Riverside – Eye of the Soundscape

Wiele razy pojawiała się prog-rockowa warszawska formacja Riverside. Rok 2016 był jednak dla nich bardzo ciężki, gdyż zmarł jeden z filarów grupy – gitarzysta Piotr Grudziński. I to było w trakcie pracy nad nowym materiałem, który ostatecznie ujrzał światło dzienne. I jest to dość nieoczywisty album, nie tylko dlatego, że dwupłytowy.

Haczyk polega na tym, ze to album… instrumentalny i to w sporej części oparty na elektronice, co dla fanów zespołu było co najmniej szokujące. Druga sprawa, że muzycy nie patyczkują się i dają bardzo długie kompozycje, a trzecia sprawa jest taka, że wiele z tych utworów już się pojawiło wcześniej jako bonusy na poprzednich albumach. Takiej składanki nikt się nie spodziewał, ale jest też sporo nowego stuffu. Taki jest bardzo chłodny „Where The River Flows”, gdzie słyszymy coś jakby dzwony, przemielony ambient, zimne smyczki. Dopiero w drugiej minucie pojawia się perkusja – bardzo stonowana i oszczędna, też brzmiąca bardzo mechanicznie, by doskoczyła niemal minimalistyczna gitara, bardzo łkająca i troszkę westernowa. Dwie minuty później coraz bardziej idziemy w stronę ambientu i „cykanej” perkusji, gdzie intensywność dźwięków przypomina wyprawę kosmiczną. Trwa to jeszcze trzy minuty, by wszedł bas na solo razem z wokalizami Dudy.

Oddechem jest wybrane na singla „Shine” – krótki (bo nieco ponad 4 minuty), gdzie dochodzi do zespolenia mocnej perkusji, pulsującej i coraz bardziej nakładającej się elektroniki z tnącą gitarą elektryczną, dzięki której nadal wiemy, że to Riverside oraz nadal potrafią grać z ogniem. Następny w kolejny jest zmiksowany na nowo „Rapid Eye Movement”, który zaczyna się od mocnych szumów wiatru i czegoś, co nazwałbym mocnym burczeniem w brzuchu, szarpiącą elektroniką. A dalej jest równie tajemniczo: jakieś dziwne głosy, skręty w stronę Tangerine Dream (pulsujący elektroniczny bas) oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca tajemnicę gitara coraz bardziej nawarstwiająca się, by od połowy zaatakować (także głęboko ukrytym fortepianem).

Płynnie przechodzi do dwuczęściowego „Night Session”, opartego na improwizacjach muzyków i o ile część pierwsza jest bardzo wyciszona, odrobinę melancholijna (z pięknymi organami oraz niesamowity dzwonkami), a gitara buduje klimat tajemnicy, o tyle w drugiej atakuje saksofon oraz dziwaczne szumy, do których dołącza strzelająca perkusja i… harfa, pozwalajac w finale na wyciszenie. I tak się kończy pierwsza płyta.

Druga zaczyna się od oniryczno-tanecznego „Sleepwalkers”, gdzie powolne i spazmatyczne wejścia elektroniki połączone z dyskotekową perkusją, a w środku wchodzi krótka wokaliza. Następnie dostajemy zmiksowany na nowo „Rainbow Trip”, gdzie pierwsze skrzypce gra bas, delikatne klawisza oraz kojąca gitara, by po dwóch minutach przyspieszyć gwałtownie. Wyciszenie i ukojenie daje przestrzenny, minimalistyczny „Heavenland” skontrastowany z mrocznym „Return” (te szumy robią robotę) oraz pełnym nakładających na siebie pasaży „Aether” (znowu bas genialny). Dynamiczniej się dzieje w płynących „Machines”, a także akustycznej „Promise”, by eksplodować w finałowym utworze tytułowym, gdzie ostatni raz zagrał Grudziński (bardzo delikatnie i epicko).

Trudno mi się do tego kolosa było przekonać, gdyż takiego brzmienia po warszawskim kwartecie się kompletnie nie spodziewałem. I to nie tylko dlatego, że jest ona w pełni instrumentalna, ale też pełna progresywnej elektroniki. Duda i spółka wydając tego dwupłytowego kolosa zamykają pewien rozdział, zaczynając nowy (Grudziński zastąpił Marcin Meller z Quidam). Album ten wymaga i zmusza do skupienia, w zamian oferując piękną podróż pełną melancholii oraz refleksji. Bardzo ciekawe doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Depeche Mode – Spirit (deluxe edition)

Spirit

Wrócili. Kazali czekać cztery lata, ale wielu (liczyć w milionach) fanów trzech facetów w czerni w wieku już niemłodym w końcu się doczekało. Dave Gahan, Martin Gore i Andy Fletcher po 4 latach znowu usiedli, pomyśleli i nagrali. Czy fani muzyki w stylu dla Depeszowców będą usatysfakcjonowani?

Za realizację albumu nr 14 pod wielce wymownym tytułem „Spirit” (czyli duch, nie mylić ze spirytusem) odpowiada James Ford (członek Simian Mobile Disco), ale od samego początku czuć i słychać, że to Depeche Mode, tylko bardziej przestrzenni. Mrok czuć już od samego początku w tnącym gitarą oraz fortepianem „Going Backwords”. Drugi w kolejne jest singlowy „Where’s the Revolution” i jest tutaj więcej elektroniki, która pulsuje i podkręca poczucie zagrożenia, by w refrenie eksplodować, w czym pomaga perkusja oraz sporadycznie wchodząca gitara elektryczna. Bardziej gitarowo i melancholijne (to mniej znane oblicze Depechów) dzieje się w przypadku smutnego „The Worst Crime”, ale pod koniec odzywa się gwałtowna perkusja. „Scum” strzela niczym seria i z karabinu, bardziej nadając się na imprezę, zahaczając o ambient, a w podobne rewiry zapuszcza ciemny niczym noc „You Move”.

Kompletnie wszystko zmienia się w „Cover Me”, gdzie znów jest melancholia podlana delikatną gitarą oraz dziwacznymi pomrukami zapowiadającymi burzę. Perkusja powoli zmienia tempo, a pomruki stają się coraz mroczniejsze, by coraz bardziej świdrować. Wręcz „pogrzebowo” wybrzmiewa „Eternal”, jednak dalej dźwięki stają się coraz bardziej melancholijne, niemal pochłaniając słuchacza. Powrotem do gitary jest „Poison Heart”, gdzie perkusja wali z całą mocą oraz głębią, by potem zahipnotyzować bitem w „So Much Love” (perkusja w połowie idzie w niemal techno) i minimalistycznym „Poorman”, do której dołącza powoli perkusja oraz wokalizy w tle.

Martin Gore przywrócił mi nadzieję, że jeszcze nie zapomniał jak się pisze dobre melodie, a mocarny głos Davida Gahana tak świetnie nie brzmiał od dawna. Fani mogą się zaopatrzyć w wersję deluxe z dodatkowymi pięcioma utworami, które są alternatywnymi wersjami piosenek z podstawki (a dokładniej wersjami instrumentalnymi): „Fail” (wokal brzmi tutaj niczym echo), „Scum”, So Much Love”, „Cover Me” oraz „Posion Heart”.

Jeśli ktoś jeszcze zwątpił w to, że Depeche Mode jest w stanie stworzyć coś porywającego i przebojowego, „Spirit” przywraca nadzieję w mistrzów elektroniki. Jest wszystko to, za co fani pokochali ich od prawie 40 lat: melodyjność, chropowaty klimat, refleksyjne teksty oraz charyzmatyczny wokal Gahana. O takiej formie mogą pomarzyć nieliczni.

8/10

Radosław Ostrowski

Bedoes & Kubi Producent – Aby śmierć miała znaczenie

0006ENCVFTVY72QI-C122

Dawno nie było żadnej płyty hip-hopowej, ale jak wiadomo natura nie lubi próżni. Tym razem padło na niejakiego Bedoesa – jednego ze strasznie popularnych ziomków z nieprawdopodobną ilością wyświetleń na YouTube, dorównując niejakiemu Gangowi Albanii. Chociaż dopiero teraz wyszedł debiutancki album.

Podopieczny SB Mafiji dostał wsparcie niejakiego Kubi Producenta – 16-letniego (!!!) producenta, więc można się wystraszyć. Na początek dostajemy… fragment z Ewangelii wg św. Łukasza, by przejść płynnie do nawijki 19-latka, dla którego podkład jest mieszanką elektroniki (surowej), chóralnej wokalizy i obowiązkowego fortepianu. Brzmi to wręcz strasznie kiczowato i nawet zmiano tła pod koniec wywołuje odstraszenie. Jeśli to was nie odstraszyło i jesteście na tyle odważni, by wejść w świat 19-latka, uprzedzę od razu: dalej będzie ciężej. Cykadła, tłuste bity oraz kompletnie przerobione głosy w tle zapowiadają kolejne przedsionki piekła. Jakby tego było jeszcze mało, to będą wolne uderzenia fortepianu („NFZ”), wskoczymy na tory r’n’b (minimalistyczny „Biały i młody”, „Raz”) i nie zawahamy się wejść do niemal dyskotekowej elektroniki („Hymn”), by móc poskakać.

Sam podkład jest nawet spoko i nie można się do niego przyczepić, bo wpada to w ucho, a Kubi robi wszystko, byśmy się nie nudzili. Pomruki („Napad”), autotune, jakieś ciągłe gęganie, jęczenie, gitarowe pitolenie – męka i kopia kopii, którą słyszałem wielokrotnie, w lepszym wydaniu. I już od połowy chce się wyłączyć całość. Także sam Bedoes lansujący się na amerykańskiego ziomboya, co to zakochał się raz, a teraz robi hajs, do kobitek zwraca się per „kurwa”, ma ziomków gotowych zabić. Do tego jego maniera jest wkurzająca, wliczając w to także podśpiewywanie. Facet nie ma absolutnie niczego nowego do powiedzenia, kreując się na imprezowego hustlera. Gdyby ta kreacja była przekonująca, ale taki Sitek, co też robi „amerykankę” w naszym kraju robi to lepiej.

Bedoes w swoim debiucie odrzuca, chyba że macie jakieś 12-13 lat, to będziecie wniebowzięci. Widać, że facet próbuje znaleźć swoją własną ścieżkę. Jeszcze jej nie znalazł, ale trudno mu odmówić pewności siebie i arogancji, przez co wypada jako karykatura. Zgroza.

1/10

Radosław Ostrowski

Fonetyka – Ciechowski

ciechowski-b-iext45085858

Twórczość Grzegorza Ciechowskiego inspirowała i nadal inspiruje kolejne pokolenia artystów. Tym razem postanowili się z nią zmierzyć muzycy zespołu Fonetyka. Do tej pory warszawski kwartet pod wodzą Przemysława Wałczuka mierzył się z wierszami Rafała Wojaczka i Andrzeja Bursy, lecz tym razem zmierzył się z dorobkiem charyzmatycznego frontmana Republiki. Ale nie poszli na łatwiznę.

Panowie wykorzystali teksty Ciechowskiego, do których nigdy nie napisano muzyki, więc mamy do czynienia z kompletnie nieznanymi dziełami. I to już pierwszy plus, a całość polano sosem alternatywnego rocka. Jest bardzo różnorodnie pod względem klimatu. Nie brakuje melancholii jak w „To nie ja” (delikatna gitara ożywiająca się w refrenie) oraz „Jesteśmy biedni” (tutaj błyszczy bas i gitara niczym echo odbijająca się), ale też podskórnie ukrywanego mroku. Taka jest minimalistyczna „Kropla”, ale poczekajcie do refrenu, gdzie dochodzi do ożywienia instrumentów czy bardziej oniryczna „Noc Chagalla” z bardzo barwnym tekstem oraz bardziej „dyskotekową” perkusją. A „Barykad świata” nie powstydziłby się David Bowie z ostatnich płyt, dynamiczna „Spowiedź” z mocniejszymi riffami czy wsparta elektroniką nowofalowe „Drżącym głosem”.

Troszkę szkoda, że jest tylko 9 utworów, ale lepiej poczuć niedosyt niż przesyt. Kwartet bardzo zaskakuje swoim niemal surowym, ale niepozbawionym melodii brzmieniem oraz bardzo dającymi do myślenia tekstami. To już musicie przekonać się jak wiele jest tutaj bogactwa.

7/10

Radosław Ostrowski

Wojtek Mazolewski – Chaos pełen idei

wojtek-mazolewski-chaos-pelen-idei-b-iext45139747

Drugiego takiego jazzmana na polskim podwórku jak Wojtek Mazolewski nie ma. Kontrabasista oraz lider Pink Freud, Wojtek Mazolewski Quintet tym razem postanowił zadziałać na własną rękę w swoim pierwszym solowym albumie, gdzie miesza wszystko, co się da i pozapraszał armię gości, co bardzo mocno oddaje tytuł albumu.

Na czym polega chaos? Że mamy tutaj mieszankę jazzu (parę razy w utwory wpleciono kompozycje Mazolewskiego z w/w grup), rocka, popu i muzyki alternatywnej, co też wynika z udziału gości (m.in. Natalia Przybysz, Justyna Święs, Piotr Zioła, Ania Rusowicz, Misi Furtak czy Wojciech Waglewski), którzy udzielają się wokalnie. Ale na początek dostajemy wiele oryginalny piosenek jak skoczne „Organizmy piękne”, gdzie płynna melodia przeskakuje z fortepianu na trąbki czy gitarowy „Kolor czerwieni”, gdzie nie zabrakło krótkich (ale głośnych) wejść dęciaków. Osobiście świetny był cover „White Rabbit” Jefferson Airplane idący w psychodeliczno-orientalne klimaty (dęciaki i klawisze), gdzie idealnie wpasowała się Ania Rusowicz. Między piosenkami pojawiają się sporadyczne utwory instrumentalne, gdzie muzycy grają bardzo ciekawie (krótki, lecz prześliczny „Świt” czy czarujący perkusjonaliami „L.A.S.”).

Ale to właśnie fuzje i sklejki dwóch utworów zrobiły na mnie największe wrażenie. Polega to na tym, że mamy podkład od Mazolewskiego oraz wokal i tekst zaproszonego gościa. Pierwsza to bardzo stonowany „Angel of the Morning” połączony z „Bangkokiem”, gdzie śpiewa Natalia Przybysz. Dalej jest „Gdybym” z „Get Free” (wolny, przyjemny, niemal „letni” jazz), które brzmi co najmniej intrygująco, zwłaszcza gdy pod koniec dochodzi do ostrego ataku gitarowego, prawdziwa petarda w postaci „Twoi idole/Bombtrack” z udziałem Vienia oraz mocniej uderzającym duetem fortepian/perkusja, a także „skreczującym” (nie wiem, jak to inaczej nazwać) saksofonem czy sklejająca „Heart shared box” Nirvany z „Love at First Sign” (bardzo delikatny głos Misi Furtak).

W zasadzie można oskarżyć Mazolewskiego, że nie jest zdecydowany w jakim kierunku pójść, a „Chaos pełen idei” jest rzeczywiście chaotyczny i niespójny. Dla mnie jednak to wydawnictwo przypomina kosz z łakociami, gdzie można sobie wybrać coś dla siebie. A wszystko jedynie postać kompozytora, sklejającego w całość różne oblicza muzyki jazzowej, nie bojąc się także grać z innymi gatunkami, co jest zawsze fajne. Doceniam pomysłowość oraz różne twarze tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Voo Voo – 7

7%20NEON%20OK%C5%81ADKA

Drugiego takiego zespołu jak Voo Voo na naszej scenie nie ma. Mieszanka rocka, jazzu, folku oraz nawet etnicznych śladów to w przypadku kapeli Wojciecha Waglewskiego dzień powszedni. Teraz jednak na swoim nowym albumie „7” grupa idzie w kompletnie zapomnianym kierunku.

Jest tutaj siedem utworów, a każdy opisuje dany dzień tygodnia zaczynając od „Środy”, a kończąc na „Wtorku”. Co jest nietypowe w przypadku tego wydawnictwa? Dwie rzeczy: czas trwania utworów (najkrótszy ma nieco ponad 5 minut) oraz oparcie na improwizacji. Każdy z członków grupy ma swoje pięć minut, gdzie może pokazać, co potrafi zrobić ze swoim instrumentem, ale pojawiają się dość nieoczywiste fragmenty (bardzo oszczędny fortepian, smyczki i dzwon w „Środzie”, gdzie nakładają na siebie gitary) i dla wielu ten album może wydać się zbyt surowy czy monotonny jak „Czwartek”, gdzie wszystko snuje się z prędkością jeża niosącego półtonowy odważnik. Zarówno gitara, saksofon są w tle dla kontrabasu oraz bardzo minimalistycznej perkusji, by pod koniec uderzyć wręcz psychodelicznie. Bardziej żywiołowo (co jest zasługą skrzypiec i saksofonu) robi się w „Piątku”, który ma w sobie potencjał na rozruszanie towarzystwa.

„Sobota” bardziej przypomina popis muzyki klasycznej, co pewnie jest spowodowane gitarą bardziej brzmiącą jak harfa, co w połączeniu z zapętlonymi dęciakami drewnianymi oraz kobiecą wokalizą wspartą przez fortepian, tworzy niesamowitą kombinację. Tak samo jak żwawa „Niedziela”, gdzie swoje robi przede wszystkim perkusja oraz bardziej płynący saksofon. Ale gdy dojdzie do tego wszystkiego riff gitary, to wszystko staje się lepsze. Senność (w cudzysłowie) wraca w „Poniedziałku”, gdzie na początek dostajemy kotły, jazzową perkusję oraz bardziej oniryczne riffy gitarowe. A całość wieńczy niemal etniczny (te wokale w tle) „Wtorek” z epickim finałem w postaci zapętlonego fortepianu, chóralnego zaśpiewu oraz agresywniejszego saksofonu niczym echo odbijającego się od wszystkich.

Sam Wagiel wokalnie pojawia się dość rzadko, ale stawia tutaj na jakość niż ilość. Jest bardziej refleksyjny niż kiedykolwiek opowiadając o przemijaniu, samotności, stanie ducha. Każdy dzień to jakby inna, krótka opowieść, której sens każdy odczyta sam. Teksty jednak są drobnymi wstawkami przed popisami muzyków, którzy pozwalają sobie na wiele. Nie jest to album dla wszystkich, a wielu może nie wytrzymać (pozornie) spokojnego tempa. Jednak z każdym odsłuchem tylko zyskuje.

8/10

Radosław Ostrowski

The Shins – Heartworms

The_Shins_-_Heartworms

Po raz pierwszy o grupie Jamesa Mercera usłyszałem, gdy trafiłem na ścieżkę dźwiękową filmu Zacha Braffa „Gdybyś tylko tu był” z 2014 roku i wysłuchałem utworu „So Now What”. Ale w tym czasie doszło do poważnych roszad, zmieniając aż dwóch członków składu (perkusistę Joe Plummera i klawiszowca Richarda Swfta zastąpili kolejno Jon Sortland i Patti King) i dołączył trzeci gitarzysta Casey Foubert. Już jako sekstet The Shins wydało swoje nowe, piąte wydawnictwo.

„Heartworms” jest w całości wyprodukowane przez Mercera, co nie wywołuje ostrej rewolucji w dorobku grupy. To nadal melodyjne, delikatne granie spod znaku niezależnego rocka. Taki jest bardzo lightowy „Name for You”, gdzie mamy ładną gitarkę, zgraną sekcję rytmiczną oraz płynące klawisze niczym z przełomu wieków. Nawet elektronika wydaje się mocno staroświecka, pamiętająca jeszcze lata 80. (odrobinę orientalne „Painting a Hole” oraz bardzo pulsujące „Cherry Hearts”), a nawet gitara wydaje się imitacją klawesynu (rozmarzone „Fantasy Island”). Gdy jednak zagra, to jest bardziej akustyczna niż u folkowych muzyków („Mildenhall”), czasem podchodząc w stronę new romantic (skoczne „Rubber Ballz” czy „Half a Mlilion”). Ci, co szukają jednak bardziej gitarowego brzmienia, znajdą ślad w beatlesowskim „Dead Alive” zmieszanym z „kosmicznymi” klawiszami. Nie zabrakło też wspomnianej piosenki filmowej, czyli „So Now What”.

Trudno odmówić „Heartworms” klimatu oraz jego konsekwentnego tworzenia. To także zasługa niemal ciepłego głosu Mercera, tworzącego bardzo kojącą atmosferę, chociaż w pachnącym Meksykiem (trąbki i akordeon) „The Fear” przypomina natchnionego Bono. Bardzo refleksyjna muzyka, bardziej idącą i dająca wiele dla klawiszy, ale na tą rześką porę roku idealna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

OSTR – Życie po śmierci

20160131102053_OSTR_-_Zycie_po_smierci_-_cover_pix1500

Adam Ostrowski zwany Ostrym to żywa legenda polskiego hip-hopu, który nagrywa regularnie i trzyma pułap dla wielu ziomków nieosiągalny. Ostatnio jednak (czyli od zeszłorocznej „Podróży zwanej życiem”) Łodzianin wrócił do wysokiej formy, a jego ostatnie dzieło „Życie po śmierci” tylko potwierdza świetną dyspozycję.

Ten materiał różni się od innych m.in. tym, że przed kilkoma utworami jest coś w rodzaju wprowadzenia dokonanego przez samego rapera, gdzie poznajemy przyczyny powstania tego materiału nagranego pod wpływem choroby. Całość podzielona została na cztery części. Najpierw poznajemy przyczyny sytuacji, operację, chwile po niej oraz drogę ku przyszłości.

Odpowiedzialny za produkcję Killing Skills robi świetną robotę. Dzieje się tu wiele,, gdzie nie brakuje elektronicznych eksperymentów. Każda część płyty ma krótki wstęp, gdzie Ostry opowiada w formie wprowadzenia do historii. Bywają momenty bardzo refleksyjne (kołysankowe „We krwi” z przebijającymi się głosami w tle), czasami wręcz epicko (mocna perkusja w gitarowej „Diagnozie”), ale i staroszkolnie (nadal przewijają się skrecze). Nie mogło zabraknąć mroku (pełna elektroniki „Kto gasi światło?” czy „Scenariusz sądnych dni”), a wszystko jest zaaranżowane na bogato.

Nawet jeśli pojawia się „ciepło” brzmiąca elektronika, ma ona w sobie pełno smutku („Miami”), co nie powinno nikogo dziwić. Każdy z utworów to mniej lub bardziej próba rozliczenia się z samym sobą („Spowiedź” o jego tańcu z marihuaną czy oparty na pianinie utwór tytułowy, gdzie jest świadomy podczas operacji). Klimat zmienia się w dynamicznym „Bilansie”, gdzie mamy saksofon, minimalistyczna perkusją oraz płynne klawisze. Nawet pojawia się soul („Kropla wody”) czy nawet disco („WudźTangClan”), ale to nie wywołuje zmęczenia czy znużenia.

Sam Ostry to klasa w kwestii nawijki i nie inaczej jest w przypadku tego concept albumu. Raper nawija o operacji, dokonuje przewartościowania swojego życia (czyli koniec z imprezami i marihuaną), a nawet jest krótki wypad na miasto („WudźTangClan”), będący jednocześnie krytycznym spojrzeniem na współczesny rap czy ostrzega, by podczas jazdy autem nie koniecznie należy pisać SMS-y. Zwłaszcza, gdy jesteś kierowcą. A i tak najbardziej pamięta się wspólną nawijkę z synem („Jaki ojciec taki syn”) o jego relacji z dzieciakiem.

„Życie po śmierci” jest pełne emocji i jest brutalnie szczery wobec wszystkich, co nie powinno nikogo dziwić. Krótka wędrówka od choroby przez rehabilitację aż po – jakkolwiek to zabrzmi banalnie – powtórne narodziny („To mój dzień” czy kapitalny „Epilog”), gdzie wszystko gra i buczy. Nic dziwnego, ze to była jedna z najlepszych płyt roku 2016.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sexbomba – SPAM

ru-1-r-514,0-n-2208591NTjY

Działająca już od 1986 roku legionowska grupa Sexbomba tworzy coś między rockiem a punkiem, zdobywając rozgłos na legendarnym festiwalu w Jarocinie. Ostatnio jednak mało coś było o grupie słychać (ostatni hicior to było „Halo to ja” nagrane pod koniec lat 90.). Ale w zeszłym roku zaserwowali kolejne swoje dzieło „SPAM”, a między tym albumem a nagranym w 2013 „Abstrahujem” zmieniono gitarzystę (Adama Szymańskiego zastąpił Maciej Gortarewicz). I jak jest?

Ostro, głośno, agresywnie i… krótko. Zaczyna się od gwałtownego „Intra”, trwającego niecałą minutę, gdzie słyszymy nazwę zespołu, żebyśmy na 100% nie pomylili albumu. Tytułowy kawałek to dalszy ciąg ostrego i agresywnego punka. Nie brakuje miejsca i na melodyjną nutę („Jest źle” czy bardziej stonowane „Miasto monitorowane”), gdzie czuć ducha brytyjskich klasyków pokroju Ramones, gdzie jest szalona impreza. Gitara tnie mocno, razem z sekcją rytmiczną. I o dziwo, nie miałem poczucia koniunkturalizmu (może poza „Podziemną Polską”, ale to tylko jedyna poważna skaza).

Panowie, jak na buntowników pasowało, wściekają się na współczesny świat („Spam”, „Podziemna Polska”), pełen inwigilacji, komputerów i życia elektronicznego, permanentnej manipulacji („Nie wiem co”), a wszystko z gniewem, pazurem, nie przebierając czasami w słowach. Szanuje i doceniam, ale ja już chyba jestem za stary na taką muzykę. Na szczęście jest to pół godziny, więc nie ma szansy na znużenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

Kenny Garrett – Do Your Dance!

kenny-garrett-do-your-dance

Dawno nie było albumu z muzyką jazzową. Czyżby twórcy tego nurtu muzycznego przestali robić dobre rzeczy czy po prostu ja nie miałem szczęścia trafić na taką ciekawą płytę? Chyba to drugie, ale jak wiadomo, pewne rzeczy muszą w końcu się zmienić. Tym razem sprawcą zamieszania jest saksofonista z Detroit Kenny Garrett, grający tzw. hard bop. Zaprosił doświadczonych kumpli (m.in. perkusista Rudy Bird, pianista Vendell Brown Jr., raper Mista Enz czy basista Corcoran Hotl) i zrobił coś, co chyba miało być do tańca. Przynajmniej to sugeruje tytuł.

Początek to długie (ponad 8-minutowe) „Philly” zaczynające się od spokojnego, by nie rzec usypiającego fortepianu, ale po minucie dołączą płynący saksofon z dynamiczną perkusją, by przyspieszyć całą imprezę, pędząc niemal na złamanie karku. A dwie minuty przed końcem miejsce saksofonu zajmuje fortepian. Klasyczne, wręcz swingujące jest w „Backyard Groove”, gdzie wszystkie instrumenty zgrywają się ze sobą, a przewodzi saksofon z fortepianem, prowadząc dźwiękowy taniec. Flirt z ziomami jest napędem do „Whitegrass Shot (Straight to the Head)” z mrocznym, nisko grającym fortepianem na pierwszym planie oraz równie niziutkim saksofonem, ubarwiając całość perkusjonaliami. Znakomite, by potem rozmarzyć się w „Bossa” – takiej przyjemnej bossanovie oraz tytułowym, bardzo tanecznym utworze, by na koniec dać krótką rapowaną wstawkę.

Zabawa jednak trwa dalej, gdyż wchodzi niczym burza „Calypso Heart” z brylującym fortepianem oraz fikuśnymi perkusjonaliami, przenoszącymi nas na Karaiby. Bardziej melancholijnie się robi na początku „Waltz (3 Sisters)”, gdzie coraz intensywniej zaczyna wybijać się perkusja. Mroczniej  robi się przy „Persian Steps”, dodając odrobinę Orientu (flety) oraz odrobiny noirowego sznytu. Napięcie jest tu prowadzone pierwszorzędnie i parę razy włos może zjeżyć, by na finał załagodzić atmosferę w klasycznym „Chasing the Wind”.

Garrett nie odkrywa jazzu na nowo, ale sprawia wielką frajdę melomanom, będąc wiernym klasycznym formom i jednocześnie parę razy zaskakuje. Jest silna chemia między muzykami i czuć, ze tworzenie tej płyty było wielką frajdą, a nie tylko pracą. To w tej muzyce jest bardzo dużo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski