oparty na prawdziwej śmierci.

wielka_czerwona_jedynka1

Mocne słowa jak na początek filmu, zwłaszcza wojennego. Chociaż najbardziej znane dzieło Samuela Fullera opowiada o tytułowej jednostce walczącej w II wojnie światowej, to zaczynamy historię 11 listopada 1918 roku, gdy Wielka Wojna zbliżała się ku końcowi. Ale nie do wszystkich dotarła ta wiadomość, gdyż szeregowy Possum zabija pojawiającego się niemieckiego żołnierza na froncie. To było 4 godziny po zawarciu rozejmu. Wyrywając z czapki czerwoną naszywkę, zostaje stworzona jednostka piechoty: Wielka Czerwona Jedynka. W 1942 roku Possum (już w randze sierżanta) dowodzi oddziałem wchodzącym w skład tej jednostki, przemierzając północną Afrykę, Sycylię, Normandię aż do wyzwolenia czechosłowackiego obozu koncentracyjnego.

wielka_czerwona_jedynka2

Fuller tym razem ma większy rozmach niż się można po tym twórcy przewidzieć (choć nie widać, ze to 5 milionów), skupiając się na bohaterach zamiast wojenną rozpierduchę. Wszystko poznajemy z perspektywy szeregowego Zaba (alter ego samego reżysera), będącego narratorem tej historii. Owszem, jest to pokazane bardzo skrótowo, wręcz mamy ciąg epizodów, składających się w pewną wizję. Dla wielu będzie to zbyt naiwne i pełne nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności (pewnego rodzaju „nieśmiertelność” sierżanta – akurat był ranny, więc nie powinien się liczyć – i czwórki wojaków, towarzyszących do samego końca), a Niemcy posiadają umiejętności strzeleckie na poziomie imperialnych szturmowców, to jednak skupienie się na bohaterach daje prawdziwego kopa.

wielka_czerwona_jedynka3

Zab, Vinci, Griff i Johnson są młodymi żółtodziobami mającymi pierwszy kontakt z wojną i karabinem, niekiedy muszą przełamywać swoje przekonania związane z zabijaniem, wyhartować się w boju, by przetrwać. Nie są jednak pozbawionymi cynikami, co wynika też z okoliczności (pomoc dla chłopca w pochowaniu matki w zamian za informację o dziale czy… poród w czołgu – śmieszna scena). Nasze chłopaki są traktowani jak mięso armatnie, a kilka scen mocno pokazuje absurdalność wojny (atak za Niemców w kościele, będącym ośrodkiem dla chorych umysłowo czy spotkanie z wojskiem składającym się ze starców, uzbrojonych w widły).

wielka_czerwona_jedynka4

„Wielka Czerwona Jedynka” ma w sobie coś z heroicznej propagandy, lecz Fuller wiele razy ją przełamuje. Czy to pokazując żołnierzy w Ardenach, co umarli na… zawał, infiltrujących szpiegów (scena kolacji), zmęczonych Niemców czy młodego chłopaka z Hitlerjugend, który po zabójstwie dostaje po dupie. Dosłownie, co pokazuje cyfrowo zrekonstruowana wersja z 2004 roku, trwająca prawie 3 godziny i robi świetne wrażenie: surowe, naturalistyczne zdjęcia, typowo militarna muzyka oraz świetne udźwiękowienie (te strzały robią robotę!!). Jeśli dodamy do tego smolisty humor, precyzyjnie budowane napięcie (ostrzał snajpera na Sycylii czy zasadzka niemiecka, gdzie wróg udaje trupa) oraz idealnie pasującego do swojej roli Lee Marvina, to wychodzi świetne kino.

wielka_czerwona_jedynka5

I żeby była jasność, nie jest to realistyczne kino wojenne, tylko świetnie skrojona i niepozbawiona mocnych, głębszych obserwacji rozrywka, jakiej po Fullerze się nie spodziewałem. Wojna z jednej strony widowiskowa (pirotechnicy mieli co robić), a jednocześnie bardzo kameralna.

8/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

White Dog

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że nocą przejeżdżacie psa. Duży, biały owczarek niemiecki. Tak się zdarzyło Julie – aktorce marzącej o wielkiej sławie, ale pojawiającej się w małych epizodach. W końcu jest młoda i jeszcze może coś osiągnąć. Psiak zostaje przygarnięty przez nią, a kobieta robi, co może. Tylko zwierzę ma pewną mroczną tajemnicą – jest tzw. białym psem. Nie, nie chodzi o kolor jego sierści, ale fakt, iż był on szkolony w gryzieniu oraz zabijaniu czarnych ludzi. Julie decyduje się znaleźć kogoś, kto mógłby „wykorzenić” te nawyki.

biay_pies1

Samuel Fuller w 1982 roku zrobił film, który nie trafił do szerokiej dystrybucji, co ze względu na tematykę nie dziwi. Kwestia rasizmu zawsze należała do drażliwych problemów dla Jankesów, ale symbolem tej nienawiści jest biały pies. Pies przygotowany przez swojego pana, co wprawia w przygnębienie. Reżyser podpuszcza i ciągle myli tropy, bo tajemnicę naszego zwierzaka poznajemy bardzo powoli (scena ataku jak z rasowego thrillera), ale i tak szybciej niż nasza bohaterka. I ciągle rodzą się pytania: czy jest możliwe wyzbycie się zakorzenionych nawyków? Czy czarna skóra przestanie być dla niego wrogością? Na jej widok od razu jego oczy i pysk uruchamiają się automatycznie, co samo w sobie jest podstawą budowania napięcia w takich prostych scenach jak karmienie ręką. Bo nigdy nie wiesz, jak to duże bydle zareaguje. I sceny „prania mózgu” najmocniej trzymają za gardło i budzą niepewność, bo jak mówi sam treser „nigdy nie wiadomo, co może wywołać kolejny atak agresji”, co pokazuje bardzo gorzki finał.

biay_pies2

To poczucie niepokoju potęgowana jest przez melancholijną muzykę Ennio Morricone, trafnie pokazującą stan psychiczny naszego psa. Nasz pieseł (imię nie pada nigdy) robi wrażenie samymi oczami, a postura też sprawia, że nie można go zignorować. Reszta bohaterów, czyli ludzie są tak naprawdę zepchnięci na dalszy plan, ale potrafią skupić uwagę. Tak jest w przypadku tresera Keysa (Paul Winfield), który uparcie i konsekwentnie próbuje przestawić mentalność białego psa.

biay_pies3

„White Dog” wkurzył wielu, ale tylko nieliczni rozgryźli o co tak naprawdę chodziło. Bo łatwo jest naszpikować istotę (nieważne, czy to zwierzę, czy człowiek) fałszywymi przekonaniami, wrogością, nienawiścią i nietolerancją, ale odkręcenie tego w drugą stronę może być trudne, nawet niemożliwe. Ale czy to znaczy, że należy sobie odpuścić i po prostu wyeliminować ich z otoczenia? Sami odpowiedzcie.

8/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Kazik & Kwartet ProForma – Tata Kazika kontra Hedora

tata-kazika-kontra-hedora-b-iext49261289

Tata 2, Tata Kazika niedługo przyjdzie pora
Tata Kazika kontra Hedora

Tak 20 lat temu w piosence “12 groszy” Kazik zapowiadał coś, czego miało nie być. Jak się okazało, archiwum teksów jego ojca jest bardzo bogate, a nagrane z Kultem dwie płyty to tylko mały procent całości. Tym razem jednak Staszewskiego wsparł Kwartet ProForma i musiała z tego powstać ciekawa rzecz.

Po krótki intrze złożonym z fragmentów wypowiedzi Stanisława Staszewskiego, dostajemy zestaw piosenek utrzymany w stylistyce rockowo-knajpiarskiej, jakby zrealizowano to w dawno minionym systemie. Obowiązkowo pojawia się gitara elektryczna i akustyczna, fortepian, akordeon, trąbka oraz perkusja – jakby za czasów Kultu nagrywającego piosenki starszego Staszewskiego, czyli z lat 90. Niemal uliczne tango “1947” (akordeon błyszczy), singlowa “Ta droga była daleka” z szybką grą fortepiano I cudnym riffem w środku, bardzo liryczny “Ogrodnik” zmieniający tempo w środku, galopując na złamanie karku w przeciwieństwie do nostalgicznego “Mostu”. A kiedy myślicie, że będzie tak spokojnie to dostajemy marszowo-rockowy “Klub Cynicznych Egoistów”,  podchmielony “Kongres Nauki Polskiej”, który mógłby spokojnie zostać zaśpiewany przez Marka Dyjaka, by wrzucić wyższy bieg przy “Starszym asystencie Johnie”.

“Leonardo” jest zmianą klimatu na bardziej jazzowy klimat, a początek troszkę przypomina “Do Ani”, by w połowie przyspieszyć klawiszami I trąbką, a ostra gitara powraca w mrocznym “Ay pee, ah yee”, gdzie zaskakuje obecność… mandolin. Z kolei “Jest między nami obcość” atakuje bardziej podniosłym nastrojem (ta atakująca perkusja oraz bardziej operowy głos na początku), by zmienić całość w skoczny numer do tańca. Wszystko wraca do normy przy “Gdybym miał kogoś” oraz gorzkiej “Zmysłowej i pijanej” (wyjątkiem od tej reguły jest pachnący Black Sabbath “Apel poległych”).

Kazik prezentuje się wokalnie dobrze i czysto, co wielu może się nie podobać. Ale w tym całym akompaniamencie pasuje tak, jak powinien. Kwartet równie mocno jest zgrany z Kazikiem, że mogliby śmiało grać jako Kult. No i jeszcze te teksty, pełne gorzkich obserwacji, rozczarowań, smutku, ale niepozbawione humoru. Czy jest tutaj miejsce na nowego “Baranka” czy “Celinę”? Czas pokażę, a nawet jeśli nie, nie zmienia to faktu, że Kazik nadal ma coś do powiedzenia i ciągle jest w dyspozycji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tytuł do praw

Już widzę, jak pod tym filmem rozpęta się piekło, że to gejowska propaganda i atakowanie swoją innością oraz afiszowanie swoją orientacją. Ale zanim zaczniecie się rzucać, walczyć i gryźć niczym wściekłe psy, przeczytajcie spokojnie i zobaczcie ten film, oparty na prawdziwej historii, którą już raz opowiedziano (dokument z 2007 roku „Freeheld”).

freeheld1

Poznajcie Laurel Hester. To bardzo doświadczona policjantka z hrabstwa Ocean w New Jersey, oddana sprawie i walcząca do końca. Jest też lesbijką, ale o tym wiedzą tylko osoby z najbliższej rodziny. Nawet jej partner z pracy Dane, nie będący obojętny wobec niej, o tym nie wie. W 2002 roku w jej życiu pojawiła się ona – Stacie Andree, niska, bardzo młoda dziewczyna, obcykana w sprawach motoryzacyjnych. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie wyszła najlepiej – za duża przerwa, zbyt wiele nerwów. Wiecie jak to bywa na takich spotkaniach. Ale po pewnym czasie wszystko zaczęło się zgrywać. I wydawało się, ze tak już będzie na zawsze. Wtedy pojawił się ktoś trzeci – zaawansowany nowotwór, a szansę na wyjście z tego cało są bliskie zeru. Jest problem – Laurel chciałaby przekazać swoją emeryturę, lecz prawo nie pozwala osobom tej samej płci na takie zdarzenie. Kobiety nie postanawiają odpuścić i walczyć o swoje.

freeheld2

Niby kolejna obyczajowa historia o walce o swoje prawa – godność, równość, starcie konserwatyzmu z liberalizmem. Znamy to z wielu różnych filmów i jest ona skrótowa, skupia się na najważniejszych momentach z życia naszych bohaterek (pierwsza randka, kupno mieszkania, wizyty w szpitalu), ALE czy to znaczy, iż jest to nudny i nieciekawy dramat? Absolutnie nie. Reżyser stara się jak ognia unikać patosu (wyjątkiem jest scena ostatecznego zebrania komisji, gdzie wsparcia udzielają jej wszyscy), powoli pokazując przełamywanie otoczenia. Jest to możliwe, gdy jest się w stanie zobaczyć charakter tej drugiej osoby, a takie sprawy jak orientacja czy wiara nie powinny wchodzić na pierwszy plan. Najmocniej to widać w postaci Dane’a (potwierdzający klasę Michael Shannon), okazującym się przez większość czasu największym sojusznikiem w tym starciu, chociaż gdy poznaje prawdę reaguje wściekłością. Nie z powodu jej orientacji, lecz z powodu jej nieufności, czuje się zdradzony – w końcu partnerowi można powiedzieć wszystko. Polityczny wydźwięk jest tutaj zepchnięty na drugi plan (i bardzo dobrze), bo zostaje ta sytuacja wykorzystana do walki o legalizację małżeństw homoseksualnych (postać postrzelonego aktywisty Stevena Goldsteina, nie kryjącego swoich zamiarów, lecz nigdy nie przekraczającego granicy moralnej), ale wzmacnia jedynie wydźwięk całości.

freeheld3

Najważniejsze jednak są obydwie panie, koncertowo zagrane przez Julianne Moore i Ellen Page. Ta pierwsza bardzo sugestywnie wygrywa swoją postać, powoli przechodzącą na drugą stronę, niemal namacalnie czuć jej zmęczenie, wysiłek by iść, oddychać i mówić. Ta druga wydaje się być drobna, niemal wycofana, ale pełna determinacji i walki. Czuć między nimi chemię, widać zaangażowanie w ten związek, w każdym geście, spojrzeniu, wypowiadanym słowie, czyniąc cała tą opowieść pełnokrwistym dramatem. O Michaelu Shannonie już wspominałem, jednak nie sposób też docenić Steve’a Carrella w roli pełnego charyzmy aktywisty Goldsteina, który nie jest stereotypowym, do bólu przerysowanym gejem.

freeheld4

„Tytuł do praw” nie trafił do polskiej kinowej dystrybucji (wyszedł od razu na DVD), co przyjmuje z pewnym bólem. To bardzo poruszający, trzymający za serce dramat, nawet jeśli jedzie oczywistym szlakiem. Nie brakuje jednak emocji, zaangażowania oraz serca w tym dziele. Absolutnie warte uwagi.

7/10

Radosław Ostrowski

Ten Thousand Saints

Rok 1986. Gdzieś w małym wygwizdowie mieszka Jude – młody chłopak samotnie wychowywany przez matkę. Ojciec mieszka w Nowym Jorku, zajmując się dilerką i żyje z Dianą, wychowującą swoją córkę Elizę. Dziewczyna w Sylwestra przyjeżdża do przybranego brata, choć początek nie zapowiadał niczego dobrego. Rozmowa się nie kleiła, imprezka, kokaina, seks z kumplem chłopaka, który następnego dnia umiera. Jakby było tego mało, Eliza jest w ciąży (zgadnijcie z kim i kto się w niej podkochuje) i to dopiero komplikuje całą sytuację, a Jude trafia pod opiekę ojca.

ten_thousand_saints2

Duet reżyserski Shari Springer Berman/Robert Pulchini od lat krąży poza głównym nurtem, a mogą uwagę skupił dzięki debiutanckiemu „American Splendor”. Ich najnowsze dzieło to kolejny reprezentant kina niezależnego, opisującego osoby próbujące normalnie funkcjonować w nie do końca normalnych relacjach. Mamy tutaj wiele – wspominana jest aborcja, adopcja (wiele razy), niespełnieni, nieodpowiedzialni ojcowie (powinienem napisać rodzice) i wszystko w czasach, gdy jeszcze pamiętany był duch hipisowski. Gdy bliżej się przyjrzeć, to poza tą otoczką jest to niemal klasyczne kino inicjacyjne, czyli powolne wchodzenie w dorosłość oraz branie odpowiedzialności za siebie i innych. Nie brakuje smutku, trudnych i ważkich wyborów, którymi sobie (czasami niepotrzebnie) komplikujemy sobie życie. Wielką rolę tutaj odgrywa przypadek, a śmierć jednego z bohaterów jest katalizatorem wszelkich działań, kładąc się na naszych bohaterach cieniem. I jak się w tym wszystkim odnaleźć – ze swoimi lękami, niepewnością, obawą przed rozstaniem? Mimo, iż jest to poważny dramat, mocno osadzony w realiach (wspomina się o AIDS, władza próbuje wykurzyć bezdomnych z parku), nie brakuje tutaj odrobiny humoru, lekko łagodzącego całą sytuację.

ten_thousand_saints1

Bo skoro nawet dorośli mają problemy ze zbudowaniem relacji jak Lester, który wydaje się być takim wolnym ptakiem, to jak sobie z tym mają poradzić wchodzący w dorosłość nastolatkowie? Są jeszcze matki, jakoś dające sobie z tym radę. Dziwne to kino oparte na scenkach, powoli i konsekwentnie tkanych w układankę jak radzić sobie z traumą, zagubieniem i byciem dorosłym, jednak nie dające żadnych gotowych recept i odpowiedzi. Do tego jeszcze punkowe koncerty, dziwaczne hinduistyczne ruchy (Straght Edge), choć kilka wątków zostaje potraktowanych trochę po macoszemu. Chodzi tutaj o Johnny’ego, ukrywającego swoją orientację i swój związek z kumplem z zespołu czy bliższe nakreślenie relacji Lestera z Dianą. Z drugiej strony, czy nasze życie nie jest troszkę takim bałaganem bez ładu i składu?

ten_thousand_saints4

Całość jednak zostaje mocno uwiarygodniona dzięki świetnemu aktorstwu. i nie chodzi tylko o niezawodnego Ethana Hawke’a (Lester), troszkę powtarzającego swoją rolę z „Boyhood” (tylko lekko zmodyfikowaną), który w decydującym momencie okazuje się wsparciem dla Jude’a czy przewijający się na dalszym planie Emily Mortimer (Diana) czy Julianne Nicholson (Harriet), ale przede wszystkim na trójkę głównych bohaterów. Jude (bardzo dobry Asa Butterfield) jest bardzo wycofanym, nieśmiałym i lubiącym dragi chłopakiem, mierzącym się ze stratą kolegi oraz skrywającym swoje emocje. Łatwo wejść w skórę chłopaczka z małego miasteczka, próbującego poukładać sobie wszystko. Kontrastem dla niego jest Johnny (dawno nie widziany przeze mnie Emile Hirsch) – sprawiający wrażenie pewnego siebie, poważnego i umiejącego znaleźć rozwiązanie, ale i on ma pewne tajemnice oraz demony do pokonania. Jednak całość zawłaszcza fantastyczna Hailee Steinfeld, czyli Eliza. I nie chodzi tylko o to, że wygląda zjawiskowo (bo wygląda od pierwszej sceny), ale jest równie skomplikowana jak cała reszta z poczuciem winy wobec swojej matki, czując się rozczarowaniem.

ten_thousand_saints3

„Ten Thousand Saints” to pozornie kolejne inicjacyjne kino w stylu indie (ujęcia z ręki, naturalne oświetlenie), ale jest ono szczere, bez nadęcia, zadęcia i wydumania. Zmusza do refleksji i pokazuje okres pełnoletności jako kolejny etap naszej dalszej wędrówki, którą zwykliśmy nazywać życiem. A co wy z tego wyniesiecie? Sami się przekonajcie.

7/10 

Radosław Ostrowski

LEGO Batman: Film

Nikomu nie trzeba tłumaczyć kim jest Batman, czyli koleś w pelerynie nietoperza, walczący ze złem w zgniłym Gotham City. Było już tyle wariacji i oblicz, że nie było sensu tworzenia nowej twarzy herosa. Jak się okazuje, bohaterowie (zwłaszcza superherosi) są niczym naczynie – można wlać w nie dowolną ilość interpretacji i znaczeń. Dlatego twórcy „Lego Przygody” wcisnęli naszego Gacka w ten świat na drugi plan. Ogromny sukces spowodował, że solowe wejście Batmana było tylko formalnością. I tak pojawił się „LEGO Batman”.

lego_batman1

I ta wizja bohatera w oparach parodii oraz absurdu miała doprowadzić mnie do ekstazy, gigantycznego testu dla przepony, czyli spełnieniem snów fana popkultury. Nasz Bruce Wayne w tym wydaniu to egoistyczny narcyz, skupiony na spuszczaniu łomotu bandziorom oraz zawsze działający w pojedynkę. Przekonujemy się o tym na samym początku, gdy Batek nawija w rytm muzyki, czarnego ekranu oraz pojawiającej się czołówki (rzucając sarkastycznymi komentarzami) i kolejny raz niszcząc genialny plan Jokera. Problem w tym, że nowa komisarz policji – Barbara Gordon ma inną koncepcję działania prawa niż Gacek. A Joker znowu bruździ i zamierza zmieść Gotham z powierzchni ziemi za pomocą… a nie, nie, nie. Nie zdradzę wam więcej, bo dzieje się tu sporo.

lego_batman2

Akcja zasuwa niczym wyścigówka, gdzie nie brakuje strzelania (nawet bohaterowie wydają odgłosy pocisków), wybuchów, rozpadających się budynków, armii łotrów ze wszystkich opowieści o Batmanie (i nie tylko) oraz żartów. Ekipa celuje w stylistykę Christophera Nolana, czyli mrocznie, ciężko i śmiertelnie poważnie. Ale nawet patos jest tutaj wykorzystywany jako pole do kolejnych żartów (kolekcja filmów Batka – bezcenne). Jest jednak jeszcze druga warstwa, czyli przełamywanie strachu spowodowanego próbą stworzenia bliższej relacji z kimkolwiek. Wayne trzyma wszystkich na dystans, nie podporządkowuje się nikomu i uważa, że zawsze ma rację, co też daje pole do ciętych ripost (błaznowęże!!! czy docinanie Supermanowi i innym herosom) na zgrywę. Ostateczne wnioski są może błahe i oczywiste (nie można żyć samemu na tym świecie), to jednak ogląda się to świetnie i ciągle byłem zaskoczony gagami.

lego_batman3

No i sama animacja oparta na klockach Lego, pasuje do tej cyrkowo-jajcarskiej konwencji, gdzie Wayne uwielbia hard (i nie tylko) rockowe kawałki, puszcza muzę podczas spuszczania łomotu, ale najbardziej wygrana jest relacja z adoptowanym synem, Robinem oraz – bardziej toksyczna, ale konieczna – z Jokerem, chociaż naszemu herosowi (jak do wszystkiego) sporo zajmie czasu, by do tego dojrzeć. A polski dubbing wypada naprawdę przyzwoicie, co jest gigantyczną zasługą Krzysztofa Banaszyka jako Batmana (ten niski głos idealnie pasuje do postaci) i trudno się przyczepić do tłumaczenia.

lego_batman4

Co ja będę więcej opowiadał? Batek od LEGO jest fajerwerkiem, pokazującym mniej poważne oblicze największego komiksowego detektywa oraz najpoważniejszego superherosa, jakiego kiedykolwiek stworzono. Niby poważny, ale nie bardzo, widowiskowy i z błyskiem szaleństwa (może troszkę sentymentalny, jednak to jest rozładowane humorem). Wielokrotnie skręcało mnie ze śmiechu, co ostatnio nie zdarzyło się zbyt często.

8/10

Radosław Ostrowski

Marc Cohn – Careful What You Dream: Lost Songs and Rarities

Careful_What_You_Dream

Artystów jednego przeboju było, jest i będzie całe mrowie. Dlaczego nie udało im się wylansować więcej niż ten jeden pamiętny utwór? Nie wiadomo. Jednym z takich wykonawców jest niedawno świętujący 58 urodziny Marc Cohn, którego utwór “Walking in Memphis” z debiutanckiej płyty słyszał niemal każdy. W zeszłym roku artysta z okazji 25-lecia działalności wydał nietypowy album.

Jest to zbiór piosenek, które napisane zostały przed wydaniem debiutu, ale nigdy nie zostały opublikowane. Słychać, że to nagrania z prób (obecność realizatorów), bo słychać realizatorów oraz krótkie próby. Cohn i fortepian są niemal idealną parą, co pokazuje bardzo poruszający “Maestro”, walczyk “Nowhere Fast” ze wsparciem akustycznej gitary (podobny duet, acz bardziej melancholijny jest w “From the Faraway Nearby”, gdzie strunowiec jest traktowany na równi i dochodzi mandolina ze skrzypcami). Ten minimalizm oraz pozorna monotonia okazuje się kluczem do sukcesu, ale ciągle dodawane są różne instrumenty: delikatna elektronika i perkusja (troszkę przypominająca Petera Gabriela “The Color of Monday”), romantyczna gitara elektryczna (“The Good in Everyone”), płynące pięknie smyczki (“Hold on for Me” oraz niemal orkiestrowa wersja “Nowere Fast”). Ale najważniejszy zawsze jest fortepian oraz mocny, bardzo emocjonalny wokal Cohna. Obydwie te rzeczy wystarczą w zupełności, by zbudować klimat, co świetnie pokazuje w “Street of Windows” czy przepięknym “Silent Movie”.

Bardzo ciepły, delikatny, ale i bardzo przejmujący to głos, opowiadający proste, ale niegłupie historie. I ostrzega: uważajcie o czym marzycie. Jest to brzmienie takie, które kiedyś zwano eleganckim popem zrobionym z żywych instrumentów, a nie opierając się na plastikowym umpa umpa, więc przejdzie bez echa. Co nie znaczy, że jest to dzieło pozbawione jakiejkolwiek wartości. Szlachetny pop w dobrym wydaniu I stylu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Katie Burden – Strange Moon

a1537124247_10

Dawno nie było jakiegoś interesującego debiutu. Mimo, że album wyszedł jesienią zeszłego roku, dopiero teraz znalazłem czas, by podczas deszczowego szaleństwa zmierzyć się z nim. Jest to dzieło Amerykanki pochodzącej z Colorado, przez chwilę mieszkającej w San Francisco, a obecnie krążącej po Nowym Jorku – mieście bohemy, sławy i kasy. Pokręcili się wokół niej pewni muzycy (m.in. gitarzysta Jet Turner i perkusista/producent Norm Block), pomagając przy nagraniu EP-ki „My Blind Eye”. I w zeszłym roku wyszedł pełnoprawny album.

Już okładka sugeruje kosmiczne wrażenia oraz stylistykę psychodeliczną w duchu hippisowskim. Takie wrażenie pokazuje otwierający całość „Don’t Ask” z dziwacznie przesterowaną i brzmiącą niczym elektroniczne echo gitarą. Dołącza do niej po pół minucie niemal werblowa perkusja, zmieniając tempo i budując poczucie dziwnej przestrzeni. Atak elektroniki niczym syrena alarmowa towarzyszy przez całe „Run for Your Life” kontrastowana łagodnym fortepianem oraz cieplejszym refrenem. I wtedy następuje skręt w stronę melodyjnego pop-rocka w „I Can See It Clear”, gdzie szansę wykazać dostaje gitara oraz bardzo melancholijnego, gitarowego, pełnego mroku „Cut The Wire”, które mogłoby się pojawić na soundtracku do filmu Davida Lyncha. Podobnie jest z bardzo minimalistycznymi „Ears”, które po minucie pokazuje swoje ciemniejsze oblicze (elektronika znowu robi swoje), by uspokoić wszystkich w magicznym „Hunter”.

Psychodelia wraca w utworze tytułowym, gdzie dziwacznie brzmi perkusja oraz bardzo oniryczna elektronika, by w połowie znowu zmienić kompletnie instrumentarium, tempo i klimat, stając się bardziej powściągliwe. „My Kind” to powrót do melodyjnego popu, podobnie jak bardziej rockowy „Too Good for Love”, a finałowe „Coffee” nadal czaruje mrokiem.

Burden ma głos bardzo delikatny i miejscami mocno przeszywający na wskroś, a jednocześni taki bardzo niedzisiejszy. Tajemniczy, zmysłowy, czarujący – te słowa cisną mi się w pierwszej kolejności i nie poradzę na to. Księżyc wieczorem o tej porze roku wydaje się dziwaczny, ale i piękny. Tak jak „Strange Moon”.

8/10

 

Radosław Ostrowski

Kansas – The Prelude Implicit

Kansas-The-Prelude-Implicit

Jak wszyscy wiemy, ojczyzną rocka progresywnego była Wielka Brytania. Ale jest pewien zespół grający ten nurt na początku jego istnienia w Stanach Zjednoczonych. To weterani z zespołu Kansas, których przeciętnych słuchacz kojarzy z poruszającego „Dust In The Wind” oraz hard rockowego „Carry On Wayward Son” (ostatnio przerobione przez Anthrax). Od ostatniej płyty formacji minęło 16 lat i w tym czasie frontman oraz klawiszowiec Steve Welsh (w 2014 roku przeszedł na emeryturę), zastąpiony przez Ronniego Platta. Z pierwotnego składu ostał się tylko perkusista Phil Eilart oraz gitarzysta Rich Williams. Tak powstało zeszłoroczne dzieło grupy – „The Prelude Implicit”.

Czy warto było czekać? Zaczyna się od szybkich uderzeń perkusji oraz przestrzennych klawiszy w „With This Heart”, do której dołącza się gitara oraz skrzypce, nadając wręcz epickiego rozmachu. Ciężej i mocniej się dzieje przy „Visibility Zero”, gdzie gitara pozwala sobie na więcej, tłumiona przez klawisze. Spokojniej się robi przy „The Unsung Heroes”, gdzie znów klasę pokazują smyczki oraz fortepian. I jeszcze całkiem niezły, podniosły riff. Problematyczne jest „Rhythm In The Spirit”, który zaczyna się hardrockowym ciosem gitarowo-klawiszonym, by w zwrotce zmienić się w banalny, popowy kawałek jakich wiele. Ale to tylko na pierwszej zwrotce, potem wszyscy dają do pieca, by na koniec się wyciszyć. Stary fanom na pewno spodoba się poruszające, akustyczne „Refugee” oraz utrzymane w duchu progresywności 8-minutowe „The Voyage of Eight Eighteen”, gdzie muzycy mają szansę się popisać swoimi umiejętnościami. Równie ostry jest mocarny „Camuflage” z bardzo soczystym riffem, napędzającym całość oraz mocarne „Crowded Isolation”.

Problemem dla mnie jest bardzo delikatny wokal Platta, który bywa zagłuszany przez instrumenty i nie zawsze jestem w stanie zrozumieć padające słowa.  Brakuje w nim mocy, jakby ktoś mu nie dał wystarczającej siły. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły czy słaby wokalista, tylko miałem wrażenie, że nie pasuje do reszty składu. Ale nie zmienia faktu, że weterani nadal potrafią oczarować swoją muzyką, nie rezygnując z klimatu oraz popisów instrumentalnych. To dużo jak na grupę, która teoretycznie powinna być w muzeum.

7/10

Radosław Ostrowski